Fot. CBS

Arts & Crafts (Limitless, S01E01–10)

Artykuł zawiera tylko niewielkie spoilery, a przynajmniej bardzo się postaramy, żeby tak było.

Pirjo: Pisałam już troszkę o tym serialu na Pulpozaurze, ale zgodzisz się chyba, że domaga się on większego rozgłosu? Zacznijmy zatem, a jako że próbujemy przyciągnąć nowych widzów, to ostrożnie ze spoilerami!

Dawno nie oglądałam tak przyjemnego, lekkiego, choć wcale nie banalnego serialu. Jeśli mam być szczera, Limitless wygrywa u mnie i z Bibliotekarzami, i z iZombie. Duża w tym zasługa przesympatycznego i pozytywnego bohatera – równie pozytywnego jak pracująca w prosektorium równoległego serialu Liv, ale jakby jeszcze normalniejszego, w pełnym tego słowa znaczeniu zwykłego; i spora zasługa też świata, który jest realistyczny, nie fantastyczny, więc przejmuję się nim jakby bardziej niż trawionym podskórną epidemią zombie uniwersum białowłosej heroiny. Czy Ty też widzisz analogie między tymi serialami? Co je wyróżnia na tle innych przygodowych produkcji i czy mamy do czynienia z – co zasugeruję tu nieśmiało – nowym typem bohatera? Czy nareszcie pojawiają się nam w serialach normalni, zdrowi psychicznie, radzący sobie i optymistyczni ludzie (well, definicja człowieczeństwa potraktowana jest tu przeze mnie dość luźno…)?

Fot. CBS

Fot. CBS

Mysza: Nie wiem, czy widzę równie wiele podobieństw między iZombie i Limitless co Ty… no może oprócz tego, że na nowe odcinki obu seriali czekam z równie wielkim utęsknieniem. Dla mnie Limitless wpasowuje się o wiele silniej w (pod)gatunek seriali o geniuszach, o czym zresztą rozmawialiśmy w trakcie panelu podczas tegorocznego Serialkonu; jestem nieco zawstydzona tym, jak mocno podczas tamtejszej dyskusji promowałam Limitless.

Prawda jest jednak taka, że szczerze wierzę, iż Limitless jest serialem sympatycznym, niegłupim, a co najważniejsze – wartościowym. Niewiele jest produkcji o geniuszach, które nie byłyby mroczne i nie opierały się na schemacie „antisocial genius” w stylu Sherlocka Holmesa. Brian z Limitless wpasowuje się pod tym względem w niewielkie, ale ciekawe towarzystwo bohaterów seriali Chuck, Psych i The Mentalist – zwykłych ludzi, którzy nie urodzili się „geniuszami”, lecz swoje umiejętności otrzymali w wyniku eksperymentu lub zostali ich nauczeni/sami je sobie wypracowali. Co ciekawe, także pod względem klimatu, Limitless przypomina te produkcje – choć wszystkie są w jakimś stopniu proceduralami, mają o wiele lżejszy, weselszy, często nawiązujący do popkultury ton, niż np. Sherlock czy Criminal Minds, gdzie również mamy postaci geniuszy.

Zgadzam się natomiast, że „normalność” Briana jest jedną z jego najważniejszych cech. Dzięki temu łatwiej nam z nim empatyzować, a także uwierzyć w nieprawdopodobność świata przedstawionego – może i nie mamy tu elementów równie fantastycznych co zombie z wizjami, ale narkotyk NZT, który bierze Brian, to wciąż coś wyciągniętego niemal żywcem z powieści science-fiction. Fakt, że Brian jest zwykłym, szarym człowiekiem wrzuconym w nieprawdopodobne okoliczności sprawia, że na wiele rzeczy reaguje w sposób naturalny – tak, jak i my byśmy to zrobili. To, że Brian momentami nie bierze swojej pracy na poważnie, strojąc sobie żarty, uczłowiecza nie tylko jego, jako bohatera, ale także sam serial i jego momentami niedorzeczne założenia.

Fot. CBS

Fot. CBS

Pirjo: Jak już wspomniałaś, jednym z tematów Limitless, tak filmu jak i pogodniejszego w odbiorze serialu, jest geniusz i bycie genialnym. Brian, młody konsultant FBI, staje się supermózgiem po zażyciu codziennej dawki „pigułek mocy” i dzięki sprawniejszemu umysłowi rozwiązuje kryminalne zagadki. Jak wszystkie bonusy ma to swoje dobre i złe strony. A jednak, patrząc na wysyp serialowych „wszechwiedzących” postaci można pomyśleć, że jest to, szczególnie we współczesności, uniwersalne marzenie człowieka: ogarniać całokształt, pamiętać i kojarzyć wszystko, mieć dostęp do informacji natychmiast i bez wysiłku. Nasz bohater dzięki „magicznej pigułce” dostaje taką możliwość i umie z niej korzystać, a także tak ją wkomponować w swoje życie, by nawet po zejściu z narkotycznego haju czerpać benefity z czasowo poszerzonej percepcji. Odnoszę wrażenie, że dwie strony jego osobowości, z początku mocno kontrastowane, w toku sezonu zlewają się w jedną, spójniejszą całość. Brian adaptuje się do sytuacji i wcale nie jest „upośledzony”, gdy brakuje mu chemicznego wsparcia. Szybko się uczy, zdobywa nowe doświadczenia, rozwija się jako osoba. Nie jest zależny wyłącznie od cudownego środka, jakim jest NZT.

Uwielbiam też zabieg polegający na tym, że bohater rozmawia sam ze sobą, próbując rozgryźć problem. Śledzimy w ten sposób jego tok rozumowania i mechanikę podejmowania decyzji. Albo gdy zwraca się bezpośrednio do nas, widzów. I te wszystkie wizualizacje, plastelinowe ludki, fantazyjne i nieco dziecinne sposoby dzielenia się ze światem przemyśleniami. Robótki ręczne, wykresy, wizualizacje, amatorskie filmy. Wreszcie te kolorowe swetry! Duże dziecko, a przecież geniusz. Cudowne dziecko? Odnoszę wrażenie, że Limitless nieustannie przełamuje gatunkowe konwencje, ale tylko po to, by ustalić swoją własną, niepodrabialną i oryginalną formułę. No i serio, czy tylko mi się wydaje, że nareszcie taka „genialna” postać została zaprzęgnięta do prawdziwie pożytecznej pracy na miarę swoich możliwości? Tu mały spoiler – odcinek, w którym Brian postanawia schwytać „top 10” amerykańskich przestępców znajdujących się na wolności i ukrywających się przed organami ścigania. Tak po prostu. Mam supermózg – więc naprawię świat. Rewelacja! I potrafi się też bawić, cieszyć. Jak dziecko. A jak Tobie podoba się wykreowanie, a następnie ewolucja tego bohatera, i to w perspektywie jego relacji ze zmieniającym sposób percepcji narkotykiem?

Mysza: Byłam i jestem nim zachwycona – pilot Limitless znalazł się na szczycie listy nowych produkcji, które w tym sezonie wychwalałam. Przy czym sądzę, że ważne jest podkreślenie innej cechy Briana, czegoś, co serial również wielokrotnie podkreśla, czy to pokazując nam pewne sceny, czy poprzez rozmowy Briana z innymi bohaterami. Otóż istotne w serialu jest to, że Brian także bez NZT jest szalenie inteligentną i utalentowaną osobą. Odcinek, w którym dowiadujemy się, że jego plastyczne zdolności – a także fakt, że wykorzystuje je do „tłumaczenia” innym swego toku myślenia – były w nim zawsze, już od dzieciństwa, a nie są efektem ubocznym podrasowanego narkotykiem mózgu, był moim zdaniem jednym z ważniejszych w serialu. Podobnie istotne wydaje mi się to, że Brian jest w stanie wykorzystać informacje i wiedzę zdobyte „pod wpływem” także po tym, gdy cudowna pigułka przestanie działać. Dzięki temu wiemy, że Brian-na-NZT i Brian-bez-NZT nie jest dwiema kompletnie różnymi osobami (jak słusznie zauważyłaś, serial zresztą dąży do zasypania „przepaści” między tymi dwoma odłamami) – nie musimy decydować, komu kibicujemy bardziej. Nie mamy też wrażenia, że Brian jest w jakiś sposób kontrolowany przez NZT, że jest od niego zależny. Owszem, są rzeczy, których bez niego nie wykona i nie zrobi, ale sam z siebie Brian jest niegłupią osobą. NZT nie zmienia go w kompletnie innego człowieka – narkotyk po prostu poszerza naturalny potencjał Briana. Myślę, że ten wątek drzemiącego w każdym z nas potencjału – tego typowo amerykańskiego „can-do attitude” – jest w Limitless szalenie istotny.

Fot. CBS

Fot. CBS

Wspomniana przeze mnie „normalność” Briana, jego skłonność do żartów i wybujałej wyobraźni to tylko jedna z jego zalet, zarówno jako bohatera, jak i samego schematu pisania serialowej postaci. Druga jego najważniejsza cecha to wspomniana przeze Ciebie zwykła, ludzka dobroć. Brianowi nie przyszło do głowy wykorzystać NZT do przejęcia władzy nad światem – jedyne, co chce czynić, to dobro. I nieważne, czy są to działania na skalę państwową, jak zgarnięcie złoczyńców z most wanted list, czy udzielenie porady osobie przypadkowo spotkanej w autobusie. Brian nie jest może kompletnym altruistą – wszak widzimy, że zdarza mu się wykorzystywać narkotyk do własnych celów (I mean, who wouldn’t?), ale widzimy także, że jest w stanie poświęcić swoje pragnienia i cele dla większego dobra. Obecnie, patrząc na otaczających nas w popkulturze antybohaterów i swoisty kult „the charming asshole”, takie postacie jak Brian – normalne, sympatyczne i autentycznie dobroduszne – to rzadkość. Może zresztą dlatego Limitless się tak wybija na tle innych produkcji. Bo nawet gdy odcinki są nieco poważniejsze, a bohaterowi dzieje się źle, my zostajemy z dobrym samopoczuciem. To w sumie rzadko spotykany rodzaj serialu – feel-good procedural. Mam wrażenie, że od czasów pierwszych sezonów Bones i Castle’a (i przedwcześnie skasowanego Forever) nie mieliśmy na antenie równie ciepłych, fajnych seriali.

No i umówmy się: jeśli jest coś, co wyróżnia Limitless na tle innych seriali, to właśnie „wizualizacje” Briana. Sherlock ma swój mind palace, Cassandra z The Librarians swoje wykresy i grafy, ale to Brian bije ich wszystkich na głowę, ze swoimi wycinankami, figurkami z modeliny, rozmowami-z-samym-sobą, makietami z karteczek, domowymi filmikami, kukiełkowymi pokazami, zasłonkami z pociętych niszczarką zwojów papieru czy wybujałymi, inspirowanymi popkulturą fantazjami (odcinek nawiązujący do kultowego Ferris Bueller’s Day Off z lat 80. był absolutnie przecudowny). Bardzo się cieszę, że twórcy wzięli ciekawe wizualnie elementy z filmowego Limitless i w wyjątkowy, niepowtarzalny, zaskakujący sposób zreinterpretowali je na potrzeby serialu. Pozostaje mieć nadzieję, że nie uda im się zbyt szybko „wyprztykać” z pomysłów.

Pirjo: Podstawą każdego dobrego serialu są wiarygodne relacje między postaciami i „chemia” łącząca je ze sobą. W Limitless takim klejem jest przyjaźń między Brianem a jego policyjną partnerką Rebeccą. Nie przeszarżowana, nie nazbyt gorąca, zupełnie codzienna i testująca z odcinka na odcinek swoje granice. Ta para detektywów – bo przecież podążamy tu klasycznym wzorcem teamu stróży prawa – mimo że mają sekrety nawet przed sobą nawzajem, a on jest nieustannie szantażowany przez stojących w cieniu polityków – staje w pewnej chwili razem przeciw światu. Pani detektyw musi ukrywać prowadzone, prywatne śledztwo przed całą resztą posterunku, a Brian jest jedyną wtajemniczoną osobą. Takie sytuacje zbliżają do siebie ludzi i wzmacniają wzajemne zaufanie – a także wzajemną zależność. Bohaterowie muszą na sobie polegać i w toku sezonu nie raz ratują sobie nawzajem życie. A wokół nich rozkwita cała kolorowa, różnorodna drużyna herosów. Nawet ci, którzy początkowo wydają się oponentami albo marudami, pokazują swoje ludzkie i przyjazne oblicze, gdy zostają „zBrianizowani”.

Fot. CBS

Fot. CBS

Mysza: Jeśli masz na myśli Mike’a i Ike’a, agentów FBI mających za zadanie pilnować Briana, to masz całkowitą rację – nic nie sprawia mi większej frajdy niż obserwowanie powolnego, ukazywanego w krótkich przebitkach rozwoju ich relacji (przyjaźni?) z Brianem. Jestem zresztą zdania, że wszystkie serialowe związki są fajnie napisane i ciekawie poprowadzone: przyjaźń Rebeki i jej policyjnego współpracownika, Boyle’a; relacje całej ekipy z Naz, przełożoną biura FBI; relacje Briana z jego rodziną…. Tu w sumie mogłabym się przyczepić jedynie do tego, jak niedawno rozegrano wątek ojca Briana – tak bardzo jak lubię grającego go Rona Rifkina, tak nie jestem fanką tego typu konfliktów. Cieszę się jednak, że Brian ostatecznie postawił na swoim i zdołał się z tatą dogadać.

Rzeczywiście jednak to przyjaźń i współpraca Briana i Rebeki stanowi oś serialu. Przy czym warto zauważyć, że choć między postaciami wyczuwamy echa will they/won’t they, osobiście odbieram ich relację bardziej jako głębokie porozumienie i platoniczne partnerstwo w stylu Sherlocka i Watson z Elementary, niż rzeczywistą zapowiedź romantycznej relacji. To, co jednak ogromnie w Limitless doceniam to… szczerość. Choć jak sama wspomniałaś Brian i Rebecca mają przed sobą pewne tajemnice, postacie rozmawiają ze sobą otwarcie i w gruncie rzeczy nie mają niepotrzebnych sekretów (a wiemy przecież, że taki zabieg pt. „postaci ze sobą nie rozmawiają” lub „mają przed sobą bezsensowne tajemnice” jest w serialach bardzo często stosowany). Cieszy mnie, że możemy obserwować nie tylko stopniowe dorastanie Briana pod wpływem uspokajającego wpływu Rebeki, ale także równie stopniowe wyluzowywanie się poważnej agentki FBI. Widać, że ich relacja to sprawnie działająca, obopólnie korzystna symbioza. I myślę, że potrzebujemy więcej takich prawdziwych damsko-męskich przyjaźni w TV.

Pirjo: Na poziomie meta, ja po prostu lubię aktorów, których wybrano do serialu. Jake McDorman jest moim ulubieńcem od czasu Greek i tak strasznie się cieszę, że jako Brian Finch wreszcie znów znalazł sobie miejsce w telewizji i format, w którym może zabłysnąć. Jennifer Carpenter była świetna jako siostra Dextera i super ją zobaczyć w roli nieco bardziej komediowej, a Mary Elizabeth Mastrantonio to nieodżałowana, waleczna mama Nicka Burkhardta z Grimm. No i jest jeszcze Desmond Harrington, który zwykle grywał szubrawców, a tu kreuje postać mniej charakterystyczną i – przynajmniej w porównaniu z poprzednimi wcieleniami – całkiem miłą. Z taką obsadą ciężko się nudzić. Wszystkich lubię. Wszystkich podziwiam. Wszystkim kibicuję. A Ty?

Fot. CBS

Fot. CBS

Mysza: Mam. Tak. Samo! McDormana darzę ogromną sympatią i żałowałam, że Manhattan Love Story, w którym grał z Annaleigh Tipton (prywatnie swoją dziewczyną) zostało tak szybko skasowane. Tym bardziej się cieszę, że Bradley Cooper – który grał główną rolę w filmowym Limitless i jest też producentem serialu – polecił twórcom McDormana do roli Briana Fincha (panowie poznali się i zaprzyjaźnili na planie filmu American Sniper). Carpenter na zawsze pozostanie Deb Morgan z Dextera – podobnie jak Desmond Harrington wciąż tkwi w mym mózgu jako Quinn z tegoż samego serialu – ale jej rola w Limitless to przemiła odmiana, jak słusznie zauważyłaś, dająca jej okazję do rozwinięcia komediowych skrzydeł, zresztą całkiem, że się tak wyrażę, dorodnych. Z kolei Mastrantonio mi przede wszystkim kojarzy się ze swą pamiętną rolą w Robin Hood: Książę złodziei – któżby mógł zapomnieć tę burzę przepięknych loków?

Rzeczywiście jest coś w tym, że trudno nie zapałać do wszystkich bohaterów mniejszą lub większą sympatią. Owszem, serial jedzie na niezaprzeczalnej charyzmie i uroku McDormana, ale reszta obsady dzielnie mu sekunduje. Wyzywam każdego, by obejrzał kilka odcinków Limitless i nie poczuł „mięty” do jego bohaterów!

Pirjo: Na koniec porozmawiajmy jeszcze może o metaplocie, wiążącym na swój sposób serial z filmowym pierwowzorem. Podoba mi się lekkość i brak nachalności, z jakim wplatają się te większe wątki w proceduralowy schemat. Nie mamy podziału na „sprawy tygodnia” i na odcinki poświęcone głównemu story arcowi. Raczej w każdym odcinku wydarza się coś, co odrobinę pcha do przodu przewodnią myśl i napięcie rośnie, bo coraz więcej mamy „stron” zainteresowanych postacią wyjątkowego konsultanta FBI. Jest też całkiem poruszająca relacja Briana z jego ojcem. W jednym odcinku mamy na przykład ważkie rozmowy z ojcem i nieco zabawną zagadkę z mechanicznymi protezami rąk, dokonującymi okropnych czynów wbrew woli właścicieli. I to poczucie humoru Briana, które pozwala okiełznać nawet najcięższe tematy. „Arm-ageddon”? „Arm-ocalypse Now!”? Hello, Brian to nasz nowy, nadworny mistrz sucharków i pełnokrwista postać zarazem. Naturalność wprowadzania poważniejszych treści na marginesie lekkich przygód ogromnie mi odpowiada i wcale nie mam wrażenia, że oglądam dwa różne seriale – a to niemiłe uczucie towarzyszy mi czasem przy seansach Grimm lub Supernatural. Tonacja odcinków się nie zmienia, jak to w życiu przeplatają się momenty poważne z zabawnymi. Brawo!

Fot. CBS

Fot. CBS

Mysza: To w sumie ciekawe, że wspominasz Grimm i Supernatural, bo dla mnie akurat ten pierwszy – podobnie jak Limitless – bardzo sprawnie wyważa poważniejszy i lżejszy ton. Natomiast Supernatural rzeczywiście ma problem z płynnym wplataniem większych wątków storyarc’owych w „sprawy tygodnia”; tu Limitless jest górą. Zgodzę się natomiast, że pod tym względem Supernaturalowi zdarza się polec na obu frontach – zarówno wplatania wątków, jak i balansowania klimatem.

Myślę więc, że obok fajnego konceptu, pomysłowej realizacji, sympatycznych bohaterów, dobrych aktorów i sprawnie poprowadzonych relacji między postaciami, mądrze napisany scenariusz możemy policzyć jako kolejną z dłuuuugiej listy zalet tego serialu. Innymi słowy: jeśli jeszcze nie daliście Limitless szansy, najwyższa pora to zmienić. Sądzę, że nie będziecie zawiedzeni.

Limitless
crime drama
CBS, 2015–

Mysza
Fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie.

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.