Fot. TVP2

Zabójstwo realu przez konwencję (Prokurator, S01E04–05)

Artykuł zawiera spoilery.

Miałem trochę inaczej zacząć ten tekst, ale w międzyczasie zdarzyła się rzecz warta uwagi: Pulpozaur zatwittował o poprzedniej recenzji Prokuratora, a komisarz Witek Kielak tego twitta zalajkował.

To pierwszy znany mi przypadek, by w ramach promowania serialu, na społecznościówce pojawiło się konto „prowadzone” przez jego bohatera. Być może próbował TVN, znany z eksperymentowania z okołoserialowymi gadżetami (chociażby pamiętnik bohaterki Brzyduli). Niemniej to rzadki u nas zabieg, więc tylko chwalić decyzję Telewizji Polskiej.

Ale wróćmy do tematu. Odcinek czwarty wyjaśnia wreszcie najważniejszą tajemnicę serialu: jaką konwencję wybrali Miłoszewscy. Przedtem bowiem błądziłem, podobnie jak wielu innych widzów, próbując umieścić Prokuratora na osi Vega – Pasikowski. Tymczasem w serialu nie było śladu hardkorowego realizmu Pitbulla czy psychologicznych nastrojów Gliny. Okazał się przynależeć do zupełnie innego gatunku: kryminału opartego na i podporządkowanego zagadce.

W odcinku czwartym bohaterowie mierzą się z historią rodem z halloweenowego odcinka Castle’a. W hotelowym pokoju, o którym od lat krążą legendy o klątwie, ginie znany badacz zjawisk paranormalnych, a drzwi i okna okazują się zamknięte od środka. Co w „poważnym” kryminale by raziło, po zaakceptowaniu staje się satysfakcjonującą rozrywką, a widz zaczyna sam analizować poszlaki i wskazywać winnego.

Jeszcze większą pułapką dla nieostrożnego widza jest piąty odcinek. Bo gdy trup pada w Muzeum Powstania Warszawskiego, muzeum, w którym przewodniczka pyta dzieci, czy chciałyby umrzeć za ojczyznę, spodziewamy się tego samego, co jego fikcyjny dyrektor: politycznej prowokacji. W Glinie nie przepuszczono by takiej okazji, podobnie jak w dowolnym kryminale na wzór skandynawski (Skandynawowie uczą, że zbrodnia to tylko pretekst do krytyki społecznej). Bardziej prowokacyjne byłoby tylko zabójstwo w Muzeum Historii Żydów Polskich. Tymczasem bracia Miłoszewscy, idąc na przekór oczekiwaniom, serwują historię o ciemnych sprawkach handlarzy dziełami sztuki (z mrugnięciem oka w kierunku tych, którzy czytali Bezcennego i jednocześnie z wpadką – ten obraz był namalowany na desce, nie płótnie).

W tym momencie trzeba powiedzieć, jakim szczęśliwym narodem są Anglicy. Mieli Agathę Christie, która swoimi książkami o Herculesie Poirot i pannie Marple sprawiła, że Anglia lat 1920–1960 stała się defaultową krainą kryminału, gdzie zbrodnie można popełniać i wykrywać w oderwaniu od dylematów rzeczywistości. My, Polacy, nie mamy czegoś takiego. U nas każdy czas i miejsce wołają o ostre zaangażowanie.  Społeczne, historyczne, polityczne. Prokurator, próbując tego uniknąć, wikła się w ciężkie starcie. W odcinku czwartym wychodzi to lepiej, w piątym gorzej (to nieszczęsne muzeum).

Bo to, że ja zaakceptowałem konwencję, nie oznacza, że zaakceptują ją inni. Co z tego, że dialogi dobre, jest chemia między postaciami, a humor niewymuszony, jeśli wszyscy oczekiwali, że Prokurator będzie serialem jakościowym, poważnym i dostojnym. Wszyscy, poza nieliczną grupą doktorantów kulturoznawstwa, żądających kampu, queeru i neurozy. Pierwszym nie wystarczy wątek zaginionego syna Procha (który wreszcie rusza do przodu), dla drugich sprawy tygodnia będą zbyt ugrzecznione.

Ale proszę na nich nie zwracać uwagi, komisarzu Kielak. Mnie się pańskie i pana kolegi przygody bardzo podobają. Brakowało ostatnio w polskiej telewizji dwóch takich pozytywnych kolesiów. Liczę, że spotkamy się jeszcze nie raz.

Pozdrowienia, wiem, że mnie Pan czyta.

Prokurator
serial kryminalny
TVP2, 2015–

Piotr Górski

Krakowianin, Nowohucianin. Urodził się i na tym właściwie kończą się dramatyczne momenty jego biografii. Ekspert od seriali rosyjskich. Dużo czyta. Trochę pisze.