Fot. Wydawnictwo Studio JG

Pismem obrazkowym (Adventure Time)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Ostatnio w moje ręce wpadły graficzne nowele z serii Pora na przygodę, podejmujące tematy znane z błyskotliwej i niezwykłej kreskówki, która wkroczyła już w swój siódmy sezon, trzyma się mocno, a nawet powiedziałabym, że mocniej niż kiedykolwiek.

Wizualny styl Adventure Time jest specyficzny. Wśród moich znajomych mam kilka osób, które próbowałam namówić do oglądania, a które odpadły już przy pierwszym odcinku, ponieważ zupełnie nie przemawiała do nich kreska, jaką rysowane są historie. Te osoby nie przebiły się dalej, nie próbowały śledzić fabuły odcinka. Kilka razy usłyszałam, że animacja jest brzydka. Brzydka? Cóż, chyba nie potrafię się zdystansować na tyle, żeby zrozumieć powyższą opinię. Jestem już zbyt głęboko zanurzona w specyfikę AT, postacie wydają mi się na przemian słodkie, makabryczne i niepokojące. Powiedziałabym nawet, że ikoniczne. Mam bluzę z motywami z AT i kilka innych gadżetów, które uwielbiam. Ta estetyka całkiem mi więc odpowiada. Ale rozumiem, a przynajmniej staram się rozumieć, że to nie jest klimat dla każdego.

Jak w tym kontekście wypada komiks? Przede wszystkim jest łagodniejszy. Nie ma tu momentów, w których po plecach mimowolnie przebiega dreszcz przerażenia, bo na ekranie pojawiło się coś naprawdę, naprawdę dziwacznego i niezdrowego. Nieruchomy, papierowy obraz znosi więcej niż ten na monitorze. Specyficzna kreska jest tylko stylem rysowania, więc komiksy są mniej wyraziste, trochę bardziej – pun intended – płaskie.

Fot. Wydawnictwo Studio JG

Fot. Wydawnictwo Studio JG

Ale mają wiele innych zalet. W książce Słodkie Opowiastki, tom I otrzymujemy nową wersję tego, z czego AT słynie od samego początku emisji: eksperymenty formalne. W krótkich a nawet superkrótkich nowelkach popisują się przeróżni twórcy, rysujący w wielu technikach i na wiele sposobów, z większym lub mniejszym polotem interpretujący bazową opowieść. Ten tom cechuje spora różnorodność, opowiastki bardzo różnią się klimatem i poziomem. Niektóre są strasznie zabawne i mają odpowiednią strukturę i „morał”, operują zaskoczeniem, pobudzają do śmiechu. Inne są jakby pozbawione treści, dynamiki, są „o niczym”. Trudno je streścić czy choćby o nich rozmawiać. A przecież też przykuwają uwagę, bo zaczynam się zastanawiać „po co ktoś to w ogóle narysował” i „co autor miał na myśli”. Cóż, może to ja jestem płytka, a te historie zbyt wyszukane jak na mój gust? Tak czy inaczej nie mam wrażenia, mimo szaleństw wizualnych, że obcuję z Adventure Time, z tym samym uniwersum. A raczej to wrażenie pojawia się i znika zależnie od historyjki. Tom jest bardzo nierówny, po prostu. Na plus wyróżniają się historyjki nieco dłuższe, na przykład o zagadce tajemniczego cydru czy sprzątaniu domu wampirzycy Marceliny. Mają w sobie trochę więcej „powietrza”, tej bezpretensjonalnej, swobodnej zabawy, dziecięcego okrucieństwa, słodyczy, śmiałości i kuriozalnych, grubych żartów.

Znacznie lepiej jest w tomikach, które wciągają nas w bardziej rozbudowane, pojedyncze historie, takich jak Igrając z ogniem i Królewny pikseli. Są one na tyle bogate, że jako żywo przypominają odcinki serialu animowanego i można je przeczytać w mniej więcej tym samym czasie. Łatwo jest się wciągnąć w zakręcone fabuły, a ekspresja na twarzach bohaterów, ich charakterystyczne powiedzonka, dynamiczne i niespodziewane zwroty akcji dopełniają iluzji. Plusem jest też fakt, że centralnymi bohaterami tych opowieści nie zawsze są Finn i Jake, ale są to często postacie poboczne. Dzięki temu nie mam wrażenia nadużycia, raczej cieszy mnie ekspandujące uniwersum. Czy komiks obroniłby się bez obecności serialowego pierwowzoru? Szczerze wątpię. Historyjki nie są tak mocne, ani scenariuszowo, ani wizualnie, żeby można było uwierzyć, że Adventure Time cieszyłoby się taką samą popularnością i kultowym statusem, gdyby było WYŁĄCZNIE i od samego początku komiksem. Komiksy są dodatkiem, echem, miłym uzupełnieniem, wariacją na temat. Ale żeby działać, potrzebują mocnej podstawy i wzorca, jakim jest wymyślona przez Pendeltona Warda odjechana, superbohaterska narracja.

Fot. Wydawnictwo Studio JG

Fot. Wydawnictwo Studio JG

Na koniec muszę jeszcze napisać, że (szczególnie na początku) okropnie wytrącał mnie z rytmu… język polski i polskie tłumaczenia, w tym nazw własnych. Nie żeby tłumaczenie było słabe, bo jest całkiem w porządku, ale serial animowany oglądam w wersji anglojęzycznej i mam swoje osobiste polskie wersje najważniejszych imion. Princess Bubblegum jest dla mnie Balonówką (a nie Balonową), Lumpy Space Princess „Lumpiarą” (a nie Królewną Grudkowego Kosmosu), i tak dalej. Dlatego samo przestawienie się na nowy (dla mnie) styl nazywania było nie lada wyzwaniem. Ale udało się i koniec końców bardzo polecam opowieść o słodziasznych księżniczkach (któż ich nie lubi!) uwięzionych we wnętrzu jednej z gier (ukazującego tutaj nieco mniej słodziaszną twarz) BMO, czyli tom Królewny pikseli, i zawartą w Igrając z ogniem opowieść o burzliwej relacji Finna z Królewną Ognia. Jeśli cierpicie na niedobór AT (ja cierpię nieustannie!) to te historyjki pozwolą nieco zaspokoić głód. Ale pamiętajcie, to przekąska, nie danie główne.

Podsumowując, świat Adventure Time jest kreatywny, szalony i multimedialny, więc zmiana konwencji, przeskok z ekranu na papier raczej nie przeszkadza w konsumowaniu przygód Finna, Jake’a i innych mieszkańców Candy Kingdom czy całego Ooo. Dobrze wiedzieć, że można poczytać polskojęzyczne komiksy. Są one przyjemną rozrywką i pozwalają na odskocznię od szarej rzeczywistości. Czyż nie o to, koniec końców, chodzi w Porze na przygodę?

Fot. Wydawnictwo Studio JG

Fot. Wydawnictwo Studio JG

Adventure Time
Wydawnictwo Studio JG 2015

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.