Fot. NBC

Przygody na poziomie (Grimm, S05E01–04)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Mam  wrażenie, że jesteśmy cały czas w szczytowym momencie serialu – piąty sezon zaczął się mocno i żaden z czterech odcinków, które obejrzałam, mnie nie rozczarował.  Osią fabuły wydaje się być tajemnicza organizacja, która skradła ciało Juliette i porwała Teresę, czyli Trubel? To kolejna groźna grupa nacisku, przemieszczająca się w mroku, nieco bardziej wyrafinowana niż Monroe, i nie tak zabawna jak papierowi „Royals”. Co sądzicie o metaplocie? Ciekawi Was? Zrobił się choć trochę poważniejszy?

Cathia: Bałam się w pewnym momencie, że Grimm nie będzie w stanie udźwignąć wielkiego story arc, a jednak się myliłam! Bazowałam swoje podejrzenia właśnie na Rodzinie Królewskiej, którą nadal lubię, ale która straciła tak wiele ze swojej tajemniczości. A jednak! Ciekawi mnie ta „grupa nacisku”, o której wspominasz, może stać się naprawdę wspaniałym urozmaiceniem serialu, pod jednym jednakże warunkiem! Od czasów Archiwum X obawiam się konspiracji tak zaplątanej, że nawet widz straci rachubę zwrotów akcji i nie będzie wiedział, kto, gdzie i z kim. Jeśli scenarzyści nie pójdą w tę stronę, może wyjść świetnie. Poważniej się już nie da – ten serial zawsze był dla mnie poważny.

Fot. NBC

Fot. NBC

Mysza: Nie sądzę, by Grimm poszedł w kierunku zbytniego skomplikowania intrygi. Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze odnosiłam wrażenie, że choć zakres mitologii serialu był (i jest) dość szeroki – Wesen to gatunek wywodzący się z Europy, wplątany w tamtejszą historię i folklor – sam serial skupia się na nieco innych akcentach, przede wszystkim na relacjach między postaciami. To zresztą stanowi jego najsilniejszy element. To nie efekty specjalne czy case’y odcinka sprawiły, że płakałam w finale pierwszego sezonu – to związek Juliette i Nicka sprawił, że nie tylko się wzruszyłam, ale bardzo do serialu przywiązałam; zresztą podobnie było z przyjaźnią Hanka i Nicka, czy Nicka i Monroe. W związku z tym, jeśli mam być szczera, nie tylko nie obawiam się o rozwój wątku z tajemniczą organizacją, ale wręcz trochę go… może nie olewam, ale z pewnością nie skupia mojej uwagi najbardziej. O wiele ciekawiej prezentuje się dla mnie wątek Nicka – postaci, która przez te cztery sezony zdążyła przejść skomplikowaną, niełatwą drogę. No i przyznaję bez bicia – to, co scenarzyści obecnie wyprawiają z Adalind (i tym, jak zmienił się jej stosunek do Nicka), to bodaj mój ulubiony wątek w całej historii serialu. Przy czym Grimm od dość dawna (także w naszych Wielogłosach) wymieniam jako przykład bardzo umiejętnie i mądrze pisanego/prowadzonego serialu. Fakt, że piąty sezon nie tylko trzyma wysoki poziom, ale że mimo nielichego stażu serial wciąż jest mnie w stanie zaskoczyć czy poruszyć… to naprawdę duże osiągnięcie.

Pirjo: Tak sobie myślę, że klasyczne „potwory odcinka” wróciły do Grimm dopiero w czwartym epizodzie, tym o idealnym kandydacie do ręki księżniczki Wesen. Nie wiem jak Wy, ale ja potraktowałam ten wątek jako oddech ulgi, chwilową odskocznię od poważniejszych spraw. To, co dzieje się obecnie w życiu Nicka i jego drużyny jest tak absorbujące, że spełnianie detektywistycznych obowiązków wydaje się luksusem, na który nie zawsze sobie można pozwolić. Trzej kandydaci „do ręki”, prastare tradycje rodzinne, fantastyczna rezydencja, wiadomo było od razu, że dwaj absztyfikanci zginą, a przy ostatnim okaże się, jaki twist zaserwowali nam tym razem twórcy. Przyznam, że mam sentyment do baśniowych rekonstrukcji z pierwszych sezonów serialu, więc oglądałam odcinek z przyjemnością, nawet jeśli znając Grimm domyśliłam się prawie od razu, jaki będzie finał. Bo wiecie, w tym odcinku nareszcie mieliśmy fajną postać „zwykłego człowieka”, uwikłanego w sprawki i zbrodnie Wesen. Człowieka, który przejmował inicjatywę i próbował rozwiązać zagadkę, nawet jeśli nie był policjantem.

Cathia: Kurczę, Grimm jest tak dobrze pisany, że nawet nie czuję tego, że gdzieś tam pojawiają się odcinki, nie będące MOTW. Główny wątek jest rozgrywany w sposób, który sprawia, że nie przeszkadza mi brak zwyczajowej sprawy, wręcz przeciwnie – chcę, by akcję popchnięto do przodu! Jednak jest to naprawdę zgrabnie zrównoważone i wszystko ogląda się znakomicie. Pomysłów, póki co, nie brak, i tak – masz rację – odcinek o kandydacie do ręki był absolutnie uroczy i widać byłam jakaś zmęczona, kiedy go oglądałam, ale rozwiązanie nie było dla mnie wcale oczywiste, natomiast byłam się w stanie rzeczywiście przejąć naszą bohaterką, a to w przypadku potwora tygodnia naprawdę sukces!

Mysza: Rzeczywiście, czwarty odcinek interesująco wprowadzał postać „normalnego człowieka”, który po raz pierwszy ma styczność ze światem Wesen (zresztą w kontekście tego odcinka celne – i nieco bolesne – wydawały się komentarze sierżanta Wu, który przecież w swoim czasie również borykał się z istnieniem świata nadnaturalnego). Tu akurat zgodzę się z Pirjo – oglądając mnóstwo procedurali, a i będąc przyzwyczajoną do stylu scenarzystów Grimm, z łatwością przewidziałam finałowy twist, niemniej oglądałam odcinek z ogromną przyjemnością. Jest coś w tym, że po ostatnich naprawdę traumatycznych wydarzeniach w życiu Nicka, odcinek MOTW wydaje się luksusem i konieczną odskocznią. To, co zrobiło na mnie wrażenie, to właśnie fakt, iż odcinek nie wydawał się wymuszony ani zbyt „osobny” od głównej osi intrygi. Wszak Grimm to mimo wszystko procedural z elementami fantasy i miło wiedzieć, że twórcy – w swym dążeniu do zaserwowania serialowym postaciom i nam, widzom, kilku poważniejszych intryg – nie zapominają o swych bardziej klasycznych, baśniowych korzeniach.

Fot. NBC

Fot. NBC

Pirjo: Chyba najciekawszym tematem nowego sezonu jest dla mnie wspomniany związek Adalind i Nicka – relacja istniejąca na jakimś poziomie od pierwszych odcinków, oparta teraz zarówno o poważne, życiowe podstawy, jaką niewątpliwie jest wspólne dziecko, ale też o „magiczne wyparcie prawdziwej natury”. Interesująco patrzy się na budowanie nowej wersji ich związku, nowych reguł, nowych granic. Mieszkanie pod wspólnym dachem z dawnym śmiertelnym wrogiem nie może być łatwe. Te ich rozmowy, drobne gesty, detale codziennego życia, zakupy, korzystanie z łazienki, dzielenie tego samego mieszkania – są najsłodsze, i najciekawsze, przynajmniej dla mnie. Czy Adalind zdoła na trwałe przekroczyć swoje uwarunkowania i stać się, podobnie do Monroe i Rosalee, niegroźną, dobrą postacią, częścią drużyny? Czarodziejką raczej niż wiedźmą? Może Nick się wreszcie przekona do Hexenbiest? Czy kapitan Renard nadal coś czuje do Adalind? No i czy Juliette rzeczywiście zginęła?

Cathia: Powiem tak: myślę, że Juliette rzeczywiście zginęła, a przynajmniej taką mam nadzieję… Chwila, wstrzymajcie się z tymi pomidorami! I to jeszcze zgniłe, cholera… Grimm dotychczas zaprezentował się nam jako serial nie stroniący od rozwiązań dosyć kontrowersyjnych i najwyraźniej nie pragnący popaść w utarte schematy. Więc tak – liczę na to, że Juliette już nie zobaczymy. Lubiłam tę postać, nawet bardzo, i było mi jej żal, ale to był ten moment, w którym należało coś z nią zrobić. I zrobiono. Jasne, jej powrót mógłby wprowadzić ciekawą dynamikę do (niezbyt) sielankowego pożycia (nie)małżeńskiego Adalind i Nicka, ale właściwie po co? I tak czuć, że nasza para siedzi na wulkanie, bo ich koegzystencja wcale nie jest łatwa, za dużo się między nimi działo. Natomiast kibicuję im bardzo! Chcę postaci, która się „nawróci”. Chcę kolejnej dobrze napisanej Anyanke lub Cordelii! A myślę, że mamy na to szanse, bo – jak już wielokrotnie podkreślałam – scenarzyści są dobrzy.

Mysza: Powiem szczerze: mimo całej mojej sympatii dla Juliette i złamanego serduszka – bo bardzo jej i Nickowi kibicowałam – uważam, że postać ta dostała interesująco poprowadzony wątek przejścia na Ciemną Stronę i świetne, choć bolesne pożegnanie. Myślę, że byłabym bardzo zawiedziona, gdyby twórcy Grimm postanowili wyciąć numer a’la Supernatural (Cathia, nie bij!) i zaserwowali nam Juliette-powracającą-zza-grobu. Nick musi sam uporać się z całą sytuacją, która miała miejsce w finale season 4 – czy możemy w tym miejscu głośno pochwalić aktorstwo Davida Giuntoli, który świetnie odgrywa emocje swego bohatera? Sztuczne udramatycznianie jego cierpienia w postaci magicznie przywróconej Juliette byłoby… cóż, leniwym scenopisarstwem. A o to, mimo wszystko, scenarzystów serialu nie podejrzewam.

Z kolei wątek Adalind i Nicka to obecnie, jak wspominałam na początku naszej dyskusji, główny powód dla którego zasiadanie do kolejnych odcinków Grimm sprawia mi tak ogromną frajdę. Giuntoli i grająca Adalind Claire Coffee fantastycznie bawią się skomplikowaną sytuacją między swymi bohaterami, subtelną – a czasem efektownie przerysowaną for comedic effect – grą aktorską nadając tej relacji niepowtarzalnej chemii. Blaski i cienie ich wspólnego, pozornie normalnego życia domowego to interesująca przeciwwaga dla magicznych realiów, w których oboje na co dzień żyją (i, jak Nick, pracują). Jestem zdania, że cała ich relacja – poprowadzona od wrogów, przez niechętnych sprzymierzeńców, aż po pełnych wahania partnerów – to jedna z najfajniejszych rzeczy, jakie obecnie mamy na ekranach. Wygląda na to, że dziś nikt tak umiejętnie i wiarygodnie nie pisze przemian Złych w Dobrych, jak Grimm i Once Upon a Time. Przy czym zauważcie, że oba te seriale to wariacje na temat baśniowych motywów. Widać pod pewnymi względami ludzka natura – i (pop)kultura – wcale się nie zmienia: wciąż lubimy oglądać te same historie o odkupieniu i wybaczeniu. I miłości, która przekracza dzielące bohaterów różnice.

Fot. NBC

Fot. NBC

Pirjo: A więc prognozujesz miłość? Hmm… zobaczymy! Wrócę jeszcze raz do tego, o czym mówiłam na początku: przyznam, że oczekiwałam spadku poziomu, wyczerpania się formuły. Tymczasem serial jest mocny, zwarty, znamy postacie już na tyle, że są wielowarstwowe, przejmujemy się ich losami, każda nitka metaplotu jest ważna i pogłębiona właśnie dzięki temu, że poszczególne postacie tyle już przeszły. Wikołaczy side-kick już dawno przestał pełnić rolę comic reliefu, nieliczne momenty rodzinnego szczęścia oglądamy nie ze śmiechem na twarzy, ale z troską.

Cathia: Dokładnie! W tej chwili jest to jedyny chyba serial, który oglądam z prawdziwą przyjemnością, nie zastanawiając się, o co właściwie chodzi i nie niszcząc sobie biurka waleniem czółkiem o blat… Zważywszy, że w szranki staje również Supernatural, jest to naprawdę duży komplement!

Mysza: Umówmy się – Grimm do Supernatural jeszcze nieco brakuje (tak z sześć sezonów…), ale rzeczywiście jest to serial szalenie konsekwentnie trzymający poziom jakości. Patrząc na spadek formy takich hitów jak The Walking Dead czy Game of Thrones właśnie w okolicach 5-tego sezonu, aż dziw, że taka niszowa, w sumie mało popularna produkcja jak Grimm, zdołała się uchronić od tej swoistej „klątwy”. Pozostaje mieć nadzieję, że dalszy ciąg obecnego sezonu również nas nie zawiedzie. Byleby twórcy nie zapomnieli kompletnie o kluczach i mapie – to, jak rzadko wątek ten powraca w serialowej fabule to właściwie jedyne, do czego mogłabym się w Grimm przyczepić.

Grimm
supernatural drama
NBC, 2011–

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Cathia
Mól książkowy, zwierzę konwentowe, fangirl i Sheppardolożka. Wielbicielka czarnych charakterów, na czele z pewnym Królem Piekieł o brytyjskim akcencie. Kilka lat temu dosyć niespodziewanie zapadła na chorobę o nazwie Supernatural i modli się, by nigdy nie znaleziono na to leku. Aktywny członek fandomu od co najmniej 16 lat. W wolnych chwilach zajmuje się rękodziełem, robiąc kartki o fantastycznej tematyce, ostatnio zaczęła również pisać supernaturalowego bloga.

Mysza
Fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)