Wojny, bale i skandale (War and Peace)

Wojny, bale i skandale (War and Peace)

Artykuł nie zawiera spoilerów, chyba że nie czytaliście Tołstoja ;)

Pirjo Lehtinen: No i doczekaliśmy się nowej, wysmakowanej, wystawnej, gładkiej i lekkiej ekranizacji Wojny i pokoju, popełnionej przez Anglików. Od razu może napiszę, że mam z nią ten sam problem, co kiedyś z Muszkieterami BBC. Zresztą, z Muszkieterami sprawa szła dalej, mianowicie Brytyjczycy kręcili serial o Francuzach, walczących nieustannie z Hiszpanami i Anglikami. Czyli niby trzeba by siebie samych na ekranie oszkalować, a jakoś nie wypada. No więc wszelka polityka została w tamtym serialu złagodzona, różnice poglądów zmarginalizowane. Muszkieterowie nie mieli służących, a przedstawiony świat bardzo pozytywnie traktował ciemnoskórego w onej wersji Portosa. To samo dzieje się poniekąd w ekranizacji Tołstoja. Niby Rosja, ale jakoś nie widać różnicy między rosyjskim salonem, a salonem francuskim czy angielskim. Niby Rosja, niby epopeja narodowa, ale to by mogła być równie dobrze adaptacja sagi pokroju Północ Południe czy Przeminęło z wiatrem. Niby wojna caratu z Francją, ale nikt nie akcentuje niewygodnych skojarzeń z walką o obronę krzywdzącego, „odwiecznego porządku”, takiego z dominującą, bajecznie bogatą arystokracją i uciśnionymi najniższymi klasami. Gdzieś tam sobie bryluje ikoniczny Napoleon w trójgraniastym kapeluszu, okazjonalnie zobaczymy potyczkę pięknie ubranych żołnierzy. Ale najbardziej liczy się niezmącony sentyment i tęsknota za światem odchodzącym w niebyt. Młodzieńcy idą na „wojenkę”, by się wykazać, panny płaczą, ślą listy, czekają – nie wchodzi się w szczegóły. Nikogo nie interesuje, że w sumie Napoleon niósł ze sobą postęp, rozwój i w pewnym sensie demokrację. Nie to jest tu istotne. Prawdziwa historia i polityka to subtelności, na które brak czasu w obyczajowej baśni z dawnych dni. A Wy, czujecie ducha oryginału? Albo ducha historii?

Fot. BBC

Fot. BBC

Aleksandra „Ninedin” Klęczar: Nie, ducha historii to ja osobiście w tym nie czuję – i mam wrażenie, że Andrew Davies trochę sobie zaplanował, że tak ma być; że to ma być kostiumowa opowieść o psychologicznie dość nam (w sensie nam współczesnym) bliskich młodych ludziach, którzy na przestrzeni ładnych paru lat dorastają do zrozumienia, czego tak naprawdę chcą od życia. Kontekst tego, że to są konkretne wydarzenia, zmieniające historię Europy, jest dość, jak się zdaje, drugorzędny. Gdybym chciała być nieco złośliwa, powiedziałabym, że w tej konkretnej adaptacji jest raczej obojętne, jaka to wojna z i kim, byle była dramatyczna i malownicza –  pozwalała wydobyć cechy bohaterów i udramatycznić ich biografie.

Piotr Górski: Na wieść, że BBC zainauguruje rok 2016 nową wersją Wojny i pokoju, zacząłem się zastanawiać, czy nie wypełnia to definicji cultural appropriation. Tłum rosyjskiej szlachty o aparycjach brytyjskich chavs czy innych etończyków jest równie kuriozalny, co ci sami Brytyjczycy umazani węglem, udający Zulusów… dobra, żartowałem. Wcale nie jest źle – choć rzeczywiście widać, że bohaterów grają aktorzy z drugiego końca Europy.

Można jednak tego bronić. Akcja serialu (i powieści) toczy się w samym środku dość specyficznej epoki – mija sto lat, odkąd Piotr I kazał bojarom zgolić brody, Rosja na potęgę importuje francuskie guwernantki, holenderskich rzemieślników i niemieckich generałów. Dopiero pokolenie musi przejść, żeby Rosjanie wymyślili słowianofilstwo (paradoksalnie inspirując się niemieckim romantyzmem) i znów zwrócili się ku sobie. W takich warunkach petersburskie salony mogą wyglądać jak brytyjskie. Puryści oczywiście mogą narzekać, że przecież klasycyzm na Wyspach był po purytańsku surowszy, rosyjski zaś kolorowy, pełen ozdób i kapiący złotem, ale pisał przecież Mickiewicz: Porznął błotniste kanałami pole/ Zawiesił mosty i puścił gondole/ Ma Wenecyją, Paryż, Londyn drugi/ Prócz ich piękności, poloru, żeglugi.

Oglądając tę Wojnę i pokój rzeczywiście można pomyśleć, że BBC złożyła ją z podzespołów używanych przy innych period dramach. To chyba jednak nieuniknione – przez ostatnie półwiecze przerobili wiek XIX na tyle sposobów, że wpadli w rutynę. Chciałbym podobnej zmęczonej rutyny w polskiej telewizji. A na samą myśl, że ktoś mógłby zrobić z Tołstoja podobną abominację, jak Muszkieterowie, trupie zimno przebiega mi po plecach. Brrrrr. Dobrze jest, nie narzekać.

Fot. BBC

Fot. BBC

Maria Koptyjka: Filologowie rosyjscy uważają, że Tołstoja się zekranizować po prostu nie da ze względu na coś, co określiłabym mianem wdzięcznej niewdzięczności jego tekstu. Jest on z natury tak barwny i – o dziwo – filmowy, że żaden reżyser ani scenarzysta nie ma szans w starciu z Mistrzem Lwem. Żadna ekranizacja nie satysfakcjonuje wszystkich. Jednym brakuje rozmachu scen wojennych, innym intymności przemyśleń bohaterów, które pisarz opisuje z pasją lub zaznacza za pomocą ich fizjologii.

Zaletą Tołstoja jest też jego sposób budowy bohaterów. Jest ich tak wielu w każdej powieści i każdy z nich jest tak indywidualny, że film nie jest w stanie ich wszystkich pomieścić, bo nie ma w nim czasu na to, by każdego z nich w pełni zaprezentować. Co więcej, w książce każda postać jest inna i gdy się je wszystkie pozna, czytelnikowi wystarczy jedno zdanie, czasami jedno słowo by wiedzieć, kto mówi lub o kim mowa. Czasami pisarz nie musiał nawet przedstawiać aktorów w danej scenie, by czytelnik wiedział, kto w niej uczestniczy. Czy w filmie, przy takiej ilości bohaterów, udaje się zachować balans każdego z nich? Tutaj odpowiedzią staje się serial, gdzie widz na spokojnie może poznać każdego z bohaterów osobno, gdzie jest czas, aby na każdego z nich rzucić snop światła.

Ostatecznie, możliwe, że filologiczna niechęć jest związana z wieloma nocami (nie)przespanymi z Tołstojem. Skoro już przemęczyliśmy się z tyloma tomami, to nie chcemy ich oddać byle reżyserowi? Tym bardziej, że o robieniu filmów nie mamy zielonego pojęcia.

Pirjo: No właśnie, obsadę mamy młodocianą, zachowującą się jak nastolatkowie, co nie dość, że wpisuje się w tekst książkowego oryginału, to jeszcze sprawia, że te wszystkie porywy serca, ekscesy, emocje wydają mi się wiarygodne i prawdopodobne. Jasne, Lily James nie wygląda na trzynaście lat (Natasza miała chyba tyle na początku powieści?), ale świetnie umie oddać radość życia, prostolinijność i młodość bohaterki. Pozostali bohaterowie są znacznie sympatyczniejsi i ładniejsi niż w wersji literackiej. Moim zaskoczeniem numer jeden była aktorka obsadzona w roli ciężarnej Lizy Bołkońskiej – z opisu książkowego zapamiętałam głównie ciemne włosy i czarny wąsik nad górną wargą, że aż zacytuję: „jej ładniutka górna warga z lekko czerniejącymi wąsikami” – a tu dostaliśmy płową, by nie rzec wypłowiałą blondynkę.

Ogromnie spodobało mi się obsadzenie Paula Dano w roli Pierre’a Bezuchowa – ten aktor zrobił na mnie w ubiegłym roku spore wrażenie, wcielając się w rolę Briana Wilsona z The Beach Boys w filmie Love & Mercy. Gorąco mu kibicuję i cieszę się, że dostała mu się tak barwna i równocześnie klasyczna postać w serialu, który już znalazł sobie wierną publiczność i trafił pod strzechy. Jeśli chodzi o decyzje castingowe, biję brawo dla Toma Burke’a w roli złego chłopca Dołochowa (co za odmiana po Atosie z Muszkieterów – te szalone oczy! Słowo daję, mógłby zagrać Bohuna!), z Tołstojowej mgiełki wytrąca mnie natomiast obecność Gillian Anderson jako Anny Pawłownej. Ta aktorka, choć bladolica, o klasycznym profilu i teoretycznie świetnie pasująca do ról kostiumowych – jakoś nieodmiennie kojarzy mi się z panią ubraną nie tyle w kostium, co w kostiumik. Z chłodną, profesjonalną agentką FBI, z policjantką, czy to w The X Files, czy to The Fall. Więc tutaj jestem „na nie”. No i oczywiście wisienka na torcie, Andrzej Bołkoński, wspaniały i klasycznie piękny James Norton, który z bokobrodami i w rozchełstanej koszuli wygląda kropka w kropkę jak mój pradziadek z portretu. Chyba nigdy nie widziałam tak młodego aktora w tej roli! Andriej – rosyjski pan Darcy, postać tragiczna, chmurny dandys, którego uwielbiałam, czytając powieść. Shippowanie Andrzeja i Nataszy jest w tej wersji naprawdę łatwe. Choć w sumie Piotra (Pierre’a) i Nataszy też. A rodzeństwo, Helena i Anatol, wyglądają jakby się urwali z Niebezpiecznych związków. A Wy? Macie swoich ulubieńców? Co sądzicie o obsadzie serialu, przekonuje Was?

Fot. BBC

Fot. BBC

Piotr: Hurra! Wreszcie młody Pierre Bezuchow! Filmowcy mają dziwny odchył obsadzania w tej roli stanowczo za starych aktorów. Henry Fonda: 50 lat. Sergiej Bondarczuk: 45 lat. Anthony Hopkins: 35 lat. Alexander Beyer: 34 lata. Nie wiem, może Pierre jest jak Hamlet – za trudny dla aktora-równolatka. Może odstrasza trudne pożycie z Heleną? Wizualnie jesteśmy przyzwyczajeni, że TAKIE problemy przeżywają ludzie w średnim wieku, a nie (licząc współczesną miarą) ledwo pełnoletni. Cała reszta natomiast pasuje: młody, zagubiony chłopak, kiełbie we łbie, niezbyt wesoła relacja ze starym ojcem i nagła dorosłość. Kiedy zdarza się to Paulowi Dano, jestem w stanie uwierzyć. Fonda i Bondarczuk wyglądali jak dorosłe dziecko z kabaretowego skeczu.

Norton jako książkę Andrzej rzeczywiście dobrany. Na wiek Nataszy Rostowej/Lily James nawet nie zwróciłem uwagi. Raz, że to kwestia konwencji (inaczej potrzeba by dwóch aktorek albo rozciągnięcia produkcji na lata), dwa, że jestem raczej w fandomie Dostojewskiego i nigdy nie przykładałem specjalnej uwagi do Tołstoja. Tom Burke w istocie wygląda najbardziej rosyjsko z całej ekipy i w takiego dzikiego Dołochowa jestem w stanie uwierzyć. Z kolei Stephen Rea (książę Kuragin) wygląda najbardziej brytyjsko: jak villain z adaptacji Dickensa. Całościowo wypada to dobrze. Wchodzę między tych ludzi i jestem gotów w nich uwierzyć. W Bezuchowów, Rostowów, Bołkońskich czy Kuraginów. Chyba o to chodzi.

Aleksandra: Mnie się też obsada podoba. Paradoksalnie, mnie też może najmniej przekonuje moja ulubiona aktorka, Gillian Anderson. Uwielbiam ją, w czymkolwiek by grała, a po tym, jak była najlepszą, moim zdaniem, panną Havisham w historii TV, uznałam, że jest idealna w rolach kostiumowych – ale tutaj wydaje mi się być… jakby to ująć, głównie „sobą z adaptacji brytyjskich powieści historycznych”, a mniej Anną Pawłowną z Tołstoja. Może to kwestia stroju, który wydaje się bliski nie epoce napoleońskiej, a latom 20., i to zdecydowanie XX wieku, a może tego, że naturalnie nie ma aż tak wiele do zrobienia, ale nie czuję się nią tak samo zachwycona, jak zazwyczaj.

Całkowicie się zgadzam z przedmówcami w kwestii Pierre’a – i typ fizyczny, i charakteryzacja, i pomysł na postać, i aktorstwo są chyba najlepsze ze wszystkich ekranizacji, jakie widziałam, a widziałam ich sporo. Jego temperament, naiwność, nieumiejętność maskowania się – to wszystko jest tu w tak oczywisty sposób związane z faktem, że on jest młody, niewiele widział i w świecie salonów, ze swoją prostolinijnością i brakiem wyrafinowania (i wyrachowania), poruszać się nie umie… Znakomity, moim zdaniem, wybór.

Fot. BBC

Fot. BBC

Przyznam, że jednym z powodów, dla których bardzo czekałam na tę konkretną adaptację, był wybór Jamesa Nortona do roli księcia Andrzeja. Dowiedziałam się o tym fakcie oglądając go w Happy Valley w roli jednego z najbardziej obrzydliwych czarnych charakterów, jakich widziałam w TV kiedykolwiek; chwilę potem zobaczyłam go jako szalenie miłego młodego duchownego z problemami w Grantchester. Miałam wtedy wrażenie, że Norton potrafi zagrać cokolwiek – i to wrażenie nie rozwiało się po Wojnie i pokoju. Choć, nie powiem, wolałabym, żeby ta postać była… odważniej napisana, żeby lepiej było widać również i te cechy Tołstojowego bohatera, które są trudne, niemiłe, nieprzyjemne. To nie jest tak, że ich nie ma – patrz początkowa rozmowa z Pierrem w obecności Lizy – ale chyba bym kiedyś chciała księcia Andrzeja bardziej dwuznacznego i dramatycznego, mniej romantycznego…

Norton i Dano, skądinąd, bardzo dobrze grają ze sobą. Scena, kiedy książę Andrzej prosi Bezuchowa o radę w sprawie Nataszy była aktorsko, moim zdaniem, jedną z najlepszych w tym serialu – Bołkonski, nagle nie cyniczny, w emocjonalnym uniesieniu, Bezuchow, który zachwala Nataszę i w ten sposób (co widzimy my, ale oczywiście nie książę Andrzej, bo skąd) wyznaje swoją do niej miłość, a mimo to mówi przyjacielowi, żeby szedł za głosem serca – to było tak łatwo zamienić w sentymentalny banał, a tu wyszło, moim zdaniem, bardzo dobrze i bardzo subtelnie.

Agnieszka „Drakaina” Fulińska: Ponieważ chciałabym się skupić na kostiumach i epoce, to obsadę na razie sobie odpuszczę (zwłaszcza że po pierwszym odcinku mam uczucia mieszane – może dlatego, że w zasadzie wszyscy odbiegają na kilometr od moich lekturowych wyobrażeń o tych postaciach, ale aktorsko raczej nie mam wielkich uwag). No a w kwestii kostiumów – pierwsze uwagi z pierwszego odcinka. Na widok Gillian Anderson w pierwszej scenie, w asymetrycznej sukience z odsłoniętymi prawie całymi plecami oraz w tych kolczykach, miałam ochotę przestać oglądać ten film. Suknia i biżuteria Heleny to również porażka, podobnie jak Drubeckiej. Wszystko nie ta epoka, ale raz (Helena) coś niby greckiego, ale nie empirowego; raz – jak Drubecka – fason z nieokreślonej epoki, jak prosto z w miarę eleganckiego sklepu w roku 2015; raz – jak Anna Pawłowna – coś, co robi wrażenie porwanego na chybił trafił z magazynu pt. Sukienki w miarę eleganckie. Tylko że trafił się XX wiek. Od razu powiem, że druga sukienka Anny Pawłowny, pod koniec odcinka, jest równie anachroniczna, mimo że zgubiła asymetrię; anachroniczne są też kolejne sukienki Heleny.

Fot. BBC

Fot. BBC

Na szczęście Liza i otaczające ją panie w tej samej scenie trochę ratują sprawę, ponieważ ich sukienki przynajmniej mają fason z epoki. Panowie – mam wrażenie, że noszą kamizelki z tak 10–15 lat później (i potem aż po lata 1830 i później, natomiast mam wrażenie, że jednak nie ok. 1805). Natasza i Sonia – fason ujdzie, materiały niekoniecznie. Fryzura Nataszy – nie do przyjęcia, nawet w dzień, a na balu, nawet mało zobowiązującym – absurd. W ogóle długie rozpuszczone włosy – nie ta epoka. Mogłyby być spływające na ramiona i plecy loki, ale ze znacznie bardziej skomplikowanym upięciem na głowie (byle nie wyszło wiktoriańskie…). Albo, jak np. Maria Bołkońska, upięte warkocze. Niestety dla głównej bohaterki wybrano fryzurę najmniej prawdopodobną. Maria ma nawiasem mówiąc sukienkę znów nie z epoki i niestety nie da się tego zwalić na jej charakter, ale na kolejny błąd projektanta kostiumów. Z epoki są nieliczne szale (nie wiem, czemu nieliczne, te orientalizujące to od 1804 był krzyk mody i wcale nie nosiły ich wyłącznie panie w sile wieku) – nie znam się aż tak szczegółowo na wzorach i kolorach żeby czepiać się drobiazgów, no i w ogóle nie jestem purystką, ogólny wyraz jest w porządku. W przeciwieństwie np. do wielkoformatowych drukowanych róż na materiale sukienkowym. Scena rozmowy Nataszy i Sonii w sypialni – jakby ktoś sobie tu zaczął oglądać, to powinien myśleć, że to film o współczesnych nastolatkach w szkole z internatem. Nic, ale to nic w wyglądzie ani ubraniu dziewczyn nie wskazuje na epokę.

Po pierwszym odcinku ocena epoki wypada słabo – zważywszy, jak ogromna jest ikonografia dla mody tego okresu, jest to dość bolesne. Zachowane są nawet żurnale mody na praktycznie każdy rok, ba, wiele z nich jest dostępnych online, więc naprawdę trzymanie się realiów nie powinno stanowić problemu, zwłaszcza że choćby i użycie kostiumów z dowolnej ekranizacji Austen poprawiłoby sytuację…

Pirjo: Piotrze, słowem komentarza – Stephen Rea, czyli Kuragin, gra nawet angielskiego inspektora w sąsiedniej produkcji: Dickensian. Agnieszko – imponująca wiedza o kostiumach! Pomówmy jednak trochę o relacji serial–książka. Czy powieść została przeniesiona na ekran wystarczająco wiernie? Moim zdaniem skrótów zastosowano na tyle niewiele, by widza nie zdenerwować. Mnóstwo rozmów, dialogów zostało żywcem przeniesionych z książki. Już w pierwszym odcinku – pogawędki salonowe, opowieść o niedźwiedziu… Z drugiej strony twórcy serialu musieli dostosować rzecz do współczesnego widza. Serial jest więc skondensowany, rzeczy dzieją się szybciej, ilość postaci została nieco ograniczona. A jednak wszystko nakręcono, jak się należy, w Rosji, i to dokładnie w takich plenerach i pałacach, jak te wskazane w książce.

Czy jest coś, co Was denerwuje? Czy osoby, które nigdy nie czytały powieści, bez trudu się odnajdą i będą czerpać przyjemność z serialu? Serialu, który już wielu osobom osieroconym po Downton Abbey zastąpił tamtą staroświecką rozkosz nową przyjemnością z wyższych sfer? Oglądamy losy pięknych, bogatych, brylujących na salonach „Rosjan”. Interesują nas przede wszystkim romanse i zaloty, potem długo, długo nic, a potem roszady majątkowe, ploteczki, bale, skandale i spadki. Tym, co dostajemy, jest dramat kostiumowy, period drama, mydlana opera, ładna i ugrzeczniona adaptacja klasyki. Scen, które miały w książce wymiar najbardziej symboliczny – polowanie na wilki! Pierre jedzący ziemniaki! – po prostu nie ma. I chyba nie będzie. Przynajmniej nie w takim kształcie, jak powinny. Polowanie na wilki jest co najwyżej kontrapunktem dla późniejszego spotkania w szatni Nataszy z Anatolem. Bo nikt by ich pewnie nie zrozumiał. Nie ma wielkich, egzystencjalnych pytań o właściwy sposób życia, o moralność, patriotyzm, wybory i decyzje, o system społeczny i uwięzienie w swoich rolach, triumf cierpliwości nad pychą i wspólnoty nad wywyższaniem się – pytań i zagadnień „historiozoficznych”, na których geniusz oryginału jest wszak fundowany. Tołstoj ostał się głównie w zarysie fabuły i w dekoracjach. Widz, który nie czytał i nie przeczyta nigdy książki, dostanie spłycony obraz. Jeśli miałabym ocenić, to coś jednak umyka.

War and Peace

War and Peace

Agnieszka: Pirjo, należy się cieszyć, że zachowali przemowę Pierre’a o rewolucji, to i tak sporo, zważywszy, że film robią Anglicy według Rosjanina. Skądinąd w 1805 roku w Rosji nie powinno być jeszcze bardzo mocnych antyfrancuskich nastrojów (Napoleon przedstawiany w dialogach jako potwór – to jeszcze wtedy był głównie mem brytyjski), mimo udziału w koalicji, ale to już kwestia po części Tołstoja i jego perspektywy. Aleksander I przez całe życie miał do Napoleona stosunek ambiwalentny, rozpięty między uwielbieniem i fascynacją a nienawiścią, a do tego dochodziły kwestie ekonomiczno-polityczne, a także różne inne. Tołstoj pisze z takiej perspektywy czasowej, że sam może sobie z tego nie zdawać do końca sprawy, lata 1812–15 dominują w obrazie stosunków rosyjsko-francuskich tej epoki.

Piotr: Nie podejmę się rozliczania twórców z każdej strony. Musiałbym od nowa przeczytać całą książkę. Tołstoja łatwo jednak zredukować do ładnych obrazków, bo u niego te obrazki przecież są. Bale, pałace, piękne damy w pięknych sukniach i przystojni mężczyźni w nienagannie skrojonych mundurach. Piękna batalistyka (Sam Peckinpah kiedyś zauważył, że trudno zrobić film antywojenny, kiedy wojenna przemoc jest tak pociągająca estetycznie). Zupełnie inaczej, niż u Dostojewskiego, od którego gdyby odjąć „warstwę ideową” zostałby bród, smród i czereda obłąkańców. Podejrzewam zresztą, że brytyjski widz, gdyby zaserwować mu całość filozofii Tołstoja, najpierw patrzyłby osłupiały, a potem wrzeszczał z przerażenia. To nie są ideały na żołądek współczesnego mieszczucha.

To, co zostało, to rzeczywiście tylko period drama. Albo period drama, bo zrobiona wyjątkowo sprawnie i z chyba najlepszym Pierre’em w historii kina.

Aleksandra: Piotrze, 100% zgody (aż dziwne, tak się z kimś zgadzać) – i co do zalet serialu, i co do zmian, i co do tychże zmian konieczności. Ja może dodam, że w tej period dramie zmienione w szczególny sposób wydają się relacje między niektórymi postaciami. Przede wszystkim ewidentna od pierwszego odcinka przyjaźń między Bołkońskim a Bezuchowem wydaje mi się mocniejsza niż u Tołstoja – a zarazem zrozumiała, w świetle wymagań serialu jako gatunku. Generalnie, podoba mi się, jak mocno zwłaszcza pierwszy odcinek jest skupiony na postaci Pierre’a – to on, nie książę Andrzej, jest tu ewidentnym głównym bohaterem.

Fot. BBC

Fot. BBC

Bołkoński… Bołkoński dokładnie taki jak u Tołstoja byłby, podejrzewam, nie do zniesienia dla współczesnego widza: jest humorzasty, bywa nieznośnie okrutny (całe traktowanie Lizy i to, jak wini ją za to, że on sam się nią rozczarował, choć wiedział dokładnie, jaka z niej dziewczyna!) i jest dość mocno, jak by to ująć, egoistyczny? Kino go zawsze usprawiedliwiało i robiło większym romantykiem, co wydaje się dobrym pomysłem; tu jego Weltschmerz i poczucie, że wojna nada jego życiu choćby kawałek sensu, wydają się przekonujące, może też dlatego, że James Norton w tej roli wygląda młodo i że te dylematy wydają się problemami współczesnego, trochę pogubionego w świecie młodego człowieka.

No i bardzo mi się podoba to, jak scenarzysta, reżyser i Jim Broadbent poprowadzili postać starego Mikołaja Bołkońskiego – on jest dokładnie taką (częściej niż chwilami antypatyczną) mieszanką tradycjonalizmu, oświeceniowego myślenia, chłodu, kompletnego braku empatii i jednocześnie jednak głębokiej miłości do rodziny, jak sobie wyobrażałam. Trafili tu w moje odczucia na temat tej postaci w stu procentach.

Maria: Ja traktuję ten serial jedynie jako próbę ekranizacji wielkiego pisarza. Na razie nie będę odpowiadać na pytanie, czy ten serial mi się podoba – szczerze mówiąc, opinię na temat całości wygłoszę, gdy całość zobaczę. Zresztą, to serial BBC – gdyby oni się zabrali za ekranizację intryg politycznych pszczół okazałoby się, że pszczoły to istoty z natury makiaweliczne…

Zacznę więc może od tego, co otacza bohaterów – scenerii, wnętrz i strojów. Wnętrza wydają mi się bardzo trafione – Moskwa sprzed rewolucji, była i przyszła stolica, to, w XIX wieku, zgodnie z prawdą, ogromna wieś. Widzimy jej mało, w większości ujęcia tylko wejść i wyjść, ale już na tym poziomie czuć kontrast z Sankt Petersburgiem. Może trochę brakuje mi kolorytu starej Moskwy – tradycyjnego miasta ruskiego – z kupcami i przekupkami w tradycyjnych strojach i szlajającej się biedoty. Ale bez przesady, serial nie jest o nich. Petersburg widać mniej, ale nawet salony w nim są inne, bardziej wystawne i eleganckie. Co do strojów: mundury są eleganckie, a suknie są piękne… mi więcej nie potrzeba. Może trochę frustrująca jest suknia ślubna Heleny. Żaden szanujący się prawosławny nie wpuściłby jej w tym do cerkwi nawet dziś, o XIX wieku nie wspominając.

Fot. BBC

Fot. BBC

Jeśli chodzi o fabułę to nie spodziewałam się żadnych większych rewolucji. W tym zakresie serial mnie nieprzyjemnie zaskoczył, pozując na Grę o tron i, co gorsza, już w pierwszym odcinku odsłaniając, z kim ostatecznie zwiąże się Natasza. Jeśli chodzi o tabu kazirodztwa czytałam, że ponoć Tołstoj coś przebąkiwał o bliskiej relacji Heleny i Anatola – według mnie jednak, reżyser i scenarzysta posunęli się zdecydowanie za daleko i wyciągnęli z książki niebezpieczne wnioski (związki :D ). Ich celem najprawdopodobniej było zniechęcenie widzów do tej dwójki już od samego początku. Sam Tołstoj rzeczywiście włożył w ich osobowości cechy, których nie lubił, ale chyba nie darzył ich aż taką antypatią. To nie są antybohaterowie powieści.

Tym sposobem zbliżamy się też do największej wady serialu. BBC kręci Wojnę i Pokój tak, jakby to była Duma i uprzedzenie – nie wychodzimy poza miłosne problemy głównych bohaterów. Trwa wojna, bohaterowie zderzają się ze śmiercią i osamotnieniem, ale widz widzi tylko jak się zakochują i odkochują… Helena i Anatol są antybohaterami serialu, bo nie traktują poważnie ani miłości, ani żadnych innych uczuć. Są świetnymi intrygantami, manipulują otoczeniem i dążą do swoich celów po trupach. Jeśli tak stawiać sprawę, to BBC pomyliło Tołstojowskie powieści – powinni wziąć na warsztat Annę Kareninę. Krytyka społeczna nie jest tematem Wojny i pokoju. Tematem tej powieści jest budowa narodu i indywidualne losy postaci zaczynających rozumieć swoje korzenie i pochodzenie i dojrzewające do tego, kim mają się stać. Serial (ewentualnie, jeśli już chce się doszukiwać szerszej perspektywy) koncentruje się jednak tylko na ostatnim elemencie – dojrzewaniu.

Dojrzewanie i wewnętrzne zmiany w bohaterach są dobrze ukazane przez aktorów grających poszczególne role. Poziom gry jest bardzo wysoki – muszę przyznać, że aktorzy są świetni w swoich rolach. W ten sposób wzbudzają zachwyt i zapełniają każdą scenę w pełni oddając ducha swojej postaci – ślamazarny Pierre, wyniosła Helena, początkowo znudzony Andriej czy zarozumiały Niki i kochająca (bardzo ładna dziewczyna w serialu i bardzo brzydka w powieści) Maria. Muszę przyznać, że casting, który początkowo budził moje największe zastrzeżenia, dzięki pracy aktorskiej coraz bardziej mi się podoba.

Jedyną aktorką, do której nie potrafię się przekonać, jest Natasza. Nie mam zastrzeżeń co do gry aktorskiej. Jak wszystkie inne postaci, ta dziewczyna daje z siebie wszystko, ale widząc w pierwszym odcinku dwudziestoparolatkę skaczącą, udającą trzynastolatkę, za każdym razem, gdy była na ekranie robiło mi się nieswojo. Jej wiek (albo słaba praca makijażystów?) jest czymś, co bez przerwy rzuca mi się w oczy. Pierwszy odcinek dzieje się w 1804 roku. Natasza jest jeszcze dzieckiem i dlatego jej zachowanie jest jeszcze trochę nietrafione i mało subtelne (vide wezwanie brata do innego pokoju – do Soni). Trzeci dzieje już w 1809. Między nimi jest pięć lat różnicy a Natasza z 13-latki powinna stać się 18-latką. Te zmiany wcale nie są widoczne! Co więcej, zakochany Bołkoński jest od niej ze dwa razy starszy – tego też nie widać!

Fot. BBC

Fot. BBC

Natasza reprezentuje przecież nową – rosyjską – krew, która powstaje w starciach z Napoleonem. Nic z tego nie da się zobaczyć, jeśli nie widać, że ona rośnie i dorasta wraz z całym swoim społeczeństwem. W innych serialach, gdzie 13–15-latki są grane przez 20–25-latków ten kontrast nie rzuca się w oczy, bo czas nie jest w nich istotny. Dla Wojny i pokoju czas to pojęcie kluczowe. To czas definiuje akcję, bohaterów i przestrzeń. Jest bazą wszystkich wydarzeń. Bez upływu czasu nie ma Tołstojowskiej powieści.

Ten brak poczucia czasu jest też widoczny, gdy obserwuje się Bołkońskiego. Czy czuć, że między śmiercią żony a spotkaniem z Nataszą mijają ze cztery lata? Nie ma ani jednej sceny, która wskazywałaby na jego czteroletnie dobrowolne wygnanie i odrzucenie świata. W ciągu tych lat w Andrieju dokonują się kolosalne wewnętrzne zmiany – nic z tego nie trafia do serialu, nie wspominając o prześladujących go oczach niekochanej Małej Księżnej.

Ostatnim elementem, na który chciałam zwrócić uwagę, jest balans pomiędzy intymnością przeżycia a rozmachem tworzonego świata i wojny. Pod tym względem serial jest genialny. Sceny batalistyczne podobają mi się, ponieważ po kolei oddają każdy element świata przedstawionego u Tołstoja. Poczynając od wielkich manewrów wojsk – widocznych całych pułków, kawalerii, artylerii i piechoty; poprzez chaos każdego z pól bitewnych – Niki w bitwie, gdzie nie wiadomo, w którą stronę biec, ani gdzie znajdują się oddziały, aż do intymnego przeżycia rannego Bołkońskiego. Pierwsze ujęcie bitwy, gdzie najpierw na polu stoi samotny żołnierz, by nagle być otoczonym przez chaos i śmierć jest chyba najlepszym sposobem na oddanie tego, co Tołstoj myślał o wojnie – najwspanialszym, ale i najstraszniejszym ludzkim teatrze.

Agnieszka: A ja tymczasem wracam z nieco lepszymi wieściami z drugiego odcinka – kostiumy się nieco poprawiły, aczkolwiek Natasza nadal straszy anachroniczną grzywką, a trójkątne i obszyte falbankami sukienki (np. wystrojona Maria Bołkońska) to też zupełnie niepotrzebne zapożyczenie z mało konkretnej epoki (obstawiałabym wręcz „ładną dziewczęcą sukienkę” z drugiej połowy XX w.). Pochwała należy się natomiast ciążowej sukience Lisy – jakkolwiek nie udało mi się znaleźć żurnala z fasonami dla ciężarnych, jej krój przynajmniej nie idzie wbrew modzie i tendencjom epoki. W sumie – jak na razie dla mnie jedna z najbardziej udanych kreacji. O pomstę do nieba wołają natomiast suknie Heleny w drugiej połowie odcinka (zarówno karmazynowa, jak i beżowa) – tu niestety wracamy do całkowicie pozbawionych wyrazu, a zwłaszcza wyrazu epoki strojów charakterystycznych zwłaszcza dla sfer najwyższych w pierwszej części. Jedno słowo o mundurach – w tym odcinku są niezłe, choć czasem widać zbyt tanie materiały, ale przynajmniej znikło liliowe dziwactwo pierwszego odcinka (niestety powróci w trzecim odcinku). Takiego koloru po prostu w tamtej epoce nie było, kropka.

Fot. BBC

Fot. BBC

W tym odcinku wychodzimy też poza Rosję i pojawia się trochę bohaterów „historycznych”, którym należy się nieco uwagi. Nienazwany austriacki „minister wojny” (funkcja pod taką nazwą nieistniejąca w ówczesnej Austrii), u którego pojawia się książę Andrzej, jest bardzo mocno wystylizowany na Josepha Radetzky’ego, który już wówczas był prominentnym oficerem, ale jednak dopiero u początku wielkiej kariery. I jakkolwiek wziął udział w bitwie pod Ulm, to następnie został wysłany do Italii, nie było go więc ani w Wiedniu, ani pod Austerlitz. W sumie człowiekiem, z którym spotyka się książę Andrzej, powinien być arcyksiążę Karl (przyznaję – nie pamiętam, jak to się rozgrywa u Tołstoja, traktuję w tym momencie film jako dzieło autonomiczne), przewodniczący Hofkriegsratu w latach 1801–09 i głównodowodzący armii, a on wyglądał zupełnie inaczej i z pewnością nie był typem biurokraty z czasów Franza Josefa (z których zresztą pochodzi pokazany nam tu starszawy „Radetzky”).

Zupełnie nie pasuje mi car Aleksander, który wedle wszelkich przekazów historycznych był emocjonalnie rozchwiany i kapryśny, ale jednak charyzmatyczny, a to jest cecha, której serialowemu carowi brakuje całkowicie, a uparte przeciwstawianie się radom Kutuzowa tonem małego chłopca jest niemalże komiczne. Brak fizycznego podobieństwa jest też uderzający, choć gdyby postać była lepiej pomyślana i zagrana, nie czepiałabym się tego za bardzo. Pozytywnie natomiast zaskoczył mnie epizodyczny Napoleon Matthieu Kassowitza, którego uważałam za wybór dziwaczny. A potem, kiedy go zobaczyłam, olśniło mnie, że na Napoleona z 1805, takiego z Koronacji Davida, wybrano aktora idealnego. Wreszcie nie oglądamy w tej roli obleśnego grubego starca albo karła, ale nawet w tej bardzo niestety obciętej scenie spod Austerlitz mamy przystojnego faceta z charyzmą, zgodnego z portretami z tego okresu. Wielki plus. O kreacji postaci trudno wiele powiedzieć – rozwinięcia sceny między Napoleonem a księciem Andrzejem żałuję najbardziej z wszystkich dotychczasowych skrótów fabularnych. Z małych epokowych drobiazgów – w Rosji małe szanse, żeby książę Andrzej mógł zobaczyć martwą Lizę po porodzie w stanie, w jakim jest nam pokazana. Aha, jeszcze jeden drobiazg i czepialstwo. Bitwa pod Austerlitz rozegrała się 2 grudnia, a w filmie mamy świeżą zieloną trawę…

Fot. twitter

Fot. twitter

Kontynuując oglądanie. W odcinkach trzecim i czwartym Nataszy upięto (wreszcie!) włosy, ale przeklęta grzywka pozostała do spotkania z księciem Bołkońskim, kiedy z kolei mamy fryzurę mało prawdopodobną na tę okazję, poza tym uczesanie z przedziałkiem z boku nie całkiem niemożliwe, ale mało popularne, bo fryzury były wzorowane na antycznych. Dostrzegam to, o czym czytałam na angielskim blogu modowym, ale dotychczas nie rzuciło mi się w oczy: tutejsze sukienki w fasonie niby poprawnie empirowym mają często dziwnie „płaskie” (i za wysoko położone) przejście między częścią górną a dolną: odcięcie układa się jakoś tak pośrodku biustu, spłaszczając go, zamiast podkreślać. Ale za to w kolejnej scenie z cyklu Natasza i Sonia w internacie jest tym razem łóżko bardzo w stylu epoki! Nie jestem wprawdzie pewna, jak bardzo ten konkretny model był popularny w Rosji i w tych sferach, ale we Francji byłby bardzo na miejscu, więc załóżmy, że przynajmniej chronologicznie nie jest nie na miejscu. (Tu uwaga ogólna: wystrój wnętrz nie razi jakimiś totalnymi idiotyzmami, ale za mało tu empiru, a za dużo poprzedniej epoki, zwłaszcza w bogatszych domach, które podążały za modą, a ta w omawianym okresie była w Rosji bardzo mocno wzorowana na Francji.)

Fot. BBC

Fot. BBC

Ponowne pojawienie się Anny Pawłowny oznacza niestety powrót do kostiumowej tragedii w wykonaniu zarówno AP, jak i Heleny, do czego teoretycznie przywykliśmy. Plażowa sukienka Heleny zapewne większość ówczesnych dam przyprawiłaby o palpitacje. Mam wrażenie, że naprawdę nie potrzebujemy bohaterki pół rozebranej (nawet na normę epoki, która była daleka od pruderii!), żeby wiedzieć, że jest puszczalska i ogólnie czarny charakter… Anna Pawłowna ma na szyi dziwactwo z ogromną (jak na naszyjnik) miniaturą ewidentnie z fragmentem portretu Madame Récamier pędzla Gérarda. Niby postać i portret z epoki, ale biżuteria niestety dość dramatycznie nie. I jest jeszcze coś, co powinnam była odnotować już w pierwszym odcinku – za dużo cylindrów. Znane od końca XVIII w. (zwłaszcza w wydaniu francuskich incroyables z okresu Dyrektoriatu, czyli raczej nie mainstreamowe), ale popularne dopiero od lat mniej więcej 1820., zwłaszcza takie jedwabne jak tutaj powszechnie. Jeden czy drugi u modnego faceta byłby OK, ale tu jest za częsty. Scena balu – myślałam, że w kwestii strojów Anny Pawłowny i Heleny nic mnie już nie zaskoczy. Myliłam się. Natasza ma po raz pierwszy dobrą fryzurę, ale za to obie z Sonią mają nienajlepsze sukienki. Walc jest dużo późniejszy stylistycznie. W czwartym odcinku jest w sumie podobnie, więc daruję sobie scenę po scenie.

Podsumowując cztery odcinki z „mojego” punktu widzenia: całość jest raczej ładna, choć dziwi, dlaczego scenograf i autorzy kostiumów nie wierzyli w ładność epoki i „upiększyli” ją anachronicznymi wtrętami, spora część kostiumów, zwłaszcza kobiecych (zwłaszcza w wyższych sferach i/lub negatywnych bohaterek) to kompletna pomyłka, by nie rzec porażka; męskie są w ogólnym zarysie lepsze, choć też parę anachronizmów się znajdzie. Niektóre niestety rzucające się w oczy szczegóły rażą wręcz kostiumologiczno-scenograficzną dezynwolturą. Wnętrza nie rażą, ale też nie przyciągają oka dbałością o historyczny wygląd. Główna bohaterka jest dziwacznym tworem ekranowym – jak dla mnie jej nowoczesny styl (zarówno uczesania, jak i zachowania) razi w tym filmie;  historia jest w tym serialu praktycznie nieobecna, czysto pretekstowa, służy do wygłaszania pro- albo (oczywiście częściej) antyfrancuskich frazesów; gdyby ją całkiem wyrzucić, film niewiele by się zmienił, choć oczywiście jako miłośniczka rekonstrukcji zawsze lubię sobie popatrzeć na kawałek bitwy, a te ich strzępy, jakie pokazano, są zrobione dość efektownie, choć prostymi i raczej ubogimi środkami.

Fot. BBC

Fot. BBC

Postacie historyczne to na razie (i nie mam wielkiej nadziei na zasadniczą zmianę) wyłącznie ozdobniki, a po jednej cameo appearance chciałabym więcej Kassowitza (wg Imdb ma być w trzech odcinkach, więc może jednak coś jeszcze przede mną), bo ma szanse awansować do pierwszej piątki, a może i trójki moich ulubionych filmowych Napoleonów, jeśli postać zostanie dobrze poprowadzona (i jeśli w ogóle zaistnieje sensownie na ekranie). Nawiasem mówiąc, sprawdziłam sobie, że Kassowitz jest o 21 lat starszy od grającego Aleksandra Bena Lloyda-Hughesa, podczas gdy między Napoleonem a carem było zaledwie 8 lat różnicy. Na szczęście jakkolwiek BL-H wygląda aż za bardzo smarkato, Kassowitz wygląda na młodszego, niż jest, więc się troszkę wyrównuje.

Na koniec jeszcze kilka uwag po przejrzeniu czwartego odcinka na nowo. Suknia Heleny w scenie z recytatorką (bezkształtne tiulowe falbano-bezy) to chyba w ogóle kiks serialu, mimo tego, co nosiła Anna Pawłowna. To jest nie do uwierzenia. Może dobrze, że wczoraj mi umknęło, bo jeszcze miałabym koszmary senne… Helena jest ogólnie kostiumowo największą pomyłką, wygląda jakby wrzucił ją w ten świat z innego Doktor, a na wszystkich dookoła nałożył perception filter, bo inaczej rozmawialiby tylko o jej strojach. Odwołuję ostrożną zgodę na przedziałek z boku Nataszy – nie znalazłam czegoś takiego na żadnej sensownej ilustracji, im bardziej na niego patrzę, zwłaszcza w połączeniu z niedopuszczalnie rozpuszczonymi włosami, tym bardziej widzę go jako element robienia z niej zachwycającej współczesnej dziewczyny. I jeszcze słówko o panach – nie zauważyłam wcześniej, bo rzadko są pokazywani w całości postaci. Z bólem serca muszę powiedzieć, że za często w sytuacjach domowych noszą oficerki, powinni jednak czasem nosić trzewiki, nie tylko na balu… Buty są jednak rzadko widoczne, więc podkreślę, że o dziwo do huzarskiego munduru młodego Rostowa dobrano odpowiednie buty.

Pirjo: Czas zebrać nasze różnorodne wnioski w jakąś całość. Jeśli chodzi o mnie, podsumowując, choć chętnie bym zobaczyła o wiele głębszą adaptację, taką w mroczniejszej tonacji, w stylu Wolf Hall, z dojmującym i utopijnym sentymentem za przeszłością, ale gdy trzeba z brutalnym ostrzem ironii i historycznym fatalizmem – to jednak ta śliczna pocztówka ze ślicznymi ludźmi sprawia mi ogromną przyjemność. Momentami potrafi nawet wzruszyć. Och, Andriej! Ach, pojedynek na leśnej polanie, w prószącym leniwie śniegu. No i ta cudowna, magiczna, baśniowa scena balu z odcinka trzeciego! I sceny uwodzenia w operze… Rozpływam się… Topnieję…

Fot. BBC

Fot. BBC

Piotr: Tak, trzeci odcinek rzeczywiście najpiękniejszy do tej pory. Ale po to właśnie sięga się po Wojnę i pokój: po bale i porywy namiętności. Na adaptację mroczniejszą i głębszą mogliby się pokusić Rosjanie, ale ich o dziwo aż tak do Tołstoja nie ciągnie. W ostatnich latach sfilmowali całego Dostojewskiego, w tym dwukrotnie Biesy, bardzo awangardową adaptację opowiadań Kuprina (takie Dickiensian, tylko kilka lat wcześniej i na poważnie), czy niedawno Cichy Don, a jeśli chodzi o Lwa Nikołajewicza, to wystarczyło im zaangażowanie we włosko-polsatowską nudę z 2007 roku. Chyba nie da się być Tołstojem w swoim kraju…

Aleksandra: Mnie też czegoś brakowało. Po części w sferze… estetycznej, powiedzmy, ale tu nie będę się szerzej wypowiadać, bo jest to kwestia czysto prywatnej preferencji dla stylizacji, nawet przesadnej, jak w niedawnej Annie Kareninie Wrighta; to sprawa indywidualnego odbioru, nie czegoś, co można ocenić obiektywnie. Choć nie powiem, zdjęcia plenerowe, zwłaszcza od drugiego odcinka, były naprawdę piękne, bardzo malarskie.
To jest ładny, grzeczny, starannie ułożony, doskonale zagrany film. Brakuje mi w tej Wojnie i pokoju odrobiny… szaleństwa. Nie, niekoniecznie odbicia poglądów Tołstoja, może raczej odwagi zrobienia z tego czegoś bardziej opartego na psychologii postaci – odważniej i szerzej niż tylko w kontekście ich życia uczuciowego potraktowanej – niż na klasycznych zaletach period drama. A jak już o tym mowa – ciekawsze niż aż tak mocne wygrywanie niezdrowej wzajemnej fascynacji Heleny i Anatola byłoby chyba położenie większego nacisku na niedostosowanie i brak kompetencji społecznych Pierre’a (Paul Dano to doskonale gra, przecież!) i na – wybaczcie – emo Weltschmerz niedojrzałego, wbrew pozorom, Bołkońskiego. Paradoksalnie, zobaczenie tych postaci poprowadzonych bardziej… nowocześnie i ryzykownie byłoby, jak dla mnie, jednym z marzeń telewizyjno-filmowych.

Piotr: Baaardzo swobodne podejście do kostiumów jest dziś chyba normą, niestety. Widziałem w sieci fotos z nieszczęsnych Muszkieterów wraz z analizą: fryzura ze studniówki, współczesny makijaż, siedemnastowieczne kolczyki, szesnastowieczny naszyjnik, dziewiętnastowieczne rękawy, suknia jak skrzyżowanie ornatu z zasłoną i tym podobne efekty radosnej twórczości kostiumografa. Ale wiem już, czego brakuje mi w tej Wojnie i pokoju – porucznika Rżewskiego! W pojedynkę rozwiązałby wszystkie problemy: doruszczył atmosferę, rozwiał gęstą, angielską mgłę i zerwał nieudane suknie z aktorek. To byłoby, według mnie, to coś więcej, ten błysk szaleństwa i zerwanie z grzecznością.

Maria: Ostatecznie serial wydaje mi się jak na razie ciekawy i wciągający. Zalety przewyższają wady. Każdy, kto Wojnę i pokój przeczytał, odnajdzie w nim swoje ulubione postaci (choć trochę zangielszczone). Mam natomiast nadzieję, że tych, którzy nie przeczytali, serial zachęci, by sięgnąć po powieść; bo warto.

Pirjo: Zangielszczenie jest moim zdaniem dość mocne. Na Wyspach pisze się nawet, że to nie tyle War and Peace, co Phwoar and Peace. A mi się tylko na koniec nasuwa pytanie – czy adaptacja musi być wierna? Czy może wcale nie musi? No ale to już chyba temat na kolejną rozmowę…

Fot. BBC

Fot. BBC

War and Peace
period drama
BBC, 2016

Agnieszka „Drakaina” Fulińska
W fandomie siedzi od zawsze, wykształcenie ma humanistycznie wszechstronne, zawodowo zajmuje się wizerunkiem władzy w różnych epokach, obecnie głównie w XIX wieku, a także legendą napoleońską w sztuce i literaturze. Podróżuje po Europie śladami historii starożytnej i dziewiętnastowiecznej, dla chleba tłumaczy fantastykę i poezję, a w rzadkich wolnych chwilach bardzo nieregularnie tworzy kilka blogów, w tym jeden poświęcony XIX wiekowi (Napoleonica).

Maria Koptyjka
Jest absolwentką politologii i studentką filologii rosyjskiej na UJ. Interesuje się rosyjskim społeczeństwem i kulturą. Była na stypendium w Instytucie A.S. Puszkina w Moskwie.

Aleksandra Klęczar
Od bardzo dawna czytuje, ogląda i słucha mnóstwa rzeczy, w większości związanych z popkulturą. Czasami o nich pisuje na blogu ninedin.blox.pl, a od jakiegoś czasu – również uczy o nich na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Piotr Górski
Krakowianin, Nowohucianin. Urodził się i na tym właściwie kończą się dramatyczne momenty jego biografii. Dużo czyta. Ma eklektyczne gusta. Puścili mu opowiadanie w „Nowej Fantastyce”.

 

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)