Fot. FX

Długowieczni (American Horror Story: Hotel, S05E05-08)

Artykuł zawiera spoilery.

Minęły kolejne trzy tygodnie w nietypowym hotelu Cortez, a więc jesteśmy już w drugiej połowie sezonu, a ja wciąż bardzo ostrożnie podchodzę do nowego rozdziału American Horror Story. Po pierwsze dlatego, że mam potężny uraz po ostatnich dwóch latach, kiedy zbyt szybko i ze zbyt dużym entuzjazmem dałem się porwać Coven i Freak Show, a po drugie i najważniejsze – Hotel nie pozbył się wad pierwszych odcinków. Mało tego, ich liczba rośnie, ale mimo to twórcy są w stanie przykryć te niedoskonałości niesamowitym klimatem i perfekcyjną realizacją, co sprawia, że moja opinia dalej skłania się raczej ku solidnemu yay niż meh.

Fot. FX

Fot. FX

Zacznę od tego, co zdecydowanie dobre – wspomniany dopiero co klimat dalej wręcz wylewa się z ekranu. Dominują elementy wampirze (co o dziwo mi nie przeszkadza, bo zdecydowanie nie jestem fanem krwiopijców, ale może to dlatego, że paradoksalnie wampiry z Hotelu są… mało wampirze) – rzeź w szkole, choć bezsensowna i nic nie wnosząca do sezonu, miała fantastyczny klimat gore. Co prawda wykorzystywanie wielkiej ilości sztucznej krwi nie należy do moich ulubionych elementów horrorów, ale w Room Service to naprawdę dobrze zagrało. Na tyle dobrze, że dopiero po czasie widz orientuje się, że to wszystko nie miało żadnego celu poza zapełnieniem odcinka. Ale i nie same wampiry odpowiadają za atmosferę sezonu. Mamy przecież błąkające się po korytarzach hotelu niespokojne ofiary żądne krwi – Johna, który coraz bardziej popada w obłęd, czy też tajemniczego lokatora pokoju 33. Wszystko to jednak blednie przy hołdzie dla Friedricha Murnau, jaki oglądaliśmy w ostatnim odcinku.

Od strony realizacyjnej to kolejna już w tym sezonie perełka. Historia utrzymana w stylu klasycznych niemych filmów z lat 20., wyraźne nawiązania do Nosferatu, gra cieni i ta charakterystyczna ścieżka dźwiękowa opierająca się na fortepianie. Doprawdy nie trzeba być dużym fanem kina i jego historii, by to docenić. Do tego Finn Wittrock, który nadspodziewanie dobrze odnalazł się w roli Rudolfa Valentino (i tu kolejne brawa dla charakteryzatorów – przez moment nie byłem pewny, czy to faktycznie on, szczególnie po tym, co stało się z postacią Tristana). Jakby tego było mało, cały wątek zgrabnie wyjaśnił genezę żądzy krwi u Hrabiny i u wszystkich postaci, które (bez)pośrednio od niej tego specyficznego wirusa przejęły. I przy okazji realizacji – nie można nie wspomnieć o pracy kamery w tym sezonie. Żałuję, że ani trochę nie znam się na tym od strony technicznej, żeby móc powiedzieć coś szerzej, ale sposób budowania ujęć naprawdę zasługuje na uznanie. Bardzo umiejętnie wykorzystuje się ciasne korytarze, by wywołać wrażenie klaustrofobii. Do tego chociażby rybie oko, kręcenie przez wizjer w drzwiach. To w dużej mierze dzięki temu klimat Hotelu jest tak mocno odczuwalny.

Fot. FX

Fot. FX

Podoba mi się również rozwój części wątków – szczególnie Liz. Co prawda jej związek z Tristanem wprowadzony został nagle i postawił widzów przed faktem dokonanym, ale przywykłem już, że twórcy AHS rzadko wykazują się subtelnością i niespieszną narracją. Pomijając jednak ten aspekt, historia Liz stała się chyba jedną z najciekawiej opowiedzianych w tym sezonie, szczególnie że nie mamy tu do czynienia z kolejnym wampirem. No i brawa jak zwykle dla Denisa O’Hare. Mam wrażenie, że to jego najlepsza rola z dotychczasowych.

Co z kolei znajduje się na przeciwległej stronie wagi? Chaos narracyjny. To co obecnie wyrabia się w wątku Johna trudno mi nawet sensownie skomentować. Po części rozumiem, że to może być świadomy zabieg twórców, abyśmy czuli się równie zagubieni, co sam bohater, ale przeskoki fabularne w jego historii bywają naprawdę gwałtowne i późniejsze urywane retrospekcje, które wyjaśniają po części, co się stało, nie w pełni pomagają. Już nie wspominając o jego córce, o której scenarzyści przypominają sobie, kiedy jest to wygodne dla historii. Bo kto w zasadzie opiekował się nią, kiedy Alex bawiła w hotelu i zamieniła łóżko na trumnę, a John miał swoje odloty?

Fot. FX

Fot. FX

Mimo to należy przyznać jednak, że wątek detektywa to obok Hrabiny najbardziej konsekwentnie prowadzona nitka w tym narracyjnym kłębku. Przynajmniej oboje pojawiają się co odcinek, z resztą bohaterów bowiem już tak dobrze nie jest. Sally po pierwszych odcinkach praktycznie całkowicie odeszła w cień, Ramona i Donovan pojawiają się i znikają, i pewnie jeszcze przez parę odcinków będą wymyślać zemstę, a przemianie Iris niby poświęcono cały odcinek, ale zasadniczo póki co powrócono do jej wcześniejszego status quo. Krótko mówiąc – to, co szwankowało w poprzednich latach. Mnogość wątków i bohaterów, czasami brak znaczących zmian i wpływu wydarzeń na postacie. Do tego dochodzi kwestia nieśmiertelności wampirów. Trochę obawiam się, że ten wytrych może być nadużywany i śmierć straci na znaczeniu, podobnie jak było w Coven i zdolnością wskrzeszania u jednej z czarownic (z drugiej strony bycie martwym nie przeszkadza kilku bohaterom w regularnym pojawianiu się na ekranie, więc w zasadzie – jak nigdy wcześniej – śmierć nie musi oznaczać końca pewnej historii).

W Hotelu mam też problem ze scenami seksu. Nigdy wcześniej twórcy nie hamowali się w tym aspekcie, ale mam wrażenie, że w tym sezonie wrzucają je dużo bardziej bezsensownie i dlatego, że mogą, bo to kablówka. Rozumiem, że wampiryzm i seks łączą się od lat, ale w momencie, gdy Lady Gaga niemal co odcinek ma scenę łóżkową, trochę to traci swoją moc. Tym bardziej, że każda kolejna blednie przy tej z premiery, kiedy to Hrabina i Donovan wybrali się na łowy. I owszem, jak najbardziej wpisuje się to w charakter postaci, ale jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, że scenarzyści robią to głównie po to, by o serialu stało się głośniej. Albo też dopiero po tylu latach dają w pełni upust swoim fantazjom. Uważam jednak, że z większym pożytkiem byłoby tworzyć te sceny rzadziej, a bardziej w stylu tej z premiery.

Fot. FX

Fot. FX

Nie jest zatem źle po siedmiu odcinkach. Hotel dalej cierpi na wady swoich poprzedników, ale skutecznie udaje mu się te skazy przypudrować czy to dziećmi-wampirami, czy też fantastycznym nawiązaniem do lat 20. Poza tym nie oszukujmy się – jeśli ktoś wytrwał z serialem tyle lat, niestety musiał pogodzić się z pewnymi charakterystycznymi już defektami AHS. I albo się je akceptuje (z mniejszym lub większym zgrzytaniem zębów), albo porzuca tytuł. Ja na razie należę do tej pierwszej grupy i raczej w niej pozostanę, bo zgrzytania w tym roku jest zauważalnie mniej niż w poprzednich dwóch latach. Jasne, to już dawno temu stał się bardzo ładny, ale i niepokojący, obrazek, któremu często brakuje czegoś więcej pod powierzchnią, ale w tym roku warstwa wierzchnia wyszła nadzwyczaj dobrze.

American Horror Story
horror/drama
FX 2011–

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.