Doctor Disco (Doctor Who, S09E07–12)

Doctor Disco (Doctor Who, S09E07–12)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Czas omówić kolejne odcinki Doctora i podsumować najnowszy sezon. Zacznijmy od inwazji Zygonów. Z miejsca spodobało mi się, że wracamy do czegoś z nieodległej przeszłości, kontynuując znane wątki. Lubię to! Doktora jako prezydenta świata. I Osgood, w jakiejkolwiek miałaby się pojawić formie. Doctor Who to serial zasługujący na to, żeby od czasu do czasu pokazać w kadrze prawdziwego nerda. Lubię też, gdy odcinki toczą się na planecie Ziemia, a jeszcze chętniej na planetach Londyn lub Cardiff, wolę to niż wędrówki w czasie i przestrzeni. UNIT, służby specjalne, żołnierze, tajne bazy. Inwazje obcych na współczesną Anglię chyba nigdy mi się nie znudzą! No, nawet jeśli w ich trakcie robimy też wycieczkę na teren USA. Słyszę: „There is something really wrong happening underneath London…” i piszczę z radości i oczekiwania. Czy coś jest ze mną nie tak? Poza tym na sam dźwięk słów „controlling polyp” i „Zygon pods” poczułam przypływ guilty pleasure, dokładnie tak jak Doktor. Rozkosz zmieszana z obrzydzeniem. Te biologicznie-śluzowato-komputerowe konstrukcje niezwykle mnie ekscytują. Absurdalna fizjologia Zygonów sprawia, że są oni dla mnie, jako rasa, esencjonalnie Doktorowaci. Jeśli mnie rozumiecie?

A z drugiej strony, inwazja obcych to czytelna metafora i gdzieś w tle wyczuwamy nader aktualne polityczne i społeczne konteksty. Jak, Waszym zdaniem, wyszły te odcinki, dwuczęściowa przygoda z Zygonami, twist z Clarą i jej sobowtórem, Bonnie? Jak się podobały Inwazja i Inwersja? No i powrót Osgood, dający nadzieję, że to nie koniec jej historii?

Fot. BBC

Fot. BBC

Ramzes: Bardzo podobała mi się w tych odcinkach nieoczywistość tego, kto jest kim. W momencie gdy dowiedzieliśmy się, że Clara to nie Clara, należało z rezerwą podchodzić do każdego kolejnego bohatera wyglądającego po ludzku. Poza tym też bardzo lubię odcinki z UNIT czy innymi służbami mundurowymi, szczególnie że Doktor ma do nich specyficzny stosunek. Rozwiązanie samej historii natomiast oceniam mocno ambiwalentnie – wyjście z dwoma pudełkami świetne i absolutnie w stylu Doktora, ale mam wrażenie, że pod koniec mocno zbagatelizowano zagrożenie ze strony Zygonów. No chyba, że w tytułową inwazję od początku do końca było zaangażowanych jedynie kilka jednostek, bo trochę zbyt szybko powrócono do status quo. Prawdziwych rewolucji nie da się tak szybko zażegnać. A co do odbijania rzeczywistości w zwierciadle telewizora – lubię społecznie zorientowane fabuły, ale nie lubię nachalności, a tutaj momentami zabrakło subtelności i zbyt bezpośrednio to wszystko przedstawiono. Za to Capaldi i Coleman to prawdziwa klasa, zwłaszcza w drugiej części historii.

Artur: Po „odcinku o aborcji” Peter Harness daje nam „odcinek o uchodźcach”. Podziwiam odwagę tego człowieka. Tak naprawdę nazywanie ich w ten sposób to oczywiście duże (i krzywdzące) uproszczenie, bo oba zawierają o wiele więcej: Kill the Moon to przede wszystkim zachwyt nauką, próba ponownego uromantycznienia eksploracji kosmosu, wezwanie, by nie bać się nieznanego. The Zygon Inv, jak przyjęło się nazywać dwuczęściowiec z dziewiątej serii, snuje ogólne rozważania na temat relacji człowieka i Obcego (wydaje mi się na dzień dzisiejszy, że to główny temat zaprzątający Harnessa w Doctorze Who) oraz słuszności wojny i możliwości szukania innych rozwiązań.

Można momentami odnieść wrażenie, że elementy najbardziej aktualne funkcjonują na doczepkę i w pewnym momencie przestają przystawać do opowiadanej historii. Bo jeśli konsekwentnie traktować Zygonów jako uchodźców czy imigrantów (jest różnica), to okaże się, że opowiadana historia co prawda staje po ich stronie, ale tylko jeśli będą w stanie całkowicie się zasymilować, porzucając własną kulturę (co nie jest do końca problemem dla Zygonów, bo ich kultura jest oparta na wtapianiu się w tło). Myślę więc, że ostatecznie trochę mącą i utrudniają odbiór tej opowieści na warunkach, na jakich powinna być odbierana: jako nieco jednak odsunięte od rzeczywistości, ogólne rozważania na tematy społeczno-etyczno-filozoficzne. Choć przyznam, że kwestia o bombardowaniu prowadzącym do radykalizacji jest tak bardzo na czasie, że aż ten czas uprzedziła, bo chyba dopiero po emisji odcinka w Wielkiej Brytanii zaczęły się debaty, czy może jednak nie zrzucić paru bomb na Syrię, skoro wcześniej przynosiło to takie świetne rezultaty.

Ach, i dodam jeszcze, że jestem absolutnie zachwycony poprowadzeniem wątku Osgood i tym, że do końca nie zdradzono, kim jest „naprawdę”, że od początku do końca musieliśmy przyjmować tę bohaterkę (te bohaterki?) na jej/ich własnych warunkach.

Pirjo: Kolejny odcinek to zagadka w kosmosie, scenariusz pełen grozy osadzony na kosmicznej stacji lub statku, czyli mój drugi w kolejności ulubiony setting. Tak, dobrze się domyślacie, wędrówki w przeszłość planety Ziemia i spotkania z postaciami historycznymi kręcą mnie w Doctorze zdecydowanie najmniej…  W odcinku zwraca uwagę ciekawy sposób narracji, dystansujący nas od opowieści, skoro już się ona „dokonała”, a my widzimy jej archiwalny zapis, a z drugiej strony zbliżający nas do tych konkretnych bohaterów, zwykłych ludzi, zazwyczaj poruszających się gdzieś w tle, trzecioplanowych względem Doktora i Clary. Oglądanie Doktora przez pryzmat osób, które przypadkowo się z nim zetknęły, zawsze trochę mnie bawi, trochę ciekawi, a przy okazji zmusza do refleksji. Jak dla mnie nie był to specjalnie odkrywczy odcinek, ale przez wzgląd na klaustrofobiczne i mroczne korytarze, obecność skafandrów, dziwne dźwięki i sam sposób kręcenia – chaotyczny, pierwszoosobowy, pełen nerwów – określiłabym go jako stylowy. A idea porzucenia, wykrzewienia z ludzi snu… wiecie, spanie to moja ulubiona czynność… ta idea była dla mnie esencjonalnie horrorowata!

No bo jak to, bez spania? Bez miękkiej pierzynki, przytulnej ciemności, ciepełka i podusi? Że czas to pieniądz i nic, tylko praca dwadzieścia cztery godziny na dobę? Nieeeee! Doktor jako obrońca spania (i, jakby nie było, Władca Czasu!) na nowo stał się moim idolem. No i Sandman, wyjaśniony naukowo. Jak to było po polsku, Piaskowy Dziadek? Doctorowi nie najgorzej wychodzą adaptacje ludowych i miejskich legend. To też moment, żeby zwrócić uwagę, jak dużą rolę w tym sezonie odgrywają nowoczesne technologie – telefony komórkowe, monitory, kamery mamy w każdym epizodzie. Nadal jednak do świeżości odcinkowi daleko. Dowiadujemy się, że przekraczanie granic „natury” jest abominacją. Pojawia się szalony naukowiec. Nihil novi. Troszkę nudno. Przynajmniej moim zdaniem…

Fot. BBC

Fot. BBC

Ramzes: Wariacje na temat Obcego i umiejętne kreowanie klaustrofobii znajdują się chyba w pierwszej trójce moich ulubionych schematów odcinków Doctora, ale Sleep No More bardzo mnie zawiódł. Historia nieciekawa, nie trzymała w napięciu, rozwiązanie z Sandmanem i jego naukowe podstawy jak dla mnie przekombinowane, nawet w odniesieniu do stylistyki całego serialu. Bohaterowie poboczni również mało interesujący, zwłaszcza w porównaniu z grupą z Under the Lake/Before the Flood. Należy pochwalić niekonwencjonalne dla serialu wykorzystanie kamer, porzucenie czołówki, żeby w pełni stworzyć iluzję, że oglądamy pozostawione przez doktora Rassmussena nagranie, a także nieliniową narrację, ale generalnie wynudził mnie ten odcinek. Co mnie smuci tym bardziej, że jego autorem jest Mark Gatiss, którego fabuły jednak regularnie potrafiły bawić i przykuć do ekranu. Tutaj niestety czekałem aż wreszcie pojawią się napisy końcowe.

Karolina: Zgadzam się! Mark Gatiss to jeden z moich ulubionych „doktorowych” scenarzystów, na jego odcinki zawsze czekam i mam wobec nich wysokie wymagania. Niestety, tym razem chyba były zbyt wysokie. Pomysł na odciek, zwłaszcza na sposób kręcenia, był fajny. Sama nie wiem, czego brakowało. Nie był tragicznie zły, był po prostu nijaki.

Pirjo: Odcinek Face the Raven wraca do stolicy, tym razem bawiąc się iście Gaimanowską ideą Londynu „Pod”. Pojawia się Lady Me, którą zdążyliśmy już poniekąd polubić, a przynajmniej docenić, ostatnio. Trafiamy w celu rozwiązania zagadki na coś, co przypomina Ulicę Pokątną – wersja dla dorosłych, po godzinach. Nie ma tłoku, jest ciasno i staroświecko. Wszędzie nawiązania, ale przecież Londyn to jeden wielki cytat. Wszystko tutaj z czymś się kojarzy, warstwy, czasoprzestrzenie, zaginione opowieści. O Clarze jeszcze porozmawiamy, ale na razie może spytam, jak Wam się podoba to miejsce i nowe wcielenie Ashildr? Kolejny rozdział jej losów i jej związku z Doktorem? No i, na marginesie, mamy w tym sezonie zatrzęsienie drugoplanowych bohaterek. Missy, Osgood, Ashildr… To dobrze czy źle?

Fot. BBC

Fot. BBC

Ramzes: Uwielbiam ideę miasta (w tym przypadku Londynu) „obok” czy też, nawiązując do Gaimana właśnie, „pod” tym właściwym. Do tego atmosfera zawieszona w czasie – obok siebie klimat współczesny i wiktoriański. Kruk, który siłą rzeczy przywodzi na myśl Poego. Super! A Ashildr w tym odcinku chyba w końcu w pełni ukształtował się charakter, bo nie do końca potrafiłem się do niej przekonać wcześniej, ale tym razem wszystko zagrało jak powinno z tą postacią.

Karolina: Ten odcinek bardzo mi się podobał. Oczywiście od razu narzucają się porównania Gaimanowe (i Potterowe). Sam pomysł świetny, na ulicę Pułapkową chętnie bym wróciła.

Artur: Większa liczba ciekawych bohaterek kobiecych może być tylko dobrą rzeczą, zwłaszcza gdy są tak różne. Missy w swojej bardziej szalonej wersji podobała mi się o wiele bardziej niż w poprzednim sezonie – przypominała doktorowego Jokera i chociaż z nią nie sympatyzowałem, to oglądało się ją świetnie. Decyzja o sparowaniu jej z Clarą również była doskonała. Później mieliśmy Kate, z początku sojuszniczkę robiącą to, co konieczne, choć metodami niekoniecznie wzbudzającymi entuzjazm Doktora. O Osgood już pisałem. Ashildr w Face the Raven ciekawie ewoluuje. Marzycielskiej outsiderki z The Girl Who Died dawno już nie ma, ale widać ślady pozbawionej skrupułów manipulatorki z The Woman Who Lived – tyle że motywowanej autentyczną troską o swoich podopiecznych. Ta nowa Ashildr nie chce tak naprawdę nikogo skrzywdzić, o czym świadczy jej przerażenie, gdy dowiaduje się, co zrobiła Clara. I ten element jest chyba niezbędny, żebyśmy później, w zakończeniu Hell Bent, mogli zobaczyć w niej towarzyszkę z krwi i kości dla Clary Who.

Pirjo: I wreszcie odcinek z więzieniem i tajemniczą Hybrydą. Co sądzicie? Zaglądamy w nim w miejsce, gdzie nowożytny Doktor tak naprawdę jeszcze nie dotarł – do domu, na rodzinną Gallifrey! A oprócz tego, przez większą część odcinka, do podobnego temu w Sherlocku, Moffattowego z ducha i metody mind palace. Ta starożytna technika rozwiązywania zagadek jest jak się okazuje znana także Władcy Czasu. Tylko czy to pałac myśli, czy sala tortur i udręczenia? A może komnata tajemnic? I do tego jeszcze kieszonkowa! No ale gadżety gadżetami, i rozważania na temat wieczności odkładając na bok – czy to był satysfakcjonujący epizod i jaki był jego sens, w świetle finału?

Ramzes: W świetle finału to był chyba odcinek najbardziej uczłowieczający Dwunastego. W końcu, jak tłumaczy potem, spędził cztery i pół miliarda lat (to swoją drogą naprawdę przerażający aspekt tej historii, nawet jeśli faktycznie pamiętał tylko jeden pobyt w zamku, a o reszcie miał „jedynie” świadomość) po to, by móc znowu spotkać się z Clarą i po raz kolejny uratować nie tylko ją, ale i samego siebie – od samotności, zgorzknienia, mizantropii. W ogóle cały odcinek został naprawdę dobrze i przemyślany, i skonstruowany. Co prawda gdzieś po drodze zaczynamy domyślać się, że może istnieć tylko jedno wyjaśnienie czaszek i tego, że gwiazdy sugerują „jakbym przeniósł się w czasie, ale przecież się nie przeniosłem”, ale to nie zmienia w żaden sposób odbioru Heaven Sent. No i Capaldi – niesamowicie uniósł ten monodram. Jeden bohater, same monologi, a napięcie nie maleje.

Karolina: A ja wobec tego odcinka mam mieszane uczucia. Pomysł ciekawy, Capaldi wspaniały… Ale chwilami wydawało mi się to zbyt przekombinowane. Może, gdyby udało im się utrzymać powrót na Gallifrey w tajemnicy, to bym się nie domyśliła, jak to się skończy, a tak to w sumie zbyt szybko (moim zdaniem) wpadłam na to, co będzie dalej i sama się czułam, jakbym czekała na „przebicie się” przez wiele miliardów lat…

Artur: Heaven Sent to odcinek przywodzący mi na myśl Blink. Znowu mamy do czynienia z Moffatem w trybie zagadki, tworzącym precyzyjną konstrukcję fabularną i rozgrywającym ją po mistrzowsku. Podobnie jak w przypadku Blink rozczarowała mnie skąpa warstwa tematyczna – metafora żałoby jako więzienia, w którym człowiek tkwi przez niewyobrażalnie długi czas, jest bardzo ładna, ale… chyba mało odkrywcza.

Nie chcę jednak zbyt mocno krytykować scenariusza, bo powstał on głównie po to, by Peter Capaldi mógł zabłysnąć – i doskonale spełnia swoją funkcję. Peter Capaldi błyszczy. Można teraz spokojnie snuć interpretacje Dwunastego jako Doktora, który w istocie jest ogromnie emocjonalny, tylko chroni się, skrywając swoje emocje za zasłoną sarkazmu lub pod pozorem obojętności i dystansu. I chyba tyle mam do powiedzenia o tym odcinku – tu stosunkowo niewiele kryje się w tekście, wiele w warstwie wizualnej, w grze aktorskiej. Brakuje mi narzędzi do analizy tych aspektów. Ale myślę, że do tego odcinka jeszcze wrócę, a bardzo rzadko to mówię w odniesieniu do kilku ostatnich sezonów.

Fot. BBC

Fot. BBC

Pirjo: W końcu mamy odcinek finałowy (po którym w tym sezonie czeka nas jeszcze tylko gwiazdkowa przygoda z River Song): Hell Bent. Doktor mierzy się z legendą, jaką także dla widzów serialu jest Gallifrey. Pustynna planeta na końcu czasu i przestrzeni. Zamrożona, smutna. Wrażenie zrobił na mnie Dalek rozpaczliwie skrzeczący exterminate me i te całe piekielne podziemia, muzeum wojen, katakumby dusz i duchów zabłąkanych wrogów. No i kolejny twist z Clarą, chyba niespodziewany? Z Clarą, której Doktor nie może po prostu pozwolić odejść, więc wysila się, manipulując mocami Władców, by ją przywrócić do istnienia. Och, jak bardzo rozumiem jej chęć – jej prawo! – do zachowania pamięci o przeżytych przygodach, o podjętych wyborach, jej prawo do decyzji o własnej śmierci. Ale Doktor nie potrafi i nie chce zrozumieć. Zbyt wiele już po drodze stracił, zbyt wielu towarzyszy.

A może po prostu chciał ją pożegnać na swoich warunkach – skoro poprzednio wyrwała mu się z rąk, decydując się na radykalny krok i zupełnie go tym zaskakując? Hell Bent to był odcinek pełen spiskowych teorii, o których rzecz jasna możemy porozmawiać, ale dla mnie najważniejsza była ta rozmowa, fundamentalna wymiana zdań między Doktorem a dziewczyną, która nie chce półśrodków, pół-życia w zapomnieniu, w amnezji. Nie chce bezpieczeństwa. Chce pełni. I prawdy. A jeśli już ma istnieć dalej – to przygód! Kończący odcinek obrazek, z Clarą i Me razem w nowiutkiej TARDIS o kształcie amerykańskiego dinera, z dwiema dziwnymi i niemożliwymi dziewczynkami wyruszającymi w okrężną drogę, pomiędzy jednym uderzeniem serca a drugim, do śmieci – ale czyż każde życie nie kończy się śmiercią? – bardzo mnie podbudował. Jak dla mnie Clara mogła albo umrzeć „na śmierć”, albo stać się kimś więcej niż zwykłym człowiekiem. Powrót do zwyczajnego życia byłby porażką. Impossible girl. Ale o tym za moment. Na razie o odcinku. Trafiliśmy na Gallifrey. Doktor odnalazł swoją TARDIS, czyli wrócił do domku. Odnalazł też swój śrubokręt! Przy okazji stracił jednak pamięć. Clara niekoniecznie nie-żyje. Happy end? A może suspended animation?

Fot. BBC

Fot. BBC

Ramzes: Eh, Gallifrey… tak bardzo brakowało mi w New Who zarówno samej planety, jak i innych Władców Czasu (znaczy, „brakowało” to nieprecyzyjne określenie, bo nie widziałem starych serii, ale nie wiem, jak to lepiej wyrazić), że kiedy w końcu pojawili się, byłem z tego powodu bardzo zadowolony. Co prawda ostatecznie trochę to przypominało lizanie loda przez szybę, bo, choć większość odcinka działa się na Gallifrey, to planety jako takiej zobaczyliśmy niewiele, a liczących się Władców Czasu poza Doktorem można naliczyć trzech na krzyż. Ale co z tego? Retconowa decyzja Moffata z odcinka rocznicowego pozostaje kontrowersyjna, ale ja mimo wszystko jestem mu wdzięczny za przywrócenie Gallifrey. Nie chciałbym, żebyśmy witali tam zbyt często, niemniej jednak cieszę się, że przywrócono taką możliwość. (Inną kwestią pozostaje „łatwość”, z jaką Władcy Czasu są w stanie w taki czy inny sposób skontaktować się z Doktorem, chociaż siedzą zamknięci na końcu czasu i przestrzeni).

A co do samego odcinka – zdecydowanie nie happy end. U Doktora już od Face the Raven narastała decyzja o stopniowym złamaniu wszystkich reguł, którymi kierował się dotychczas, o czym nie raz w Hell Bent wspomniano. Pod tym względem więc zdecydowanie trudno patrzyło się na naszego bohatera, który coraz mocniej wyrzekał się samego siebie i ignorował prawidła czasoprzestrzeni, mając w głębokim poważaniu konsekwencje. Doktor stał się w finale wręcz maniakalny i przez większość czasu zdecydowanie nie dało się przemówić mu do rozsądku. Ale kiedy już się udało… sceny Clary z nim z końcówki odcinka to jedne z najmocniejszych scen tego sezonu, a może i wszystkich odcinków za czasów Capaldiego. Za takie właśnie emocje uwielbiam ten serial.

Fot. BBC

Fot. BBC

Karolina: Tu znów mam mieszane uczucia, ale bardziej pozytywnie. Z jednej strony odczułam pewien „przesyt” wielu wątków, choć same w sobie były ciekawe… Poza tym, bardzo podobało mi się „zwykłe” odejście Clary, na koniec „zwyczajnej” przygody. Wydało mi się odpowiednie. Z drugiej strony: jak mogę się czepiać, kiedy wizja nieumarłej Clary podróżującej przez czas i przestrzeń z Ashildr/Me w restauracji (na krańcu wszechświata?) jest taka fascynująca i otwiera tyle możliwości? Swoją drogą, zwróćmy uwagę, jaka to musi być świetna przygoda dla staruszki Me? Przeżyła powoli i cierpliwie do końca świata, teraz może wreszcie rzucić się w wir międzygalaktycznej, nieskończonej przygody!

Artur: Jest coś niezwykle ujmującego w tej łatwości, z jaką Steven Moffat albo odrzuca kolejne niesamowite koncepty jako zmyłkę, albo rozgrywa je z niesamowitą szybkością, w przelocie. Hybryda? Chyba humbug! Władcy Czasu? W pięć minut obalamy cały rząd! Bo tak naprawdę liczy się Doktor i Clara. Lubię emocjonalne historie skupione na postaciach, więc nie mogę mieć mu tego za złe. Zwłaszcza że przyjemnie mnie rozczarował, jeśli chodzi o Gallifrey. Bałem się ckliwej sielanki, wbitego w dumę Doktora powracającego do domu jako bohater. Dostałem relację pełną napięć i konfliktów, wybitnie niejednoznaczną. To duży plus odcinka.

Pirjo: Pogadajmy o Clarze, bo ciężko ominąć ten wątek. Najwyraźniej żegnamy się z bohaterką, która zaczynała swoją przygodę jeszcze u boku poprzedniej inkarnacji Doktora. Amnezja z Hell Bent tłumaczy też – być może – czemu Doktor nie umiał Clary z początku rozpoznać. Bez względu jednak na to, czy Clara jeszcze do nas powróci, czy nie, jej dotychczasowe losy to ciągłe dramatyczne zwroty akcji, zmiany charakteru postaci z odcinka na odcinek oraz cała masa epizodów, w których jej nie było albo „tak, jakby jej nie było”. W wielu momentach służyła troszkę za rekwizyt. Choć oczywiście były też chwile, gdy się z tego stuporu i rozmycia wybudzała, stając się uroczą, rezolutną nauczycielką i towarzyszką kradnącą serca widzów. Co chyba najciekawsze, jest to dziewczyna, która, choć śmiertelna, chciała BYĆ Doktorem, działać jak on, podejmować takie samo ryzyko. A w niektórych momentach naprawdę stawała się nim. Kimś jemu podobnym. I dlatego zginęła, poddała się wyrokowi śmierci bez wahania, jakby to była jedyna droga.

Dzielna, ciekawska, niemożliwa. Nauczycielka, do ostatniej chwili swojego ludzkiego życia, a nawet później, skrobiąca kredą na wyimaginowanej tablicy i pomagająca Doktorowi w chwili, gdy odwiedził „jej bar”. Ożywione sumienie. Towarzyszki Doktora zwykle odchodzą, wracają do zwykłego świata albo istnieją dalej, w świecie alternatywnym. Ale Clara nie szukała ucieczki, co chyba ostatecznie pokazało nam jej właściwy charakter, osobowość. Chciała mieć „wszystko albo nic”. Nie miała ochoty być zwykłym człowiekiem. Jak ją oceniacie, gdy już możemy ją ocenić „po całości”? No i czy końcówka sezonu miała podobny emocjonalny pułap co inne „odejścia towarzyszek”, które pamiętamy z poprzednich sezonów? A może Clara wróci?

Ramzes: Odejście Clary z Face the Raven było bardzo dobre i fabularnie, i jako konsekwencja jej działań, niefrasobliwości i wiary w Doktora. Gorzej oceniam aspekt techniczny – slow motion, powtarzane ujęcia z różnych kamer były jak dla mnie przedobrzone i niepotrzebne. Ale nadrobiono to z nawiązką w Hell Bent, gdzie pożegnanie dwojga przyjaciół, choć teoretycznie skończyło się nie najgorzej, to prawdziwie rozdzierało serce. Samą Clarę natomiast oceniam w kontekście jej podróży generalnie dobrze, ale uważam, że status „impossible girl” jej zaszkodził – bo jeśli na dzień dobry zapoznajemy widzów z taką bombą, to trudno potem temu dorównać. I to było widać, kiedy Clara wyraźnie szukała swojej tożsamości (czy raczej robili to scenarzyści).

Karolina: Jak już wspomniałam, bardzo mi się podobało odejście Clary, choć można się czepiać, że scenarzyści (po raz kolejny!) nie pozwolili jej całkiem umrzeć (na razie). Bardzo lubiłam ją jako towarzyszkę, nawet jeśli chwilami jej wątki były średnie. Zgodzę się, że twórcy sami nie wiedzieli, co chcą z nią zrobić. Ale teraz wizja Clary mogącej raz na jakiś czas się pojawić bardzo mi się podoba.

Artur: Mnie też ogromnie podobało się, jak Moffat ostatecznie rozegrał wątek Clary, nawiązując przy okazji do losu Donny (najbardziej znienawidzonej przeze mnie decyzji twórczej Russella T. Daviesa) i konstruując inne, lepsze rozwiązanie. Wydaje mi się tylko, że pożegnanie było trochę rozwleczone, że trochę za długo trwały negocjacje: czy wymazanie pamięci, czy jednak powrót do momentu, z którego zabrał ją Doktor, czy jednak wspólne naciśnięcie przycisku. Wszystkie te kroki były konieczne, żeby ostatecznie wypracować happy end, ale może można było to trochę przyspieszyć? To ogólny (choć niewielki) zarzut, jaki mam do ery Moffata: ciągnące się sceny pełne patosu, w czasie których napięcie jakoś siada i wkrada się nuda. Przy pożegnaniu Jedenastego miałem to samo (za to, co dziwne, zupełnie nie przeszkadzał mi Dziesiąty przez dwadzieścia minut ze wszystkimi towarzyszami; nie potrafię tego wyjaśnić).

Clara na początku rzeczywiście wydawała się jakaś taka niewyraźna, ale taki chyba był cel narracji budowanej w siódmym sezonie: i Doktor, i my mieliśmy widzieć w Clarze tajemnicę, a później ta perspektywa miała zostać obalona jako niesłuszna. Nie wiem, czy ten zabieg okazał się w pełni udany, ale z perspektywy czasu wydaje mi się bardzo ciekawy. Mam ochotę obejrzeć odcinki z sezonu 7b jeszcze raz, zwracając na to uwagę – chyba minęło już wystarczająco dużo czasu, bym mógł spojrzeć na nie świeżym okiem. Później natomiast, kiedy wszystko się wyjaśniło, Clara ujęła mnie przede wszystkim swoją odwagą. Pisałem już kiedyś, że okazała się zwykłą dziewczyną o niezwykłej odwadze, i to był rys, który przewijał się konsekwentnie od The Name of the Doctor do Face the Raven. Ten element sprawiał, że łatwo mi było nawiązać z nią więź, zapałać sympatią.

Mimo to myślę, że nie powinna wracać: nie potrzebuje już Doktora, a Doktor, jak się zdaje, nie potrzebuje jej. Chyba dobrze będzie tak tę historię zostawić i tylko wracać do niej czasem myślami i zastanawiać się, gdzie teraz są i co porabiają Niemożliwe Dziewczyny.

Fot. BBC

Fot. BBC

Pirjo: Skoro podsumowujemy, podsumujmy też postać Doktora w tym sezonie. Glany, surduty, elektryczna gitara i ciemne, soniczne okulary. Czy to wcielenie się sprawdza? Wydaje się Wam wiarygodne i stosowne? Może czas też – ponownie – zadać pytanie, jak naprawdę ma na imię Doktor? W odcinku o Zygonach Petroneli przedstawia się jako Bazyli (Basil), w książce Amelii jest Barnabą, w żartach bywa Johnem Smithem. W ustach wrogów miewa różne pompatyczne aliasy, a Moffatt żartował kiedyś, że tajemnicze imię brzmi Mildred. Macie jakieś teorie na ten temat? Czy ktoś oprócz River Song (i, przez mgnienie, Clary) zna odpowiedź na dręczące cały wszechświat pytanie: WHO? W każdym razie mnie ten rzucony w ferworze akcji Bazyli zmusił, by przemyśleć po raz kolejny tytułowy problem. No bo gdyby tak jednak Bazyli? Basil Who? No i… co z nim będzie dalej? Wydaje się teraz okropnie, ale to okropnie poraniony… zagubiony… porzucony i samotny.

Ramzes: Zawsze po odejściu towarzysza Doktor cierpiał, ale to prawda, że teraz wydaje się, że ten ból narastał już od jakiegoś czasu (na dobrą sprawę cztery i pół miliarda lat). Prawdziwe imię Doktora natomiast nie jest mi potrzebne do szczęścia. Moffat już tak się tym droczył z widzami, że nie wydaje mi się, aby do tego szybko wrócił. I chyba nawet lepiej to zostawić właśnie w takich wzmiankach jak z tym Basilem. Swoją drogą interesujące, że Ashildr uporczywie nazywa jej imieniem, chociaż ona sama (dokładnie jak on!) wybrała sobie przydomek, pod którym chciała być znana. A co do wcielenia Doktora – pewnie, że się sprawdza, dlaczego by nie? Dużo lepiej wypada niż w zeszłym sezonie, kiedy albo scenarzyści nie potrafili jeszcze się zdecydować, w którą stronę pójść z Dwunastym, albo Capaldi nie czuł się jeszcze tak swobodnie jak teraz. W tym roku to była naprawdę świetna postać tak od trzeciego/czwartego odcinka. Mam nadzieję, że tendencja utrzyma się za rok!

Karolina: Zgadzam się z przedmówcą! Imię Doktora mnie nie obchodzi. Doktor to Doktor, wyjawienie go zawsze zawiodłoby przynajmniej część publiki, a zupełnie nie jest nam do szczęścia potrzebne. Zgadzam się też, że Dwunasty w tym sezonie prezentuje się lepiej: do Capaldiego zawsze pałałam sympatią, ale w poprzednim sezonie był kimś innym co odcinek. Teraz wreszcie jest już Doktorem. Oby tak dalej!

Artur: A ja w odróżnieniu od Piotra i Pirjo uważam, że na końcu Hell Bent zostawiamy Doktora w dosyć dobrym miejscu – z na wpół zapamiętaną piosenką w głowie, z dziurą, którą wypełnił domysłami, przypuszczeniami, może resztkami wspomnień. Nie sądzę, żeby miała mu dolegać. I chyba tak jest dobrze – pisałem już, że pożegnanie z Clarą było długie, dla nas, widzów, ciągnęło się właściwie już od końca poprzedniego sezonu.

A co do całokształtu… Chyba nie tylko wykrystalizowała się osobowość, choć rzeczywiście do tego doszło. Powróciło też coś ważnego, czego nie było za bardzo widać w ósmej serii: zachwyt światem, ciekawość ludzi, chęć pomocy. Nareszcie Doktor nie chodzi wiecznie naburmuszony. Teraz znowu widać w nim Doktora. Mam taką teorię, że jego poprzednia osobowość ukształtowała się pod wpływem pierwszej reakcji Clary, tego instynktownego odrzucenia, że służyła za mechanizm obronny, którego Doktor pozbywał się później, gdy doszło do unormowania ich relacji. Wydaje mi się, że ostatecznie Clara naprowadziła go na właściwy tor – bardzo jestem ciekaw, na kogo trafi teraz, w 2016 czy też, co bardziej prawdopodobne, 2017.

Doctor Who
science fiction
BBC, 2005–

Piotr „Ramzes” Mrowiec
Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów na napisanie czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.

Artur Nowrot
Czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na Wysznupanych. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).

Karolina Rybicka
Jako Rybka tworzy pół duetu odpowiedzialnego za bzdury na http://dobryfilmzlyfilm.wordpress.com/. Trochę tłumaczy, chociażby co to jest to dziwne coś, co właściwie studiuje. Uwielbia seriale BBC (zwłaszcza kostiumowe) i literaturę dziecięcą. Fascynują ją modernizacje klasyki literatury. Zajadle gra w Scrabble, lubi wracać do kochanych książek i filmów oraz bazgrać po sprzętach złotym pisakiem.

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)