Fot. FX

Zostań na dłużej (American Horror Story: Hotel, S05E11–12)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Zaskoczyli mnie twórcy American Horror Story w ostatnich tygodniach i to porządnie. Oglądając odcinek dwunasty i, jak się okazało, ostatni – byłem przekonany, że czeka nas jeszcze finał, bo ostatnie trzy sezony składały się z trzynastu części. Tak mocno w to wierzyłem, że przez myśl mi nie przeszło, że mogę się mylić i to pomimo treści i formy odcinka dwunastego, który jednoznacznie wskazywał na domknięcie historii. Już szykowałem się do krytyki zakończenia i niepotrzebnego rozwleczenia wątków, a jednak okazało się, że muszę spojrzeć na Be Our Guest przez inny pryzmat – i wtedy wypadł on satysfakcjonująco. Ale po kolei.

Ostatnie dwa odcinki sprawnie pozamykały chyba wszystkie wątki serii, a na pewno te najważniejsze i to, o dziwo, bez uciekania się do wybicia połowy bohaterów (a przynajmniej nie w sposób klasyczny, bo w tym sezonie śmierć postaci tak naprawdę nie oznaczała niczego), jak obserwowaliśmy przez ostatnie cztery lata. Czuć też wyraźne uspokojenie i spowolnienie narracji – krew dalej stanowiła element wystroju hotelu Cortez, ale było jej mniej, a ciężar fabuły został przeniesiony przede wszystkim na Liz oraz Iris, co wyszło serialowi na dobre. Od początku stanowiły raczej drugi plan w odniesieniu do Hrabiny czy Johna, ale bardzo szybko udowodniły, że równie mocno potrafią przyciągać uwagę.

Fot. FX

Fot. FX

W dodatku to bardzo przyjemna zmiana po Freak Show, bo w zeszłym sezonie żaden z bohaterów nie został stworzony na tyle interesująco, abym śledził jego losy z prawdziwym zaciekawieniem, a także i emocjami. W Hotelu od razu zwróciłem uwagę na Liz i do samego końca był to mój ulubiony wątek. Zresztą Liz to nie jedyna ciekawa postać w tym sezonie, w czym naprawdę widać ogromny postęp w stosunku do tego, co działo się przed rokiem. Oczywiście potrafię wymienić tegorocznych bohaterów, którzy wzbudzili we mnie w najlepszym razie neutralność, ale przy tak licznej obsadzie to chyba nieuniknione, a zdecydowanie pochwały należą się twórcom za to, że każdy ze stałej i powracającej obsady dostał swoje pięć minut. Nawet Will Drake, na którego narzekałem po pierwszych odcinkach, całkiem niespodziewanie miał okazję do przypomnienia o sobie i domknięcia swojej historii.

Na plus zaliczam także utrzymanie konwencji gatunku – wspomniałem już, że atmosfera złagodniała, zwłaszcza w finale, ale mimo tego i mimo zmarginalizowania wampirów w ostatnich kilku tygodniach, klimat potrafił być gęsty i zasługujący na tytułowy horror. W porównaniu z początkiem sezonu obserwowaliśmy mniej zabaw kamerą, wykorzystania klaustrofobicznych zakamarków hotelu, ale wciąż mieliśmy do czynienia z solidnym realizacyjnym poziomem (chociaż należy szczerze przyznać, że najbardziej przerażającym elementem Hotelu pozostała czołówka).

Fot. FX

Fot. FX

Z wad finału natomiast, jak i całego sezonu, pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to chaos fabularny. Teoretycznie scenariusz w jakimś tam stopniu łączył poszczególne wątki, ale z każdym odcinkiem widać było, że to spoiwo jest czysto umowne. Brak motywu przewodniego sprawia, że nie potrafię stwierdzić, o czym opowiadał ten sezon – poza tym, że zasadniczą rolę pełnił tytułowy hotel i pojawiały się wampiry. I nawet byłbym w stanie zaakceptować, że to właśnie Cortez stał się głównym bohaterem i łączem pomiędzy różnymi bohaterami i wątkami, gdyby nie to, że zdecydowanie zbyt wiele akcji toczyło się poza jego murami, a do tego rola hotelu ograniczała się do bycia ostatnią przystanią dla tych, którzy zmarli w jego wnętrzu.

Przeszkadza mi również pojawienie się Queenie, a więc bohaterki Coven, a także Billie Dean, czyli postaci z Murder House, które jeszcze bardziej cementują decyzję Murphy’ego i Falchuka, że wszystkie sezony AHS dzieją się w jednym świecie. Naprawdę trudno zawiesić mi niewiarę, aby przełknąć fakt, że nikomu nie przeszkadzałoby tam istnienie kilku różnych osób o tej samej twarzy, a dokładniej brak jakiejkolwiek reakcji na takie podobieństwo. O ile jestem w stanie przymknąć oko na Rudolfa Valentino i Tristana o twarzy Finna Wittrocka, a także Sally i Billie Dean o twarzy Sary Paulson, bo charakteryzacja potrafi robić cuda, o tyle konfrontacja Queenie z Ramoną wygląda już kuriozalnie. Przecież Angela Bassett wygląda dokładnie tak samo jako Ramona, jak i w roli Marie Laveau! Tymczasem Queenie, która miała raczej bliskie relacje z Marie Laveau, nawet się nie zająknie o podobieństwie i autentycznie mi to zawadza. A przecież wystarczyłoby niewielkie mrugnięcie okiem do widza, jakikolwiek autoironiczny komentarz ze strony scenarzystów.

Fot. FX

Fot. FX

Nie podobało mi się także zakończenie wątku Johna, ale tu już akurat mam na myśli bardzo subiektywną ocenę – trudno zarzucić rozwiązaniu scenarzystów głupotę czy niekonsekwencję, chociaż przez moment można było odnieść wrażenie, że dzieje bohatera zostały błyskawicznie porzucone i podjęte na nowo. Gorzko-słodki wydźwięk losu Johna bardzo pasuje do tego sezonu, jak i całego serialu, ale mimo wszystko nie do końca odpowiada mi dopowiedzenie jego historii w formie retrospekcji. To jednak był główny bohater i według mnie zasługiwał na lepsze potraktowanie niż szczątkowe przedstawienie, co się z nim działo po tym, jak zostawił hotel. Z drugiej też strony rozumiem, że bardzo trudno byłoby skupić się na jego wątku bezpośrednio, nie burząc przy tym struktury i narracji finału. Nie stanowi to zatem dla mnie potężnej wady, niemniej historia Johna i kreacja Wesa Bentleya na tyle mnie wciągnęły, że liczyłem jeszcze na jakieś dodatkowe sceny.

Generalnie zatem oceniam pozytywnie zarówno finał Hotelu, jak i cały sezon. Po słabym Freak Show to zdecydowanie krok w dobrą stronę ze strony twórców. Dalej brak sensownej ramy spajającej wątki i bohaterów w jedno, dalej mamy do czynienia raczej ze zbiorem scen, które czasami łączą się, a czasami jedynie wydaje się, że to robią, ale nawet te niepowiązane historie bardziej angażowały widza niż to, co mieliśmy przed rokiem. Do tego został zrobiony dobry zwrot w stronę horroru, choć na dłuższą metę za mało było dla mnie klimatu niedopowiedzenia, a za dużo gore (ale mimo tego bawiłem się przednio przy tej ilości krwi).

Fot. FX

Fot. FX

Bohaterowie przyciągali do ekranu i intrygowali, a ich los autentycznie mnie obchodził. Wiąże się z tym również i to, że aktorzy jak zwykle nie zawiedli – Denis O’Hare prezentuje się obecnie chyba najbardziej solidnie ze wszystkich na przestrzeni pięciu lat, Sarah Paulson wróciła do formy po miałkiej kreacji bliźniaczek z Freak Show, Finn Wittrock absolutnie urzekał jako Rudolf Valentino, Evan Peters świadomie i z gracją bawił się swoją rolą, a na Kathy Bates zawsze można liczyć już od lat. I do tego w ogóle nie czuć, że serial jakkolwiek stracił na braku Jessiki Lange, a to bardzo dobrze, bo dzięki temu AHS nie powinien stać się zakładnikiem jednego z członków obsady. Na koniec wreszcie społeczne zaangażowanie fabuły. W porównaniu do Murder House i Asylum, Hotel prezentuje stosunkowo mało refleksji na ważne tematy (zresztą w ogóle mam wrażenie, że po Asylum twórcy zatracili umiejętność włączania do fabuły spojrzenia na palące dla społeczeństwa problemy), ale za wątek Liz zdecydowanie należy mu się wzmianka. W końcu temat istotny, a przy tym delikatny, ale poruszony niezbyt nachalnie i odpowiednio taktownie. Oby tak dalej.

W końcu zatem mogę skończyć bardziej optymistyczną nutą po finale AHS niż przez ostatnie dwa lata. Wymienione przeze mnie wady są co prawda dość poważne, ale chyba na tyle zżyłem się z aktorami i klimatem serialu, że w pełni przymykam oko na poważne niedociągnięcia scenariuszowe. Poza tym Hotel to naprawdę potężna poprawa po zeszłorocznym niewypale, pozostaje więc mieć nadzieję, że twórcom uda się jesienią utrzymać tendencję zwyżkową. Liczę na to.

American Horror Story
horror/drama
FX, 2011–

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.