Fot. AMC

Motyle i pancerniki (Into the Badlands, S01)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

W Badlands zasoby są najważniejsze i dawno zostały równo podzielone między Baronów. Dlatego tylko naprawdę bogaci, albo związani z roponośnymi złożami mogą jeździć samochodem. Większość mieszkańców jałowej krainy przemieszcza się konno i walczy mieczem. Tak jest łatwiej i taniej. A wszystko w klimacie feudalno-kolonialno-postapokaliptyczno-japońskim. Baronowie okopują się na swoich pozycjach i kryją w oazach, będących też twierdzami. Tam jest najbezpieczniej, w towarzystwie wielkich rodów, a to z powiewającym na proporcach herbem Pancernika (władcy opium), a to z motylem w godle (właściciele paliw), i to nie takim delikatnym i kruchym, ale śmiertelnie niebezpiecznym, w formie shurikenów. Jest też legendarna ziemia obiecana. Kraina o której wielu słyszało, choć niewielu wierzy w jej istnienie – niezwykłe miasto wszelkiej obfitości. Niestety, jak to z mitycznymi miejscami, nie wiadomo, jak do niej trafić…

Fot. AMC

Fot. AMC

Baron ma syna, a Wdowa córkę. Dylemat między posłuszeństwem rodzicowi a kształtowaniem swojej własnej, samodzielnej ścieżki, swojego przeznaczenia, szczególnie w mocno hierarchicznym, usztywnionym społeczeństwie – jest tu bardzo dobrze pokazany. A to przecież jeden z najważniejszych mitycznych paradoksów – i rozterek naszego życia. Czy możemy spełnić życzenia rodziców inaczej, niż zastępując ich, pokonując, zajmując ich miejsce? A może winniśmy służyć bogom? I jest jeszcze wojownik, czyli clipper imieniem Sunny, lojalny asasyn Barona, którego oddanie wystawione zostaje w pierwszym sezonie na najwyższą próbę. Jak to jest, przysiąc wierność złemu władcy? Wykonywać bezrefleksyjnie polecenia, zabijać raz za razem, na akord, i uniknąć ciężaru na sumieniu? Tyrania, zemsta, miłość, niemożliwe ultimatum, konflikty powinności. Klasyczne motywy, szczególnie te znane nam z filmów samurajskich, po raz kolejny ożywiono w Into the Badlands, by nas dręczyć, przerażać, ekscytować i trzymać w napięciu.

A co najważniejsze, motywacje absolutnie wszystkich bohaterów dramatu są jasne i wiarygodne. Wiemy, co ich napędza i rozumiemy to. Wdowa musi umocnić swoją pozycję po śmierci męża, inaczej jej ziemie i zasoby zostaną rozdarte, a ona – w najlepszym wypadku – skończy jako czyjaś konkubina. Magiczny chłopiec pragnie wrócić do domu i odnaleźć matkę. Sunny czuje, że kończy mu się czas – nie wolno mu mieć dzieci, a jego ukochana jest w ciąży. Co zrobić? Baron Quinn ma podobny dylemat, wije się i kotłuje pod presją. Choroba postępuje, siły więdną, a godnego następcy jak nie było, tak nie ma. Wiele postaci ma w tym pierwszym sezonie nóż – czy raczej miecz! – na gardle, i jeśli chodzi o serial akcji, to bardzo dobrze. Nikt z niczym nie zwleka, nie warto się zastanawiać, trzeba działać.

Fot. AMC

Fot. AMC

A jest to świat odbudowany po apokalipsie. Widzimy tak subtelne, że mogą łatwo umknąć uwadze odłamki dawnego, naszego uniwersum. Plastikowy żołnierzyk, makieta Białego Domu, gramofon czy zabawkowa kula z surferem w  środku, frunącym na swojej desce wśród zamieci fałszywego śniegu. Ta perspektywa zmusza do myślenia – co się stało? Jaką katastrofę zgotowała sobie ludzkość?

Jest to też świat, w którym chyba każdy „zna kung fu” i potrafi walczyć w sposób przypominający balet. Tarantino spotyka Przyczajonego tygrysa… i kłania się w stronę Marco Polo. Krew leje się strumieniami i  tryska na wszystkie strony w barwnym slow motion, latają na przekór grawitacji ninjowe shurikeny w kształcie motyli, katany ze świstem tną powietrze. Każdy co znaczniejszy gracz na barońskiej szachownicy wpływów świetnie walczy. I to mi troszkę przeszkadza, niszczy wiarygodność – bo po co w takim razie ochroniarze, armie, wyszkoleni zabójcy? I skąd taka estyma, jaką się darzy clipperów, skoro są podobni do całej uzdolnionej kinetycznie, wytrenowanej i uzbrojonej po zęby reszty? Skoro wszyscy z łatwością chodzą po ścianach, skaczą z piątego piętra i wykonują pięciokrotne salta w tył? Skoro nawet staruszek poruszający się na wózku inwalidzkim walczy jak, nie przymierzając, ostatni samuraj? Mnisi, starcy, dzieci, kobiety – pokonują grawitację z równą maestrią? I te bronie, podczas starć robiące głośne, efekciaskie ziuuum…. ziuuum…?

Fot. AMC

Fot. AMC

Wiem dobrze, że to nie jest serial „dla każdego”, ma bardzo specyficzną estetykę i można go łatwo skrytykować. Spodziewam się, iż  niektórym widzom będzie przeszkadzać w Into the Badlands właśnie ta ekstrawagancka, poetycka, wyidealizowana przemoc, jaką epatuje serial; ten ogrom przypadającego na każdy odcinek rozlewu krwi. Awangardowy rozmach. Mi bynajmniej nie przeszkadza, ani nie razi, ja się wręcz delektuję scenami walk, bitew, pościgów i pojedynków, ale zdaję sobie sprawę, że to nie jest konwencja uniwersalnie chwalona. Postacie są mocno wystylizowane, charakterystyczne, niepodrabialne i aż nieco przegięte w swoim komiksowym enturażu. Kostiumy, fryzury, twarze. Aktorzy zostali bardzo dobrze obsadzeni. Moja ukochana Śpiąca Królewna z OUAT, Sarah Bolger, jest narzeczoną Barona, świetny jest też Oliver Stark w roli zbuntowanego Rydera. To postać momentami tak plugawa, że lubię go nie znosić, ale nie jest jednoznaczny, i czasem mu sprzyjam.

Wszystkie swoje sceny wygrywa Ally Ioannides w roli młodej wojowniczki Tyldy. W jej wielkich, gniewnych oczach można utonąć bez pamięci, a jak się zbliżysz za bardzo, to odgryzie ci ucho. Natomiast pod względem stylówki rządzi rudowłosa, bladolica Wdowa (Emily Beecham) – w uniwersum Badlands, ze swoimi lateksowymi sukniami, koronkowymi parasolkami i całym steampunkowo-wiktoriańskim szykiem bojowym, nie ma modowej konkurencji. To żeński odpowiednik dandysa. Chcę być nią. Chcę umieć spoglądać na ludzi z taką pogardą. Pogardą, która zamiast odrzucać – fascynuje i przyciąga jeszcze bardziej. W roli duchowego przywódcy pojawia się też Lance Henriksen, czyli agent Frank Black z Millenium. Bardzo dawno nie widziałam go na ekranie i wzruszyłam się, dostrzegając jego obecność, niepowtarzalny styl aktorski, i słysząc jego głęboki głos.

Fot. AMC

Fot. AMC

W zasadzie wszystkie postacie są cool, obrzydliwie i nierealistycznie cool. I żeby sprostać pierwszemu planowi, w  ich tle rysują się baśniowe plenery, aleje wysadzane pięknymi drzewami, pola kwitnących maków, pustynne bezdroża, ukryte w lasach pradawne sanktuaria, rezydencje bogaczy, czy przydrożne tawerny, zachęcające do tego, by walcząc malowniczo je zdemolować. Mogłoby się zdawać, że to pusta forma, zabawa obrazem i ruchem, kalejdoskop mamiący oczy, ale tak nie jest. Postacie, choć przebrane w imponujące szaty i pokazane na tle pocztówek z Innego Świata trafiają do mnie, bo są prawdziwe. Trudna więź dwóch kobiet, żon tego samego mężczyzny, zależnych od jego woli i humorów – łamie mi serce. Ryder bywa rysowany grubą kreską, ale jest też chłopakiem z krwi i kości, synem z którego ojciec nigdy nie był zadowolony, bo szukał kopii samego siebie, a nie nowej, suwerennej istoty. Tylda walczy jak demon, ale jest tylko dziewczynką, uginającą się pod wpływem zbyt wielu sprzecznych rozkazów, obowiązków i pragnień. Wreszcie Sunny (Daniel Wu), choć oszczędny w słowach i gestach, pozbawiony sentymentów, emanujący siłą, wzbudzający szacunek i posłuch – nie jest do końca pewny siebie, nie uważa, że wie wszystko. W swoim ludzkim wahaniu pozostaje wzruszający, troskliwy wobec młodzieńca, którego otoczył opieką. Wątpi, więc łatwo mu sprzyjać. Dylematy moralne, konflikty obowiązków i przyrzeczeń – mają ciężar realności.

Oczywiście są też pewne elementy meta z serialowej kuchni, na które warto w tym serialu zwrócić uwagę i pochwalić. Główną, centralną rolę – Sunnyego – gra Azjata, i jest stuprocentowym bohaterem, herosem tej opowieści. Nie ma w nim niczego zabawnego, przerysowanego, etnicznego. Na dodatek, w jakiś dziwny sposób, gdy patrzę na Sunny’ego przypomina mi się Bruce Lee, dostrzegam w nim podobne skupienie i determinację, i siłę przyciągania. To jest bohater, którego podziwiam i w którego wierzę. Z kolei jego wybranka serca, Veil, jest czarnoskóra – nie pamiętam serialu, w którym pojawiłaby się taka para. I to jeszcze w samym środku historii, jako główny romantyczny wątek – choć na drugim planie mamy dodatkowo młodocianą miłość-przyjaźń i kilka innych związków. Jedną z wiodących sił na lokalnej szachownicy pozostaje wspomniana Wdowa, która nie tylko sama świetnie umie się bronić, tudzież atakować, ale też ma na swoje usługi legion wiernych i doskonale wyszkolonych kobiet. Kobiety stanowią trzon jej armii, mężczyźni pełnią drugoplanową i drugorzędną rolę. To też ciekawy i niestandardowy motyw. Kobiety są niezłe w polityce, w intrygowaniu, szpiegowaniu, podstępach, ale i w otwartej walce, dokładnie tak samo, jak mężczyźni. W niczym im nie ustępują.

Fot. AMC

Fot. AMC

Napiszę wyraźnie – moim zdaniem to jest bardzo dobry serial. Luźno oparty na chińskiej powieści z szesnastego wieku – Wędrówce na Zachód autorstwa Wu Cheng’ena, ma w sobie odpowiednią dla mojego gustu i potrzeb dawkę przygody, powagi i epickiego patosu. Ma klimat prastarej przypowieści o podróży, odwadze, trudnych wyborach. Ale tym, co najbardziej mnie w nowej, oryginalnej i nietypowej produkcji od AMC przekonuje, nawet bardziej niż przepiękne kadry i poetyckie sceny walk, jest jej zwięzłość i precyzyjna fabuła. Nie ma tam ani jednej zbędnej sceny i nie zauważyłam żadnego rozwiązania, które by mi się wydawało nieprawdopodobne, oczywiście w obrębie przyjętych założeń. Narracja skonstruowana jest jak wielowarstwowa, skomplikowana szkatułka, w której wszystkie tajemnice są poukładane starannie i z pietyzmem. A to oznaka szacunku wobec widza. Czuję się więc tym serialem dopieszczona i trzymam kciuki za drugi sezon – oby był! Tym bardziej, że finałowy odcinek… zmienił wszystko.

Into the Badlands
Action adventure, fantasy
AMC, 2015-

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.