Wszyscy żyją, nikt nie umiera – fabularne powtórki Stevena Moffata (Doctor Who)

Wszyscy żyją, nikt nie umiera – fabularne powtórki Stevena Moffata (Doctor Who)

Artykuł zawiera spoilery.

Gdy się przyjrzeć, okazuje się, że w scenopisarstwie Stevena Moffata jest całkiem sporo powtórzeń. Ale czy wszystkie fandomowe mity są prawdziwe?

Steven Moffat jako scenarzysta przez jednych jest wychwalany pod niebiosa, inni zaś wieszają na nim psy. Istnieje też oczywiście grupa pośrednia, która widzi tak zalety, jak i wady jego scenopisarstwa – sama należę właśnie do niej. Dziś jednak chcę wyciągnąć na wierzch elementy, które powtarzają się w pisanych przez niego historiach Doctora Who i przy okazji, być może, obalić także kilka powszechnie powtarzanych mitów na jego temat. No, w każdym razie na pewno jeden z tych mitów.

W tym miejscu następuje chwila na disclaimer. Nie będę zajmować się warstwą metatekstową, celowymi powtórzeniami czy nawiązaniami takimi jak paralele między River Song i Tashą Lem*, Clarą i Rose, poszczególnymi wcieleniami Doktora czy samymi odcinkami. To materiał na zupełnie inny tekst. Tutaj skupię się na powtórzeniach wyraźnie niezamierzonych, z których zapewne w większości sam Steven Moffat albo nie zdaje sobie sprawy, albo ma nadzieję, że nikt nie zwróci na nie uwagi. Przejdźmy jednak do rzeczy.

Fot. BBC

Fot. BBC

Pierwszy powtarzalny motyw Moffata, jaki zwraca uwagę, to dziecko w potrzebie. Spotykamy je już w odcinkach Puste dziecko/Doktor tańczy (The Empty Child/The Doctor Dances), a w erze moffatowskiej odcinków opartych o ten właśnie motyw jest przynajmniej dobre pół tuzina, jeśli nie więcej. Mamy tu choćby Opowieść wigilijną (A Christmas Carol), Nocne koszmary (Night Terrors), Pierścienie Akhatenu (The Rings of Akhaten) czy Posłuchaj (Listen), by wymienić kilka tytułów, które same przychodzą na myśl. Niemniej to jeszcze motyw na tyle ogólny, że nie budzi większych zastrzeżeń – Moffat sam przyznaje, że ma skłonność do poruszania tego właśnie wątku, co wydaje się tym naturalniejsze, że Doctor Who, przynajmniej nominalnie, skierowany jest właśnie do młodszych widzów.

Intrygującą historią pod względem powtarzalności jest za to Cisza w bibliotece/Las zmarłych (Silence in the Library/Forest of the Dead), gdzie obok głównej linii fabularnej mamy swoistą wirtualną rzeczywistość i aż dwie genialne dziewczyny. Tak, Oswin/Clara Oswald, która przejęła geniusz od Wielkiej Inteligencji, to wcale nie jest nowy motyw. Między Ciszą w bibliotece i Planetą obłąkanych Daleków (Asylum of the Daleks) mija kilka lat, a jeszcze więcej czasu upływa od Ciszy… do Dzwonów Świętego Jana (The Bells of Saint John), więc łatwo zapomnieć, że już to widzieliśmy. Jednak przy kolejnej powtórce tych genialnych odcinków zwróciła moją uwagę postać Evangelisty, idiotki, która po wgraniu do systemu Biblioteki zmieniła się w geniusza. Clarę w Dzwonach Świętego Jana trudno rzecz jasna nazwać idiotką, chyba że w kwestii podstawowej choćby wiedzy o komputerach. Na to nam się właśnie wyraźnie wskazuje i to też doprowadza do prawie śmiertelnego wypadku, który zmienia Clarę w geniusza komputerowego. Dostajemy więc właściwie to samo (minus zmiana w maszkarę). Ale mówiłam o dwóch dziewczynach z Ciszy… Drugą jest sama CAL – Charlotte Abigail Lux zmieniona w komputer ratujący ludzi przed ciemnością. O jej wcześniejszym życiu wiemy tyle, że lubiła czytać, ale nikt nie wspomina, że Charlotte była nieprzeciętnie inteligentna, więc chyba dość bezpieczne jest założenie, że zmiana w centralny komputer Biblioteki sprawiła, że dziewczynka stała się genialna.

Fot. BBC

Fot. BBC

Innym pojawiającym się w twórczości Moffata przynajmniej dwukrotnie wątkiem jest zamknięcie w śnie wewnątrz snu. Wszyscy pamiętamy Ostatnie święta (Last Christmas), przez sporą część fandomu uznane za jeden z lepszych odcinków świątecznych. Pojawiły się tam kraby snu, zabójczy kosmici, którzy zamykali swoje ofiary w wielowarstwowych snach. Sama bardzo lubię ten odcinek, ponieważ lubię też ten motyw, jednak co za dużo to niezdrowo. A nie dość, że niedawno Steven Moffat wykorzystał go (w skądinąd świetny sposób) w najnowszym odcinku Sherlocka, to jeszcze kiedy przypomniałam sobie o istnieniu odcinka Wybór Amy (Amy’s Choice), moja sympatia do Ostatnich świąt trochę zmalała. Wybór Amy bowiem także opiera się na motywie snu w śnie, gdzie nie mamy pojęcia, który sen jest prawdziwy, a który nie i cała intryga polega na konieczności rozwiązania tego problemu. Podobieństwo między oboma odcinkami jest duże, w obu nawet pojawia się antagonista, w którego nazwie pojawia się słówko „dream” (Dream Lord), co wprowadza na oczywistą ścieżkę skojarzeń. Nasz Władca Snów jednakże dodatkowo oprócz swej pasożytniczej natury (o której właściwie dowiadujemy się dopiero na koniec historii, gdy już wszyscy są bezpieczni i następuje czas na sprytną przemowę Doktora pt. „To były te małe niepozorne kryształki”) ładnie gra motywem ciemnej strony osobowości Doktora, podczas gdy kraby to po prostu ci źli, których trzeba pokonać, aby uratować ducha świąt wszystkich.

A skoro jesteśmy przy Amy i Rorym, to zwróćcie uwagę, jak ich wątek zgrabnie (i nienachalnie) podchodzi do kwestii prowadzenia dwóch żyć – tego z Doktorem i tego codziennego. Seria ósma miała nam pokazać ten sam dylemat na przykładzie Clary i Danny’ego, ale ostatecznie dostaliśmy bardzo po łebkach konstruowany związek dwóch całkowicie różnych osób, z których jedną widzimy raz na ruski rok (głównie wyskakującą z pretensjami wobec tej drugiej), a druga coraz mocniej ucieka od codziennego życia – a więc i od tej pierwszej osoby. W Potędze trójki (The Power of Three), tuż przed kultową przemową Doktora o tym, jak ucieka do Pondów, a nie od nich, Amy pięknie wyraża to, co istotne dla tego właśnie wątku, a co szwankowało w wątku Clary. Co prawda ten odcinek napisał Chris Chibnall, a nie Moffat, ale już od Moffata zależało to, jak cały wątek związku Amy i Rory’ego został pod ten niedługi dialog Amy i Doktora podprowadzony w poprzednich dwóch i pół seriach.

Kiedy więc Amy wyraża swoje obawy i kiedy z Rorym rozmawiają o tym, które życie powinni wybrać, brzmi to naturalnie, jak oczywista konsekwencja rozwoju ich relacji z Doktorem. Amy mówi Doktorowi o tym, że zbudowali z Rorym normalne, codzienne życie, z którego nieregularne pojawienia się Doktora ich wyrywają. Amy i Rory lubią swoje codzienne życie i fajnie im się funkcjonuje, gdy zaczynają mieć większą pewność, że mogą pozwolić sobie na podejmowanie długoterminowych zobowiązań – zostania druhną na ślubie koleżanki, podpisania stałej umowy o pracę – a zarazem wystarczy, że pojawi się TARDIS i uznają, że nie, to jeszcze nie czas na ostateczną decyzję. Amy mówi tu też, że jednak takie funkcjonowanie ich emocjonalnie męczy, odbiera poczucie stabilności – i że podróżowanie z Doktorem zaczyna odbierać jako ucieczkę od życia. Kiedy Jedenasty tłumaczy jej, że to tak nie działa, że podobnie jak on sam, Amy i Rory uciekają właśnie do rzeczy, z jednej strony chcę mu przyklasnąć, a z drugiej widzę, że dla Clary z kolei to właśnie jest ucieczka od życia. Ponieważ w przeciwieństwie do Amy i Rory’ego, ona swojego życia nie zbudowała, nie ma tu tak naprawdę napięcia. Nie ma prawdziwej potrzeby połączenia dwóch równoważnych i zarazem niemożliwych do połączenia aspektów jej funkcjonowania. Jest tylko oszukiwanie siebie samej, że jeden z nich naprawdę jest tak samo ważny jak drugi. Steven Moffat stara się pokazać, że Clara ma swoją pracę, którą kocha, że ma rodzinę, Danny’ego – ale to raczej preteksty, by w ogóle wracać, które w trakcie rozwoju jej dwóch i pół serii stopniowo zanikają.

Fot. BBC

Fot. BBC

W przypadku Amy i Rory’ego od dziecięcej fascynacji i młodzieńczej niestabilności przechodzimy bardzo naturalnie do momentu, w którym koniec przygód – gdy lądują poza zasięgiem Doktora – staje się czymś naturalnym, wręcz oczywistym. W przypadku Clary Moffat chce nam sprzedać ten sam trik jako coś nowego, tyle tylko, że mu nie wychodzi. Odwrócenie wektorów, jakie tu następuje, jest może ciekawe, ale musiałoby zostać lepiej poprowadzone. Żeby to działało, Clara od początku musiałaby mieć stabilny związek, pracę i ogólnie codzienne życie, które byłoby pokazane nam w sposób koherentny i które z czasem, stopniowo, coraz bardziej rozwarstwiałoby się przez podróże z Doktorem. Tymczasem co jakiś czas dorzuca się nam jedne elementy, a odrzuca inne, tworząc bardzo niespójne tło. W przypadku Amy i Rory’ego rzecz jasna tło też było nie tak spójne, jak to miało miejsce dla towarzyszy w erze Russella T Daviesa, ale rzucało się to jednak w oczy w dużo mniejszym stopniu niż w przypadku Clary. Dla ich historii, poza Doktorem, najistotniejsi byli oni sami – ich związek i dodatkowo ich relacja z River/Melody. W tym wypadku więc potraktowanie po łebkach rodziców Pondów, jakkolwiek irytowało, nie było aż tak rażące, jak potraktowanie po łebkach praktycznie wszystkich w życiu Clary – poczynając od jej taty, przez Danny’ego, który pojawia się tylko po to, żeby umrzeć i dać Clarze „wolność, jakiej do tej pory nie miała”, aż po zniknięcie bez słowa między seriami Maitlandów. Ostatecznie więc dostajemy gorszą powtórkę z rozrywki.

Przechodząc jednak dalej, największy mit krążący wokół Moffata to ten, że Moffat zabija towarzyszy. Prawda jest jednak taka, że Moffat nie potrafi zabijać. Kiedy Dziewiąty w Doktor tańczy woła z ogromną radością, że ten jeden raz wszyscy przeżyli, to jest piękna scena. A potem okazuje się, że u Moffata nikt nie umiera na stałe. Poza niezbyt istotnymi postaciami z drugiego planu** ci, których Moffat uśmierca, zawsze wracają do życia (niektórzy do tego wielokrotnie) i gdy oglądam pierwsze dwa odcinki Moffata z tą świadomością, wspomniane słowa Dziewiątego brzmią dla mnie ironicznie. Zaczynamy od Pustego Dziecka – Jamiego, który zabity przez statek Chula zostaje też przez ten statek ożywiony, a pod koniec odcinka całkowicie wyleczony. Potem mamy River, którą Doktor zapisuje w pamięci Biblioteki – River, która poświęciła się i umarła dla Doktora. Tylko że nie. Wciąż mamy możliwość jej powrotu w formie „ducha”, która raz już została wykorzystana i fabularnie nic nie stoi na przeszkodzie, by profesor Song występowała gościnnie w tej formie. Później w Bestii na dole (The Beast Below) właściwie mamy być pewni, że umiera kolega dziewczynki, której płacz sprawia, że Doktor zaczyna się przejmować tym, co się dzieje na statku, na którym lądują z Amy. Tylko że znów dobre pół odcinka później dowiadujemy się, że złe oceny złymi ocenami, a bestia nie jada dzieci, więc chłopiec jest cały i zdrowy. Jest też oczywiście Rory, który umiera tak często, że w pewnym momencie sam sarkastycznie komentuje swój kolejny zgon. Na deser zaś dostajemy nie tylko umierające kopie Clary (co jednakże trochę odświeża ten wyświechtany już moffatowski zabieg z zabijaniem i ożywianiem), ale samą Clarę właściwą, raz uratowaną od pewnej śmierci przez Doktora i raz uratowaną po śmierci i zawieszoną w nieżyciu, sekundę przed śmiercią*** w skradzionej TARDIS, co wywołało w naszej redakcji sporą dyskusję, tutaj więc nie będę już tego wątku rozwijać.

Fot. BBC

Fot. BBC

Z kolei jeśli chodzi o pisanie kobiet… Clara Oswald, Amy Pond, Rory Wiliams, River Song, Missy, Kate Stewart, Jac, Bonnie, Ashildr itd. itd. – w tym zestawie jest jedna osoba wpisująca się do pewnego stopnia w model damsel in distress. Tak, dobrze zgadliście. To Rory. Serio, nie dość, że biedaczyna umiera prawie co drugi odcinek, to przyjrzyjcie się, jak często chłopak, a potem narzeczony i mąż Amy Pond wpada w tarapaty, z których ta wraz z Doktorem musi go ratować (i to niezależnie od serii, którą weźmiecie pod lupę). Reszta to Bardzo Silne i Uwodzicielskie Superkobiety™. Wzorzec wykazuje pewną wariantywność, ale trudno nie zgodzić się, że Moffat ma charakterystyczny sposób pisania towarzyszki. Jego ostatnia seria pokaże, jak bardzo jest do niego przywiązany. Póki co zapowiada się kolejna młoda dziewczyna, co mimo dodawanych zapewnień o poszukiwaniu kogoś innego niż do tej pory w niejednym fanowskim sercu budzi spore obawy.

Moffat lubi też mieszać z percepcją widzów, co wyraźnie zaznacza się już w Ciszy w bibliotece, gdzie wprowadza Vashtę Neradę – potwory, których nie widać, żyjące w cieniach. Ktoś tu zaczynał oswajać swój lęk przed ciemnością? Ups… Jest też motyw z percepcją w wirtualnej rzeczywistości, gdzie Donna przeżywa lata w przeciągu paru minut? godzin? i wyobraża sobie, że ma dzieci tak wyraźnie, że system tworzy wirtualną dwójkę maluchów, które „znikają, gdy nie patrzy” – co, jak zapewne sami bystrze zauważyliście, wykorzystuje motyw mrugnięcia jako tego momentu, kiedy nie widzimy/nie patrzymy, co się dzieje. Potem dostajemy rozwijające ten drobny wątek Płaczące Anioły, które poruszają się tylko wtedy, gdy nikt nie patrzy. I jakkolwiek zostały one później poprowadzone w dyskusyjny sposób****, to uważny pod tym właśnie kątem seans Aniołów na Manhattanie (The Angels Take Manhattan) czy sceny w matrycy na Gallifrey w Z piekła rodem (Hell Bent) pokazuje, że one nadal bardzo konsekwentnie od Mrugnięcia (Blink) łamią czwartą ścianę, nie poruszając się nie tylko, gdy patrzą na nie postaci, ale też gdy jedynymi patrzącymi są widzowie (oko kamery). Później Moffat daje nam Cisze, które z kolei mieszają w pamięci. O ile jednak tutaj łamanie czwartej ściany polega na efekcie „one są także w naszym świecie, tylko nie pamiętamy”, to jednak jest on niweczony przez prosty fakt, że jako widzowie serialu Doctor Who jesteśmy świadomi istnienia Cisz i pamiętamy o nich w odcinkach. Z pewnością to byłoby coś naprawdę creepy, gdybyśmy zapominali tak samo, jak zapominają postaci, ale technologia jeszcze tak daleko nie zaszła, więc musi nam wystarczać zabawa w udostępnianie i komentowanie „pustych” zdjęć.

Fot. BBC

Fot. BBC

Potwory mieszające z percepcją wpisują się przy okazji w większy powracający u Moffata motyw, który można określić mianem „nie rób”. Nie dotykaj, nie mrugaj, nie zapominaj, nie oddychaj, nie myśl. I licz cienie. W Pustym dziecku przez dotyk przenosi się zaraza, więc ten zakaz wydaje się sensowny, ale im dalej w moffatyzmy, tym bardziej niepoważne robi się to nagromadzenie przykazań pozwalających przeżyć. O ile bowiem omówione już Anioły i Cisze jeszcze też są jakoś tam sensowne, a mrugnięcie w trakcie którego znikają „dzieci” Donny zwyczajnie poraża, to już w Głębokim oddechu (Deep Breath) Moffat zakazuje postaciom oddychać, bo inaczej umrą, co jest zwyczajnie głupie, bo jak nie będą oddychać, to też umrą, tylko że kilka minut później.

A jeszcze w tej samej serii nasz ulubiony scenarzysta wprowadza potwora, w obecności którego lepiej nie myśleć, co już jest totalnie przesadzonym i nadmiernie udziwnionym pomysłem na utrudnienie życia postaciom (nawet jeśli osobiście Skok na czas (Time Heist) bardzo lubię), o ile bowiem ten zakaz oddychania sprzed kilku odcinków pozwala postaciom odrobinę pograć na zwłokę, to konieczność wejścia w kilka sekund na ścieżkę do nirwany to już wyższa szkoła absurdu. Wisienkę na tym zakaźnym torcie stanowią zaś senne kraby, w obecności których należy równocześnie nie patrzeć i nie myśleć. Strach (nomen omen) pomyśleć, co będzie następne. I trochę strach myśleć, jak bardzo będzie to wtórne, nawet jeśli cała seria 10. okaże się bardzo dobra.

We wstępie tego tekstu obiecałam pokazać wam wszystkie powracające motywy w pisarstwie Moffata, ale nie jestem w stanie obiecać, że to rzeczywiście wszystko. Starałam się jak mogłam powyłapywać jak najwięcej takich wątków, które zwracają uwagę przy uważniejszych seansach, ale to naprawdę żmudna praca, więc jeśli coś mi umknęło, dajcie znać w komentarzach. Z chęcią przypomnę sobie, co tam jeszcze ten jednak bardzo dobry główny scenarzysta w Doctorze Who naknocił i dlaczego kiedyś to były jednak lepsze dla serialu czasy, które oby powróciły wraz ze świeżą krwią nowego głównego scenarzysty.

Fot. BBC

Fot. BBC

* Tak, osobiście jestem od początku przekonana, że podobieństwo tych dwóch postaci jest absolutnie zamierzone i wynika z celowego wychowania River przez Cisze i madame Kovarian właśnie na wzór Tashy Lem.

** I jeszcze odnośnie poprzedniego ustępu wiele mówi tu fakt, że Moffat naprawdę na stałe zabił też tego randoma, Danny’ego.

*** Tak, to zdanie ma sens. Mówimy w końcu o serialu o podróżach w czasie.

**** Anioł Bob… Statua Wolności…

Doctor Who
science fiction
BBC, 2005–

Ginny N.

Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają jej współpracy. Pisze m.in. dla Gallifrey.pl, na blogu ziemniak i Dinozarły i współtworzonych z koleżanką (Ułomnych) recenzjach ziemniaka.