Jarvellous! (Agent Carter, PREMIERA: S02E01–04)

Jarvellous! (Agent Carter, PREMIERA: S02E01–04)

Artykuł zawiera spoilery.

Joanna: Smoke and Mirrors, czwarty odcinek drugiej serii Agentki Carter, wreszcie pozwala nam zajrzeć do przeszłości bohaterki. Przy okazji pisania o pierwszym sezonie wspominaliśmy, że Kapitan Ameryka: Pierwsze Starcie działał też trochę jako origin story dla Peggy – zwłaszcza śmierć Steve’a Rogersa (dość dosłowne „zalodówkowanie”, charakterystyczne dla gatunku) – ale już wtedy Peggy miała wszystkie cechy, które w przyszłości zawiodły ją w stronę dowództwa S.H.I.E.L.D.

Tym razem cofamy się trochę dalej – do dzieciństwa Peggy i jej dziecięcych zabaw, w których jako dzielny rycerz w zbroi walczy ze smokiem i ratuje księżniczki. Nie możemy przecież zapomnieć, kto tu jest bohaterem, mimo że jej mama wolałaby, żeby mała Peggy zachowywała się jak dama.

Skok o kilka lat do przodu pokazuje, że dorosła Peggy z jednej strony zaangażowana jest w wysiłek wojenny jako łamaczka kodów w Bletchley Circle (crossover poproszę!), ale z drugiej wydaje się pogodzona z życiem „damy” – właśnie się zaręczyła, planuje sielskie życie pani domu. Kiedy zostaje zaproszona na szkolenie szpiegowskie, szybko odmawia – chociaż jej brat Michael próbuje ją przekonać, że na siłę stara się być kimś, kim nie jest. Wątek kończy się dość przewidywalnie – śmierć brata wstrząsa nią na tyle, że wybiera ścieżkę, która zaprowadzi ją do Kapitana Ameryki i SSR, ale jest to dość solidna origin story, jednocześnie świetnie skontrastowana z villain origin, czyli historią Whitney Frost.

01_001 01_002

Tak jak pierwszy sezon przeciwstawiał sobie Dottie i Peggy, tak nemezis Carter w tym sezonie zostaje kolejna przeciwniczka, której imię przywołuje komiksową Madame Masque. Historia Whitney, czy też raczej Agnes, to lustrzane odbicie historii Peggy – próba wtłoczenia w pewien model kobiecego zachowania. W życiu Agnes jednak brakuje Michaela, brakuje kogoś, kto dobrze ją zna i przekonuje do wybrania własnej ścieżki. Agnes zamiast tego spotyka szereg mężczyzn widzących w niej ładną buzię i każących się uśmiechać. Swoją drogą, cieszy mnie niesamowicie nowy trend serialowego MCU, który wydaje się demonizować mężczyzn, pragnących żeby kobiety uśmiechały się dla ich wyłącznej satysfakcji.

Naszej bohaterce i jej nemezis nie tak znowu daleko do siebie w tej splecionej historii – i muszę przyznać, że kiedy Agnes/Whitney wreszcie zdecydowała się robić to, na co ma ochotę, zaczęłam jej kibicować, mimo że ten sukces nie zaprowadzi jej pewnie do niczego dobrego.

Artur: Retrospekcje z dawnego życia Peggy zupełnie mnie zaskoczyły. Chyba wyobrażałem sobie, że zawsze była taka, jaką ją widzimy od czasów pierwszego Kapitana Ameryki: zdecydowana, odważna, za nic mająca konwenanse. Tymczasem okazało się, że – chociaż od dzieciństwa przejawiała waleczność – zaliczyła też epizod bycia potulną, znającą swoje miejsce osobą, zmierzającą do pełnego ustatkowania.

Zestawione ze sobą historie Peggy i Whitney świetnie pokazują, że patriarchat jest w stanie stłamsić każdego. Dzieciństwo agentki Carter nie było pewnie tak toksyczne i nieszczęśliwe jak Agnes, ale lata wysłuchiwania kwestii „musisz zachowywać się jak dama” zrobiły swoje. Ciekawe, że w dorosłym życiu Peggy nie widzieliśmy żadnego momentu buntu – jakby zupełnie wyparła swoją heroiczną stronę, jakby odgrywana rola zupełnie jej odpowiadała. To pewnie kwestia ograniczeń czasowych, ale zastanawiam się, czy faktycznie czuła się spełniona, będąc szyfrołamaczką i przyszłą żoną. Całe szczęście, że do jej „lodówki” w porę wpadł kolejny mężczyzna – obserwowanie dziewczęcej, zakochanej w zupełnie zwyczajnym i nudnym chłopaku Peggy było niepokojące, jak wgląd do dziwnej alternatywnej rzeczywistości.

Ostatecznie Peggy znalazła jednak swoją niszę – miejsce, w którym musi się co prawda zmagać z seksizmem i paternalistycznymi postawami, ale na ogół może robić swoje. Whitney swoją niszę też sobie wywalczyła: maskując (get it?) prawdziwe uczucia i inteligencję mimo wszystko zdobywa wpływy i pozycję. A potem wszystkie plany wybuchają jej w twarz (GET IT???) – kariera aktorska zapewne legnie w gruzach, ale już widać, że innowymiarowa skaza na twarzy okaże się błogosławieństwem w przebraniu i wyzwoli Whitney od ciężaru konwenansów. Jestem ciekaw, co dalej – czy będzie starała się kontynuować już obraną drogę do celu, wspierając męża, czy może uzna go za ciężar i zacznie działać na własną rękę? Mam wrażenie, że póki co szykuje się raczej drugi wariant i to mnie bardzo ekscytuje – a już w ogóle, gdy pomyślę sobie, że w pewnym momencie Whitney może się skierować również przeciwko Stowarzyszeniu Starych Białych Mężczyzn Pociągających za Sznurki. Jeśli oprócz tego znajdzie się miejsce na więcej scen między Peggy i Whitney, będę wniebowzięty.

Postać nowej nemesis osładza mi fakt, że na bok odsunięto sporo z dawnej historii. Dottie Underwood powraca na początku, ale później znika, a twórców zdecydowanie bardziej interesuje na razie budowanie osobnej historii. Nie winię ich, bo z twórczego punktu widzenia to na dłuższą metę na pewno lepsza decyzja, ale trochę mi szkoda i liczę, że Dottie powróci w znaczniejszej roli – podobnie jak Angie, która najwyraźniej nie skorzystała z szansy, by potowarzyszyć Peggy, a przy okazji spróbować sił w Hollywood (np. na planie westernu kręconego przez Starka). W życiu powracających bohaterów też sporo się pozmieniało – jak oceniasz otwarcie nowego sezonu?

05_001 05_002

Joanna: Zdecydowanie odczuwam brak Angie – przyjaźnie Peggy z Rose i Aną to nie to samo, brakuje w nich ładunku emocjonalnego. Fakt, że jak dotąd w ogóle o Angie nie wspomniano – nawet żeby powiedzieć, że dostała rolę w sztuce na Broadwayu i dlatego nie wybrała się do LA – to jak dla mnie jedna z największych emocjonalnych porażek sezonu.

Trochę niechlujne jest też szycie grubymi nićmi wątku Peggy i Sousy – pierwszosezonowe will they won’t they musiało zostać odsunięte na drugi plan w celu wprowadzenia doktora Wilkesa, ale nie do końca rozumiem huśtawkę nastrojów Daniela. Z drugiej strony, nie rozumie jej też Peggy, a może nawet i Daniel. Doceniam jednak fakt, że wprowadzenie Violet nie prowadzi do rywalizacji między kobietami, ale to już dobrze wypracowany modus operandi Agentki Carter.

Jeśli chodzi o starych znajomych, Jack Thompson pozostaje jedną z najbardziej skomplikowanych postaci, choć z drugiej strony nadal tak łatwo go nienawidzić. Wątek Thompsona w drugim sezonie wydawał mi się z początku trochę cofnięciem rozwoju postaci, ale jego postępowanie ma głęboki sens w obliczu zachowawczości tego bohatera. Jednocześnie jednak widzimy, że tak naprawdę nauczył się doceniać Peggy, nawet wbrew sobie.

Powraca też oczywiście Howard, obecnie zajmujący się produkcją filmową. Zaangażowanie Starka jest bardziej peryferyjne niż w pierwszym sezonie – nie jest w centrum spisku, a zamiast tego pomaga kiedy potrzeba, zwłaszcza jeśli potrzeba kogoś, kto zrobi zamieszanie w męskim klubie. LA zdecydowanie pasuje do Howarda – choć chciałabym zobaczyć trochę więcej blichtru i glamour starego Hollywood. Mając Howarda i Whitney w obsadzie, trudno mi uwierzyć, że serial nie poszedł głębiej w meta, poza kilkoma żartami na temat ekranizacji komiksów.

02_001 02_002
02_003 02_004

Pierwszy sezon interesująco posłużył się słuchowiskiem radiowym o Kapitanie Ameryce do podkreślenia historii Peggy; żal, że machina srebrnego ekranu jest jak na razie trochę zmarnowana.

Największym sukcesem sezonu jest dla mnie to, że twórcy posłuchali fanów w kwestii reprezentacji. Biorąc pod uwagę, że Hayley Atwell była zapaloną orędowniczką akcji trudno im się dziwić, chociaż pytanie pozostaje: czy Agentka Carter jest wystarczająco zdywersyfikowana?

Artur: Wydaje mi się, że zawsze jest w tej kwestii coś jeszcze, co można zrobić, by reprezentacja była bogatsza. Rzeczywiście dobrze się stało, że twórcy zareagowali na krytykę tego aspektu serialu – doktor Wilkes to bardzo ciekawie napisana postać, daleka, mam wrażenie, od stereotypu, a jednocześnie godny partner dla Peggy (w więcej niż jednym tego słowa znaczeniu, sądząc po ich dotychczasowych scenach). Ma za sobą wojskową przeszłość, więc potrafi za nią nadążyć, a jednocześnie jest przede wszystkim fizykiem, więc nie wchodzi w jej kompetencje, co groziłoby zepchnięciem agentki Carter na dalszy plan w jej własnym serialu (chociaż nie podejrzewałbym twórców o tak bezmyślne powielanie schematów – serial jest w dobrych rękach).

Podoba mi się też ich relacja, pełna szacunku, autentycznego podziwu i fascynacji, a także wzajemnego zrozumienia dla trudności, z jakimi oboje muszą się borykać. Każde z nich społeczeństwo próbuje zepchnąć na margines i mam wrażenie, że to tworzy między nimi więź, która nie mogłaby się zawiązać np. między Peggy i Sousą. Co powiedziawszy muszę dodać, że huśtawka Daniela jest dla mnie zupełnie zrozumiała – coś między nim a Peggy rosło w Nowym Jorku, nie wyszło (jakoś nieoczekiwanie mnie chwyciło za serce to powtórzone „Może innym razem”) i ewidentnie brakuje mu jakiegoś closure, ale jednocześnie – co bardzo doceniam – jest zdeterminowany, żeby to nie mieszało zbytnio w ich stosunkach, widać, że ceni teraz Peggy jako sprzymierzeńca i że sam chce się okazać pomocny. Ciekawie to wyewoluowało.

Podobnie ciekawie wyewoluował Thompson. Nadal chce się go czasem walnąć w te jego doskonałe zęby, jak za kilkadziesiąt lat powie syn Starka, ale nie stał się przerysowany ani jednowymiarowy i jeszcze może odegrać ciekawą rolę – spodziewam się, że w najbliższych odcinkach będziemy obserwować bolesny proces, w trakcie którego wyrośnie mu kręgosłup (moralny).

03_001 03_002

Z supporting cast trzeba wymienić jeszcze Jarvisa, który jest niezmiennie doskonały, a w dodatku teraz umie walczyć. Co za szkoda, że ten mężczyzna jest już żonaty… Ale za to z jaką kobietą!

Joanna: Wydaje mi się, że Jarvis w drugim sezonie trochę mocniej został osadzony jako comic relief niż było to widoczne w pierwszym. Nie narzekam – D’Arcy ma fenomenalne wyczucie komedii – ale jest to dość ciekawa ewolucja w jego partnerstwie z Peggy.

Ana jest przeurocza – zdecydowanie kobieta, dla której warto robić suflety – ale jak zawsze najbardziej cieszą mnie sceny bohaterek z Peggy, gdzie zamiast rywalizacji i wrogości mamy natychmiastowe poczucie więzi. W tym sezonie zdarza się to zarówno z Aną, jak i z Violet. Nawet w przypadku przeciwniczek pojawia się wzajemna fascynacja bardziej niż czysta rywalizacja – nikt mi nie powie, że Dottie nie jest, przynajmniej do pewnego stopnia, zakochana w Peggy.

Takie dość szybkie, prawie piorunujące, nawiązanie więzi pojawia się też pomiędzy Peggy a Wilkesem, wpisując się znakomicie w nowy setting. Jestem zachwycona ich relacją – flirciarski banter ma chemię godną gwiazd złotej ery Hollywood. Wilkes jest od pierwszych momentów zafascynowany Peggy (nic dziwnego), ale też otwarcie i bezpretensjonalnie to okazuje, co nadal jest pewnym powiewem świeżości w schematach telewizyjnych romansów. Trochę martwiło mnie jego szybkie „zalodówkowanie” – na szczęście długo w zamrażarce nie posiedział.

04_001 04_002

Podobieństwo doświadczeń pomiędzy Peggy i Wilkesem jest interesujące i zręcznie poprowadzone, zwłaszcza że nie staje się licytacją na temat tego, kto ma gorzej. Dobrze, że serial wreszcie zajmuje się kwestiami rasowymi, choć widać, że scenarzyści czują się na tym gruncie mniej pewnie niż pisząc o doświadczeniu kobiet. Zdecydowanie brakuje jeszcze intersekcjonalności – jest jeszcze czas w tym sezonie na pojawienie się nowych postaci, więc może?

Artur: Nie można tego wykluczyć – skoro twórcy już poczynili kroki w stronę zwiększenia reprezentacji. A pokazanie, w jaki sposób problematyka płci i rasy może się na siebie nakładać, zdecydowanie mieści się w zakresie problemów, wśród których lubi poruszać się Agentka Carter.

Zastanawiam się, czego jeszcze mógłbym sobie życzyć od nadchodzących odcinków (i, miejmy nadzieję, sezonów). I prawdę powiedziawszy: nie wiem. Agentka Carter to w tej chwili moje główne serialowe comfort food. Każdego tygodnia siadam do oglądania i wiem, że przez następne czterdzieści kilka minut będę się czuł dobrze. Że spędzę czas z ludźmi, których lubię oglądać na ekranie (nawet cholernego Jacka Thompsona!), że będzie zabawnie, dziwnie, dramatycznie. Życzyłbym sobie, żeby prędzej czy później powróciły w znaczących rolach Dottie i Angie, bo to zbyt dobre postacie, żeby tak po prostu odsunąć je na bok. Ale poza tym?

You do you, Agent Carter. You do you.

Fot. ABC

Fot. ABC

Agent Carter
superhero/thriller/action/comedy/period drama
ABC, 2015–

Joanna Kucharska
Człowiek-katarynka, z opinią na każdy temat. Urodzona w Krakowie, żyje przed ekranem. Uzależniona od kawy, musicali i złych żartów słownych. Czasami pisze, częściej przeklina migający kursor. Porzuciła hatewatchowanie na rzecz hope-watchingu, bo zdrowiej dla psychiki.

Artur Nowrot
U­ro­dzony na Gór­nym Śląs­ku, obecnie miesz­ka w Kra­ko­wie i marzy o czystym powietrzu. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się, gdzie tylko może (zazwyczaj donosi o nowych tekstach na blogu Wysznupane). Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)