Wzloty i upadki (Agent Carter, FINAŁ: S02E05–10)

Wzloty i upadki (Agent Carter, FINAŁ: S02E05–10)

Artykuł zawiera spoilery.

Artur: Najboleśniej spada się z wysoka i Agentka Carter, którą po pierwszym sezonie chwaliliśmy za niezwykle trafne obserwacje i komentarze na temat życia kobiety w patriarchalnym społeczeństwie, w drugim zaliczyła poważny upadek.

Zapowiedzą upadku wydaje się teraz, z perspektywy czasu, sama decyzja, żeby główną złą uczynić kobietę duszącą się w roli, jaką wyznaczyli jej mężczyźni – bo przecież tak samo można opisać Peggy Carter! Jakby tego było mało, serial dokłada jeszcze paralele w omawianym przez nas już wcześniej odcinku przedstawiającym origin story obu bohaterek. Nietrudno w tej sytuacji zacząć kibicować Whitney Frost i po odcinku, w którym wybiła połowę Rady Bogatych Białych Starców, tak właśnie oboje zrobiliśmy. Jak zauważył mój ulubiony marksistowski bloger, Jack Graham, w swoim tekście o Iron Manie, „źli bohaterowie w opowieściach często mają obiektywnie lepszą pozycję moralną (…), często są jedynymi, którzy próbują zmienić świat”. Z Whitney jest tak samo – społeczeństwo ją skrzywdziło i chce stworzyć inne, lepsze, w którym będzie mogła żyć bez maski i stać na równi z mężczyznami.

Jednak popkultura wspiera na ogół status quo, więc w momencie, gdy do głosu dochodzi komiksowa, pulpowa narracja, z jasnym podziałem na dobrych i złych, wiadomo, że do żadnej rewolucji nie dojdzie – Whitney musi oszaleć z powodu mocy, którą nie powinna dysponować, a przy okazji zdradzić ideały, które głosiła wcześniej. Znamy to dobrze: „feministki tylko mówią, że chcą równouprawnienia, a tak naprawdę chcą rządzić mężczyznami!”.

Peggy, którą mamy uznawać za wzór, zna swoje miejsce w szeregu i ramię w ramię z kolegami-mężczyznami broni kyriarchalnego porządku. W końcu wystarczy robić swoje, a prędzej czy później się na tobie poznają – tym razem przełożeni pozwalają jej już działać całkiem jawnie! Do czasu oczywiście.

Wylewam z siebie więcej goryczy, niż planowałem – chyba dlatego, że w pierwszym sezonie Agentka Carter naprawdę nieźle sobie radziła z problematyką ucisku kobiet i skomplikowanego lawirowania w świecie stworzonym przez i dla mężczyzn. Ale w konfrontacji z Whitney Frost wszystkie maski opadły.

A co najgorsze – druga połowa sezonu po prostu nie jest zbyt dobra.

Czy Ty też jesteś tak rozczarowana?

Joanna: Może przed bolesnym rozczarowaniem uchroniło mnie to, że troszkę mniej rozpływałam się nad pierwszą połową sezonu? Kilka szpilek wbijałam już kiedy ostatnio rozmawialiśmy, więc może lżej mi teraz z drugą połową.

Ale w zasadzie dobrze zacząć od tego, co nie wypaliło. Zakończenie Whitney jest wyjątkowo gorzkie do przełknięcia, bo wpisuje się w historię instytucjonalizacji niebezpiecznych dla status quo kobiet, a także w motyw szaleństwa-przez-traumę i szaleństwa-przez-siłę jednocześnie. Ale zastanawiałam się nad możliwym zakończeniem dla Whitney już od kilku odcinków – villains mają trzy ścieżki: rehabilitację, śmierć i instytucjonalizację. Nie wiem, czy w wątku Whitney wybrano najgorszy z możliwych?

Problem z Agent Carter jest taki, że na razie jest jedną z naprawdę nielicznych superbohaterek (może nie ma supermocy, ale zdecydowanie wpisuje się w gatunek). Whitney Frost jest jedną z nielicznych kobiecych villains – nie popleczników czy femmes fatales wpisanych jako wróg drugiego rzędu, żeby drużynowa Smerfetka miała z kim walczyć – w związku z tym znacznie trudniej jest jej sprostać wszystkim wymaganiom. Jedyny sposób to pisać więcej postaci kobiecych – co Agent Carter powoli bo powoli i nie zawsze bez zgrzytów, ale jednak konsekwentnie robi.

Może ze względu na ogromny sentyment do serialu za łatwo wybaczam? (Trudniej mi wybaczyć robienie wroga numer jeden z Hedy Lamarr, ale to już wpisano w Whitney od pierwszych odcinków.)

whitney

Artur: Zastanawiam się, czy śmierć nie oddałaby tej postaci sprawiedliwości w większym stopniu. Dałoby się to poprowadzić w taki sposób, by Whitney zachowała kontrolę nad własnym losem – mogłaby wybrać magiczną czarną dziurę ponad dalsze spełnianie zachcianek świata, który odebrał jej wolność.

Słusznie jednak zauważasz, że Agentka Carter znajduje się między młotem i kowadłem – cały problem wziął się przecież ze szlachetnego w gruncie rzeczy impulsu dodania kolejnej ciekawej kobiecej bohaterki. To, że padła ona później ofiarą popkulturalnych schematów, to inna sprawa. Whitney na samym początku była naprawdę ciekawą postacią i tak będę ją wspominał.

Przechodząc do innych bohaterek, powinniśmy porozmawiać o jeszcze jednej nie do końca sprawiedliwie potraktowanej przez fabułę: Anie, która na początku skradła sporej części widzów serca – czemu nie należy się dziwić, bo tworzenie postaci wywołujących natychmiastową sympatię wychodzi twórcom serialu bardzo dobrze – po czym zostaje postrzelona i sprowadzona do przedmiotu angstu Jarvisa, kiedy okazuje się, że nie będzie mogła mieć dzieci (adopcja nie istniała w latach 40.). Nie dość, że zataja on przed nią tę informację, to w dodatku jej reakcja na tę wiadomość w ogóle nie zostaje pokazana.

Można by wysunąć tezę, że twórcy – pozwalając bólowi i rozpaczy, jakie zapewne ta wiadomość przyniosła Anie, wyjść na jaw poza ekranem – unikają pornografizacji traumy (tak Philip Sandifer bronił sposobu prowadzenia wątku ciąży i utraty córki przez Amy Pond w 6. Sezonie Doctora Who), ale chyba nie działa ona właśnie dlatego, że całkiem sporo dowiadujemy się na temat związanych z powikłaniami przeżyć Jarvisa. Co o tym myślisz?

ana_jarvis

Joanna: Ale w ten sposób za to wchodzimy w jeden z najbardziej znienawidzonych przeze mnie tropów: fetyszyzacja manpainu i męskiego bólu po stracie. Znamy tę historię: biały mężczyzna traci żonę/ukochaną/dziecko/siostrę i zaczyna swoją wędrówkę (super)bohaterską, zwykle po uronieniu jednej łzy (znakomity showcase tej kliszy można znaleźc w fanvidzie The Price). To praktycznie podstawa narracji superbohaterskich, tak bardzo, że czasami aż staje się parodią samej siebie.

Agent Carter trzymała się do tej pory z daleka od tego tropu, świadomie go nawet odwracając – dosłowne zalodówkowanie Steve’a, pewne zalodówkowanie Jasona, ciężar odpowiedzialności cały czas na ramionach Peggy. Peggy w ogóle przejmuje dużo schematów zwykle zarezerwowanych dla męskich bohaterów, nie tylko tych w pelerynach – w SSR pełni trochę rolę Cowboy Cop. Jak wspominałam już parę razy, wyświechtane schematy nabierają nowego życia kiedy zmienimy płeć, rasę czy orientację bohaterów, więc do tej pory serial nieźle na tym wychodził. Ale teraz dostaliśmy wątek Jarvisa, który rozpacza z powodu żony i utraty nadziei na dziecko, co prowadzi go do niecharakterstycznego wybuchu przemocy i licytowania się z Peggy na temat tego, kto stracił więcej.

Mam tyle problemów z tym wątkiem, że nie wiem gdzie zacząć – chyba to najbardziej zirytowało mnie w całym sezonie. Po pierwsze, przedłożenie cierpienia i traumy Jarvisa nad traumę Any. Po drugie, w ogóle cała sprawa z postrzeleniem Any po to, żeby uświadomić Jarvisowi, że przygody z Peggy są niebezpieczne. Dołożene do wątku bezpłodności – owszem, rzadko widzimy narrację, w której to mężczyzna rozpacza nad utratą możliwości posiadania dzieci, ale znowu jest to uwikłane w traumę Any roztrząsanie cierpienia Jarvisa.

I wreszcie moment, kiedy Jarvis strzela do Whitney – absolutnie planując ją zabić, bo nie ma pojęcia, że to się nie uda. Moment gniewnej przemocy w żalu jest bardzo mocno zaznaczony w tropie manpainu, ale po pierwsze, wybitnie nie pasuje do Jarvisa jakiego znaliśmy do tej pory, a po drugie przechodzi całkowicie bez konsekwencji. Jarvis był gotów zamordować kogoś i nie ma żadnego efektu, żadnych reperkusji? Ej.

Artur: Scena konfrontacji Jarvisa z Peggy bardzo mi się podobała – wreszcie twórcy zagrali mocno, zrobili coś nieoczywistego i interesującego, a Hayley Atwell mogła zagrać coś nowego. Przynajmniej tyle wyszło z tego wątku (chociaż masz rację, że Jarvis zachowywał się wybitnie out of character).

Zastanawiam się, co jeszcze mi się podobało w drugiej połowie sezonu – do krytyki pewnie wrócimy, bo nie wspomnieliśmy jeszcze w ogóle o doktorze Wilkesie i wątku miłosnym. Pojawienie się Angie w scenie musicalowej (którą skądinąd wstawiono zupełnie bez powodu, no może tylko po to, żeby w telegraficznym skrócie pokazać, że Peggy myśli o Danielu) właściwie przywołało tylko piękne wspomnienia z sezonu pierwszego i tym dobitniej pokazało, że to już nie to samo.

O, podobał mi się Joseph Manfredi. Na początku (w scenie, w której pobił jednego ze swoich ludzi za gapienie się na Whitney) myślałem, że posłuży za krytykę syndromu rycerza na białym koniu, maczyzmu, toksycznej męskości. Może w lepszym serialu tak by było (halo, Jessica Jones? Mam dla ciebie sprawę) – Agentka Carter zrobiła natomiast coś nieoczekiwanego i intrygującego, bo Manfredi stał się w pewnym momencie wiernym sojusznikiem Whitney, jedynym, który dostrzega piękno w kobiecie obdarzonej władzą. To było ciekawe i powiem szczerze: żałowałem, że ten wątek skończył się tak gorzko.

09_001

Joanna: Manfredi jako kontrast dla męża Whitney i dla wszystkich mężczyzn spotkanych w jej życiu sprawdził się świetnie, też żałuję zakończenia tego wątku. To w ogóle dość charakterystyczny rys w tym serialu – wczesna krytyka syndromu rycerza, współpraca na partnerskich warunkach, etc. – widać to też w wątku Peggy i Daniela.

Daniel Sousa w tym sezonie to dla mnie wybitny plus, mówiąc szczerze. Na bardzo płytkim poziomie: nie wiem, co robią z włosami Envera, ale należą się gratulacje. Częściowo dlatego nie kupowałam Peggy/Wilkesa – nie daje się bohaterowi takich włosów żeby potem nie zrobić go głównym love interest. Ale pomijając już moje zadurzenie, pomimo kilku potknięć w kwestii Violet, wątek shipperski jednak do mnie przemówił, zwłaszcza w kwestii niezdolności żadnego z nich do nie-emocjonalnego poświęcenia drugiej osoby.

Może bardziej bym kupiła will-they-won’t-they gdyby alternatywą była Angie albo Dottie, ale Peggy i Wilkes w miarę postępowania sezonu wybitnie tracili chemię. Zastanawiam się na ile postać Wilkesa ucierpiała na decyzji poprowadzenia wątku w stronę Peggy/Sousa.

08_001 08_002

Artur: Mam trochę problem z tym wątkiem – a raczej nie z samym wątkiem, tylko w ogóle z ponownym emocjonalnym angażowaniem się w shipy, z których zdążyłem się odangażować. Jeśli szala za bardzo przechyla się w pewnym momencie w stronę won’t they, to uznaję: ok, nic z tego nie będzie, czas iść naprzód. Końcówka pierwszego sezonu sugerowała, że Sousa i Peggy to właśnie takie missed connection: iskrzyło, ale wydarzyły się rzeczy i w końcu drucik się przepalił. Nie pomógł fakt, że pod koniec ubiegłego sezonu serial (ustami Peggy) najmocniej krytykował Sousę za syndrom miłego faceta.

Kiedy więc Peggy i Daniel spotkali się znowu, intrygowało mnie, jak sobie poradzą z pozostałościami dawnych uczuć, ale niczego więcej się nie spodziewałem – szczególnie że Daniel się zaręczył, a Peggy przez większość sezonu TAK BARDZO nie miała głowy do introspekcji i analizowania swoich emocji (to właśnie miała moim zdaniem załatać scena musicalowa). Wszystko to sprawiło, że przekonywałem się na powrót do tego pairingu z pewnym trudem. Pomogło na pewno to, że Enver Gjokaj jest naprawdę uroczym mężczyzną z oczami słodkiego szczeniaczka.

Jeśli chodzi o doktora Wilkesa… ten wątek to trochę katastrofa. Po części dlatego, że scenarzyści postanowili jakoś go zdyskwalifikować jako konkurenta o serce Peggy, co zaowocowało bardzo krótkim sojuszem z Whitney i sceną w ciężarówce – będącą dla mnie jeszcze bardziej out of character niż Jarvis na wojennej ścieżce. Drugim problemem Wilkesa jest to, że podobnie jak Whitney, moc czyni go niebezpiecznym – w pewnym momencie jego ciało dosłownie eksploduje pochłaniającą wszystko czernią. Próbowałem się tutaj dopatrzyć jakiejś krytyki mentalności spod znaku „czarne ciała są niebezpieczne”, tak charakterystycznej choćby dla amerykańskich policjantów, ale nic nie znalazłem. Schemat ten – chyba niezamierzenie, bo nie podejrzewam twórców o świadome szerzenie takich koncepcji – zostaje zrealizowany zupełnie wprost. Mając świadomość tego, jak dużym i nagłośnionym problemem jest obecnie w Ameryce demonizowanie Afroamerykanów i zinstytucjonalizowana przemoc wobec nich, naprawdę dziwnie się czułem, śledząc ten wątek.

marvels-agent-carter-the-edge-of-mystery-review_n8wd.640

Joanna: Ja z reguły nie przypisuję twórcom złej woli – mało kto chyba siada, żeby napisać coś celowo seksistowskiego czy rasistowskiego – ale można nawet z dobrych pobudek bardzo nie trafić i niestety tak stało się z Wilkesem. Też miałam nadzieję na subwersję schematu, ale im dalej w las i w sezon tym trudniej było serialowi wybaczać ten wątek. Naprawdę nikt nie pomyślał? Żałuję bardzo Wilkesa.

Żałuję też Thompsona i muszę przyznać, że zakończenie sezonu i cliffhanger dosyć mnie rozzłościł. W momencie kiedy Jack zaczął wspierać Peggy bałam się o niego, ale kiedy w ostatniej konfrontacji nic mu się nie stało, odetchnęłam z ulgą. Ostatnia scena to taki dość mocny policzek w tej sytuacji.

Żal mi tym bardziej, że zaprzepaszczono szansę na wątek, którego dosyć brakuje w telewizji – zintegrowania nawróconego Strawmana z grupą. Sporo seriali ma taką postać, dyżurnego rasistę i mizogina, dla którego istnieją dwie ścieżki – porażka lub nawrócenie. Nawrócenie zwykle następuje albo na sam koniec serii, albo idzie za nim śmierć. Niestety tak tutaj też się stało i utraciliśmy szansę na obserwację, jak Jack Thompson mógłby współpracować z Peggy na partnerskiej stopie.

Stracone szanse to trochę motyw przewodni tego sezonu, niestety.

Jest szansa na trzeci sezon, który z jednej strony powitałabym z mniejszym entuzjazmem niż onegdaj zapowiedź drugiego. Z drugiej strony: chcę dać twórcom szansę na rachunek sumienia i poprawę.

06_001 06_002 06_003

Artur: Też bardzo mi żal Thompsona. Przy tak gorzkim rozwiązaniu wątków Whitney i Wilkesa wątek Jacka napawał odrobiną optymizmu, pokazywał, że nawet najwięksi beneficjenci systemów władzy i uprzywilejowania społecznego mogą mimo wszystko wybrać przyzwoitość. A jednocześnie unikał łatwego rozwiązania: wierzę, że Jack dalej byłby Jackiem i jego dalsza współpraca z Peggy przebiegałaby na przyjaźniejszej i bardziej partnerskiej stopie, owszem, ale nie bez dalszych problemów. To zwyczajnie ciekawa historia, która niestety została ucięta dla shock value. Oczywiście dla shock value robiono już w telewizji dużo gorsze rzeczy, ale po tak nierównym i rozczarowującym sezonie utrata ciekawej historii boli szczególnie.

Chcę podkreślić jeszcze raz na koniec, że ja również nie zarzucam twórcom złej woli. Pewne struktury narracyjne mają po prostu olbrzymią siłę oddziaływania i potrafią zakrzywić całą opowieść – jeśli przypada ci rola „tej złej”, to musisz ponieść porażkę, najlepiej po uprzedniej ideologicznej kompromitacji, nieważne, ile masz racji. W przypadku Agentki Carter wszystko rozbija się o to, że protagonistka i jej przeciwniczka stały tak naprawdę po tej samej stronie barykady, więc podminowanie pozycji jednej oznaczało rzucenie cienia również na drugą.

Mimo wszystko żywię nadzieję, że trzeci sezon powstanie – to by oznaczało szansę na naprawienie błędów drugiego. Spinka odgrywała na końcu istotną rolę, więc może Rada Bogatych Białych Starców nadal istnieje i ma się dobrze? To są przeciwnicy, którym Agentka Carter powinna stawiać czoła.

Joanna: Jeszcze do listy życzeń: powrót Angie, lepsze potraktowanie intersekcjonalności i trochę pomyślunku jeśli chodzi o problematyczne kwestie. Twórcy (czy też twórczynie) wybitnie chcą dobrze i, jak pokazuje pierwszy sezon, potrafią lepiej.

I jakkolwiek serce mi się kraje, bo lubię Dominica, mniej Howarda ex machina. Rozwiązywanie wszystkich problemów przez pojawienie się Starka z właściwym urządzeniem jest niesamowicie leniwym zabiegiem w serialu, którego i tak chyba nie oglądamy dla zwrotów scenariusza.

Ale tak szczerze mówiąc, to nawet przy wszystkich potknięciach czy upadkach Agentka Carter nadal ma moją lojalność, bo trudno o taki drugi serial w morzu smutnych męskich antybohaterów. Niestety, świetny sezon pierwszy zawiesił wysoko poprzeczkę i teraz oczekuję trochę (dużo) więcej, niż dał mi drugi. Ale i tak trzymam kciuki.

Agent Carter
superhero/thriller/action/comedy/period drama
ABC, 2015–

Joanna Kucharska
Człowiek-katarynka, z opinią na każdy temat. Urodzona w Krakowie, żyje przed ekranem. Uzależniona od kawy, musicali i złych żartów słownych. Czasami pisze, częściej przeklina migający kursor. Porzuciła hatewatchowanie na rzecz hope-watchingu, bo zdrowiej dla psychiki.

Artur Nowrot
U­ro­dzony na Gór­nym Śląs­ku, obecnie miesz­ka w Kra­ko­wie i marzy o czystym powietrzu. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się, gdzie tylko może (zazwyczaj donosi o nowych tekstach na blogu Wysznupane). Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)