Fot. FX

“…but you can never leave” (American Horror Story: Hotel, Premiera: S05E01–04)

Artykuł zawiera spoilery.

Niewiarygodne i przerażające, jak czas szybko płynie. Już piąty rok z rzędu duet Murphy-Falchuk próbuje nas przestraszyć i wzbudzić głębokie poczucie niepokoju swoją antologią American Horror Story. Po zeszłorocznym cyrku osobliwości osadzonym na Florydzie w latach pięćdziesiątych, tym razem przenosimy się do współczesnej Kalifornii, gdzie znajduje się nietypowy hotel z jeszcze bardziej nietypową obsługą i kierownictwem.

Kto serial lubi i śledził nowinki na jego temat, ten doskonale wie, co nas czeka w nowym sezonie – Lady Gaga wśród głównych ról to był chyba jeden z największych jego wabików. Muszę jednak przyznać się, że po raz pierwszy od premiery Murder House nie wyczekiwałem jakoś szczególnie na premierowe odcinki. Dwa ostatnie sezony niestety skutecznie nauczyły mnie, aby nie mieć zbyt wygórowanych oczekiwań po samych materiałach promocyjnych (a pod tym względem producenci AHS są doprawdy niezrównani) i z ostrożnością podchodziłem zarówno do tematyki, jak i wszelkich informacji castingowych.

Nadeszła premiera i ta strategia wyszła mi na dobre, bo już naprawdę dawno z ekranu nie wylewało się tyle klimatu, makabry i kampowości, a mnie w końcu dużo frajdy sprawił cały odcinek, a nie tylko niektóre jego elementy. Checking In łączył w sobie wszystko najlepsze, co oglądaliśmy przez ostatnie cztery lata – począwszy od czołówki (genialna!, najlepsza ze wszystkich dotychczasowych), przez dużo groteski i przemocy, fantastyczne muzyczne wstawki („łowy” Hrabiny i Donovana w rytm Tear You Apart to obok czołówki drugie małe arcydzieło tego sezonu), widoczne inspirowanie się klasykami (podobieństwa do Lśnienia są tak mocne, że aż brakuje rowerka jeżdżącego po tych wąskich korytarzach), aż po umiejętne zarysowanie wątków i bohaterów. Do tego jak zwykle duże gratulacje dla charakteryzatorów i kostiumologów. Denis O’Hare, jak zwykle zresztą, w swojej roli olśniewa, a Sarę Paulson z początku trudno poznać (choć i tak to nic w porównaniu z Lily Rabe z czwartego odcinka).

Fot. FX

Fot. FX

Zaczęliśmy zatem z bardzo wysokiego „c”, pojawiła się więc uzasadniona wątpliwość, czy twórcy są w stanie ten poziom utrzymać i chyba podskórnie znaliśmy odpowiedź na to pytanie – kolejne odcinki trochę się uspokoiły względem premiery i nie miały już jej siły uderzenia, ale należy przyznać, że Hotel jak na razie wygląda solidnie. Niestety, widać, że cierpi na tę samą przypadłość, co poprzednie sezony – mnogość bohaterów i zaczętych wątków, a przez to lekki chaos narracyjny. Ledwie cztery odcinki za nami, a już postaci jest tyle, że nie wszystkie dostają swój czas co tydzień. Z jednej strony lepsze to niż pobieżne zarysowanie części wątków, a z drugiej to jednak była jedna z największych wad, jakie wysuwałem pod adresem zarówno Coven, jak i Freak Show, kiedy to bohaterowie potrafili znikać i pojawiać się bez żadnego wyraźnego powodu. W tym sezonie chyba najmocniej ucierpi na tym nowy właściciel hotelu, Will Drake, który od samego początku wydaje się znajdować na ekranie bez celu.

Podobnie zresztą wygląda kwestia wątków – śledztwo prowadzone przez głównego bohatera i morderstwa na podstawie Dekalogu mają chyba spajać cały sezon (w końcu nawet w czołówce dziesięć przykazań zostaje wyświetlonych), ale jak na razie sprawia wrażenie tematu wrzuconego chaotycznie. Mamy jakieś dwie minuty w odcinku, które dzieją się na posterunku, do tego parę ujęć z miejsc zbrodni, zdjęcia ofiar, sam John stworzył sobie klasyczną, filmową tablicę ze wszystkimi tropami, jakie zgromadził, ale… na razie nie mam poczucia, że zmierza to w konkretnym kierunku (a przecież musi). Sam Wes Bentley natomiast w roli Johna to cenny nabytek w stałej obsadzie, chociaż jego poważna i zacięta mina sprawia, że nawet w retrospekcji, kiedy ma być zrelaksowany i odprężony, wydaje mi się, że ma ochotę komuś przyłożyć albo zdrowo łyknąć whisky. Albo jedno po drugim. Pomimo tego wszystkiego jednak Hotel w miarę skutecznie maskuje te niedoskonałości klimatem, a więc tym czego brakowało mi rok temu. I mam nadzieję, że tego klimatu nie zatraci w połowie sezonu jak Coven.

Fot. FX

Fot. FX

Hotel to również solidny powrót do elementów nadprzyrodzonych, Freak Show bowiem oszczędnie je wykorzystywał. W tym roku już na dzień dobry mamy wampiry, temat nieśmiertelności i niestarzenia się, zupełnie żywo wyglądających zmarłych i generalne zawieszenie hotelu w czasie, gdzie miesza się mnóstwo linii czasowych (a przynajmniej ja to tak interpretuję). Do tego czwarty odcinek z kolacją, w której bierze udział sama „śmietanka” seryjnych, a przy tym martwych już, morderców z pierwszych stron gazet (zwrócił ktoś uwagę, że Zodiak w księdze gości podpisał się „I am the Zodiac”?). Dostajemy zatem wszystko to, co w poprzednich sezonach stanowiło o sile serialu (za wyjątkiem kosmitów z Asylum, to już było za dużo) i naprawdę liczę, że taki wysoki trend się utrzyma, bo i trzeba przyznać, że panowie Murphy i Falchuk mogą w tym roku dużo swobodniej czerpać z tematyki nadnaturalnej niż ostatnio.

Przy okazji omawiania AHS nie sposób także nie wspomnieć o obsadzie. Od samego początku kolektyw aktorski to jedna z głównych sił napędowych i ten sezon nie powinien być wyjątkiem. Po raz pierwszy od 2011 roku zabrakło Jessiki Lange, ale zupełnie tego nie widać. Właściwie dopiero przy napisach końcowych premiery zorientowałem się, że faktycznie, nie ma najważniejszego nazwiska z ostatnich czterech lat. To chyba wyraźnie pokazuje, jak bardzo scenarzyści nie mieli pomysłu na jej bohaterki – owszem, Jessica Lange to zawsze była klasa, ale grała różne warianty generalnie tej samej postaci. W Hotelu jej nie ma i serial ani trochę na tym nie traci. Z kolei inne stałe nazwiska z obsady nie zawodzą – o moim zachwycie Denisem O’Hare już wspomniałem, Lily Rabe jako Aileen Wuornos w czwartym odcinku niesamowicie mnie zaskoczyła, Evan Peters jako dystyngowany, ale i psychopatyczny pierwszy właściciel hotelu to miła odmiana po jego poprzednich rolach. Z nowych nabytków warto wspomnieć przede wszystkim Matta Bomera, który podobnie jak Finn Wittrock rok temu bardzo dobrze odnalazł się w tym szalonym projekcie. Dalej nie jestem przekonany do Lady Gagi, ale tu przyznaję się, że od początku podchodziłem do jej udziału z dużą rezerwą. Nie jest natomiast tak źle, jak się obawiałem – co prawda wątpliwości pozostają, ale należy jej oddać, że pasuje do klimatu tej serii.

Fot. FX

Fot. FX

Ogólnie zatem piąty rozdział American Horror Story zaczął się z przytupem, przypominając wreszcie o swoim najlepszym okresie, a więc pierwszych dwóch sezonach. Trochę obawiam się, że w połowie sezonu serial powtórzy swoje błędy z Coven i Freak Show, ale póki co patrzę na przyszłość z nadzieją, jakiej już dawno nie odczuwałem. Potencjał jest (jak co roku), obsada jak zawsze solidna, fantastyczne lokalizacje i charakteryzacja, a do tego ten niepowtarzalny klimat, którego tak bardzo mi brakowało przez cały zeszły rok. Obym znowu się nie rozczarował.

Fot. FX

Fot. FX

American Horror Story
horror/drama
FX 2011–

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.