Czymże jest tytuł (Crazy Ex-Girlfriend, S01E01–10)

Czymże jest tytuł (Crazy Ex-Girlfriend, S01E01–10)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Postawmy sprawę jasno – nikt nie był zachwycony tytułem. Większość recenzji i tekstów o serialu zauważa, jak jest on niefortunny. Ale trudno wyobrazić sobie inny dla serii, która konsekwentnie i zgrabnie rozkłada na czynniki pierwsze klisze fabularne komedii romantycznych i innych opowieści o związkach.

Rebecca Bunch, grana ze swadą i werwą przez znaną z brawurowych piosenek na YouTube Rachel Bloom, nie jest ani dobrą, ani miłą osobą. Wręcz przeciwnie – spora część zabawy w najlepszym duchu sitcomu wychodzi od tego, jak okropna potrafi być Rebecca. Zwykle jest to najbardziej znienawidzony przeze mnie element komedii telewizyjnej – okropni ludzie robiący sobie nawzajem okropne rzeczy – ale narracja Crazy Ex-Girlfriend nie usprawiedliwia wyczynów Rebeki ani nie udaje, że są one zdrowe i normalne.  

Rebecca przenosi się z Nowego Jorku do prowincjonalnej Kalifornii, porzuca świetnie płatną pracę na rzecz kiepskiej kancelarii, a wszystko to dlatego, że przypadkowo spotyka na ulicy dawnego ukochanego z obozu, Josha. I może owszem, Rebecca jest ucieleśnieniem koncepcji niezrównoważonej Ex, ale na jej zachowanie można spojrzeć z całkiem innej strony – dziewczyna jest głęboko, boleśnie rozczarowana swoim życiem. Kiedy Rebecca próbuje się tłumaczyć – „Fakt, iż Josh mieszka w jej nowo wybranym miasteczku to tylko przypadek!” – z jednej strony jest to wymówka, z drugiej jednak czysta prawda. Josh staje się dla niej bardziej wyidealizowanym konceptem niż osobą. Staje się nieuchwytną wizją szczęścia.

Rebecca walczy z depresją, prawdopodobnie z nerwicą, przeszła terapię i zażywa leki. Ma za sobą przynajmniej jedną próbę samobójczą. W pierwszym odcinku triumfalnie spuszcza tabletki do kanału – aby kilka odcinków później zmierzyć się z konsekwencjami. Postaci z różnymi emocjonalnymi dolegliwościami to chleb powszedni sitcomów, ale zamiast nabijać się z nich, Crazy Ex-Girlfriend prezentuje nam szczery (choć nadal zabawny) obraz osoby na krawędzi. Bliżej tej komedii do materii stand-upu, gdzie z jednej strony owszem, śmiejemy się z żartów komika, ale jesteśmy też zmuszeni do przyjrzenia się bliżej problemom społecznym.

CEG przygląda się temu, jak traktujemy depresję i nerwicę w naszej kulturze i popkulturze, rozkładając na czynniki pierwsze glamoryzację problemów emocjonalnych w znakomitej piosence Sexy French Depression.

Rozbierane na czynniki pierwsze są też klisze dotyczące roli kobiety wpajane nam zwykle przez media – w A Sexy Getting Ready Song Rebecca opisuje swoje przygotowania do randki, stopniowo odsłaniając coraz to bardziej niekomfortowe strony takich zabiegów (może i zaczyna się od seksownego nakładania szminki, ale kończy się na smutnych aspektach depilacji czterech liter), zmuszając widza do zastanowienia się nad estetyzacją procesu, jakiej zwykle jesteśmy świadkami.

Demaskowanie stereotypów w CEG – dotyczących konstrukcji komedii romantycznych, klisz narracyjnych czy postrzegania depresji i innych chorób – dokonuje się często poprzez piosenki. Jako wielka fanka musicali muszę przyznać, że od początku była to dla mnie wielka zaleta serialu, zwłaszcza, że hitem okazały się piosenki, dzięki którym Bloom zrobiła karierę na YouTubie – chwytliwe i niepokorne zarazem. Cieszy mnie fakt, że umieszczone są nie tylko po to, żeby ładnie brzmiały, ale także by, jak na musical przystało, jednocześnie popychać akcję do przodu i dawać nam wgląd w psychikę bohaterów.

Zwłaszcza w zwichrowaną, problematyczną psychikę Rebeki. Przez kilka pierwszych odcinków Rebecca była katalizatorem musicalu – piosenki albo wykonywała sama, albo były śpiewane w jej obecności, sugerując, że mogą być przejawem jej halucynacji. Ta teoria została naruszona, kiedy pod nieobecność Rebeki Greg zasiadł do pianina sam z siebie. Jak to w musicalach jednak bywa, piosenki rozgrywają się w innej rzeczywistości niż reszta akcji, odsłaniając kulisy psyche.

Jedną z najbardziej chwytliwych i znaczących piosenek jest oczywiście ta tytułowa – nadaje ton całej serii, z jednej strony wyjaśniając, z drugiej nieco broniąc tytułu. I jakkolwiek niefortunne nazwy to nie pierwszyzna dla komedii telewizyjnych – wystarczy popatrzeć choćby na Cougar Town – to, co zwiemy Crazy Ex-Girlfriend pod inną nazwą inaczej by nam jednak pachniało. It’s a sexist term, zwraca uwagę Rebecca, kiedy chór powtarza za nią tytuł jak refren.

Seksizm, zwłaszcza ten głęboko zakorzeniony w kulturze popularnej, często staje się obiektem ostrych drwin serialu, ale jest też jednocześnie zgrabnie dekonstruowany. W jednym z ostatnich odcinków Rebecca – uganiająca się przecież w dosyć mocno stalkerski sposób za Joshem – jedzie za nim na obóz dla młodzieży, oficjalnie po to, żeby wygłosić pogadankę dla młodych dziewczyn. Rebecca ma uczyć je o szklanym suficie, feminizmie i o tym, że nie należy skupiać się na mężczyznach. Kiedy jednak w środku prezentacji wybucha płaczem z powodu Josha, jej słuchaczki „emancypują” ją za pomocą podstawowy środka rodem z rom-comów – makeover. Towarzysząca scenie piosenka – Put yourself first – uczy, że kobiety powinny robić rzeczy przede wszystkim dla siebie, bo tak właśnie zwrócą na siebie uwagę mężczyzny. Teledyskowi towarzyszy kamerzysta z podejrzanym wąsem i koszulką ogłaszającą go „męskim spojrzeniem” – trudno o dobitniejsze podkreślenie tematu.

Obok drwin, kpin i gorzkich lekcji, Crazy Ex-Girlfriend jest zaskakująco ciepła i sympatyczna. Spora w tym zasługa obsady (która w najbardziej nawet niesympatycznych dla postaci scenach potrafi pozwolić nam się z nimi utożsamiać), ale scenarzyści też zasłużyli na spore pochwały. Najbardziej pozytywnie zaskoczył mnie chyba odcinek z okazji Święta Dziękczynienia, gdzie wywodząca się z Filipin rodzina Josha wysuwa się na pierwszy plan w niesamowicie wierny sobie sposób. Fakt, że zespół scenarzystów jest dość zdywersyfikowany zdecydowanie wychodzi serii na dobre.

Na koniec warto wspomnieć o tym, co różni Crazy Ex-Gf od sporej liczby innych telewizyjnych komedii (bardziej niż godzinny format i pełne musicalowe sceny) – konsekwentny i dobrze prowadzony rozwój postaci. Kolejne wpadki Rebeki prowadzą ją ku emocjonalnej dojrzałości. Powoli i z mocnymi potknięciami, ale widzimy jak nasza bohaterka uczy się akceptować siebie, a także jak wyciąga konsekwencje z błędów. Postaci drugoplanowe, trochę z początku przytłumione przez huragan Rebecca, rozwijają skrzydła wraz z rozwojem akcji, czasami w dość zaskakujący sposób, biorąc pod uwagę rom-comowy rodowód serii, ale w końcu ten serial opiera się na przełamywaniu schematów.

Mimo wysokiego uznania krytyków i laurów dla Rachel Bloom (wliczając w to Złotego Globa), serial balansuje na granicy oglądalności – być może ze względu na już wspomniany niefortunny tytuł. A szkoda, bo nie tylko potrzebujemy więcej Crazy Ex, ale też seriali, które jednocześnie celebrują i dekonstruują swoje gatunki. I jeśli można prosić, z orkiestrą i musicalowym soundtrackiem.

Crazy Ex-Girlfriend
comedy
CW, 2015–

Joanna Kucharska

Człowiek-katarynka, z opinią na każdy temat. Urodzona w Krakowie, żyje przed ekranem. Uzależniona od kawy, musicali i złych żartów słownych. Czasami pisze, częściej przeklina migający kursor. Porzuciła hatewatchowanie na rzecz hope-watchingu, bo zdrowiej dla psychiki.