MARVEL’S JESSICA JONES

Power and Control (Jessica Jones, S01)

Artykuł zawiera spoilery.

Głównym pytaniem Serialkonu było: “czy widziałaś już Jessikę Jones?”, drugim stało się: “a ile już widziałaś?”. Nowy serial z kinowego uniwersum Marvela stał się absolutnym hitem nawet dla tych, którzy zwykle pozostają z daleka od telewizyjnych i kinowych przygód bohaterów w pelerynach.

To ostatnie pytanie ma jednak drugie dno. Nie chodzi tylko o to, jak szybko jesteśmy w stanie połknąć wypuszczone przez Netflixa trzynaście odcinków serialu, ale raczej ile potrafimy znieść za jednym posiedzeniem. W odróżnieniu jednak od dziesiątek seriali, których nie da się oglądać, bo są tak złe, Jessica jest trudna do zniesienia właśnie dlatego, że jest tak dobra.

Trzynaście odcinków serii ogląda się w napięciu, ze ściśniętym żołądkiem i zaciśniętymi pięściami. Przysięgam, że było kilka scen, zwłaszcza kiedy na ekranie pojawiał się Kilgrave, podczas których nie byłam w stanie mrugnąć. Jessica Jones jest stresująca nie tylko ze względu na stopniowo budowane napięcie i oczekiwanie konfrontacji pomiędzy bohaterką i jej nemezis, ale ze względu na tematy jakie bierze na warsztat. Jeśli Daredevil był przypowieścią o winie i odpowiedzialności, Jessica jest o wykorzystaniu i traumie. I właśnie wiarygodność i szczerość w przedstawieniu tematyki dotyczącej gwałtu, znęcania się i traumy sprawiają, że trudno się ten serial ogląda, a jednocześnie są one jego największą zaletą.

Mniej więcej w połowie serii Jessica nazywa rzecz po imieniu, wyrzucając swojemu prześladowcy, że ją zgwałcił, gdy była pod jego kontrolą. Smutne i przerażające jest to, jak bardzo mnie ta scena zaskoczyła, jak bardzo nie przywykłam do nazywania gwałtu gwałtem w telewizji i filmie.  Z jednej strony gwałt jest praktycznie wszechobecny na naszych ekranach, zwłaszcza w backstory bohaterów. Potrzebujemy motywacji dla bohatera? Zgwałcono i zabito mu żonę. Motywacja dla bohaterki? Gwałt. Dla kobiety czarnego charakteru? Gwałt. Często metaforyczny – inwazja cielesna i umysłowa, która na zawsze zmienia bohaterkę, i przekształca ją w ikonę siły i przetrwania. W serialach Jossa Whedona aż się od takich przypadków roi, ale nie jest on jedynym wybierającym ten skrót fabularny.

fot. marvelgifs.tumblr.com

fot. marvelgifs.tumblr.com

Jednocześnie jednak brakuje poważnych, szczerych narracji, gdzie stawia się widza po stronie bohaterki, gdzie bez ogródek pokazuje się konsekwencje życia z traumą, naświetla się mechanizmy kontroli, prześladowania i gnębienia. Od czasu do czasu spotkamy się z tą tematyką w kinie niezależnym lub w telewizyjnych historiach produkowanych przez Lifetime, ale telewizja popularna jakoś jej unika, albo pozostawia ją w warstwie metaforycznej.

Jessica Jones sięga po metaforę, oczywiście, ale Kilgrave jest przerażający nie dlatego, że posiada nadnaturalne zdolności kontroli umysłów, ale dlatego, że jego zachowanie i mechanizmy kontroli są typowe dla gwałcicieli i prześladowców. We wspomnianej wcześniej scenie zaprzecza słowom Jessiki, kilkakrotnie powtarza, że sama wszystkiego chciała, że dał jej wszystko czego pragnęła. Powtarzającemu się motywowi kontroli towarzyszy polecenie “uśmiechnij się” – nie tylko podkreślające poziom kontroli Kilgrave’a, ale będące też nieprzyjemnym refrenem przywołującym na myśl catcalling – okrzyki na ulicy kierowane pod adresem kobiet.

source: aliashawkat.tumblr.com

fot: aliashawkat.tumblr.com

Dawno już nie byłam tak przerażona i zniesmaczona “tym złym” w jakimkolwiek filmie czy serialu. Kilgrave, grany przez Tennanta ze sporą dozą charyzmy i z bagażem postaci Doktora, wyraźnie celowo użytym, jest wręcz odrażający, ale co najgorsze, wiem jak bardzo jest też realistyczny. Tennant w jednym z wywiadów stwierdził, że Kilgrave wyraźnie nie widzi siebie jako tego złego – “villains don’t see themselves as villains” – coś, co ma wyraźnie wspólnego z Fiskiem z Daredevila. Obaj zresztą złoczyńcy są realni i przerażający w sposób niespotykany wcześniej w MCU, pomiędzy bogami i machinami oni reprezentują najgorszą stronę ludzkości.

Kilgrave nie jest jedynym elementem układanki i opowieści o traumie i wykorzystaniu. Matka Trish, kierująca jej karierą i znęcająca się nad córką. Hogarth, manipulująca tymi dookoła. Simpson, którego historia zapewne zaprowadzi nas do postaci Nuke’a, i jego relacje z Trish, ze studium w budowaniu i niszczeniu zaufania. Jessica i Luke i historia pełna kłamstw i niedopowiedzeń z emocjonalnie niszczącą sceną z “you let me be inside you”. Malcolm i jego próby naprawiania świata. W świecie Jessiki Jones nikt nie wychodzi obronną ręką z katastrofy, różni ludzie mają tylko różne sposoby na radzenie sobie z krajobrazem „po”. Trudno oddzielić cokolwiek w Jessice od głównej narracji, zarówno pod kątem historii, jak i postaci – wszystko i wszyscy są ze sobą związani, tematycznie i emocjonalnie. Zalążki dalszej historii (Nuke), jak i historii postaci, przewijają się przez cały sezon, mamy też wyraźne połączenia zarówno z szerszym MCU, jak i z lokalnym aspektem Defenders. Podobnie jak Daredevil, akcja Jessiki rozgrywa się “po” – po superbohaterach, po Nowym Jorku, po Lokim, po Chitauri. Daredevil pokazywał konsekwencje traumy dla miasta i mieszkańców – problemy ekonomiczne, wzrost przestępczości, pojawienie się Fiska. Jessica jest o traumie głęboko osobistej także w tym aspekcie.

W uniwersum kinowym i telewizyjnym Marvela nie da się włożyć superbohaterów, bogów i złoczyńców z powrotem do pudełka – można tylko radzić sobie z konsekwencjami. Obdarzona supermocami Jessica, tak jak wcześniej Matt Murdock, musi zdecydować co z nimi zrobić. Jessica na tej ścieżce wydaje się o wiele bardziej zagubiona – nawet jeszcze przed spotkaniem Kilgrave’a odrzuca pomysł kostiumu i obśmiewa heroiczny przydomek zaproponowany przez Trish. Kiedy jest na skraju akceptacji mocy i swojej bohaterskiej roli, napotyka Kilgrave’a i jej zdolności zostają przez niego na zawsze wypaczone – jest to chyba jedna z najbardziej interesujących origin stories jakie mieliśmy dotychczas w MCU.

fot. sassydirewolf.tumblr.com

fot. sassydirewolf.tumblr.com

Jeszcze jeden punkt wspólny z Daredevilem (kącik ekstremalnych spoilerów w tym akapicie) – Matt dywaguje, czy może i czy powinien zabić Fiska, czy cel uświęca środki w tym przypadku. Jessica nie ma tego przywileju, jedyny sposób na powstrzymanie Kilgrave’a to zabicie go – nie utrzyma go w końcu tak naprawdę żadne więzienie, nawet tymczasowo pozbawiony zdolności jest w stanie przekonać Hogarth do swoich planów.

Nie dziwi fakt, że Hogarth jest tą, która pierwsza proponuje użycie zdolności Kilgrave’a dla “dobra” – albo raczej dla dobra swojej strony – bo jej wątek jest małym studium manipulacji i wykorzystania. Jakkolwiek smuci mnie, że jak zwykle dostajemy śmierć lesbijki, to jest to wątek i postaci, jakie rzadko widzimy w konfiguracji innej niż heteroseksualna. Zrecastowanie postaci Hogarth jako kobiety jest intrygujące – Carrie Ann Moss jest też, jak zawsze, fascynująca na ekranie. Interesującym jest to, jaki efekt mają wykorzystanie i manipulacja na postaciach – Jessica próbuje się odciąć od świata i od tych, których nie chce narazić na niebezpieczeństwo. Trish próbuje walczyć z całym światem, jednocześnie budując mury wokół siebie – metaforycznie, ale i dosłownie, instalując wzmacniane drzwi i panic room. Malcolm stara się troszczyć o wszystkich dookoła. Hogarth walczy o kontrolę. Każde z nich przeżywa i przechodzi traumę na własny sposób.

Ścieżka Jessiki to nie tylko droga ku zaakceptowaniu roli bohaterki, ale przede wszystkim droga do przyjaźni i przynależności do grupy. Jessica próbuje podążać typową ścieżką wydeptaną już przez prawie każdego zamaskowanego mściciela – odciąć się od bliskich, żeby nie narażać ich na niebezpieczeństwo. Problem w tym, że po pierwsze, wcale nie wydaje się to ich chronić, a po drugie, jej bliscy wcale tego nie kupują, zwłaszcza Trish Walker. Związek Jessiki i Trish jest dla mnie absolutnie jedną z najmocniejszych stron serii – realistyczną, szczerą wizją przyjaźni między kobietami; czegoś, czego bardzo potrzebujemy w narracjach superbohaterskich, a czego do tej pory (Supergirl jest drugim mocnym punktem w tej relatywnie nowej ofensywie) bardzo brakowało.

fot. bisexualisekeating.tumblr.com

fot. bisexualisekeating.tumblr.com

Związki i emocjonalne połączenia między bohaterami dużo zawdzięczają aktorom. Ritter i Tennant są fenomenalni, sceny z ich udziałem elektryzujące (i przerażające, biorąc pod uwagę jak świetnie Tennant gra socjopatę, przydając mu chyba celowo pewnych manieryzmów Doktora), ale reszta obsady nie pozostaje w tyle. Nie mogę się już doczekać Luke’a Cage’a – Mike Colter ma ciepło, spokój i siłę właściwą superbohaterowi. Scena z ręczną piłą to mój hit ujawniania nadnaturalnych zdolności. Mocną stroną jest też Rachael Taylor jako Trish Walker – była nastoletnia gwiazdka, być może przyszła bohaterka Hellcat – bez trudu przechodzi od strachu do siły, od niepewności do gniewu, i nade wszystko świetnie odbija się od Krysten Ritter, wiarygodnie przedstawiając lata skomplikowanej i głębokiej przyjaźni. Z Trish niestety wiąże się jednak najsłabszy dla mnie wątek sezonu – Will Simpson. Jego przeobrażenie i spirala szaleństwa nie są do końca wiarygodne, albo przedstawione za szybko, albo pozbawione pełnego wytłumaczenia. Wyraźnie budowana jest podstawa drugiego sezonu, niestety kosztem wiarygodności postaci.

Na koniec kilka krótkich słów na temat połączenia Jessiki z Netflixowym światkiem MCU i szerszym uniwersum. Jak już wspomniałam, Jessica Jones nie ignoruje wydarzeń z serii, wręcz przeciwnie, eksploruje konsekwencje istnienia superbohaterów i skalę zniszczenia widzianego w filmach. W jednym z epizodów Jessica jest obwiniana za personalną stratę jako “jedna z nich” – jest to chyba najbardziej wyrazisty jak dotąd przykład na to, jak świat pełen superbohaterów wpływa na zwykłych ludzi. Agents of S.H.I.E.L.D, którzy mieli z założenia opowiadać o zwykłych ludziach w MCU, nigdy nie zbliżyli się do tego poziomu (a w kolejnych sezonach wydają się coraz bardziej pokazywać origin story innych bohaterów).

fot. eka_darville.tumblr.com

fot. eka_darville.tumblr.com

Jednocześnie jednak Jessica odcina się od innych bohaterów. Luke Cage zostaje wplątany w intrygę, ale jego historia jest celowo pozostawiona w tajemnicy – serial pokazuje punkt widzenia Jessiki, i tak jak ona, traktuje Luke’a trochę na dystans. Częściowo jest to podyktowane wymogami produkcyjnymi – Melissa Rosenberg nie wiedziała nawet jaka będzie historia Luke’a opowiedziana w jego nadchodzącej serii – ale działa to świetnie też na poziomie postaci. W ostatnich odcinkach pojawia się wyraźne nawiązanie do Daredevila w postaci Claire Temple – która ponownie pojawi się też w serii Luke’a – ale jakkolwiek dobrze jest mieć połączenie między seriami, dla mnie najciekawsze było tu wyjaśnienie dlaczego inni bohaterowie (jak Matt, mieszkający przecież o rzut beretem) nie są zaangażowani w walkę przeciwko Kilgrave’owi. Jest to jeden z najbardziej męczących zwykle elementów narracji superbohaterskich, zwłaszcza obecnie w MCU – dlaczego nie dzwonisz po kumpli? Wytłumaczenie Jessiki, że boi się podać Kilgrave’owi na tacy kolejną osobę z nadnaturalnymi zdolnościami, jest nie tylko logiczne, ale też wpisuje się w jej historię i to, jak ona sama została przez Kilgrave’a wykorzystana.

Muszę przyznać, że Jessica podobała mi się znacznie bardziej niż Daredevil – a Daredevil podobał mi się bardzo – choć była znacznie trudniejsza do oglądania i pozostawiła mnie dość wyczerpaną emocjonalnie. Nie jest to efekt jakiego spodziewałam się od serii z podwórka MCU – Agenci S.H.I.E.L.D. i Agentka Carter przyzwyczaili mnie do lżejszej rozrywki – ale zdecydowanie dobrze wróży na przyszłość Netflixowym wysiłkom.

Bring on Luke Cage! Jak najszybciej, proszę, bo inaczej zacznę od nowa Jessikę, a nie jestem pewna, czy moje nerwy to zniosą.

Jessica Jones
supernatural drama
Netlflix 2015 –

Joanna Kucharska

Człowiek-katarynka, z opinią na każdy temat. Urodzona w Krakowie, żyje przed ekranem. Uzależniona od kawy, musicali i złych żartów słownych. Czasami pisze, częściej przeklina migający kursor. Porzuciła hatewatchowanie na rzecz hope-watchingu, bo zdrowiej dla psychiki.