Fot. The WB

Jej wysokość Mrok (Supernatural, S11E10–15)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Zacznijmy może spojrzeniem z lotu ptaka. Przyznam, pierwsza połowa sezonu numer jedenaście trochę mnie zaniepokoiła. Dziwna fabuła, zupełnie spalony pomysł z Ciemnością, większość bohaterów nie wie co ze sobą począć, traci cel, sens i osobowość. Potwory tygodnia są nudne, a granie nostalgią, usprawiedliwione sezon temu, w jedenastym już tylko nuży. Ile można opierać się na przebrzmiałych emocjach? Chcemy nowych, dobrych odcinków, wątków, scen. Czy kolejnych pięć odcinków przyniosło poprawę? Zanim pogadamy o poszczególnych przygodach braci: czy myślisz, że – mówiąc językiem technicznym – parametry serialu znów idą w górę? Zaczyna się wyłaniać spójniejszy i choć trochę emocjonujący metaplot?

Cathia: Tak, zdecydowanie jest lepiej. Przyznam się szczerze, że część pojedynczych odcinków pierwszej połowy sezonu obejrzałam raz, dwa razy (do recenzji) i na tym skończyłam. Wiesz, obejrzeć i zapomnieć, bo nic specjalnego nie zostawało mi w pamięci… Zaś kilka ostatnich… wow. Naprawdę oglądałam kilka razy z przyjemnością. Idzie ku lepszemu, tylko szkoda, że pomysł z Ciemnością jest nadal niewykorzystany, a – co gorsza – nudny jak cholera.

Pirjo: A, bo Ty oglądasz po wielokroć. Jesteś prawdziwie oddaną fanką! Właśnie, jeśli chodzi o poszczególne odcinki, ostatnio zakończyłyśmy rozmowę w interesującym momencie. Zdesperowani bohaterowie decydują się pogadać z Lucyferem uwięzionym w klatce, a tymczasem Dean wplątuje się w póki co platoniczny romans z córką Boga. Jak spadać, to z wysokiego konia, więc w kolejnym odcinku w krypnie onirycznej scenerii zjawia się Lucyfer-Święty Mikołaj, by dręczyć zdziecinniałego Crowleya i jego mamę. Muszę napisać, że scena w której Rowena poznaje Księcia Ciemności była rozkoszna i uratowała, jak dla mnie, odcinek zatytułowany nomen omen Diabeł tkwi w szczegółach!

Fot. The WB

Fot. The WB

Dalej jest nawet lepiej. Rowena nareszcie nabiera sensu jako postać! Groupies… they are always so… eager – mówi Lucuś. – Aww, yeah! – Lucifer is no man. He is perfection! – rzecze Rowena. – I’m not ready to be your bitch – wyznaje z kolei Sam. – Get the hell out of hell – prosi Crowley. Ilości genialnych one-linerów przekraczają normę. I może w tym odcinku właśnie nie chodzi o fabułę, ale o gadżety i o dopieszczanie fanów? I am cool with that. Choć w sumie scena, w której Rowena wyjaśnia synowi, czemu go nienawidzi, też była dobra. Wyznanie nienawiści, będące w zasadzie wyznaniem miłości. I Castiel, doskonale awkward w roli Lucyfera. Wreszcie mocny akcent – Rowena ze skręconym karkiem.

W odcinku mamy również: smiting sickness, młodego Sammy’ego, pojawia się Keiko Agena z Gilmore Girls w roli anielicy, jest reaperka czytająca komiksy o Sandmanie i wreszcie wzmianka o Adamie! Tak, oceniam ten odcinek zdecydowanie na plus, dał mi tyle wrażeń i wzruszeń.  A Ty?

Cathia: Nie powiem, jest to odcinek naprawdę mocny! Ma wszystko to, za co fani pokochali ten serial! Doskonale napisane dialogi, wreszcie akcja posuwa się do przodu, dodatkowo mamy przełom i to naprawdę rewolucyjny! Ale po kolei…

Fot. The WB

Fot. The WB

Ciemność… Zauważyłaś, że dopóki nie odzyskała nad sobą kontroli, jej „mrok” spowijał całą okolicę? Czy to właśnie czeka ludzkość, jeśli nasi bohaterowie dopną swego i pozbędą się boskiej siostry? Wiadomo już, kto się pojawi bliżej końca sezonu, więc mam szczerą nadzieję, że rzeczony Zaginiony w Akcji będzie miał aktywny udział w pokonaniu Amary i ewentualnym posprzątaniu bajzlu, który tam nastąpi…

Piekielne interesy to w gruncie rzeczy główny wątek tego odcinka i muszę przyznać, że były naprawdę zacnie rozegrane. Lucyfer próbujący nakłonić Sama do zostania jego naczyniem po raz kolejny robi wrażenie, choć do przewidzenia było, że ostatecznie przejdzie do rozwiązania siłowego. Wpakowanie się do Klatki Deana i Castiela uważam za skrajną nieodpowiedzialność, zważywszy na to, że Dean miał być vesselem Michała, więc byłby w stanie pomieścić w sobie Łaskę Lucyfera… w przeciwieństwie do Castiela czy pustej skorupy Jimmy’ego Novaka. Tutaj mitologia serialu, przynajmniej ta dotychczasowa, poszła się śniegiem rzucać. We Free To Be You and Me Castiel wspomina, że archanioł jako byt jest znacznie potężniejszy niż anioł i jego porzucone naczynie jest tak wypalone, że pozostaje mu się ślinić i czekać na śmierć. Dodatkowo, vessel archanielski, jeśli nie był tym właściwym, musiał jakoś się „zasilać”, by wytrzymać potęgę anioła w sobie – Nick pił galony demoniej krwi. Last but not least – dotychczas najistotniejszym elementem była ZGODA nosiciela na wejście w jego ciało anielskiej esencji. W momencie, kiedy Lucyfer wciela się w Castiela, wszystko to bierze w łeb. Pusta skorupa ANIELSKIEGO naczynia bez jego zgody mieści w sobie archanioła? No na litość bogów!

Zakończenie wątku Roweny powitałam z wielkim westchnieniem ulgi, bo rudowłosej wiedźmy absolutnie nienawidzę, aczkolwiek… Nie spodobało mi się to, jak zostało to rozegrane. Oczywiście, Lucyfer zwracający się do wiedźmy to wręcz archetypiczny motyw, a ona będąca jego groupie to już w ogóle miód i smaczek, ale jak ona się, do cholery, uchowała te kilkaset lat, będąc tak piekielnie naiwną? Pytania Lucyfera były tak szalenie oczywiste!!!

Ale prawda – przynajmniej dostała jedną sensowną scenę z Crowley’em – to wyznanie było takie… autentyczne… A widziałaś tę łzę w oku Króla Piekła?

Fot. The WB

Fot. The WB

Pirjo: Widziałam! I naprawdę, od tej strony go nie znaliśmy! Później mieliśmy taki sobie odcinek o grasującej w domu starców banshee, Into the Mystic, ale nie mam na jego temat żadnych specjalnych przemyśleń, może poza uwagą, że fajnie było zobaczyć kobietę-łowcę i dołożyć nową cegiełkę do mitologii Men of Letters. Kolejnym odcinkiem, który przyciągnął moją uwagę było Don’t You Forget About Me, czyli update porzuconych w pewnym momencie wątków i postaci. Pisałam poprzednio, że brakuje mi „czynnika ludzkiego” i bohaterów spełniających podobną fabularną funkcję jak niegdyś Bobby, będących po prostu śmiertelnikami, łowcami, osobami z krwi i kości, których losami się przejmę. No i dostałam to, czego mi brakowało. Odcinek zlokalizowany w okolicach Marshall High School, epatujący postaciami sportowców, popularnych dziewcząt i jeszcze bardziej popularnym motywem nastoletniego wampiryzmu dał mi dużo przyjemności także dlatego, że twórcy Supernatural umieją się bawić wyświechtanymi stereotypami. Przebojem odcinka była cudownie kłopotliwa rozmowa o antykoncepcji podczas rodzinnego obiadku. Cringe. Ale tak naprawdę podobało mi się rodzinne ciepło, trochę nieokrzesane przyszywane siostry-nastolatki i cudowna szeryf Jodie, której znów udało się przeżyć do końca odcinka. Uff…

Cathia: Into the Mystic to odcinek klasyczny i bardzo ładny. Zawsze miło spotyka się nowych łowców – mamy już w serialu naprawdę spory przegląd tego towarzystwa: od psychopatycznego Gordona po Eileen właśnie, i tak – bardzo zawsze żałuję, że chłopcy są w gruncie rzeczy jakby odcięci od całego radosnego towarzystwa. Z drugiej strony łowcy nie są specjalnie stadni (poza tymi, którzy regularnie odwiedzali bar Ellen), a paranoja jest tylko wtedy, kiedy nie da się tego udowodnić. Jedyne, co mi się w tym odcinku nie podobało, to uczynienie Deana „wrażliwym”… Z jakiej bajki, do diabła?

Don’t You Forget About Me… Popatrz, a dla mnie to odcinek raczej nieudany, mimo że występuje w nim moja ukochana Jody Mills. Niestety, pojawia się tam również Claire Novak i to przesłoniło wszystko, co mogło mi się tu podobać – jak choćby ten absolutnie czaderski obiadek rodzinny! To było Coś! Claire jest, niestety, totalną idiotką, co pokazało już jej poszukiwanie matki (pamiętasz spotkanie w barze?) i jeśli nie zmieni sposobu zachowania, marnie widzę jej dalsze losy. Informowanie całego otoczenia o tym, że Sam i Dean mają fałszywe odznaki? Genialne. Jeśli obecnie Jody pojawiać się będzie tylko w towarzystwie Claire, chyba się potnę czerstwą bagietką. Ale przynajmniej Anne mi się podobała! Był to też odcinek, w którym po raz kolejny można sobie zadać pytanie, kto jest bardziej ludzki – ofiara czy kat, bo historia wampira, który chciał tylko pomóc przygodnej nastolatce, była naprawdę smutna.

Pirjo: Kolejny odcinek to Love Hurts. Młoda niania ginie w Walentynki z powodu złamanego – dosłownie – serca, i od razu wiadomo, że trafia nam się prześmiewczy, zabawny odcinek z elementami makabry. Rozmowy i przekomarzania braci są w tym epizodzie bezbłędne. Dostajemy dynamiczny odcinek z fajnym pomysłem – klątwa przenoszona przez pocałunek! Czarownica-fryzjerka! Wreszcie: bycie prześladowanym przez zjawę wyglądającą jak ktoś, kogo pragniesz najbardziej i najgłębiej. A wiemy od kilku dobrych odcinków, kogo skrycie pożąda nasz brawurowy Dean, na własne życzenie rażony klątwą. Zaskoczyło mnie, że pod koniec Dean wyznał prawdę bratu, to miła odmiana od ukrywania wszystkiego i zawsze. Porządnie napisany odcinek. Może nie jakiś wybitny, ale klimatyczny. Prawda?

Fot. The WB

Fot. The WB

Cathia: Święta prawda. Odcinek absolutnie leciutki i przyjemny, choć nie pasowało mi jedno: Dean pozostający pod urokiem qareen widzi Amarę jako tę osobę, której pożąda… Jasne. Nienawidzę sytuacji, w których na siłę wmawia się widzowi, że istnieje coś, czego inaczej nie da się pokazać. Bo to Amara mogłaby zobaczyć Deana – to ona ewidentnie na niego leci! Scenarzyści, wysilcie się nieco i stwórzcie prawdopodobną sytuację, w której Dean poczułby coś do Ciemności. Póki co ten pociąg fizyczny istnieje tylko w dialogach – jak z Padmé i Anakinem Skywalkerem.

Pirjo: W następnym – The Vessel – wracamy do historii Men of Letters, poznając jej kolejny mini-rozdział, czyli jest to coś, co lubię bardzo i w ciemno, od pierwszej chwili. To odcinek z retrospekcjami z czasów drugiej wojny, z podróżą w czasie i ze śliczną Weroniką Rosati w roli uwodzicielskiej i niebezpiecznej Delfiny. A tymczasem w piekle Lucuś trzyma Crowleya w klatce – rebound, anyone? I zdaje sobie sprawę, że bez pomocy Winchesterów się nie obejdzie. Nagła informacja o tym, że podróżowanie w czasie jest łatwe i dostępne (przynajmniej dla niektórych archaniołów) nie była zbyt wiarygodna, ale już rozwinięcie tego pomysłu wyszło dobrze. Odcinek miał w sobie sporo wzniosłości, powiedziałabym. Był na poważnie, ale nie pompatyczny. No i dowiadujemy się o nowych rodzajach potężnej broni przeciw nadnaturalnym bytom – chodzi o fragmenty drewna z Arki Przymierza. Co o tym wszystkim myślisz?

Cathia: Absolutna rewelacja! Ja ogólnie nie lubię odcinków z podróżami w czasie, nawet doskonale napisanych, jak w Babylonie 5 (i będę się upierać, że w Doktorze nie o podróże w czasie chodzi!), nie byłam więc specjalnie pozytywnie do tego nastawiona, a tutaj… niespodzianka! Po pierwsze, wszystko jest lepsze z nazistami-okultystami, po drugie to było naprawdę ładnie napisane. Niesamowicie podobała mi się Delphine, dziewczyna dzielna i wierząca w to, co robi – a Weronika Rosati była dla mnie niesamowitym zaskoczeniem… Podobał mi się Dean, taki zagubiony jak tygrysek we mgle. Podobał mi się zdesperowany Sam. Podobało mi się rozwinięcie mitologii Ludzi Pisma. Absolutnie nie podobał mi się Lucyfer.

Nie kupuję Mishy jako Lucyfera. Wielokrotnie u siebie na blogu mówiłam, że Pellegrino jako Niosący Światło to czysta uczta dla mych oczu i jak tak dalej pójdzie, to jeszcze pokocham Lucusia. Scenarzyści zapobiegli mojemu popadnięciu w szalone uczucie do kolejnego z Władców Piekielnych, bo Misha jest… wtórny. Ja się domyślam, że naśladowanie maniery aktorskiej kogoś innego jest bardzo trudnym zadaniem i Misha się bardzo stara (to widać!), niemniej jednak… to już było. Levi!Cas zachowywał się dokładnie identycznie – podobna mimika, podobny ton głosu… Tak, wiem, pojawił się na jakieś 5 minut, ale ja o tym pamiętam. I bardzo mi przykro, ale Misha Collins mi się opatrzył, podobnie jak opatrzył mi się całkowicie Castiel, więc przy byciu na etapie „Zabierzcie mi go z serialu”, nie kupuję go jako Lucyfera. Nie!

Dodatkowo mam jeszcze jeden problem. Jestem szczerze zaskoczona tym, jak szybko odsłonił karty przed Samem. O ile bardziej interesująco byłoby, gdyby chłopcy powoli zaczęli się czegoś domyślać, tu wymsknęłoby mu się coś, tutaj zapomniałby o czym innym (jak czerpanie z duszy człowieka), tutaj zrobiłby coś powyżej swojego stanowiska (jak choćby to zaklęcie wymagające mocy archanielskiej)… Nie potrwało by to długo, ponieważ cechą Lucyfera jest przede wszystkim Pycha, co już tutaj widać, ale o ile bardziej byłoby to przyjemne. Jak dla mnie stało się to zdecydowanie za wcześnie, dramaturgia i napięcie poszły się paść, bo przecież wiedziałam, że Lucyfer Sama nie skrzywdzi, to dopiero czternasty odcinek jest.

Fot. The WB

Fot. The WB

Crowley! Wiele fanek straszliwie rozpaczało nad tym upadkiem Pana i Władcy, ja jednak miałam na twarzy po prostu wielkiego banana. Jak można ukarać demona tak dumnego jak Crowley? Ano przez upokorzenie. I to zostało rozegrane cudownie. Zmuszony do bałwochwalczego potakiwania Lucyferowi, w byle jakiej hawajskiej koszuli, na smyczy… Idealnie! To jest naprawdę genialne rozwiązanie. Oczywiście, Lucyfer mógłby go zabić bez zmrużenia oka, ale… nie jest głupi. Misją Crowleya było zawsze PRZETRWAĆ. Mózg Crowleya kalkuluje pięćdziesiąt scenariuszy na minutę. To jest doskonały doradca, którego pozbycie się byłoby głupotą. Nie przyłączam się zatem do powszechnej żałoby, jestem zachwycona!

Pirjo: Beyond the Mat to najnowszy odcinek, który obejrzałam. Nie wiem do końca czemu, ale trochę mnie rozczarował, był bardzo sztampowy. Bracia wybierają się na pogrzeb pamiętanego z dzieciństwa wrestlera i chcąc odpocząć od Wielkich Spraw rozwiązują sprawę małą i dość banalną. Zagadka odcinka nie wciągnęła mnie jakoś mocno, konkluzja rozczarowała. Jedyny plus to chyba Crowley, któremu udaje się wydostać na wolność i odzyskać troszkę władzy. Może ten pan jeszcze nas czymś zaskoczy?

Cathia: Och, a ja byłam zachwycona tym odcinkiem! Właśnie dlatego, że mimo iż był sztampowy, wniósł odrobinę świeżości – zawsze w narracji wtrącone jest, jak to chłopcy się nieźle bawią między sprawami – jak w chuckowej opowieści w Swan Song – i tym razem mogliśmy to zobaczyć na własne oczy! Sam i Dean fanboyują na całego, przy okazji rozwiązując zagadkę… Czego można chcieć więcej…? Ano Demona Rozdroży, kombinującego jak koń pod górę! I innego Demona, tfu, Króla Rozdroży, który nie da się wystrychnąć na dudka i ucieknie. Odpowiadając na Twoje pytanie – mam szczerą nadzieję, że Crowley nas jeszcze zaskoczy, bo jeśli pozostanie taką rozlazłą amebą, jaką był do niedawna, może pocałować Tron i Królestwo na do widzenia, a potem iść zatrudnić się w call center.

Fot. The WB

Fot. The WB

Pirjo: Na koniec, szczerze: czy ciągnięcie Supernatural dalej ma sens? Czy oglądając sezon jedenasty czujesz coś więcej poza nostalgią i przywiązaniem, przyzwyczajeniem? Czy ktoś, kto zacząłby przygodę z serialem od bieżącego sezonu, mógłby się w nim zakochać i docenić jego oryginalność? My, wiadomo, będziemy oglądać do końca. I doszukiwać się plusów. Ale reszta świata?

Cathia: Nie wiem, czy wciągnęłabym się, oglądając przypadkowy odcinek z jedenastki, dziewiątki czy dziesiątki. Odcinki są poprawne, niektóre mają starego ducha i stary klimat, jednak serialowi powoli zaczyna brakować oryginalności. Brakuje wielkiego story arcu, który sezony 1–5 uczynił tak dobrymi. Jasne, nigdy nie można być pewnym odnowienia serialu – ale ileż to razy fani zostali zostawieni z cliffhangerem (patrz Constantine). Jeśli wprowadzono by coś, co ma ręce i nogi (nie Ciemność), zaplanowanego na kilka sezonów i niebędącego Wielkim Pradawnym Zagrożeniem, Które Nic Nie Robi, wyszłoby to serii zdecydowanie na lepsze. Albo wróćmy do korzeni – same odcinki Monster of the Week. Weszłabym w to!

Pirjo: Oj, ja też! A na razie pozostaje nam oglądać, jak chłopcy poradzą sobie z Ciemnością…

Fot. The WB

Fot. The WB

Supernatural
supernatural drama
The CW/The WB, USA, 2005–

Cathia
Mól książkowy, zwierzę konwentowe, fangirl i Sheppardolożka. Wielbicielka czarnych charakterów, na czele z pewnym Królem Piekieł o brytyjskim akcencie. Kilka lat temu dosyć niespodziewanie zapadła na chorobę o nazwie Supernatural i modli się, by nigdy nie znaleziono na to leku. Aktywny członek fandomu od co najmniej 16 lat. W wolnych chwilach zajmuje się rękodziełem, robiąc kartki o fantastycznej tematyce, ostatnio zaczęła również pisać supernaturalowego bloga.

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)