Fot. ITV

Wszystko dobre, co się dobrze kończy (Downton Abbey, S06)

Artykuł zawiera spoilery.

Zakończyło się Downton, serial charakterystyczny, ważny, odświętny, rasowy i kręcony z rozmachem, a ja jestem szczęśliwa. Jestem szczęśliwa z wielu powodów, między innymi dlatego, że Thomas Barrow – moja ulubiona postać, o czym wielokrotnie już pisałam – nareszcie miał w sezonie szóstym porządny, pogłębiony wątek. A na dodatek wszystko skończyło się dla niego lepiej niż dobrze i mój ulubieniec spełnił swoje odwieczne marzenie o awansie. Został głównym lokajem w domu, który w międzyczasie zyskał jego szczery szacunek, mimo że w przeszłości traktowano go tam różnie, a i on sam niejednokrotnie się wszystkim „podkładał”. Oglądanie jego przeróżnych perypetii i przemiany (bardzo stonowanej w zestawieniu z innymi, wystawnymi transformacjami), było od pierwszego odcinka do ostatniego prawdziwą rozkoszą – a wiem, co mówię, bo w te Święta odświeżyłam sobie sezon numer jeden i tym bardziej dostrzegam subtelności charakterologicznej ewolucji Barrowa. Ale trickster to zawsze postać z potencjałem do fermentu, do ewolucji, persona dynamiczna i wiele się wokół niego, jak również za jego sprawą wydarza.

Fot. ITV

Fot. ITV

Moja inna faworyta, pełna paradoksów, bo chłodna lecz temperamentna Lady Mary, też koniec końców ewoluowała, ale nie na tyle, by utracić swój lodowy czar. Towarzyszący nam od początku temat „wydawania za mąż panienki Mary” przerodził się w sezonie szóstym w „wydawanie się za mąż”, to znaczy Mary rozważnie, skrupulatnie i samodzielnie testowała kandydatów do ręki, starając się nie myśleć za wiele o swoich rodzących się uczuciach do Henry’ego Talbota. Z kapryśnej mimozy z początków serialu wyłoniła się nowoczesna, twardo stąpająca po ziemi, przedsiębiorcza i pracowita dama, która potrafi postawić na swoim, ale jak trzeba to umie się też przyznać do błędu. Uważam, że postać ta została zagrana wyśmienicie, od ogółu do szczegółu, a jej suknie i fryzury będę długo wspominać. Całe Downton było zresztą dla mnie wizualną i modową rozkoszą.

Sezon szósty to sprawiedliwe, nie pomijające żadnego z najważniejszych wątków, rozwiązywanie tematów fabuły. Od małżeństwa Granthamów, które wszak przeżywało w niektórych momentach spektakularne upadki, by się koniec końców umocnić, przez rodzącą się w bólach, ale coraz to trwalszą przyjaźń Lady Violet i pani Isobel Crawley (o lokalnym szpitalu słyszymy już w pierwszym odcinku, temat powraca też w ostatnim!), przez małżeństwa córek (z oczekiwanym od dawna story arc o Edith, bohaterce za którą nigdy nie przepadałam, ale cieszę się że „znalazła szczęście”, bo może wreszcie przestanie być tak skwaszona), kończąc na ambicjach i marzeniach służby. Nadeszły nowe czasy, nowe możliwości, granice między salonem a kuchnią w dużej mierze zostały zasypane. Ci, którzy chcieli pójść z duchem czasu – pani Patmore zakładająca swój hotelik, Molesley, który został nauczycielem, pracujący na farmie Andy i Daisy poszerzająca swoje horyzonty – mieli taką szansę. Natomiast ci, którym lepiej było w poprzednim systemie, czyli wspomniany Thomas, ale także Carson, Bates, Anna oraz lordostwo Granthamowie – znaleźli w toku sezonu sposób, kompromis pozwalający pogodzić stare z nowym.

Fot. ITV

Fot. ITV

Miałam w sezonie szóstym kilka ulubionych scen. Jedną z nich była wizyta lorda i lady G. w zamku markiza, narzeczonego Edith. Absurdalnie gigantyczna posiadłość sprawiła, że Downton wydało się przez kontrast maleńkim, przytulnym domkiem. Scena ta zastanawiająco współgrała z odcinkiem o „dniu otwartym” w Downton Abbey, kiedy to okazało się, że jego mieszkańcy sami nie bardzo wiedzą, gdzie mieszkają, nie znają historii swojego domu, a na dodatek są zmuszeni spojrzeć na niego niejako z dystansu, jak na muzealny obiekt, przykład dawnego stylu życia. Urzekła mnie też rozmowa, w której Dowager Countess wyznała mimochodem, iż Branson jest najrozsądniejszą osobą w całym domu i to właśnie jemu zostawia instrukcje związane ze swoim spontanicznym wyjazdem do Włoch. Cóż za wspaniałe ukoronowanie „asymilacji” rewolucjonistycznego szofera! W ostatnim sezonie świetnie spisywały się postacie komediowe, dające trochę wytchnienia od dramatów – mam na myśli przede wszystkim Spratta, jego dziennikarską karierę pod damskim pseudonimem i podjazdową wojnę z Panną Denker. Spratt skutecznie zastąpił w funkcji rozbawiania mnie Molesleya, który w tym sezonie miał jednak poważniejsze zadania i sprawy na głowie.

Były też wątki, które strasznie mnie nudziły, a nawet trochę męczyły, czyli perypetie skwaszonej Lady Edith oraz ckliwe losy Batesa i Anny, w tym sezonie starających się o dziecko. Anna jest dla mnie postacią totalnie bez wyrazu i dziwią mnie liczne nagrody, jakie otrzymała za tę postać aktorka. A Edith, kobieta próbująca swoich sił w męskim świecie, właścicielka gazety i – my, oh my! – mieszkania w Londynie, prawie-że-feministka powinna mnie teoretycznie ciekawić, ale jakoś nie ciekawi. Są to po prostu postacie, za którymi nigdy specjalnie nie przepadałam i żadna z danych im linii fabularnych nie zdołała mnie porwać, czy choćby wciągnąć. Pałam też sporą antypatią do głupiutkiej, pyskatej Daisy, podejrzewając, że osobę tego typu spotkaną w prawdziwym życiu prawdopodobnie bym znienawidziła, tak bardzo by mnie wkurzała. Co też świadczy o sile aktorskiej, albowiem w Galavancie ta sama aktorka jest nad wyraz słodka.

Fot. ITV

Fot. ITV

Cieszę się, bo dostaliśmy solidną dawkę bali, rautów, ślubów, pikników, wyścigów i innych towarzyskich wydarzeń, z których zawsze słynęło Downton.  Posiadłość odwiedził nawet minister zdrowia, ale niestety źle trafił, to znaczy do najbardziej dramatycznego odcinka sezonu, w którym to moje serce na moment stanęło, gdy ujrzałam, jak poczciwy Lord Grantham krztusi się własną krwią i widowiskowo „kona”, nie zważając na towarzyskie konwenanse.

Trudno mi nie porównywać tego serialu z Mad Men, również zakończonym w 2015, tak samo opowiadającym raczej o pewnej epoce niż o konkretnych postaciach, skupionym na „bohaterze zbiorowym”, na stylowej rekonstrukcji dawnych czasów. I choć obie wizje były mocno przeestetyzowane, to Downton jest obrazkiem pocztówkowym, wyidealizowanym, i w związku z tym ciężko na niego patrzeć jak na aktualny komentarz społeczny. Jest to raczej guilty pleasure dla osób, które umieją się powstrzymać od krytycznych refleksji i na moment zapomnieć o homofobii, różnicach klasowych, reżimie warstw uprzywilejowanych i całym kolonialnym imperializmie z ciągnącym się za nim jak ogon komety wachlarzem uprzedzeń i dysproporcji społecznych. Mad Men jest za pan brat z takim komentarzem, Downton Abbey unika komentowania czegokolwiek i dąży w stronę dobrze napisanej opery mydlanej. Przyznam, że to może nieco denerwować. I pewnie by mnie denerwowało, gdyby nie fakt, że nie jest to serial, po którym spodziewałam się kiedykolwiek Rzeczy Wielkich. A jak się nie spodziewasz, to się nie rozczarujesz, prawda?

Fot. ITV

Fot. ITV

Co powiedziawszy napiszę może jeszcze, że kulminacja słodyczy i happy endów w finałowym odcinku była jednak trochę nazbyt słodka, ale jako że oglądałam ten odcinek pogrążona w świątecznej mgiełce, jedną ręką trzymając filiżankę herbaty z miodem, a w drugiej ściskając piernikowe czekoladki, to przegięcie aż tak bardzo mnie nie uraziło. Zresztą, gdzieś w tyle głowy przez cały epizod finałowy tłukł się niepokój, że pan Fellowes chce uśpić, ucukrować moją uwagę i w którymś momencie przywali rzewną, ckliwą, ale cholernie bolesną śmiercią-na-sam-koniec, że nam zabije Lady Violet albo Lorda Granthama…  Chwała Bogu, tak się nie stało.

Zakończyło się Downton, a ja jestem szczęśliwa, bo urwało się wtedy, gdy powinno, ani o sezon za wcześnie. Bo gdybyśmy poszli dalej, to znów musiałoby się zdarzyć coś złego, starość, choroba, złowroga i nieubłagana Historia, nieszczęścia i smutki. A powtarzające się podobne perypetie musiałyby nas w końcu znudzić. Bo gdyby trwały przez kolejne sezony, to nie udałoby się zamrozić w czasie tej Gwiazdki Anno Domini 1926, kiedy wszyscy są w dobrym zdrowiu, na fali wznoszącej, z uzasadnionymi nadziejami na przyszłość. Kiedy do kolejnej wielkiej wojny jest jeszcze kilkanaście lat rozwoju, szczęścia i doglądania pańskim okiem wchodzącego w nową erę pałacu i posiadłości. Będę tęsknić za Downton Abbey, bo to był dobry serial i fajna rodzina, ale przecież wiem, że zawsze mogę go sobie obejrzeć jeszcze raz. Nie odczuwam niedosytu. Nie chcę wiedzieć więcej.

Wszystko, co dobre, dobrze się skończyło. I niech tak już zostanie.

Fot. ITV

Fot. ITV

Downton Abbey
period drama
ITV (USA: PBS), 2010–2015

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.