Fot. Netflix

AKA Rozmowa na cztery głosy (Jessica Jones, S01)

Artykuł zawiera spoilery.

Joanna: Są seriale, o których mogę mówić w nieskończoność, ale zwykle dotyczy to rozwoju z odcinka na odcinek. W przypadku Jessiki Jones zdążyłam napisać tekst, kilkadziesiąt komentarzy w różnych mediach społecznościowych, a także zagadać na śmierć kilkoro znajomych, a jednak nie powiedziałam wszystkiego. Zdecydowanie szykuje mi się też re-watch, chociaż zbieram się do niego dość powoli, bo jak już chyba wcześniej wspominałam, Jessikę ogląda się niesamowicie trudno, ze względu na materię jakiej dotyka, ale też ze względu na sposób jej przedstawienia. Nie ukrywajmy, wykorzystywanie i gwałt to wątki aż nazbyt często pojawiające się w historiach kobiet, zwłaszcza tych, gdzie mamy do czynienia z rozwojem supermocy. Ale chyba nie mieliśmy jeszcze do czynienia z przedstawieniem z jednej strony tak dobitnym, a z drugiej – tak poważnym, szczerym i bezkompromisowym. Jessica Jones wyróżnia się na tle danych nam historii o superbohaterach, nie mówiąc już o telewizji w ogóle.

Karolina: Owszem. I w sumie nazwanie tego “komiksową adaptacją o superbohaterach” jest bardzo, bardzo mylące (zwłaszcza że wielu osobom na to hasło przychodzi na myśl Batman i Robin). Sama nie miałam z początku wielkiej ochoty na oglądanie tego, dopóki nie przeczytałam, że to jest bardziej w stronę czarnego kryminału. I jest! Te moce są tylko wymówką, nie sprawiają, że bohaterowie są “lepsi”, wcale nie ułatwiają im życia. No dobra, moce Kilgrave’a ułatwiają mu życie, ale i w jego wypadku jego konkretne “zdolności” są przykładem czegoś, co niestety takie “nadnaturalne” nie jest. Wracając do ponownego oglądania: to było bardzo dobre, z jednej strony chcę to jeszcze kiedyś obejrzeć, ale na pewno nie w najbliższym czasie. Chwilami naprawdę musiałam zasłaniać oczy, i to nawet nie podczas bardzo licznych bardzo krwawych scen, ale właśnie podczas przerażająco realistycznych odzwierciedleń mechanizmów manipulacji emocjonalnej. Brr…

Artur: No właśnie, czy Jessica Jones to w ogóle jeszcze serial superbohaterski? To pytanie mnie prześladuje, bo mam do superbohaterów sentyment i chciałbym widzieć historie z ich udziałem, które poruszają poważne tematy i to nie tylko w stylistyce Franka Millera czy Alana Moore’a z lat 80. (w dodatku źle rozumianego), czyli „Wow, mamy więcej seksu niż Gra o tron i kolesi łamiących sobie wszystkie kości łącznie z ogonowymi”. Jessica Jones to poważna kandydatka na taką historię – jeśli można w jej przypadku mówić w ogóle o superbohaterstwie. Bo w warstwie gatunkowej mamy mocne zaakcentowanie czarnego kryminału i psychologicznego dreszczowca, w estetycznej: odrzucenie kostiumu i pseudonimu, na poziomie psychiki postaci: odrzucenie etykiety „bohaterki” i skomplikowane, w dużej mierze egoistyczne pobudki (ratowanie Hope jako próba zadośćuczynienia za wyrządzone zło albo sublimacja własnego pragnienia bycia uratowaną), niejednoznaczne etycznie decyzje (tortury) i przekraczanie linii, której superbohaterowie zwykle nie przekraczają (zabicie głównego złego). W porównaniu choćby z Daredevilem, w którym tortury przynoszą rezultaty i są dobre, a zabijanie jest be, Jessica… wypada ciekawie i nawet, powiedziałbym, radykalnie.

Ciekawym zagadnieniem w tym kontekście jest też rola traumy, często obecnej w historiach powstania superbohaterów (żeby przytoczyć choćby Batmana czy Spider-Mana). W przypadku Jessiki mamy pierwszą: śmierć rodziców i brata, powiązaną z uzyskaniem supermocy (na pewno na płaszczyźnie narracyjnej, nawet jeśli nie ma bezpośredniego związku przyczynowo-skutkowego między jednym a drugim) i drugą, czyli Kilgrave’a, który jednak prowadzi Jessicę do walki w obronie innych. Jestem ciekaw, jak to widzicie. Jakie są wyznaczniki superbohaterstwa? Na ile Jessica się w nie wpasowuje?

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Pirjo: Ja mam takie wrażenie, że każda opowieść w tym serialu jest origin story i to do tego stopnia, że nie można już wątku narodzin bohatera traktować dosłownie, jako wprowadzenia do historii kilku znanych z komiksów postaci, ale trzeba na niego patrzeć w perspektywie meta, zgodnie z którą przemiana nie jest czymś nadnaturalnym, czymś fantastycznym, ale metaforą życia i dojrzewania każdego z nas. Jessica to opowieść o kształtowaniu się tożsamości, o wydarzeniach, które nas formują i w oparciu o które się definiujemy, a następnie działamy; które nas napędzają. Tytułowa bohaterka ma problemy z kontaktem ze światem, jest jak te drzwi mieszkania, ciągle albo strzaskane, albo liche, bo tradycyjne zasady funkcjonowania w społeczeństwie zostały w jej przypadku zachwiane, gdy straciła do tego świata zaufanie, gdy się dokonało nadużycie. Origin story nie jest już superbohaterskie. Superbohaterowie nie są kimś więcej niż ludźmi, są dokładnie tacy jak my. Dlatego można spokojnie polecić ten serial “zwykłemu widzowi”, jako narrację sensacyjną albo thriller i detale nadnaturalne wydadzą się takiej osobie niekoniecznie niezbędnym dodatkiem, raczej pewnym ubarwieniem, podbiciem klimatu. Historia doskonale by się obroniła bez dodatkowych zdolności ujawnianych przez postacie. W tym sensie jest to serial na poważnie i dla dorosłych, i na dodatek wykraczający poza granice gatunku. Jessica Jones robi więc coś, czego moim zdaniem nie widać ani w Agent Carter ani nawet w Daredevilu, mimo całej głębi i meta-perspektywy tych seriali. JJ traktuje “superbohaterstwo” jak pretekst, bierze je w pełen cudzysłów.

Czyli dla mnie tego superbohaterstwa nie ma. Za to jest trauma, o której mówi Artur, temat życiowy, aktualny, trudny, kompleksowy, pogłębiony, pokazany tu bardzo realistycznie, a nie stereotypowo, jak to czasem bywa w narracjach superbohaterskich. I w tle ma ta trauma właśnie zagadnienie zaufania, więzi, a także reakcji na nadużycie – czy będzie to zamknięcie się w sobie, wyparcie problemu, czy może samotny atak wykluczający wsparcie z zewnątrz, czy też postawa wiodąca do pomagania innym poszkodowanym i do współpracy? Dylemat wcale nie wydumany, jak wydumane bywają niektóre – nie wszystkie – problemy herosów w maskach i kostiumach. Albo może pokazany w sposób o wiele konkretniejszy, bliższy rzeczywistości niż przywykliśmy. Skrojony na miarę śmiertelników. I dlatego działa.

Joanna: Netflix uderza bardzo w historie, które są po pierwsze o postaciach, a dopiero po drugie o świecie superbohaterów i muszę przyznać, że dla mnie ten rodzaj opowieści jest znacznie ciekawszy niż obecne ekranowe wyczyny Avengersów, gdzie spektakl często dominuje nad treścią i nad konstrukcją, i drogą bohaterów. Nie jest tak w każdym przypadku, pierwszy Iron Man i drugi Kapitan Ameryka zręcznie budowały narrację na postaciach, ale niestety jest to teraz trochę wyjątkiem, a nie regułą. Tymczasem siła i zdolności Jessiki są niemal incydentalne – nie znamy jej origin story ani faktycznej skali umiejętności – nie jest to w żaden sposób potrzebne do zbudowania postaci. Daredevil szedł już trochę w tę stronę, tak samo Agent Carter, kiedy Peggy żegnała się z pamięcią Steve’a Rogersa, ale dopiero Jessica Jones naprawdę pokazuje, że w centrum narracji superbohaterskiej wcale nie stoją supermoce.

Karolina: Zgadzam się. Dla mnie to superbohaterstwo też jest mniej istotne niż w większości wymienionych przez przedmówców seriali. Jest to jedynie punkt wyjścia, pretekst do opowiedzenia historii. Te “supermoce” ułatwiają czasem różne rozwiązania fabularne, jednak samym bohaterom potrafią sprawiać kłopoty, często po prostu utrudniając życie. Podkreśla się też to, że Ci, którzy je posiadają, wcale nie są “wyjątkowi”, nie są “nadludźmi”. Tylko myślenie, że są “ponad to” sprawia, że mogą się stać Złymi. Jessica Jones wydaje się podkreślać, jak bardzo nieistotna jest ta siła: była silna, ale i tak nie mogła znaleźć pracy (poza byciem kanapką), próbowała ratować ludzi, ale wtedy wpadła w sidła Kilgrave’a. To właśnie on widział siebie i Jessikę jako “nadludzi”, To właśnie, że Kilgrave “zakochał się” i pragnął “pokazać jej, jak bardzo jest wyjątkowa” było dla Jessiki (i innych) tragedią.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Artur: Supersiła Jessiki ma dla mnie jeszcze jedną ważną funkcję: pokazuje, że napaść/gwałt/toksyczny związek mogą się przytrafić naprawdę każdemu. Tak często w odniesieniu do ofiar słyszymy słowa: „gdyby tylko” – gdyby tylko inaczej się ubrały, gdyby tylko nie wracały same nocą do domu, gdyby tylko mocniej się opierały, gdyby tylko wcześniej od niego odeszły. Jessica teoretycznie jest w stanie poradzić sobie z każdym (o czym świadczy choćby scena walki w barze Luke’a), jednak nie uchroniło jej to przed wpływem Kilgrave’a. Ale serial nieustannie podkreśla, że to nie jej wina, że nie zrobiła nic złego, że to, co się stało, znajdowało się poza jej kontrolą. Że nawet posiadając nadludzką siłę można stać się ofiarą. Z tego samego względu podoba mi się to, że serial poświęca trochę miejsca mężczyznom, których spotkało to samo – ale o nich porozmawiamy chyba jeszcze nieco później.

Tymczasem wróćmy jeszcze do samej Jessiki, którą można chyba zaliczyć do najbardziej fascynujących bohaterek, jakie pojawiły się w tym roku w telewizji. To głównie dzięki niej nie tylko przełknąłem konwencję czarnego kryminału, ale wydała mi się ona o wiele bardziej pociągająca niż zwykle. Na ogół męczą mnie kolejni zmęczeni życiem detektywi topiący w butelce swój manpain (albo mangst), zwłaszcza jeśli stanowi on uzasadnienie dla tego, by źle traktować innych; Jessica to postać napisana w podobny sposób, a jednak zachwyciła mnie i, co ważniejsze, zapałałem do niej szczerą sympatią. Po części na pewno przez to, że jej womanpain jest uzasadniony, a po części chyba przez to, że tak rzadko widzimy kobiety w podobnych rolach. Fascynuje mnie, jak dużo życia można tchnąć w stare schematy, jeśli zaczną je rozgrywać inni ludzie niż do tej pory. A może to kwestia czegoś innego, co jest charakterystyczne tylko dla Jessiki? Jak odbieracie tę postać?

Pirjo: Mi się podoba, że jest postacią niepozbieraną życiowo i impulsywną, i nawet gdyby nie spotkała na swojej drodze Kilgrave’a, który wykorzystał jej słabości, to przecież te słabości, ciężkie dzieciństwo, kompleksy, problemy, dylematy – miała już wcześniej. Jessica ma w sobie pewien pęd do autodestrukcji, który może być mylony z bohaterstwem. I być może ktoś inny nadużyłby tej wiedzy o niej? Kompleksy bohaterki, chęć do wykazania się, uzyskania za wszelką cenę aprobaty w czyichś oczach, pokazania, że nie ma wiele do stracenia i że chce wszystko robić sama, sama, sama – wykorzystuje w serialu nie tylko Kilgrave, który doskonale te rzeczy wyczuwa, ale też bezwzględna szefowa, grana przez Carrie Anne Moss. Nasza tytułowa bohaterka jest kompleksowa i spójna, co czyni ją postacią bardzo prawdziwą. Jeśli mówimy o kryminale, to jest ona równocześnie Damą w Opałach i Detektywem, który przybywa na ratunek. Istny poradnik samopomocy noir!

Joanna: Artur wysunął niesamowicie interesujący mnie wątek: jak bardzo klisze i stereotypy w budowaniu postaci przestają być sztampowe i nieoryginalne, jeśli przyłożymy je do postaci innej płci. Jestem do bólu zmęczona manpainem, a już zwłaszcza bohaterem odpychającym bliskich “dla ich dobra” – ale dajcie taką historię kobiecie, a nagle jestem zainteresowana. Zdradzanie żony i romansowanie z sekretarką? Obróćcie to w związki kobiet, a historia nabiera nowych wymiarów. (Czekam na kobietę w roli geniusza, któremu wszystko się wybacza, może wreszcie zrozumiem zachwyty nad tymi typami.)

W postaci Jessiki zachwyca mnie, jak bardzo realistycznie przedstawiono jej wady i ułomności. W chwili kiedy ją spotykamy trudno powiedzieć, które jej zachowania to mechanizmy obronne po Kilgrave’ie, a które były jej właściwe już wcześniej. Z jednej strony Jessica świetnie wpisuje się w schematy noir – pije na potęgę, odcina się od świata i bliskich, pakuje w tarapaty, kiedy chce komuś pomóc i w jeszcze gorsze, kiedy wcale nie chce się angażować… z drugiej, typowa “twarda skorupa” detektywa to efekt bolesnej i prywatnej traumy gwałtu fizycznego i mentalnego.

Karolina: No właśnie. Zauważmy, że Jessica wpasowuje się w kolejny trop widziany często u detektywów (zazwyczaj płci męskiej) czarnego kryminału (i tak samo zresztą u superbohaterów): ona wciąż ma poczucie, że TYLKO ONA może go powstrzymać, ba, ona CHCE być tą osobą, która go doprowadzi przed wymiar sprawiedliwości (a potem – że to ona go zgładzi). Ma  trochę racji, ale nie do końca: przez właściwie cały serial oglądamy, jak Trish stara się jej udowodnić, że powinna pozwolić sobie pomóc. W końcu, rzecz jasna, okazuje się, że bez Trish nie udałoby się Jessice unicestwić Kilgrave’a.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Artur: Racja. A skoro już o Kilgrave’ie mowa… To chyba drugi obok Jessiki powód ogromnej popularności serialu. To świetny czarny charakter (Netflix w ogóle naprawia pod tym względem wady filmowej części uniwersum Marvela, która może się poszczycić jednym Lokim), skupiający w sobie całą masę cech i zachowań odwzorowujących męskie poczucie kontroli wobec kobiet – zaczynając od „Uśmiechnij się!”. Moc kontroli umysłów jest chyba tylko hiperbolizującym dodatkiem, bo Kilgrave fascynuje i napawa obrzydzeniem przede wszystkim ze względu na sposób bycia, w którym urok miesza się z wyrachowaniem, przyjazna powierzchowność z absolutnym brakiem skrupułów i niesamowicie wyrafinowanym okrucieństwem. Twórcom udaje się przy tym rzecz bardzo trudna: uczłowieczają Kilgrave’a, a jednocześnie tragiczne rysy w jego historii (ciężkie eksperymenty, brak rozeznania między dobrem a złem) nie usprawiedliwiają jego czynów. Kilgrave raz za razem dowodzi, że jest zły i się nie zmieni – nawet kiedy gra rolę bohatera, to tylko po to, by utrzymać przy sobie Jessicę, żeby po raz kolejny ją zmanipulować, wmanewrować we wzięcie na siebie roli jego sumienia. Pod tym względem stanowi chyba jej negatyw, bo Jessica, mimo wad i błędów, które zdarza się jej popełniać, pracuje nad sobą i (choć zapewne nikomu nie przyznałaby się do tego otwarcie) próbuje być lepszym człowiekiem – może to jeden z powodów, dla których lubię ją bardziej niż typowych noirowych detektywów, którzy tylko użalają się nad sobą?

Jakie wrażenie zrobił Kilgrave na Was?

Karolina: Cóż, na mnie Kilgrave zrobił piorunująco przerażające wrażenie. Zgadzam się, jest to świetnie napisany i zagrany zły, Zły z prawdziwego zdarzenia, nie jakiś karykaturalny, przejaskrawiony czarny charakter, którego spotkać można wyłącznie na kartach komiksu. Nie ma jaskrawego kostiumu, czy kuriozalnego metalowego pancerza, w sumie wygląda  jak dość przeciętny człowiek, tyle że w dobrze skrojonym fioletowawym (lecz stonowanym) garniturze. Nie zależy mu na podboju świata czy zniszczeniu ludzkości, chce tylko zaspokajać swoje zachcianki, idąc – dosłownie – po trupach do celu. Swoich mocy używa wręcz od niechcenia, zresztą, jak wspomniałeś, Arturze, są one tylko ciut mocniejsze niż zdolności manipulacyjne niektórych ludzi w prawdziwym życiu. To właśnie czyni go niebezpieczniejszym, bardziej przerażającym od innych telewizyjnych czarnych charakterów. Zgadzam się, że serial świetnie radzi sobie z pokazaniem, że nawet trudna przeszłość nie może usprawiedliwić niektórych zachowań.

Joanna: Kilgrave jest dla mnie tym bardziej przerażający, że jest odbiciem pewnej bardzo typowej mentalności, typowych zachowań z którymi niestety spotykamy się na co dzień. Od wspomnianego już “uśmiechnij się” – rzucanego w stronę kobiet, które najwyraźniej nie spełniają swojego stałego obowiązku bycia przyjemną dekoracją. Przez jego nieustające naleganie, że przecież kocha Jessikę – widział setki przykładów normalizowania zachowań podobnych do jego, bo “ogląda przecież telewizję”, a tam miłość często przedstawiana jest jako nachalne, stałe naruszanie przestrzeni i osobowości kobiet. Aż do kompletnego zaskoczenia, że Jessika nazywa to, co ją spotkało gwałtem – przecież nie mówiła nie, nie krzyczała, nie walczyła. To, że nie była do tego zdolna nawet nie istnieje w jego spojrzeniu na świat. Co więcej, jak już wspomniała Karolina, Kilgrave nie jest super-złoczyńcą, nie ma super-planu ani wielkich maszyn – jest typem, którego niestety możemy spotkać na co dzień, a jest tylko trochę groźniejszy od dręczycieli i gwałcicieli ze względu na swoje moce.

Co do mocy jeszcze – podobnie jak supersiła Jessiki, moc Kilgrave’a jest nieco incydentalna i służy bardziej jako narzędzie niż definicja postaci. Jednocześnie serial dość mocno pokazuje, jak straszną mocą jest kontrola nad umysłami – moc, która bardzo często jest pokazywana jako niegroźna zostaje wyraźnie przedstawiona jako niesamowicie inwazyjna i krzywdząca. Ruszyło mnie to do tego stopnia, że mam teraz pewne problemy z oglądaniem Gwiezdnych Wojen, kiedy Jedi posługują się swoimi mind tricks –to się nie może dobrze skończyć, proszę przestańcie. Jestem zachwycona kreacją Tennanta i budową postaci, a zwłaszcza absolutną bezkompromisowością w podejściu. Muszę przyznać, że przeżyłam parę momentów obaw, że Kilgrave dostanie redemption arc – kiedy na krótko zaczyna “współpracować” z Jessiką, kiedy poznajemy prawdę o jego przeszłości. Na szczęście twórcy nie zawiedli i pokazali, że wytłumaczenie to nie wymówka (“cool motive, still murder” – cytując Jake’a Perraltę).

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Artur: Póki rozmawiamy o Kilgrave’ie, chciałbym poruszyć jeszcze jedną kwestię: spotkałem się z zarzutami, że Kilgrave jest przerysowany i że psuje się pod koniec, robi się śmieszny. Uważam, że ma to bardzo duży sens fabularny i w żadnym razie nie można tego uznać za błąd scenarzystów – tylko na początku mamy w nim widzieć tajemniczą postać budzącą grozę, ponieważ tak właśnie postrzega go Jessica, która wprawdzie wyzwoliła się spod jego nadnaturalnego wpływu, ale nadal ulega własnemu lękowi przed nim (i trudno jej się dziwić). Ten lęk mocno wpływa na jej percepcję i w związku z tym na naszą też. Z czasem jednak Jessica, w wyniku kolejnych zdarzeń, przestaje się bać, nad chęcią ucieczki dominuje gniew, troska o innych i chęć zaprowadzenia sprawiedliwości. I wtedy zaczynamy widzieć Kilgrave’a tak żałosnym, jakim w istocie jest. To nadal niebezpieczny człowiek, którego nie można lekceważyć – jednak nie ma w nim niczego romantycznego, nie roztacza wokół siebie tej aury grozy, jaką cieszył się na początku. Czy to rozczarowujące, że jego czar słabnie? Trochę tak. Ale moim zdaniem dużo ciekawsze niż kolejny Hannibal.

W serialu pojawia się jeszcze jeden antagonista, który reprezentuje inny wzorzec toksycznej męskości: Simpson. Wiem, że Joanny nie przekonuje do końca to, jak poprowadzono jego wątek, dla mnie jednak jest on doskonale spójny. Simpson, będąc pod kontrolą Kilgrave’a, napada na Trish i od tej pory czuje się słaby. To, co go spotkało, całkowicie niszczy jego dotychczasowy obraz siebie jako człowieka silnego, który „chroni i służy”, który dobrze traktuje kobiety. Podejmuje więc z jednej strony próby przebłagania Trish, z drugiej – odzyskania poczucia kontroli nad sytuacją, najpierw angażując się w działania Jessiki, później, gdy uznaje je za nieefektywne, organizując własne akcje zmierzające do powstrzymania Kilgrave’a. Problem w tym, że wszystko to ma służyć podreperowaniu zranionego ego i Simpson nie waha się przekraczać przy tym kolejnych granic, przede wszystkim w odniesieniu do Trish: nachodzi ją w jej apartamentowcu, ignoruje prośby, by zniknął z jej życia, wciąga ją coraz głębiej w dalszą relację, ostatecznie posuwa się do rękoczynów, gdy Trish staje mu na drodze. A jednocześnie ciągle wmawia sobie, że jest jednym z tych dobrych, że w kwestii podejścia do kobiet nikt nie może mu nic zarzucić. Trochę przypomina pod tym względem Kilgrave’a.

W jego historii pojawiają się dwa elementy nadnaturalne, które mącą nam nieco obraz: zdolności Kilgrave’a, za pomocą których skłania on Simpsona do zaatakowania Trish, oraz kapsułki zapewniające mu nadludzką siłę – oba do pewnego przynajmniej stopnia odbierają Simpsonowi kontrolę nad sobą. Jednak wybory, które podejmuje z własnej woli, prowadzą go ostatecznie w tym samym kierunku: agresji wobec kobiet (Jessiki i Trish). Myślę więc, że kapsułki i Kilgrave’a można czytać jako wygodne wymówki, na które Simpson spycha własne problemy, które mają go usprawiedliwić w oczach Trish. I to zbliża go chyba do realnych partnerów dopuszczających się przemocy, a później tłumaczących się na tysiące sposobów: „straciłem nad sobą panowanie; normalnie bym cię nie skrzywdził; wyprowadziłaś mnie z równowagi”. A Trish, wbrew własnemu rozsądkowi, wierzy w te wyjaśnienia – przynajmniej do czasu. Jej rozwój, dojrzewanie do tego, by zobaczyć Simpsona takiego, jakim jest naprawdę, i stawić mu czoła, przebiega w podobny sposób jak rozwój Jessiki.

Karolina: Poruszyłeś kilka bardzo ciekawych kwestii. Rozwój postaci Simpsona i Kilgrave’a jest pod wieloma względami podobny: obaj działają w narcystycznym przeświadczeniu, że ich racje są najważniejsze, że “chcą jak najlepiej”, “poświęcają się” dla “kochanych” osób/kobiet, jednak tak naprawdę chronią własne ego. Obaj mają obsesję na punkcie kontroli i reagują agresywnie, gdy ją tracą, zwłaszcza gdy przeciwstawia im się kobieta, na której wydaje im się, że im zależy. Supermoce (czy też bycie pod wpływem działania czegoś nadnaturalnego) rzeczywiście stają się jedynie pretekstem, wymówkami, jedynie akcelerują zachowania do których i tak byliby zdolni. Gdy ich lepiej poznamy (w miarę, jak poznają ich bohaterki), dalej są groźni, ale ten strach (i chwilami chytrze dorzucone zalążki sympatii) miesza się z poczuciem, że w gruncie rzeczy są żałośni. Do obu czasem chce się zawołać: “Ej, odczep się pan!”. Tak samo ich związki z głównymi bohaterkami są analogiczne, kobiety wymykają się spod ich kontroli, obaj nie mogą sobie z tym poradzić, obaj je krzywdzą. Ale też zauważmy, że w miarę wspólnych i coraz bardziej (niestety) analogicznych doświadczeń, relacja Trish i Jessiki zacieśnia się, dzięki czemu coraz sprawniej ze sobą współpracują.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Joanna: Przyznaję, że Artur trochę mnie przekonał do wątku Simpsona od czasu kiedy po raz pierwszy pisałam o Jessice. Nie jestem wielką fanką wątków w stylu demon-in-a-bottle, gdzie super serum lub inne medykamenty dają bohaterowi siłę, ale powodują przy tym problemy z kontrolowaniem gniewu, niemniej zgadzam się, że w historii Simpsona jest znacznie więcej ciekawszych elementów. Mnie osobiście niesamowicie interesuje, że spośród czterech głównych męskich postaci, które dostajemy w serialu, Kilgrave i Simpson są ilustracjami tego, co toksyczne i problematyczne w kulturowej konstrukcji męskości. Kilgrave jest czarującym manipulatorem, który naśladuje i powiela “romantyczne” wzorce – kupuje Jessice dom, wybiera jej elegancką sukienkę, zabiera ją do ekskluzywnych restauracji, a jednocześnie chce ją całkowicie, absolutnie kontrolować, bo ma taką możliwość. Obok tego jest Simpson, all-American-hero z kompleksem bohaterskim. Jego najbardziej sympatyczne momenty to pierwsze próby upewnienia się, że Trish czuje się bezpiecznie w jego obecności, ale bardzo szybko zaczyna przekraczać granicę i próbuje kontrolować zachowanie jej i Jessiki.

Z drugiej strony mamy Luke’a i Malcolma, którzy przeszli to samo co Simpson – kontrolę Kilgrave’a – ale nie próbują w żaden sposób manipulować Jessiką. Malcolm angażuje się bardziej, ale w jego przypadku odbywa się to z troską i ostrożnością. Interesujące jest dla mnie po pierwsze to, jak ten podział zazębia się z kwestiami rasowymi. Ciekawe jest też to, jak przeżycie kontroli Kilgrave’a w pewien sposób wydobywa na światło dzienne to, kim tak naprawdę postaci są. Simpson z desperacją szuka kontroli, Jessika buduje wokół siebie mur, Malcolm nabywa jeszcze więcej empatii. Trauma jest tu trochę jak papier ścierny, jednocześnie łagodząc krawędzie i ostrząc charaktery. Jak wspomina też Karolina, trauma może zbliżyć do siebie postaci – Malcolm desperacko próbuje dotrzeć do Jessiki, a Trish i Jess – po pierwszej typowo superbohaterskiej próbie odrzucenia przyjaciółki “dla jej dobra” ze strony Jess – odnajdują w sobie siłę.

Pirjo: No właśnie, tematem, który wymaga moim zdaniem sporego rozwinięcia w tej dyskusji i ogromu pochwał jest wątek przyjaźni “przyrodnich sióstr”. Chyba od czasu Frozen dużo mówi się o roli kobiecych przyjaźni jako centralnych dla narracji (tak samo, jak Brave wprowadziło do popularnych produkcji pierwszoplanowy wątek miłości rodzica i dziecka). Mówię o Disney’u, bo te fabuły są proste, przygodowe i stereotypowe, oraz tak mainstreamowe, jak to tylko możliwe. Do niedawna jeszcze musiały być obowiązkowo oparte o męsko-damski, miłosny scenariusz. Zauważcie, że także większość klasycznych filmów superbohaterskich w gruncie rzeczy skupiała się na niemożliwej, albo przynajmniej trudnej miłości “herosa do śmiertelniczki”, pełnej perypetii, porwań słabowitej lub niezorientowanej w sytuacji wybranki, zwrotów akcji, wieńczonych albo tejże wybranki śmiercią, albo cukierkowym happy endem. Oprócz origin story i walki z głównym antagonistą był to na pewno motor akcji, nudne i przewidywalne, choć niezawodne narzędzie do motywowania bohatera. Jessica nie dość że zdekonstruowała mit historii źródłowej, to jeszcze wywróciła na drugą stronę miłość romantyczną. Jasne, oglądamy tu pewną formę typowej love story, ale toczy się ona na drugim, albo i trzecim planie. Główną “miłością” Jessiki jest dla mnie Kilgrave, choć to związek wypaczony, toksyczny, chory. Zawiera wszystkie rekwizyty i sceny zwyczajowej miłosnej intrygi, ale są one jak z horroru, okropne.

Niczym podstępny królewicz Hans z wspomnianej Krainy Lodu, Kilgrave tylko udaje amanta, a iluzja i pozory “klasycznego romantycznego wątku” prowadzą do katastrofy. Zdrową miłością, zdolną by naszą bohaterkę ocalić i uchronić od rozpadu jest ta do siostry, będącej też przyjaciółką. Nawet nie wiecie, jak mi się podoba takie rozłożenie akcentów, niemożliwe do wyobrażenia w filmie jeszcze dekadę temu. A przynajmniej w filmie czy serialu nie będącym produkcją “dziewczyńską”, niszową. Jessica Jones to serial, który z przyjemnością (i uczuciem niepokoju oraz głębokim namysłem) obejrzą tak mężczyźni, jak i kobiety, bo ten serial nie ma płci. Nie ma też gatunku – mam na myśli to, że nie należy do pojedynczej szufladki. Jest po prostu dobrą opowieścią, dobrze napisanym serialem.

Fot. marvel.com

Fot. marvel.com

Artur: Zgadzam się – i mimo pewnego rozciągnięcia (serial na pewno mógłby się obejść bez odcinka o ludziach polujących na superbohaterów) sądzę, że mamy do czynienia ze świetnie napisaną historią, taką, gdzie każda postać, każdy wątek, wszystko wiąże się z motywami przewodnimi: toksyczną męskością, kontrolą, manipulacją (nie rozmawialiśmy chociażby o uczuciowym trójkącie z Jeri Hogarth w centrum, ale tam przecież też część z tych wątków daje się zauważyć, mimo że sam wątek wydaje się z początku nadmiarowy, niepotrzebny). Jego siłą na pewno jest też wykraczanie poza ramy gatunkowe – Jessica Jones stoi gdzieś pomiędzy Agentką Carter a Orange Is the New Black, czyli jedynym przychodzącym mi na myśl serialem, który próbował analizować problem przemocy seksualnej, choć, jak wskazuje ten artykuł, niekoniecznie udanie (czy kojarzycie inne przykłady?) i jest to bardzo dziwne, ale i ciekawe miejsce – i dla samego serialu z artystycznego punktu widzenia, i dla widzów.

Ale największa zaleta serialu to dla mnie sama Jessica, która jest cudownie niedoskonała, która nie stwarza pozorów, że czynienie dobra jest czymś łatwym, a jednak próbuje z całych sił. Ja już wiem, że w trudnych chwilach będę sobie stawiał pytanie: What would Jessica do?

Karolina: Zgadzam się z przedmówcami: ten serial opiera się na postaci głównej bohaterki, na jej relacjach z innymi bohaterami (silny jest przede wszystkim motyw relacji sióstr, o których mówiła Pirjo). Jak wspomniał Artur, mamy różne wątki, które na pierwszy rzut oka mogłyby wydawać się oddzielne, ale łączy je pewien schemat (najczęściej destrukcyjnych) zachowań, widzimy na ich przykładzie, jak ważny jest szacunek do drugiego człowieka, co się dzieje, gdy go zabraknie. Główną zaletą tej serii jest moim zdaniem to, że chociaż łatwo możemy dostrzec znane elementy czy nawiązania do dobrze znanych i często oklepanych gatunków (czarnego kryminału, “filmu o superbohaterach”, bildungsroman, czy w niezwykle krypny sposób – komedii romantycznej), to jednak nas zaskakuje: czy to rozwiązaniami, czy (jak wspomniała już Asia) po prostu nazywaniem po imieniu rzeczy, o których się za często nie mówi wprost.

Joanna: Nie zgadzam się trochę z Pirjo tutaj, że ten serial nie ma płci – dla mnie jest wybitnie, boleśnie kobiecy, zarówno w pokazywaniu pozytywnych doświadczeń przyjaźni między bohaterkami, jak i w kwestii zobrazowania negatywnych przeżyć, z którymi w jakimś stopniu spotyka się chyba każda z nas, na większą lub mniejszą skalę. To mnie chyba najbardziej zelektryzowało w tym serialu, moment rozpoznania mechanizmów, z którymi spotykamy się niestety na co dzień, a o których nigdzie nie mówi się tak obcesowo i tak właściwie jak w Jessice. Nie spodziewałam się tak szczerego podejścia do gwałtu, przemocy i manipulacji w żadnym serialu, a co dopiero w superbohaterskiej historii ze stajni Marvela. Jest to niesamowicie potrzebny zastrzyk nowości do franczyzy, która zaczynała już mocno zamierać. Po Daredevilu nie mogłam się doczekać Jessiki Jones. Teraz nie potrafię nawet zgadnąć, czym może nas jeszcze zaskoczyć Marvelowy świat Netflixa.

Pirjo: Pozostaje nam więc tylko odrobinę poczekać, a jest na co, bo 2016 obiecuje wiele Marvelowych wzruszeń, filmowych i serialowych.

Jessica Jones
supernatural drama
Netlflix 2015 –

Joanna Kucharska
Człowiek-katarynka, z opinią na każdy temat. Urodzona w Krakowie, żyje przed ekranem. Uzależniona od kawy, musicali i złych żartów słownych. Czasami pisze, częściej przeklina migający kursor. Porzuciła hatewatchowanie na rzecz hope-watchingu, bo zdrowiej dla psychiki.

Pirjo Lehtinen
Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Artur Nowrot
Czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na Wysznupanych. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).

Karolina Rybicka
Jako Rybka tworzy pół duetu odpowiedzialnego za bzdury na http://dobryfilmzlyfilm.wordpress.com/. Trochę tłumaczy, chociażby co to jest to dziwne coś, co właściwie studiuje. Uwielbia seriale BBC (zwłaszcza kostiumowe) i literaturę dziecięcą. Fascynują ją modernizacje klasyki literatury. Zajadle gra w Scrabble, lubi wracać do kochanych książek i filmów oraz bazgrać po sprzętach złotym pisakiem.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)