Fot. Emmys.com

Opowieści z Czarnolasu (Grimm, S05E05–13)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Zanim porozmawiamy o setnym odcinku (Już setny! Jak ten czas leci!), pogadajmy o tym, co do niego doprowadziło. Meta plot zrobił się bowiem w ostatnich czasach bardzo gęsty, gdyby był zupą to łyżka stałaby w nim na baczność. Zamach na członków Rady (Council), czyli organizacji, której istnienia byliśmy świadomi prawie od początku serialu, a która od czasu do czasu pojawiała się w tle przygód, zapoczątkował rozpad dotychczasowego świata. Złowroga i globalna organizacja Czarny Pazur (Black Claw), której plany są nonszalancko porównywane do dokonań Hitlera, stała się głównym zagrożeniem dla bohaterów. Akty terroryzmu i powstania wybuchały nagle na całym świecie. W środku akcji zjawił się nam nowy gracz – wysoce stechnicyzowana, rebeliancka organizacja Mur Hadriana (Hadrian’s Wall). Przypominająca mi zresztą niesławną Initiative z Buffy – grupę walczącą przy pomocy zaawansowanych technologii z mitycznymi bestiami. Niesławną, bo ten pomysł, choć częsty w supernatural dramach wkraczających w kolejne sezony – pomysł połączenia nauki i technologii z mitem, w ramach jakiejś chłodnej, hierarchicznej, podziemnej organizacji, gdzie wszyscy noszą uniformy i rzadko się uśmiechają – nigdy tak naprawdę się nie sprawdza. Nie ma w tym ducha. Są tylko puste wnętrza, wielkie ekrany, nieustanny monitoring i… no serio, nie rozumiem jak Trubel, Meisner czy Eve się w tym odnajdują. W takiej smutnej wersji „ruchu oporu”. Nope.

Fot. NBC

Fot. NBC

Na szczęście w odcinkach mamy również prawdziwie mityczny i odwołujący się do samego serca Grimmowej historii Szwarcwald. Pojawiają się też „tajne służby federalne”, zrekrutowane spośród Wesen i nieprzebierające w środkach, by osiągnąć swoje cele, szczególnie cele polityczne. Na razie zdaje się, że chodzi im o obsadzenie Wesen w kluczowych rolach u szczytów ludzkiej władzy. Dla mnie? Progres opowieści makes sense, ale nie wszystkie zmiany powitałam z radością. We wcześniejszych sezonach podobało mi się, że akcja dzieje się na terenie Portland, czyli w mikroskali, i tylko od czasu do czasu zdarzają się wycieczki na Stary Kontynent, do malowniczej Europy, która nadal składa się wyłącznie z sennych wiosek, brukowanych uliczek miast, z kamienic i pałaców nieskażonych nowoczesnością oraz z wielkich, zielonych przestrzeni – w Europie, słowo daję, trwa uparcie XIX, a może i XVIII wiek. Tymczasem w sezonie piątym Nick staje się nagle postacią ważną w skali światowej i trafia w samo epicentrum wydarzeń, zostaje najważniejszym i najwyraźniej znanym przez wszystkich Grimmem. C’mon, really? A trop, w którym nasz policjant przekształca się nieomal w zbawiciela ludzkości i jedynego obrońcę praworządnych Wesen przed tymi zbrodniczymi – zupełnie zbija mnie… no właśnie, z tropu. Ta eskalacja mnie nie kręci. Niepokoję się, co będzie dalej. Nie wiem, jak Wy?

Cathia: Ja generalnie najbardziej lubię, kiedy akcja dzieje się na małym podwórku i nie zatacza coraz szerszych kręgów, więc średnio mnie cieszy ogólnoświatowy spisek… ale w gruncie rzeczy jest on całkiem nieźle rozpisany, tylko że… Tylko że pojawia się jak bazyliszek – znienacka! Bo jakkolwiek Radę znaliśmy od jakiegoś czasu, tak Czarny Pazur i Mur Hadriana są wyciągnięte z odwłoka i tego nie kupuję. No nic, mam nadzieję, że to będzie miało jakieś szersze tło. Co do Nicka będącego zbawcą i wybawicielem… no cóż, taki już los głównego bohatera serialu. Tak jak wszystko na świecie kręci się w Supernatural wokół Winchesterów (przy czym tylko Apokalipsa miała poważne uzasadnienie fabularne), tak tutaj wszystko kręci się wokół Nicka i jego Ferajny.

Mysza: Nicka jako zbawcę świata akceptuję od dawna – właściwie od momentu, gdy dowiedzieliśmy się o kluczach, mapie i tajemniczym, zakazanym skarbie, wiadomo było, że Nick okaże się jakimś „wybrańcem”. To, czy podoba nam się spiskowo-szpiegowsko-terrorystyczny kontekst, w jakim Nick również kreowany jest na wybrańca… cóż, to już kwestia osobnicza. Na pewno cieszy mnie, że w aferę z Black Claw i HW zamieszana jest cała ekipa Nicka, a nie tylko sam Grimm. Przy czym od razu zaznaczę, że tak jak cieszy mnie powrót Trubel i Meisnera (którego niezmiernie polubiłam od czasu odcinków, w których pomagał ciężarnej Adalind), tak cały wątek Wielkiego Spisku i Przejęcia Władzy Nad Światem bardziej mnie denerwuje niż interesuje. Owszem, dzięki temu fabuła serialu zyskała międzynarodowy wymiar, a i zagrożenie stało się dramatycznie większe, ale gdzieś zagubił się nieco senny, mistyczny, odrobinę kiczowaty klimat, który tak w Grimm lubię. Cathia słusznie wysnuwa porównania do Supernatural, który ze względu na swój staż wielokrotnie musiał sztucznie rozdmuchiwać czyhające na bohaterów zagrożenie, by przebić to, co już w serialu pokazano. Martwi mnie myśl, że Grimm miałby pójść tą samą trasą.

Fot. NBC

Fot. NBC

Pirjo: Wspomniałam, że wraz z rozwojem meta plotu nie wszystko w serialu jest już takie słodkie i kameralne jak kiedyś, więc z przyjemnością powitałam wątek ze starymi księgami, antykwariuszami  i ogólnie powrót do motywów baśniowych. Cieszyły mnie detale, takie jak fakt, że to Monroe-zegarmistrz rozpracował nietypowy zamek skrzyni odnajdując kolejny klucz – to była już najwyższa pora wrócić do zaniedbanego wątku, o którym pisałyśmy w niejednym Pulpozaurowym omówieniu, niecierpliwiąc się i domagając! Nie wiem jak Wy, ale ja odczuwam ogromną satysfakcję, gdy swoją konkluzję dostaje wątek rozpoczęty, jeśli się nie mylę, w pierwszym sezonie. A teraz mamy sezon numer pięć! I ogromną satysfakcję, gdy bohaterowie pochylają się nad mapą, by ją odczytać, i gdy drużynowo buszują w starych księgach. Taki obraz działa na mnie o wiele mocniej niż sceny w super ogarniętych technologicznie bazach i sterylnych kryjówkach Muru Hadriana. Tradycja czy nowe technologie? Co Was bardziej kręci w Grimm?

Cathia: O tak, tak!!! Powrotem do wątku kluczy ucieszyłam się jak świnka w deszcz, bo już zaliczałam to do największych fabularnych wpadek… Tymczasem… ta-da! Straszliwie mi się podobało też kombinowanie i burza mózgów wokół mapy – po coś jednak ten Scooby Gang istnieje! Strasznie się cieszę, że przypomniano sobie o tym wątku i o ciotce Marie, a we flashbackach pojawiła się matka Nicka, której nie mogę odżałować. Chciałabym teraz, by Nick spotkał innych Grimmów, ale nie takich współpracujących z Murem Hadriana, tylko może już nieco podstarzałych, z własnym archiwum, trochę takich doradców i mędrców – „Merlinów”…

Mysza: Tutaj jesteśmy zgodne. Klimaty à la Indiana Jones czy serial The Librarians to absolutnie moja para kaloszy i z ogromną przyjemnością obserwowałam zmagania naszych ulubieńców z tajemnicą kluczy i mapy. To, jak Nick i Spółka doszli do swoich zaskakująco trafnych wniosków, mogło się momentami wydać nieco naciągane, nie miałam jednak wrażenia, by rozwiązali tę zagadkę zbyt łatwo. Wręcz przeciwnie, twórcy Grimm kilkukrotnie skutecznie serwowali nam (i bohaterom) zmyłki. Ogromnie ucieszyły mnie także drobne, ale przemyślane szczegóły, takie jak fakt, że Nick i Monroe musieli wczuć się w sposób myślenia uczestników krucjaty, by odkryć miejsce ukrycia skarbu. Cieszy też taka drobnostka, jak to, że Nick mógł użyć wytrychu, by otworzyć zamki skrzyni, do których nie miał kluczy. Wszak trzynastowieczni rycerze nie mogli podejrzewać, że wiele setek lat później wystarczą dwa kawałki drutu, by dokonać włamania.

Pirjo: Troszkę zaniepokoił mnie też, przyznam, i nadal niepokoi wątek Renarda i jego zaangażowania w lokalną kampanię polityczną, jego bycie „twarzą kampanii”. Podejrzewam w tym wyrafinowany spisek – już trochę wiemy o jego podstawach – i obawiam się, że nasz ulubiony kapitan daje się w coś wmanipulować, w coś, czego prawdziwych rozmiarów jeszcze nie pojmujemy. Daje się omamić gładkim słowom i smukłym, dobrze ubranym paniom o kociej urodzie, komplementującym go bez umiaru. Jeśli chodzi o meandry tego wątku, to absolutnie czarujące było dla mnie, gdy Eve sądziła, że snajper pojawił się w Portland z jej powodu (a przecież chodziło o zupełnie inny cel). Tego typu drobiazgi o wiele więcej mi mówią o postaciach niż jakiekolwiek działania. Jak dobrze i z jakim wyczuciem ten serial napisano! No ale – Renard. Czy mam się martwić? Będzie z tego kabała?

Fot. NBC

Fot. NBC

Cathia: Oczywiście, że nasz kapitan da się wmanewrować, choć mam nadzieję, że tylko pozornie. Myślę, że pan Renard doskonale umie lawirować wśród politycznych meandrów, w końcu kto jak kto, ale członek Rodziny Królewskiej ma odpowiednie doświadczenie! Kabała będzie, to oczywiste, ale nie sądzę, by wszystko obróciło się przeciwko niemu. Jest na to zbyt szczwany!

Mysza: Mnie osobiście ten wątek nudzi i to pomimo ogromnej sympatii dla kapitana Renarda. Niemniej jednak ciekawa jestem, jak dalej się to wszystko potoczy. Czy Renard da się skusić żądzy władzy, czy jednak stanie po stronie Muru Hadriana i pomoże im złapać winnych spisku, zawiązanego po to, by obsadzić Renarda na pozycji burmistrza Portland. Jeśli wierzyć twórcom, Renard nie jest postacią ani pozytywną, ani negatywną, o czym zresztą wielokrotnie mogliśmy się w serialu przekonać. W pewnym sensie to oportunista, który robi to, co jest w jego najlepszym interesie. Pytanie brzmi więc, czy chęć pięcia się po szczeblach politycznej kariery przeważy nad lojalnością względem Nicka i zdrowym rozsądkiem (wszak Renard głupi nie jest i z pewnością podejrzewa tu jakiś podstęp). Pożyjemy, zobaczymy!

Pirjo: Czas na wątki romantyczne. Adalind i Nick. Niemożliwy związek ze skomplikowaną i krwawą historią. Związek, któremu trudno dobrze wróżyć na przyszłość. A jednak Adalind mówiąca: „I don’t care if this is a mistake. I love you” ogromnie mnie poruszyła. Czyż nie rozczuliło to także Waszych serc? Śledzę ten romans jak wszyscy, ale powiem szczerze: choć mnie wzrusza, to nie jestem do niego w pełni przekonana. To jest ten przypadek, gdy dwie spośród moich ulubionych serialowych postaci mają się ku sobie, ale ja nie widzę ich razem. Przynajmniej na razie ich nie widzę. Nie czuję chemii. I wreszcie Eve. Niby Juliette, ale jednak uparcie „nie Juliette”. Powiem tak, nie przekonuje mnie ta postać, nie chciałam, żeby Juliette wracała, choć spodziewałam się, że wróci. Jej powrót skasował połowę epickości jej śmierci, a fakt, że jest teraz podobna do robota i zupełnie nie pojmuję jej charakteru ani motywacji, skradł drugą połowę, czyli mój wielki sentyment dla tej postaci, czy raczej dla postaci w ciele tej aktorki. Ja wiem, że Bitsie Tuloch próbuje sprzedać nam Eve jako niesamowitego badassa stojącego po stronie dobra, ale jej martwa i spięta twarz, jej przeciągłe i wszystkowiedzące spojrzenia, a przede wszystkim nadęte kwestie, które wypowiada, skutecznie zniechęciły mnie tak do postaci, jak i do jej celów. Nie, nie i jeszcze raz nie. Zróbcie coś z tym, twórcy serialu, błagam.

Fot. NBC

Fot. NBC

Cathia: Z całego serca kibicuję Nickowi i Adalind, bo to taka nieoczywista para! I tak bardzo widać, że Adalind się szczerze zaangażowała – przecież nie martwi się powrotem swych mocy ze względu na siebie, tylko na wszystko, co w tym momencie ją otacza – dziecko, przyjaciela Nicka, Nicka jako kochanka i obrońcę (zwłaszcza w nocy…). Bardzo bym chciała, by im wyszło, bo Nick zasługuje na taką kobietę, z krwi i kości. Tak, należę do osób, które „śmierć” Juliette przyjęły z wielką ulgą i jakkolwiek chciałabym, by odeszła na zawsze, podejrzewałam, że tak pięknie być nie może. Eve jest maszynką do zabijania i bardzo mi jej żal. Ma być cool, a tak naprawdę jest więźniem, zakładnikiem własnych mocy. I niepotrzebny mi taki badass, dla mnie to trochę poroniony pomysł. Cieszyłam się, że twórcy Grimma potrafią zabić swoich głównych bohaterów, a tutaj… No niestety.

Mysza: Także w tej kwestii mamy zgodność. Dla mnie powrót Juliette to bodaj pierwszy w historii serialu wątek, którego aktywnie nie cierpię. Jeśli mam być szczera, mam za złe twórcom, że postanowili go wprowadzić. Nie zrozumcie mnie źle: oglądam odcinki z Eve bez jakiegoś wielkiego cierpienia (ba, odcinek, w którym używa swych mocy, by metodą „see no evil, hear no evil, speak no evil” przesłuchać zakładnika, bardzo mi się podobał), ale rzeczywiście – jej sztuczna wyniosłość i badassowość kiepsko komponują się z klimatem serialu. Poza tym, jeśli się temu przyjrzymy, Eve to absolutnie fatalny szpieg – jej ulubiona biała peruka jest na tyle charakterystyczna, że natychmiast zwraca uwagę. Przez co cały element skradania się i sekretnego śledzenia szlag trafia.

Natomiast w kwestii relacji Nicka i Adalind stoję murem za Cathią. Rozwój postaci Adalind to bodaj mój ulubiony element całego serialu (w kategorii poruszających, przemyślanych przemian stoi na równi z Reginą z Once Upon a Time) i każda scena, w której bohaterka może pokazać swoją ludzką naturę – pełną ciepła, troski, humoru, wrażliwości, strachu i niezręczności – niezmiernie mnie cieszy. W związku z tym, naturalnie, powrót jej mocy zarówno mnie martwi, jak i intryguje. Jestem bardzo ciekawa, jak na to zareaguje Nick. Swoją drogą smuci mnie, że relacja Nicka i Adalind, choć momentami urocza, jest taka napięta, zwłaszcza ze strony Nicka. Nie wiem, czy to świadoma decyzja Giuntoliego, by grać z tak dużym dystansem, ale bardzo, bardzo chciałabym zobaczyć scenę, w której Nickowi wreszcie puszczają hamulce i rzuca się na Adalind niczym zwierzę. A tak poważnie: cudownie jest oglądać serial, w którym bohaterowie autentycznie rozmawiają ze sobą o tym, co do siebie czują, jak dorośli ludzie. Liczę na to, że Adalind nie będzie zbyt długo ukrywać powrotu swych mocy przed Nickiem.

Pirjo: Ja też! Tymczasem pomiędzy rozbuchany meta plot zgrabnie wciśnięto sprawy tygodnia: takie jak choćby Wesen for Hire, czyli potwór z laguny. Jeśli miałabym się tu pokusić o ranking, to w pamięć zapadł mi też odcinek podprowadzający pod ten jubileuszowy, w którym dwie sprawy toczą się równolegle: w Portland snajper o roboczym pseudonimie „Sokole Oczko” przygotowuje zamach na Dixona (w ogóle, części broni ukryte w rowerze, GENIUSZ!), podczas gdy Nick i Monroe hasają nocą po szwarcwaldzkim lesie. No i ten ksiądz w Szwarcwaldzie, z rasowo wilczymi krzaczastymi brwiami. Wspaniała, choć epizodyczna postać! Oglądałabym spin-off! Wilkołak-detektyw-ksiądz, w jednej osobie, pomyślcie. Hell yeah! Ciekawa była też historia z maskami bokserów z najnowszego odcinka, odwołująca się do bardzo starych archetypów, symboli i znaczeń, i pełna postaci o jasnych, wiarygodnych motywacjach. Południowoamerykańskie mity o Xipe Totecu, przywdziewającym ludzką skórę, super zadziałały jako kontrapunkt dla szaleństw setnego odcinka. Santería. Magiczny kontrakt podpisywany krwią, ofiara w zamian za zwycięstwo na ringu. Związek między prawdziwą twarzą a osobowością. Pokazywanie tego, co ukryte. Tak, to był prosty, ale ciekawy pomysł. No i rozwijający mitologię serialową, przenoszący dyskusję nad tym, jak stać się Wesen – czy tylko przez „urodzenie”? – w zupełnie nowe rejony. A czy Wam coś zapadło w pamięć?

Fot. NBC

Fot. NBC

Cathia: Mi chyba jednak najbardziej zapadły w pamięć odcinki głównowątkowe, ale jeśli miałabym wskazywać na najlepszy – moim zdaniem – pomysł na Potwora Tygodnia w serialu o potworach, wybieram tego z Potworem z Jeziora. Jest tak uroczo schematyczny – niemal każdy potwór w ludzkich mitologiach ma w tym serialu swój Wesenowy odpowiednik, więc i archetypiczny Potwór z Jeziora też jest Wesenem. Ha, ale tak naprawdę jest Wesenem, bo go do tego wynajęto… Co było pierwsze? Ten odcinek skłaniał do kombinowania i bardzo mi się podobał!

Mysza: Muszę przyznać, że mnie odcinek o maskach szalenie zmęczył. W normalnych warunkach bardzo by mi się podobał, bo rzeczywiście ciekawie wykorzystywał odwołania do starodawnych wierzeń. Jednak po setnym odcinku, który w tak dużym stopniu skupiał się na serialowym myth arcu, liczyłam, że twórcy pociągną dalej główne wątki fabularne. Przeskok między Wielką Tajemnicą a Potworem Tygodnia był tak gwałtowny, że dla mnie wręcz bolesny. Tym bardziej, że tajemnica Magicznego Patyka szalenie mnie zaintrygowała.

Pirjo: Tajemnica Magicznego Patyka! Muszę to zapamiętać. I wreszcie, w osobnym wątku pomówmy o setnym odcinku i jego następstwach! Prawdziwa kumulacja wydarzeń, prawda? Sprawa z kluczami zostaje domknięta, bohaterowie odnajdują magiczny artefakt. Monroe ociera się o śmierć. Sokole Oczko jak się okazuje potrafi brawurowo chodzić po ścianach (świetna scena), nareszcie zobaczyliśmy Eve w akcji i odcinek ogólnie dał mi ogromne ilości tego wszystkiego, za co lubię Grimm. Emocji, dobrych dialogów, zaskakujących zwrotów akcji. Nie mogłam się oderwać od ekranu ani na chwilkę. Odcinek był dość mroczny i w najlepszym tego słowa znaczeniu przygodowy, przez cały czas doskonale utrzymując nabudowane napięcie. Mamy katakumby z czaszkami i kośćmi, mamy też strzelaninę i śmierć. Mamy skrzynię z brązu i siedem magicznych kluczy. Ten jeden odcinek pokazał mi, jak dobrą zabawą może być fabuła jadąca na pełnym speedzie, bez trzymanki, bez choćby chwili refleksji i wytchnienia. Po jubileuszowym odcinku wyraźnie widzę, że w Grimm drzemie ogromny i jeszcze niewyczerpany potencjał. Mam nadzieję, że przed nami niejeden sezon! A Wy, co sądzicie o setnym epizodzie? I o kierunku, w którym zmierza serial?

Cathia: Wspominałaś o Inicjatywie z Buffy i trochę się obawiam Muru Hadriana i Czarnego Pazura, bo Inicjatywa, jak mówisz, była niewypałem. Mam nadzieję, że ten wątek zostanie rozwiązany, bo jakkolwiek nadaje światu w serialu jakby głębszą perspektywę, tak może okazać się przekombinowany. Wróćmy do Grimma bardziej legendarnego, z Królewską Rodziną, z niedopowiedzeniami i tajemnicami, z których niektóre może się wyjaśnią…  Ale w gruncie rzeczy póki co scenarzyści utrzymują dobre tempo, dokładnie tak jak mówisz, więc ufam, że wiedzą, co robią!

Fot. NBC

Fot. NBC

Mysza: Na tę chwilę trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czy kierunek obecnie obrany przez twórców jest słuszny. Cathia ma rację: być może uda im się w miarę sprawnie rozwiązać wątek dwóch zwaśnionych organizacji i „burmistrza” Renarda. Zwróćcie jednak uwagę na to, że raz wprowadzony w fabułę Mur Hadriana trudno będzie z niego z powrotem wykroić. Czuję więc, że jesteśmy na Eve i jej towarzyszy skazani. W związku z tym mam nadzieję, że serial położy większy ciężar na wątek Magicznego Patyka i że rozwinie się on w stronę Wielkiej, Mistycznej Tajemnicy, która zaważy na losach nie tylko Nicka i jego ekipy, ale całego znanego nam świata. Patyk może być odłamem Włóczni Przeznaczenia, Chrystusowego Krzyża albo nawet Korony Cierniowej (wyobraźcie sobie, ile komentarzy wywołaliby twórcy Grimm, gdyby zdecydowali się pokazać Chrystusa jako Wesen!). Ba, słyszałam już spekulacje, że znaleziony przez Nicka i Monroe artefakt to kawałek Drzewa Życia albo Drzewa Światów (nordycki Yggdrasil). Niektórzy sugerują wręcz, że to różdżka Merlina… możliwości jest wiele i co jedna, to ciekawsza.

Innymi słowy, że jeśli twórcy Grimm wciąż będą trzymali taki poziom – wszak serial od pierwszego sezonu zalicza systematyczny wzrost pod względem jakości – i wciąż będą równie zręcznie mieszali przygodę, tajemnicę i sympatycznych bohaterów z niewielką dawką uroczego kiczu, jeszcze przed długi czas będziemy się mogli delektować naprawdę fajnym serialem. Czego sobie i Wam życzę.

Grimm
supernatural drama
NBC, 2011–

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Cathia
Mól książkowy, zwierzę konwentowe, fangirl i Sheppardolożka. Wielbicielka czarnych charakterów, na czele z pewnym Królem Piekieł o brytyjskim akcencie. Kilka lat temu dosyć niespodziewanie zapadła na chorobę o nazwie Supernatural i modli się, by nigdy nie znaleziono na to leku. Aktywny członek fandomu od co najmniej 16 lat. W wolnych chwilach zajmuje się rękodziełem, robiąc kartki o fantastycznej tematyce, ostatnio zaczęła również pisać supernaturalowego bloga.

Mysza
Fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)