Fot. BBC

Opowieść z dreszczykiem (Sherlock Special)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Odcinek, o którym tu dziś będziemy rozmawiać, wyemitowany został w telewizji na Gwiazdkę i określany jest jako specjalny. Skojarzenia nasuwają mi się naturalnie – to Opowieść wigilijna, bożonarodzeniowa przypowieść o duchach, o balansowaniu na granicy śmierci, o zaświatach, i z obowiązkowym gorzkim morałem. Sherlock jest Ebenezerem Scrooge’em, rozpatrującym na łożu śmierci z przedawkowania swe dawne, nie do końca rozwikłane zbrodnie. Odnoszę jednak wrażenie, że jak na tego typu założenie, opowieść była trochę przegadana. Nie wiem, czy pomyśleliście tak samo? Że tych naspidowanych popisów Mistrza Dedukcji pokazano nam za wiele, niektóre sceny i dialogi nie były specjalnie potrzebne fabule, a inne zostały okropnie przekombinowane. No i poza duchami przeszłości, wizytą w zaświatach za wodospadem, grzebaniem w cmentarnej ziemi i padającym śniegiem nie udało mi się za bardzo poczuć wiktoriańskiej, dickensowskiej Gwiazdki, na którą miałam ogromną nadzieję. Jak oceniacie klimat odcinka? Jego postulowaną „gwiazdkowość”?

Michał: Muszę od razu przyznać, że zupełnie inaczej odebrałem ten odcinek, co zapewne zdeterminowało moje wrażenia w odniesieniu do wielu podnoszonych kwestii. Na pewno nie był to dla mnie „Christmas Special”. Był za to „Odcinkiem Onirycznym”, w którym wszelkie prawidła rządzące rzeczywistością znikają, a zaczyna władać absurd – czysta i podświadoma wyobraźnia. Wiele zresztą związków przyczynowo-skutkowych – niedorzecznych z założenia – przypominało mi moje własne mary senne. Tego typu motyw – odcinek specjalny dziejący się w snach, gdzie bohaterowie serialu maja jakieś alternatywne przygody – popularny był w proceduralach z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Pierwszy raz pojawił się bodaj w M*A*S*H (Dreams, S08E22, 1980).

Fot. BBC

Fot. BBC

Aleksandra: Ja mam podobnie jak Michał: nie przyszłoby mi do głowy skojarzenie z Opowieścią wigilijną, bo odebrałam Pannę młodą przede wszystkim jako zanurzoną w, powiedzmy, własnej historii: historii Sherlocka Holmesa z kanonu ACD i historii przetworzeń tegoż kanonu w serialu Moffata i Gatissa. A jak chodzi o „gwiazdkowość”… hmm, mam wrażenie, że zasugerowanie nam, że to odcinek gwiazdkowy, specjalny, wyjęty z normalnego czasu i przestrzeni serialu, to był jeden ze sposobów zmylenia widzów, zastosowany przez duo producentów, by odwrócić uwagę od planowanego twistu i od związku z serią trzecią… Dla mnie osobiście bardziej świątecznym odcinkiem jest Skandal w Belgravii, ze sceną wręczania prezentów i Sherlockiem grającym na skrzypcach Auld Lang Syne

A czy popisów dedukcji było za dużo? Jak dla mnie nie, ale ja w ogóle odczytuję ten odcinek jako dziwaczny konstrukt pamięci odurzonego Sherlocka. On chce przecież tak naprawdę rozwiązać zupełnie inną sprawę, sprawę z finału serii trzeciej – powrót Moriarty’ego. Moim zdaniem to dlatego sprawę Ricoletti buduje w swoim umyśle z urywków i fragmentów wcześniejszych przygód: większość z tego, co się tam dzieje, pojawiła się w serii już wcześniej – ba, nawet bandzior nazwiskiem Ricoletti wspomniany jest w The Reichenbach Fall!

Mysza: Podobnie jak przedmówcy nie spodziewałam się konkretnie „gwiazdkowości”, a raczej pewnego odstąpienia od znanych ram – i to dostaliśmy zarówno pod względem wiktoriańskiego sztafażu, jak i onirycznych ram, w które ujęto niemal całą fabułę. W tym, przynajmniej dla mnie, tkwiła „specjalność” odcinka, a nie w elementach stricte bożonarodzeniowych.

Natomiast w kwestii tego, czy odcinek był zbyt… no właśnie, jaki? Przegadany? Wydumany? Przefajniony?… Tu wiele zależy od tego, jak zapatrujemy się na sam zamysł odegrania niemal całego odcinka niejako „w głowie Sherlocka”. Jeśli z marszu akceptujemy ten motyw (mnie on osobiście nie przeszkadza), o wiele więcej jesteśmy w stanie twórcom wybaczyć, zarówno pod względem ewentualnej niespójności fabuły, jak i pewnych skrótów, anachronizmów, przeniesień, czy odniesień zarówno do kanonu ACD, jaki i samego Sherlocka BBC. Jeśli natomiast motyw mind palace nam nie odpowiada, odcinek – niestety – rozpada się w szwach. Zbyt wiele rzeczy jest umownych, lub pozostaje w sferze metaforycznych domysłów. A sądzę, że mimo iż Sherlock zawsze był serialem, w którym nie wszystko zostawało wyjaśnione – wszak widzowie nie są tak inteligentni jak sam Holmes – widzowie oczekiwali tego co zwykle, czyli spójnego rozwiązania końcowej zagadki. A w Pannie młodej, mam wrażenie, trudno było znaleźć taką „ostateczną odpowiedź”.

Fot. BBC

Fot. BBC

Pirjo: A co z „wiktoriańskością”? Przyznaję, że jak to z Sherlockiem bywa, pytań mam w głowie znacznie więcej niż odpowiedzi. Oniryczny, staroangielski klimacik, porozrzucane niczym okruszki chleba anachronizmy i zgrzyty, i pozmieniane postacie – pozmieniane w fantazje na swój temat, swoje karykaturalne wersje z innych czasów – czy to miało sens? W odcinku zabawiały nas swą egzotycznością różne wcielenia Mary, zjawił się Lestrade z bokobrodami, obły i stylowy Mycroft wcinał puddingi, i w sumie rzucała się w ucho cała ta tendencja do mówienia, choćby i z egzaltacją, o uczuciach. Watson drążący z Sherlockiem temat małżeństwa. Starszy brat wyznający bez ceregieli, że ten młodszy może na niego zawsze liczyć. Gwiazdkowe odcinki słyną z artykułowania skrywanych wyznań, albowiem chodzi o reset wszelkich kwasów i sekretów przed Nowym Cyklem. How convenient! Wybijającym się motywem była metazabawa z tym, który świat jest prawdziwy i kto komu o kim opowiada.

Czy to wiktoriański storyteller Watson pisze swoje opowiastki dla The Strand i zabrnął w jakieś dziwne rejony? Czy może Sherlock pod wpływem kokainy wyobraża sobie przyszły świat? I czy można umrzeć w pałacu myśli? Czy można mieć umysł zawirusowany wspomnieniem zmarłego antagonisty, z którym się spotykamy po drugiej stronie lustra wodospadu? Elementów meta było w odcinku co nie miara, a to konwencja dość – wracając – typowa dla odcinków gwiazdkowych, które często odwieszają „zawieszenie niewiary” na kołek i zmuszają widza do refleksji, do podejrzliwości i do swobodnej zabawy. Są bardzo osobne, choć dotykają serca danego serialu. Z tej perspektywy odcinek był wręcz wzorcowy, ale też nieco męczący, bo to Sherlock, więc nie dało się go przewidzieć. Oddzielić prawdy od fikcji, zupełnie. Choć poszlaki splecione zostały – pun intended  genialnie. Trochę sen, a trochę misterna konstrukcja szkatułkowa. Równoległe światy. Tylko za dużo w środku fluffu, podchodów, powtórzeń, ubitej na sztywno piany. A może tak trzeba, może taka jest właśnie struktura snów, majaków, wizji? I może skoro jesteśmy w zasadzie w głowie Sherlocka, on jest naszym przewodnikiem i scenarzystą, to powinniśmy się pogodzić z powtórzeniami, dłużyznami, przeciągniętymi scenami, które z jakichś powodów są dla niego ważne?

Michał: Właśnie w oniryczności tkwi podstawowy problem tego odcinka. Sherlock jest serialem detektywistycznym typu murder mystery. Takim, którego fani – jak to się czasem mawia – „potrafią docenić dobre morderstwo” (enjoy a good murder), tak jak na uznanie zasługuje wyśmienita łamigłówka. W tym wypadku dla widza głównym walorem jest rozwiązywanie zagadek razem z bohaterami, wypatrywanie szczegółów, przewidywanie zwrotów akcji – a to w przekonaniu, że „zawsze jest jakieś racjonalne wyjaśnienie” i że twórcy zostawiają nam wskazówki co do rozwiązania. No więc kiedy widowni z takimi oczekiwaniami zaserwujemy logikę snów, to cała koncepcja się sypie. Stąd, jak sądzę, tak wielkie rozczarowanie – w tym także i moje. Gdyby natomiast popatrzeć na ten odcinek jako coś kompletnie innego – może historię inspirowaną – to można tu znaleźć sporo smakołyków.

Aleksandra: Jako że ja z kolei odebrałam ten odcinek entuzjastycznie, spróbuję wyjaśnić, czemu mnie ta „wiktoriańska” wizja i oniryczna struktura przekonały. Po części, przyznam, moje argumenty są zewnętrzne w stosunku do samej fabuły. Może po prostu powinnam zacząć od stwierdzenia, że wielbicielką Conana Doyle’a jestem od jakichś zamierzchłych lat 80. i że w związku z tym Sherlock jest moim n+1 kontaktem z ekranizacjami Doyle’a. Nie jestem w związku z tym pewna, na ile mój odbiór jest skażony tą właśnie perspektywą. Zgadzam się mianowicie, że to jest serial typu murder mystery – ale jest to też serial, który od początku, co widać zarówno na ekranie, jak i w wypowiedziach twórców, jest ukłonem wobec kanonu. The Abominable Bride jest jedną wielką grą z kanonem, ale także z konwencjami przynajmniej kilku gatunków literacko-filmowych: od późnowiktoriańskiego kryminału spod znaku Conana Doyle’a (Londyn, mgła, policjanci z gwizdkami, dorożki i tym podobne) przez dziewiętnastowieczną powieść awanturniczą, taką z konspiracjami, tajnymi stowarzyszeniami i mrocznymi inkantacjami zawodzonymi w ponurych podziemiach na odludziu. U Conana Doyle’a też mamy elementy tego gatunku, choćby w Pięciu pestkach pomarańczy (do których bezpośrednio odwołuje się ten odcinek) czy w Studium w szkarłacie, ale historia samego zjawiska jest znacznie, znacznie starsza. No i trzecia rzecz, gotycki horror z duchami, zjawami i krwawą zemstą. Nie miałam problemu z zagadką w tym odcinku, ale to dlatego, że nie jej oczekiwałam: trochę tak, jak w pokazywanym niedawno w kinach Crimson Peak del Toro, w którym też nie przeszkadzała mi wątła i przewidywalna fabuła, bo to nie dla niej, a dla klimatu i dla zobaczenia, jak twórcy zagrają z gatunkiem gotyckiego horroru, postanowiłam ten film obejrzeć.

Na koniec zaznaczę jeszcze raz: całkowicie rozumiem, co mogło w konstrukcji fabuły tego odcinka przeszkadzać, a mój entuzjazm po części zapewne wynika ze specyfiki mojego indywidualnego odbioru, w tym przede wszystkim mojego stosunku do kanonu Conana Doyle’a.

Fot. BBC

Fot. BBC

Mysza: Po seansie – i po przeczytaniu niezliczonych dyskusji w Internecie – przyszło mi do głowy, że odcinek ten można (czy też należy) rozpatrywać na trzech płaszczyznach. Teraz jednak widzę, że – jak ta lama! – zapomniałam o czwartej warstwie, wspomnianej tu przez Aleksandrę, czyli o metazabawie z kanonem.

Wracając jednak do mojej teorii, mamy trzy płaszczyzny: samą strukturę wiktoriańskiej intrygi – to, czy jest to dobra zagadka, interesujące dla czytelnika murder mystery i trzymający klimat gotycki horror. Wyżej mamy warstwę sennego majaku – czyli świadomość, że wszystko, co widzimy, jest w jakimś stopniu wytworem wyobraźni Sherlocka. Możemy się więc zastanawiać, co to wszystko w konsekwencji oznacza dla Sherlocka jako postaci – dla jego emocji, psychiki, relacji z innymi postaciami… Weźmy przy tym pod uwagę, że choć serial ochrzczono imieniem Sherlocka, poznajemy go „z zewnątrz”, obserwując jego życie i perypetie głównie poprzez pryzmat innych ludzi, np. Watsona, pani Hudson czy Lestrade’a. Rzadko mamy dostęp do, że tak to ujmę, „żywego mięsa” – do tego, jak faktycznie pracują zwoje mózgowe genialnego detektywa. Pod tym względem analizowanie całej „onirycznej” warstwy może dostarczyć fanom nielichej frajdy i pola do interpretacji.

Wreszcie jest warstwa wierzchnia, czyli to, jak ten odcinek jest skonstruowany z punktu widzenia pracy włożonej przez scenarzystów. Na ile rzeczywiście jest (zdaniem niektórych) leniwy napisany, chaotyczny, niespójny, niekonsekwentny, mizoginistyczny, etc.

Osobiście nie mam wielkich zarzutów do dwóch pierwszych warstw (ani do ukłonów w stronę kanonu). Największy problem ma chyba właśnie z tą trzecią, najbardziej „techniczną” warstwą.

Pirjo: Jednym z tematów odcinka, podkreślonych jeszcze przez jego staroświecki setting, jest uprzedmiotowiona kobiecość. Mamy Mary, która musi się starać bardziej, niż którykolwiek z mężczyzn, by zasłużyć na pochwałę i uznanie Sherlocka, mamy równie mocno się starającą Molly, mamy prawa kobiet i zmowę kobiet, a nawet ich armię, niestety bez sensu opartą o sprawy sercowe, o chęć zemsty na „rodzaju męskim”, działającym  w okowach płciowych stereotypów. I o dość hasłowo podane „prawa kobiet”, niezbyt przekonujący tutaj koncept, bo ogólny. Wrzucanie wszystkiego do jednego, pojemnego worka. Pozbawiona głosu pani Hudson, niewidzialna służąca, łatwo wymienne „narzeczone”, bo któż by zwracał uwagę na takie szczegóły jak osobowość czy twarz. Wystarczy „zdawkowe podobieństwo”, koronkowy welon, i każda może być każdą, uproszczona legenda o duchu gotowa. Coś zgrzytało mi w tym pomyśle, a przecież najpewniej chodziło o pożenienie przeszłości ze współczesnością. Moim zdaniem – nie wypaliło, nawet rykoszetem, w twarz. Proch zamókł. Ciasto oklapło. Zakalec. Ten wątek mnie nie przekonał.

Michał: Zgadzam się, że nie wypaliło. To widzimy szczególnie po bardzo krytycznych reakcjach w mediach. W kontekście elementów meta, przyznam jednak że parę tych wątków feministycznych mi się podobało – szczególnie w kontekście poruszanego tematu braku kobiet w narracjach zarówno historycznych (tzw. his-story) jak i fikcji literackiej (będącego problemem po dziś dzień). Rozumiem zarzuty o niestosowność tej opowieści z perspektywy feministycznej. Ale wydaje mi się, że jest tu problem zupełnie inny niż to często przywoływane „faceto-wyjaśnianie” („mensplanacja”?). Według definicji mensplanation (man+explanation) to wyjaśnianie czegoś w sposób protekcjonalny i poniżający, jak to niestety często, gdy mężczyzna tłumaczy coś kobiecie. Ta definicja nie pasuje mi do tego, co zobaczyłem. Dla mnie to było raczej próba łopatologicznego wyjaśnienia samym facetom dlaczego na przełomie XIX i XX wieku mężczyźni toczyli „wojnę, którą powinni przegrać”. Uważam, że to jest bardzo ładne sformułowanie – i jeśli jest protekcjonalne, to bardzo dobrze, bo ma dotrzeć do tępych męskich łbów, którzy dalej myślą, że feminizm to fanaberia i Z.U.O. Myślę zresztą, że chodziło tutaj także o to, żeby pewne rzeczy dotarły do samego Sherlocka – niezbyt bystrego w tym temacie (vide przebrana za mężczyznę pani patolog). W kontekście jego rachunku sumienia pojawiały się tam zresztą przebitki tego, jak Sherlock wykorzystywał zadurzoną w nim kobietę – ba! nawet się jej oświadczył – tylko po to, by dostać się do biura Magnussena. Nie przypadkiem słowa o tej „wojnie, którą powinniśmy przegrać” mówił Mycroft – czyli „ten mądrzejszy z braci”. Ot, w swoim pałacu myśli Sherlock robił sobie nieco porządków w relacjach międzypłciowych.

Natomiast zupełnie innym problemem jest spłycenie, czy zafałszowanie roli, motywów i formy feminizmu w historii. Twórcy chcieli tutaj połączyć chyba wątki sufrażyzmu z popularnymi za czasów Conana Doyle’a motywami gotyckimi (tajemne stowarzyszenia, dziwne stroje, okultyzm itp.). Wyszedł z tego klub mściwych wiedźm-morderczyń ubierających się jak Ku-Klux-Klan. Choć akurat w tamtych czasach tego typu przebieranie się było całkiem popularne w wielu kręgach i stowarzyszeniach, a KKK tylko wpisał się w tę modę. Jeśli już miałbym odcinka bronić, to – znów – powołując się na jego oniryczny charakter. W snach łączymy różne motywy zupełnie ahistorycznie i nielogicznie.

Fot. BBC

Fot. BBC

Mysza: Pytanie tylko, na ile sytuacja, w której Sherlock stoi przed tłumem wściekłych kobiet i nie dając im dojść do słowa, tłumaczy dlaczego kobiety są takie biedne, uciśnione i pozbawione głosu  zostanie rzeczywiście przez widzów – płci dowolnej – odczytana jako satyra? Biorąc pod uwagę, że sama początkowo nie zauważyłam w tej scenie okrutnej ironii (mea culpa), śmiem twierdzić, że inni widzowie również mogą tego w pierwszej chwili nie pojąć. Tym bardziej, że wiktoriański sztafaż ze swoim wszechobecnym i oczywistym seksizmem tylko ten obraz jeszcze bardziej zamydla.

Podoba mi się natomiast interpretacja, jakoby poprzez tę wizję – mimo wszystko dość łopatologiczną i melodramatyczną jak na Wielkiego Detektywa – Sherlock próbował „uporządkować” swoją wiedzę na temat relacji międzyludzkich, zwłaszcza z kobietami. Choć chyba nie do końca wierzę w to, że właśnie taki był zamysł, który stał za zawarciem tego wątku w odcinku. Niemniej, miło pomyśleć, że (współczesny) Sherlock aktywnie stara się zmienić swój stosunek do płci pięknej. Tym bardziej, że – abstrahując od tego, czy Moffat i Gatiss dobrze piszą wątki feministyczne – detektywa otaczają naprawdę fantastyczne kobiety.

Aleksandra: To ja – skoro mowa o kobietach – zmienię temat i, jako że jeszcze nie mówiliśmy o aktorstwie, skorzystam z okazji, żeby się przez moment pozachwycać Amandą Abbington jako Mary: zdecydowaną, zabawną, inteligentną i błyskotliwą. Ja w ogóle tę aktorkę lubię, a w tym odcinku była, jak dla mnie, po prostu fantastyczna. Zresztą pani Hudson wygłaszająca autotematyczne uwagi na temat swojej roli w fabule, też była rozkoszna – plus, Una Stubbs fantastycznie, IMHO, wygląda w wiktoriańskich ciuchach. No i Molly – jak mówi powyżej Michał, kluczowy dowód na kompletną naiwność Sherlocka w sprawach kobiet… Generalnie, niezależnie od kontrowersji dotyczących spraw kobiecych w tym odcinku, role kobiece wydają mi się w nim znakomite.

Pirjo: Pomówmy o związkach. W odcinku w całej krasie wybucha iście fanfikowa relacja Sherlocka z Moriartym – fangirlizm do kwadratu, szczególnie, gdy Jim ma na sobie ślubną suknię! Sugestywna scena z czubkiem rewolweru w lubieżnie rozchylonych ustach poruszyła czułe struny w moim fanowskim sercu… ale to samo serce drgnęło także, gdy ujrzało i usłyszało romantyczne wyznania i czyny podkręcające relację Szerliego z Watsonem. „Why don’t you two just elope?” No właśnie. Skoro fani dostali w tym odcinku TYLE DOBRA, to czemu tak strasznie narzekają teraz na Moffata? Czegoś tu nie rozumiem…

Michał: OMG. Co ja czytam? Pięćdziesiąt twarzy Moriarty’ego!

Fot. BBC

Fot. BBC

Aleksandra: No, jakbym ja miała pisać fanfik do tego odcinka, to byłby on o Sherlocku i Mary. Jego podziw i oddanie dla niej ewidentnie nie zna granic. A mówiąc poważniej – twórcy dość od początku bawią się w ogrywanie relacji Sherlock-Jim (zwłaszcza w deklaracjach tego ostatniego) w kategoriach erotycznych i ten odcinek, oczywiście, idzie z tym dalej, i to w kierunku: po bandzie. Mnie osobiście się ta gra podoba.

Mysza: Myślę, że kwestia tego, czemu wątek Jima i Sherlocka (oraz to jak został rozegrany) wzbudza tyle kontrowersji, bierze się właśnie z elementu fanfikowości. Tak długo, jak relacja dwóch postaci pozostaje w sferze domysłów lub jest przez twórców jedynie sugerowana, każdy fan może sobie dopowiedzieć/dopisać to, co mu serce (lub inny organ) podyktuje. Może też, jeśli takie ma życzenie, całkowicie wyprzeć aspekt romantyczno-erotyczny takiej relacji, zwłaszcza jeśli istnieje między osobami tej samej płci. Jednak w momencie, gdy twórcy prezentują nam swoją obdartą z subtelności wizję (suknia ślubna, oralne pieszczoty rewolweru), możliwość dokonania własnej interpretacji znika lub zostaje zaburzona. Musimy albo przyjąć to, co twórcy nam pokazują, albo to odrzucić. Wielu widzom taka dosłowność – i dosadność – nie odpowiada.

Z drugiej strony, na ile możemy mówić w tym wypadku o jakiejkolwiek dosłowności, skoro mamy do czynienia z podrasowanymi narkotykiem majakami?

Pirjo: A sama zagadka – jak ją oceniacie i czy czekacie na to, co będzie w serialu dalej? Jak odebraliście dynamikę odcinka, jego fabularny poziom? No i Sherlocka uzależnienie od narkotyków, mocno tu podkreślane, zaburzające percepcję odcinka, rozmywające granice rzeczywistości. Ja się akurat cieszę, że temat uzależnienia wreszcie z fabularnego gadżetu stał się fabularnym problemem. A to pierwsza prawdziwa słabość naszego geniusza, faktyczna rysa na wizerunku. Coś, nad czym zupełnie nie ma kontroli. Interesująco się ogląda takiego Sherlocka, w zasadzie ocierającego się w odcinku o własną, samobójczą śmierć z przedawkowania. Balansującego nieco histerycznie na krawędzi. I po co? Po to, żeby rozwiązać zagadkę własnego umysłu w sposób pokrętny i dygresyjny? A może to po prostu magia Świąt?

Michał: Jak dla mnie, to chodziło tu bardziej o pretekst by poprzebierać Cumberbatcha i Freemana w stroje z epoki oraz o autopsychoanalizę samego Sherlocka: stosunek do kobiet i relacja do Moriarty’ego. Oczywiście pretekstem do tego wszystkiego miało być odkrywanie zagadki powrotu tego ostatniego z zaświatów.

Mysza: Sama nie wiem, co na ten temat myśleć. Tak bardzo jak mile łechtała mnie użyta w serialu analogia, że Moriarty jest wirusem w mózgu Sherlocka – jest skazą na jego idealnym umyśle – tak nie wiem, czy podoba mi się wizja Sherlocka-narkomana. Z drugiej strony, jak słusznie zauważa Pirjo, powodem, dla którego Sherlock sięga po narkotyki, jest próba rozwiązania zagadki śmierci Moriarty’ego. Czyli technicznie rzecz biorąc, wciąż wychodzi na to, że to Moriarty jest ostateczną zgubą Sherlocka.

Kwestia tego, jak odcinek specjalny wpasowuje się w dotychczasowy run serialu – a także co oznacza dla sezonu czwartego – jest w tym momencie dla mnie największym zmartwieniem, bo mimo wszystko mam wrażenie, że motyw uzależnienia Sherlocka pojawia się nieco znikąd, tylko dla efektu szoku, lub jako wytrych fabularny, by móc przeturlać Sherlocka przez jego mind palace. Zastanawiam się, jak w takim razie rozpoczniemy czwarty sezon. No i co z widzami, którzy nie widzieli odcinka specjalnego? Czy dostaną na początku nowego sezonu „skrót”, by dowiedzieć się, jak istotny element z życia Sherlocka (uzależnienie) przypadkiem pominęli? Ale w takim razie czy wrzucenie tak istotnej – i płodnej w konsekwencje – informacji do odcinka, który współczesną fabułę popchnął do przodu zaledwie o kilka minut miało rzeczywiście jakiś głębszy sens?… Szczerze, nie wiem. Ot, wygodnie pozwolę sobie przemilczeć fakt, że uzależnienie Holmesa od wielu sezonów fantastycznie pokazuje serial Elementary.

Fot. BBC

Fot. BBC

Pirjo: To może jeszcze na koniec się zastanówmy, co nam ten odcinek mówi o nadchodzącym sezonie numer cztery, i jakie ewentualnie mamy teorie spiskowe związane z jego fabułą. Moriarty… żywy czy martwy? Bo tego, że się pojawi, możemy być chyba pewni. Pomyślcie: „That’s not fair, there’s two of you” – mówi w specjalnym odcinku Moriarty. Na co John odpowiada: „There’s always two of us. Don’t you read The Strand?” Sherlocka ratuje więc fakt, że nie pracuje sam. Ale czy to może być też subtelna sugestia, że Moriarty ma albo miał wspólnika? Czy Sebastian Moran powróci do akcji? Po drugie, sentymentalne teksty Mycrofta oraz to, jak wyglądał w wiktoriańskim settingu zmuszają mnie do zastanowienia się – czy brat Sherlocka umrze? A może postacią, która zginie, jest Mary? W wersji literackiej, czyli w kanonie, małżeństwo Watsonów trwało zaledwie kilka lat i skończyło się jej śmiercią. Zresztą ja chyba po prostu mam przeczucie, że w tym sezonie KTOŚ zginie. Śluby, wesela, nienaturalna radość – teraz musi być pogrzeb. Drama, trauma, szlochanie fanów. Tak bym to napisała, gdybym była scenarzystą, guys (and gals). Teoria spiskowa, na którą z kolei wpadłam w necie, głosi, że ważną poszlaką ma być pies Sherlocka, Redbeard. Pierwszą wzmiankę o tym stworzonku mieliśmy w His Last Vow, gdy dowiedzieliśmy się, że był to przyjaciel detektywa z czasów dzieciństwa, który został uśpiony. W odcinku specjalnym Szerli wypowiada to imię, słysząc psie ujadanie w momencie, gdy ekipa czeka na ducha Emelii Ricoletti. Po raz trzeci widzimy imię Redbeard podkreślone w dzienniku Mycrofta.

Fot. BBC

Fot. BBC

Trolling czy poszlaka? Na kartce z notatnika mamy jeszcze tajemnicze „Scarlett roll” i „Vernet?”, co może się odnosić – znów pomysł wyszukany w sieci – do ciężkiej choroby zwanej Syndromem Verneta. Przypomina się też kolejna intrygująca wzmianka z His Last Vow, kiedy to Mycroft tak jakby przyznał, że mieli z Sherlockiem jeszcze jednego brata. Co się z nim stało? Mówię o cytacie: „I’m not given to outbursts of brotherly compassion – you know what happened to the other one”. Ciekawe, czy ten temat zostanie pociągnięty. Bo wydaje się naprawdę intrygującą opcją. No i na koniec motyw niezwykle klasyczny dla opowieści grozy: „It is never twins, Watson. Or… is it?” Czyli zastanawia mnie, czy z tymi bliźniakami coś jest na rzeczy? Najbardziej zakręcona teoria sugeruje, że bliźniaka, a raczej siostrę-bliźniaczkę posiada nie kto inny, a Moriarty, i jest to mianowicie „chwilowa narzeczona” Sherlocka, Janine, którą przez mgnienie widzieliśmy w ostatnim odcinku w retrospekcjach. Tak, wszyscy są częścią konspiracji, nie istnieją przypadkowe osoby. Telenowela na całego!

Aleksandra: Moim zdaniem Vernet – do czegokolwiek by się nie miał odnosić w serii czwartej, absolutnie nie wykluczam związku z chorobą – jest aluzją do kanonu: w The Greek Interpreter Holmes wspomina, że jego babka była Francuzką, siostrą znanego malarza Verneta, jednego z dynastii francuskich malarzy, z których najbardziej znany, Horace, zasłynął malarstwem o tematyce napoleońskiej.

Jak chodzi o rodzinę Jima: nie zdziwiłoby mnie, gdyby Moriarty miał rodzeństwo. Ma je przecież w kanonie Conana Doyle’a. Ba, nie zdziwiłabym się, gdyby to był bliźniak/bliźniaczka – co prawda u ACD nie ma mowy o tym, czy brat jest młodszy, starszy, czy jest bliźniakiem, ale w jednej ze słynnych omyłek Doyle’a pułkownik Moriarty, brat profesora wspomniany w Pustym domu, też ma na imię James…. Janine w serialu jest odpowiednikiem Agathy, pokojówki, z którą Holmes się zaręcza (przewidywalnie, w opowiadaniu Charles Augustus Milverton), udając hydraulika nazwiskiem Escott – wszystko to oczywiście by zdobyć dojścia do Milvertona. Znając jednak serial Moffata i Gatissa, nie zdziwiłabym się, gdyby Janine miała jeszcze coś więcej do odegrania – plus, jej imię mogłoby ujść za żeński odpowiednik Jamesa, pozwalając na ogranie pomyłki autora i zagranie historią dwóch braci o tym samym imieniu… Oraz, żeby zakończyć w tonie lekko komicznym: gdyby brać pod uwagę, kto z bohaterów okazuje się w wizji Sherlocka najbystrzejszy, to wróżę wielką karierę Mary Watson.

I całkowicie zgadzam się z sugestią, że może okazać się, że w tym wszystkim jest gdzieś jeszcze trzeci Holmes… Też mnie to zdanie Mycrofta w His Last Vow zaintrygowało i, szczerze mówiąc, z przyjemnością bym ten motyw zobaczyła.  Jak chodzi, jednakowoż, o marzenia o serii czwartej – ja bardzo poproszę przeróbki Wampira z Sussex, Umierającego detektywa i Domu pod trzema daszkami, pretty please.

Mysza: Dla mnie w kontekście ewentualnego życia/nieżycia Moriarty’ego istotne jest padające w serialu zdanie, że Moriarty powrócił, choć wciąż pozostaje martwy. Zinterpretowałam to jako fakt, iż Sherlock domyślił się, że Moriarty zostawił jakieś instrukcje na wypadek swojej śmierci, że jego Imperium Zła nie upadło wraz ze śmiercią swego Mistrza Zbrodni; jeśli związany z tym będzie Sebastian Moran, wcale się nie obrażę.

Natomiast co do wszelkich teorii spiskowych: w wypadku Sherlocka snuję je rzadko, ale za to przyjmuję wszystkie z otwartymi ramionami, czerpiąc z nich czystą, nieokiełzaną frajdę. Głównie dlatego, że mam pamięć dziurawą jak sito, a wszelkie teorie (jak ta o psie Sherlocka, czy trzecim Holmesie) wygodnie przypominają o szczegółach, które wyleciały mi z pamięci. Jedyne, co mnie martwi w kontekście tych teorii – i mam wrażenie, że efekt ten zaobserwowaliśmy także przy okazji krytycznych reakcji na sezon trzeci, a także The Abominable Bride – to to, że biorąc pod uwagę długi czas oczekiwania na nowe odcinki, twórcy niejako sami sobie strzelają w stopę. Dlaczego? Bo to, co ostatecznie dostaniemy, może nigdy nie dorównać temu, co przez ten czas zdołaliśmy sobie (na własny użytek, lub wspólnie, jako fandom) wykoncypować.

Mam tylko nadzieję, że się mylę.

Michał: Podpisuję się pod tym życzeniem!

Fot. BBC

Fot. BBC

Sherlock
odcinek specjalny, The Abominable Bride, emisja: 1.01.2016

Pirjo Lehtinen: człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Aleksandra Klęczar
Od bardzo dawna czytuje, ogląda i słucha mnóstwa rzeczy, w większości związanych z popkulturą. Czasami o nich pisuje na blogu ninedin.blox.pl, a od jakiegoś czasu – również uczy o nich na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Michał Zabdyr-Jamróz
Fan Star TrekaStargate’aFireflyFalloutaStrażników i Battlestar Galactica. Kibic wyścigu kosmicznego. Lubuje się też w kinie noir oraz filmach i serialach historycznych. Sporadycznie oddaje się światu Warhammera 40K.

Mysza: fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie.

 

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)