Fot. STARZ

Ucieleśnienie (Flesh and bone, S01)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Flesh and bone to serial, o którym trudno pisać na trzeźwo, opisując poszczególne wątki czy zwroty akcji, bo te są całkiem sztampowe i nie wyróżniają się niczym szczególnym. Istota serialu tkwi w użytej metaforyce, w sposobie pokazania tematu, który do niektórych widzów może zupełnie nie trafić, pozostawiając ich w obojętności, innym z kolei – takim jak ja – solidnie zachodząc za skórę. Co takiego zafascynowało mnie w opowieści o tancerce, która w Amerykańskiej Kompanii Baletowej pojawia się znikąd, której życie jest pełne skrywanych tajemnic, a wobec której wszyscy mają swoje plany, wyobrażenia i (czasem niecne) zamiary?

Po pierwsze, w serialu jest bardzo dużo o zadawaniu sobie bólu. Mnóstwo krwi, zranień, samookaleczeń, kontuzji, ciała naprężonego i podatnego na uraz, słabnącego albo domagającego się dodatkowych, zakazanych paliw. Walka z materią, z tytułowym ciałem opartym o kość – jest jednym z dręczących, ciągłych tematów. Ciało oglądamy jako heroiczne, udręczone, zawsze wymagające szczególnej uwagi i wyrzeczeń, a cena za doskonałość jest słona i zupełnie się nie opłaca. To jest opowieść o walce z czasem i ciele, które przemija zbyt szybko. O momencie ascendencji, wstąpienia, energetycznej erupcji, która przydarza się naszej bohaterce, a bacznie i z chorobliwą fascynacją obserwuje to cały światek, pełen osób, które straciły bezpowrotnie swoje miejsce na szczycie, choć dalej lgną do światła i do piękna, a także osób, które choćby się nie wiem jak starały, nigdy nie doznają triumfu, jakim jest stanie się ucieleśnieniem tęsknot. Ucieleśnienie – doskonałe słowo-klucz.

Fot. STARZ

Fot. STARZ

Po drugie, tematem serii jest komunikacja i godzenie się z ciałem. Dyscyplina, pozy, wygląd, lustra, narcyzm, całowanie swojego odbicia i mocny akcent czerwieni – szminka, podeszwa butów, krew. Kolejne kadry rozdrapują otwartą ranę i zachęcają, by zajrzeć do środka. To jest opowieść o tym, jak sobie radzić w krainie zwierciadeł, w skupieniu na sobie, w rozmyciu między byciem artystą a marionetką. Istotą wyzwoloną a lalką na sznurkach. W świecie tak transparentnym, że ukrywanie sekretów jest podwójnie trudne. Ten wysiłek… z odcinka na odcinek czujemy coraz silniejsze zmęczenie, opór materii, znużenie, wszystko to przechodzi z postaci na nas, a przecież fabuła i bohaterowie prą do przodu, wiedzeni złudną nadzieją i marzeniami o pięknie, prawdzie, poezji. Snem o lataniu. Zatrzymaniem czasu. A ten pędzi nie bacząc na nikogo, na złamanie karku i na zwichnięcie nogi w kostce, na zmęczone mięśnie, bolesny kark i zdarte paznokcie u stóp.

Gra idzie o zatrzymanie w kadrze doskonałego, perfekcyjnego momentu. Cały serial dotyczy pogoni za czymś, co z natury jest nietrwałe. Za mgnieniem, za momentum. Dotyczy trenowania, poświęcania zdrowia i życia dla czegoś, co może, lecz nie musi nastąpić, a co, jeśli się jakimś cudem zdarzy, to i tak przeminie szybko i zostawi wyłącznie słodko-gorzkie wspomnienie. Gorzkie, bo wspominanie wzlotu, szczytowania, tego haju i triumfu ducha nad materią jest nędznym echem prawdy, jest bowiem nie do odtworzenia. Na swój sposób ten serial okazuje się ogromnie smutny, bo opowiada o bezsensownej, idealistycznej, chorej praktyce, o pogoni za nierealnym ideałem – którym jest balet. Ale to jest równocześnie konstrukt typowo, dogłębnie ludzki, bo tylko ludzie są skłonni tak nierozsądnie dysponować zasobami, tak widowiskowo marnować, ponosić takie żywotne ryzyko. Fascynują mnie historie dziwnych zachowań i Flesh and bone obejrzałam jednym tchem, choć w nerwach.

Fot. STARZ

Fot. STARZ

Jest to więc obraz tęsknoty za świeżością, a nawet, jak podpowiada niejeden raz tekst narracji – dziewiczością, za dziewiczym, surowym talentem. A przecież świeżość nie może trwać długo, wszystko się zużywa, oswaja, okiełznuje, obrasta doświadczeniem. Więc w sercu baletu tkwi utopijna myśl. Niby katorżnicza nauka, a jednak – talent, widziany jako dar od losu. Trzeba go tylko odkryć, a odkrywca, mentor przyjmuje na siebie część splendoru. Cała machina jest na ten romantyczny mit nakierowana. Cała idea i cała ideologia. I to jest przerażające.

Bo jest pewna harmonia, analogia między Claire, naszą centralną bohaterką, świeżo odkrytą baleriną, a jej bratem, Bryanem, który jest żołnierzem. Bliżej jest baletowi do służby wojskowej niż do wyczynowego sportu, poczucie obowiązku i głębia ideologii, rozstrzał między ideałem a prozą jest podobny. Bliżej mu do śmierci niż do życia, a raczej do tego nieustannego tańca na granicy między rzeczami ostatecznymi. Swój trochę mroczny, a trochę poetycki obraz „branży” serial zawdzięcza zapewne filmowi Black Swan, zresztą w odcinku piątym bohaterki tańczą partie białego i czarnego łabędzia, a nasza „dziewicza” Claire jest Odettą. Odette must die.

Fot. STARZ

Fot. STARZ

Oczywiście, to serial Starz, czyli mamy seks, zmysłowość, przemoc, drastyczne sceny, pieniądze, manipulację, dramę, sporo ekranowej brutalności i brudu. Te ciała, o których tu tak górnolotnie piszę, są dosłowne i oglądamy je na ekranie często, męskie i damskie, półnagie, spocone, spółkujące. Blade, blade jak śmierć. Między świadomością ciała, a nieświadomością ciała granica jest płynna i złudna.

Mamy też byłego baletmistrza, a obecnie szefa baletu, mamy zdolną choć nieortodoksyjną choreografkę, mamy panią zarządzającą całą kompanią, mamy szereg tancerek i tancerzy, młodszych i starszych, z różnym poziomem ambicji. Starzejącą się, rosyjską primabalerinę zmagającą się z kontuzją. Młodą anorektyczkę ze słabą konstrukcją psychiczną. Czarnoskórego tancerza. I światek podziemny, nocne kluby, miłośników tańca, którzy niekoniecznie się mogą ujawniać. Mamy tańce grzeszne, otwarcie erotyczne, klubowe i te na rurze, albo w maleńkim, płatnym buduarze. Bardzo dużo pięknych scen tańca w salach prób. Szemrane imprezy na jachtach. Lap dance. Rewers świetlistej monety z baleriną. Mamy nawet wątki apokaliptyczne, wprowadzone dzięki postaci bezdomnego proroka.

Wszystko to naprawdę spójnie komponuje się w jeden obraz. W opowieść o utopii, dysfunkcji i o upadku osadzonym w poetyce ciągłej nadziei na wzlot. Lubię utopie i lubię testowanie granic człowieczeństwa.  Lubię wyrafinowaną smutność. Lubię absurd. Dlatego, mimo sztampowej fabuły i faktu, że niespecjalnie zżyłam się z bohaterami, obejrzałam Flesh and bone z zainteresowaniem.

Fot. STARZ

Fot. STARZ

Flesh and bone
Miniseries, drama
STARZ, 2015–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.