Fot. FX

Zemsta (American Horror Story: Hotel, S05E08-10)

Artykuł zawiera spoilery.

W amerykańskiej telewizji przerwa świąteczna, a to oznacza, że zostały jedynie trzy odcinki piątego sezonu AHS i według mnie można już z dużą dozą bezpieczeństwa ocenić, że serial wyszedł na prostą po Freak Show. Co prawda twórcy mogą mi w styczniu jeszcze zdążyć udowodnić, że się mylę, ale liczę na to, iż do tego nie dojdzie.

Ostatnie trzy odcinki nie były idealne, można im trochę zarzucić, ale nie wydaje mi się, aby ich wady wykraczały poza grzechy, które już wcześniej dało się zauważyć. Klimat nieco złagodniał kosztem rozwoju fabuły, ale to akurat dobry objaw, co szczególnie widać w ósmym odcinku. Został on w całości poświęcony Johnowi, co z jednej strony wydaje się dobrym posunięciem narracyjnym, bo wreszcie nie skaczemy chaotycznie po wątkach, a z drugiej trafną decyzją w kontekście całego sezonu. Rozwiązanie, że w rzeczywistości to John morduje na podstawie dziesięciu przykazań z każdym odcinkiem było coraz bardziej sugerowane, więc dobrze, że twórcy nie zrobili z tego tajemnicy na cały sezon i nie bawili się niepotrzebnie z widzami w podsuwanie fałszywych tropów. Tym bardziej, że akurat fakt, iż hotel Cortez jest detektywowi znany już od pięciu lat mnie akurat zaskoczył (a przecież mieliśmy wskazówkę podaną na tacy).

Fot. FX

Fot. FX

Również odcinek dziewiąty, skupiony przede wszystkim na Hrabinie, oceniam nieźle, chociaż wyraźnie siadało w nim tempo. Znowu zadziałało skoncentrowanie się na jednym głównym wątku, a do tego Lady Gaga, pomimo mojego początkowego sceptycyzmu, całkowicie mnie do siebie przekonała. Szczególnie, gdy spojrzy się na relację bohaterki z Rudolfem Valentino w porównaniu do jej stosunków z każdym innym męskim bohaterem. Wyraźnie widać, że to właśnie amant kina niemego był (jest) najważniejszym mężczyzną w życiu Hrabiny.

Cieszy ponadto, że twórcy nie zapominają o wcześniejszych wydarzeniach (co bardzo mi przeszkadzało w ostatnich dwóch latach) i że powróciliśmy do dzieci odpowiedzialnych za masakrę w szkole. Sam w ostatnim tekście wyraziłem opinię, iż wątek ten wprowadzono bezsensownie i bez większego wpływu na fabułę, ale jednak zostałem miło zaskoczony. Co prawda to wciąż jeden z motywów pobocznych (i to tych mniej ważnych), ale jednak to duża zaleta, kiedy zachowuje się pewną ciągłość fabularną. Należy również pochwalić, że John z Alex zdawali sobie sprawę z tego, jak wiele im brakuje do tytułu rodziców roku – miałem wątpliwości, czy powróci temat ich córki, ale być może panowie Murphy i Falchuk jednak trochę przeanalizowali scenariusze z ostatnich lat i postanowili wykazać się większą ciągłością przyczynowo-skutkową w tworzeniu fabuły.

Fot. FX

Fot. FX

Kolejnym plusem serialu w tym roku, obecnym zresztą od premiery, jest Liz. To zdecydowanie mój ulubiony wątek i ulubiona bohaterka. Nie tylko aktorsko bardzo dobrze to dźwiga Denis O’Hare, ale przede wszystkim historia Liz to niezwykle ciekawie skonstruowany fragment scenariusza, do tego, jak na AHS, wyjątkowo – wręcz niespodziewanie – subtelnie. Niektórzy mogliby stwierdzić, że spotkanie z synem po latach rozwiązano zbyt cukierkowo, ale ja się z tym nie zgadzam. Temat trudny i wciąż znajdujący się w sferze tabu podjęto naprawdę taktownie i bez przesadnego sentymentalizmu. Poza tym nie jestem wcale przekonany, że to koniec tej historii. Syn Liz jeszcze może okazać się kandydatem do klubu Jamesa Marcha – to w końcu serial, w którym im lepiej układa się bohaterowi, tym bardziej należy spodziewać się, że to tylko cisza przed burzą. No i postacie, w które wcielał się Denis O’Hare nie kończyły dobrze, więc trochę obawiam się o los Liz.

Nie jestem natomiast fanem historii Ramony i Angeli Bassett w tej roli. Mam wrażenie, że jej kreacja to wprawdzie świadome, bo odwołujące się do nurtu blaxploitation, ale jednak przeszarżowane wykorzystanie metod aktorskich. Przesadna artykulacja i mimika trochę mnie męczą, tym bardziej, że i motywację Ramony przedstawiono nie w pełni przekonująco, a pojawianie się bohaterki w jednym odcinku i znikanie na dwa następne wcale nie pomaga. Postać Donovana nieco ten wątek ratuje, ale już sam Donovan stracił od pierwszych odcinków, odkąd Hrabina go rzuciła. Od tamtej pory snuje się po ekranie, marudząc jak to mu źle, a Matt Bomer siłą rzeczy niewiele ma do zagrania. Na szczęście ostatni odcinek sugeruje, że może się to zmienić, bowiem pojawił się wreszcie w tej historii dynamizm, a Donovan udowodnił, że w jego motywacji i dążeniach nie ma nic oczywistego (bo mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec i napędzała go zwykła chęć powrotu do Hrabiny).

Fot. FX

Fot. FX

Najbardziej mi jednak w ostatnich tygodniach przeszkadzał los, jaki przypadł w udziale postaci Rudolfa Valentino. Jedna z lepszych sekwencji w historii tego serialu, czyli czarno-biały hołd dla Friedricha Murnau, obiecywała coś więcej niż bezceremonialne pozbycie się bohatera granego przez Finna Wittrocka (zresztą po raz drugi w tym sezonie). Taka decyzja scenarzystów jest dla mnie o tyle niezrozumiała, że Valentino nie pokazywał się zbyt często na ekranie po swoim cudownym odnalezieniu się, więc widzowie nawet nie zdążyli przyzwyczaić się do tej nowej sytuacji. Tu niestety powracamy do podstawowych zarzutów z ostatnich sezonów, a zatem błyskawicznemu niszczeniu potencjału danego wątku czy postaci. Z drugiej strony twórcy chyba zaczynają powoli zamykać wszystkie wątki, na co może wskazywać koniec dziesiątego odcinka, więc prawdopodobnie jest w tym jakiś zamysł.

Fot. FX

Fot. FX

Jest zatem zauważalnie lepiej w porównaniu do Freak Show oraz Coven, bo w przypadku tamtych sezonów dziesiąty odcinek stanowił punkt, w którym zdążyło nawarstwić się tyle wad, że w pełni przysłoniły one dobre aspekty serialu. W Hotelu natomiast całość dalej trzyma się sensownie i w miarę logicznie (choć zgadzam się z zarzutami, że trudno zwięźle opisać, o czym w zasadzie jest ten sezon), a ja ciągle mam ochotę oglądać nowe odcinki i nie robię tego z przyzwyczajenia. Oby się to utrzymało jeszcze przez trzy tygodnie w styczniu.

American Horror Story
horror/drama
FX 2011–

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.