Fot. Canal +

Ridicule? Madame, c’est Versailles (Versailles, S01)

Artykuł zawiera spoilery.

Zanim Ludwik XIV zasłużył na słynny przydomek Króla Słońce, a jego imię pokryło się patyną historii, był jedynie kolejnym nieopierzonym następcą tronu pod rządami matki-regentki, Anny Austriaczki. Akcja serialu zastaje nas w kluczowym momencie, gdy po jej śmierci Ludwik przejmuje pełnię władzy i zdaje sobie sprawę, że nawet jako monarcha absolutny nie posiada wszystkich narzędzi, by sprawować rząd dusz.

Wersal: Prawo krwi to świecidełko z ponad dwudziestosiedmiomilionowym budżetem, stworzone przez francusko-kanadyjski tandem. Prześledziwszy ponad pięcioletni (czyli statystycznie dosyć długi) okres przygotowawczy, można zauważyć, że producenci stawiali sobie jasny cel – trafić do międzynarodowej widowni i wypełnić niszę pozostawioną przez Tudorów i Rodzinę Borgiów. Serial zyskał przez to bardziej globalny charakter, jednocześnie tracąc w przedbiegach szansę na stworzenie oryginalnej, pozaformatowej wizji. Duet kreatywny Wolstencroft (twórca Spooks) i Mirren (producent Zabójczych umysłów) po raz pierwszy w swojej karierze mierzy się z projektem historycznym i, jak widać, panowie nie chcą ryzykować ani wychodzić przed szereg. Nawet linia promocji krzyczy wręcz: „Morderstwa, Spiski, Kopulacja!”. Jeśli więc planowaliście odłożyć podręcznik i brylować dzięki zasłyszanej w Wersalu ciekawostce z życia Króla Słońce, powstrzymajcie się. Kontrowersje wzbudziła też decyzja o anglojęzyczności serialu, a co za tym idzie zatrudnieniu większości aktorów spoza kraju nad Loarą. Wywołało to zasłużone oburzenie francuskiej krytyki, zaalarmowanej faktem, że najdroższa krajowa produkcja może się okazać kolejnym generycznym serialem kostiumowym zatopionym w wyszlifowanej na modłę współczesnych gustów wizji historii.

Fot. Canal +

Fot. Canal +

Samo osadzenie akcji w „przeddzień zmiany wiatru”, kiedy Wersal był jedynie myśliwskim pałacykiem, a jego wielkość pozostawała tylko w sennych marach młodego króla, jest ciekawym zabiegiem. Pomimo że sam serial aspiruje do pokazania trochę szerszej perspektywy, Wersal jako budynek staje się sceną i jednocześnie osią historii, przyczynkiem i skutkiem jednocześnie. Kinematografia do tej pory serwowała nam głównie wizję Ludwika u pełni władzy w rozbuchanym w swoim przepychu środowisku dworu francuskiego, nie oferując wytłumaczenia, jak zdecentralizowane państwo opanowane przez kaprysy arystokracji stało się sercem Europy.

W Wersalu Ludwik XIV w interpretacji George’a Blagdena to młodzieniec, który pomimo ukształtowanej optyki politycznej musi zmagać się z niechęcią elit, oczekujących kolejnego słabego i podatnego na sugestię władcy. Nie dajcie się zmylić jego eterycznej urodzie i dziewiczemu wąsikowi –  to postać uformowana na modłę buntowniczą, jednostka przeciwko światu. Otoczony nieufnym dworem i pobłażliwymi ministrami, znajduje siłę, by forsować swoją ideę kształtu państwa. Arystokracja, zaskoczona nagłym zacięciem reformatorskim Ludwika, formuje spisek, uosobiony szczególnie przez Cassela (Pip Torrens) i Moncourta (Anatole Taubman). Nawet sam brat króla, Filip Orleański (Alexander Vlahos), kierowany dosyć złożonymi pobudkami (do których wrócimy), nie jest do końca oddany królewskiej wizji, a jego wątpliwości podsycają podszepty kochanka Kawalera Lotaryńskiego (Evan Williams). Ludwik pełną konfidencją obdarza jedynie pokojowca Bontemps (Stuart Bowman) i sadystycznego szefa ochrony Fabiena (Tygh Runyan). Ważnym (przynajmniej w zamyśle) elementem akcji Wersalu jest kobieca część dworu, rozpoczynając od Henrietty (Noémie Schmidt), żony Filipa, a jednocześnie faworyty Ludwika, przez tajemniczą Béatrice (Amira Casar) o podwójnych motywach, kończąc na Claudine (Lizzie Brocheré), kobiecie próbującej wejść w świat męskich profesji. Postaci oczywiście jest więcej, co wprowadza pewną dozę chaosu w konstrukcję serialu, ponieważ czas poświęcony im w akcji często jest podobny, co doprowadza do fragmentaryczności fabuły niektórych odcinków. Czasem trudno rozgraniczyć, którzy bohaterowie mają konkretne przełożenie na kreowaną w Wersalu rzeczywistość, a którzy są jedynie tłem.

Fot. Canal +

Fot. Canal +

Po obejrzeniu serialu mam wrażenie, że może on zebrać tylu wielbicieli, ilu przeciwników. Podchodząc do postaci historycznej tego formatu (której trudno nie znać, bo przebija się do nas nie tylko ze stron podręcznika, ale i z popkultury), rozbijamy się o kwestię podejścia do tematu: czy serial zostanie stworzony na faktach, czy będzie podkolorowaną wariacją, przebraną w barokowe kostiumy, ale o spojrzeniu i manierach człowieka XXI wieku. Twórcy Wersalu wybrali mniej misterną ułudę, która sprawdziła się już u Tudorów. Zastanawia mnie natomiast, czy i tak dosyć dynamiczna biografia Ludwika wymagała sięgnięcia do naciąganych teorii spiskowych,  pomijając wydarzenia, które faktycznie można potwierdzić. To samo tyczy się schematycznych postaci fikcyjnych, które zajęły miejsce historycznych dramatis personæ (innymi słowy – próżno wypatrywać Moliera). Scenariusz wydestylował i spłycił wydarzenia tak, by oscylowały wokół głównego wątku – budowy pałacu wersalskiego. Można by pewnie długo dyskutować, czy okrojenie i nagięcie faktów dla podkoloryzowania akcji może być  zarzutem, ostatecznie serial jest luźną formą,  „wariacją” na temat życia Ludwika XIV.  Mam jednak wrażenie, że danie Królowi Słońce wyłącznie jednego celu uschematyzowało akcję, ale jej nie uporządkowało. Być może łatwiej byłoby usprawiedliwić taki zabieg, gdyby przez ograniczenie wątków twórcom udało się uniknąć scenariuszowego nieporządku. Ostatecznie pozostajemy w obliczu niepodważalnego wniosku – rozmawiamy o zgrabnej i drogiej fikcji historycznej.

Teraz mogę z czystym sumieniem przejść do sedna, czyli pozytywnych zaskoczeń, dla których warto sięgnąć po Wersal. Serial jest bezsprzecznie wizualną ucztą. Zdjęcia powstawały w oryginalnych francuskich rezydencjach przy przemyślanym (chwała nowej jakości serialom) użyciu sztuki operatorskiej. Każda wręcz klatka jest osobnym dziełem sztuki, oświetlenie i rozkład kadru przywołują barokowe obrazy i najprościej mówiąc – cieszą oko. To samo tyczy się warstwy kostiumograficznej, która została zrealizowana ze zdecydowanie pozatelewizyjnym rozmachem (na realizację kostiumów i rekwizytów przeznaczono ponad 1/10 całego budżetu, co robi wrażenie dopiero, gdy policzy się, o jakiej kwocie mówimy). Dzięki tak pieczołowicie przygotowanej warstwie wizualnej, można wiele Wersalowi wybaczyć. Czołówka serialu stworzona na modłę topowych ostatnio produkcji to lekkie puszczenie oka w stronę barokowego ulubienia geometrii, w akompaniamencie wpadającego w ucho przeboju zespołu M83 Outro (sic!) – chyba powoli można mówić o nowej szkole tworzenia serialowego intro… Na próżno też szukać w samym soundtracku naleciałości francuskiego baroku, Wersal idąc tropem The Knick stawia na lekki miks elektroniki; partytury Jana-Baptysty Lully’ego wylądowały na dnie zapomnianej komody (z jednym małym wyjątkiem).

Fot. Canal +

Fot. Canal +

Wspomniałam już wcześniej o niedopracowanych, schematycznych postaciach, jakie niestety w Wersalu się pojawiają, ale byłoby niesprawiedliwe nie napisać o tych ponadprzeciętnych. Mowa tutaj oczywiście o braciach Burbonach – Ludwiku i Filipie, i tu muszę twórcom Wersalu podziękować za przywrócenie popkulturze fenomenalnej i niejednowymiarowej postaci, jaką był pomijany przez lata Filip Orleański. Jego poprzednie filmowe wcielenia sprowadzały go do dworskiego błazna, transwestyty i niegroźnego homoseksualisty (warto jedynie wspomnieć o jego odtwórcach w Vatelu Rolanda Joffé i Odrobinie chaosu Alana Rickmana). Alexander Vlahos portretuje skonfliktowanego wewnętrznie człowieka, wychowanego w cieniu brata – następcy tronu, od dzieciństwa spychanego na drugi plan. Filip Vlahosa odzyskał animusz. To postać z krwi i kości – jest burzliwy w swoich namiętnościach, rozrzutny i melodramatyczny, co nie przeszkadza mu w byciu doskonałym strategiem i dowódcą wojskowym. Filip otwarcie pozostaje w związku z Kawalerem Lotaryńskim, kolejnym wartym wspomnienia bohaterem – z apetytem na władzę i wpływy na dworze. Filipa z bratem łączą nie tylko więzy krwi, ale relacja z Henriettą, kobietą, której jeden jest mężem, a drugi kochankiem.

Ten wybuchowy koktajl emocji składa się na skomplikowany, zawieszony pomiędzy miłością a nienawiścią związek, który tak naprawdę (obok budowy pałacu wersalskiego) stanowi najważniejszy element fabuły. Ewoluująca wraz ze wzrostem władzy Ludwika bratnia więź to jedna z najciekawszych i najlepiej napisanych relacji (to był bezsprzecznie konik scenarzystów). Przy tak mocnym bohaterze jakim jest Filip, czasem trudno skupić się (a co dopiero sympatyzować) z Ludwikiem Blagdena, który blednie we wspólnych scenach i traci magnetyzm, jaki powinna reprezentować postać Króla Słońce. Może być to wina uschematyzowanych relacji, jakie zawiązuje i powiela w wielu odcinkach – filozoficzne rozmowy z ogrodnikiem Jacquesem przeradzają się w niepotrzebny rytuał. Traci na tym dosyć ciekawa postać jaką jest Bontemps, królewski pokojowiec i doradca, lustrzane odbicie szefa tajnej policji Fabiena Marchala, lubującego się w torturowaniu podejrzanych (sam w sobie jest postacią narzędziem, który pomimo bardziej rozbudowanego wątku nie zyskał namacalnego charakteru).

Całkiem zgrabnie przedstawiono kształtujące się środowisko dworu francuskiego. Utworzona przez Ludwika XIV wersalska złota klatka powoli się zamyka, a arystokracja próbuje się odnaleźć w nowej scentralizowanej rzeczywistości. „Bez tytułu jesteśmy nikim”, mówi Ludwik, nakazując wszystkim wielmożom okazanie dowodu szlachectwa – co stawia obecność na dworze Béatrice i jej córki Sophie pod znakiem zapytania, a jednocześnie czyni je najciekawszymi postaciami kobiecymi. Ich walka o przetrwanie będzie miała poważniejsze konsekwencje, niż można by pierwotnie założyć. Wątek arystokratycznej opozycji wobec króla został okraszony nieco groteskowym obrazem spisku zakapturzonych postaci przekazujących sobie zaszyfrowane wiadomości i spotykających się po piwnicach i ruinach, pod dowództwem anonimowego zdrajcy. Ich pozostała działalność kończy się głównie na napadaniu na powozy i rozgrabianiu podatków. Poza tymi ekstremistycznymi odłamami, serial doskonale oddaje atmosferę dworu – jego gnuśność, bogactwo, a także przypominającą plaster miodu hierarchiczną strukturę. Serial z rozmachem odwzorowuje rytuały dworu, którego bronią jest trucizna i sztylet, a jednocześnie są nią też wystawne kolacje, bale maskowe, zawiłe relacje uczuciowe i seksualne (serial nie stroni od dosyć graficznych scen erotycznych). Czymże byłby Wersal bez małych gierek, plotek i intryg? Fani małej polityki dworskich manipulacji będą zachwyceni.

Fot. Canal +

Fot. Canal +

Kobieta w serialu Wersal w zamierzeniu scenarzystów ma wiele twarzy, ale w ostateczności sprowadza się do trzech konkretnych ról: kobiety w spodniach, kobiety – ofiary miłości i kobiety fatalnej. Może dokonuję tutaj krzywdzącego uproszczenia, ale trudno znaleźć w Wersalu bohaterkę nieoczywistą. Najtrudniej jest pogodzić się ze sztucznie wprasowaną w wersalską tkankę Claudine, niepokorną córką nadwornego lekarza Ludwika XIV. W teorii silna postać dziewczyny – pragnąca wykonywać zawód niedostępny dla swojej płci, odrzucająca ówczesne kanony piękna – reprezentuje „niepożądane” cechy tłamszone przez obawiającego się o swoją pozycję ojca. Jej zachowanie jest odpowiedzią na słabość mężczyzn, przejawiającą się w różnoraki sposób, czyniąc ją przeważnie postacią wygrywającą w pojedynku płci. Dzięki nieortodoksyjnym metodom wchodzi w łaski samego króla, co ciekawe, jest jedyną kobietą z bliższego kręgu władcy, z którą nie łączą go stosunki seksualne (co ma chyba podnieść szacunek do samej postaci albo nadać jej inny wydźwięk). Dlaczego więc nie lubię Claudine? Ponieważ jest postacią napisaną pod wzorzec schematycznego spojrzenia na stereotyp kobiety silnej i niezależnej, która, nie oszukujmy się, w tamtych czasach nie mogłaby się rozwinąć. Gromadząc w sobie zasób tylu cech pozytywnych pozostaje papierowym wykrojem, który wzbudza bardziej irytację niż podziw. To kobiecy odpowiednik Fabiena Marchala (nawiasem mówiąc, mogę się z kimś założyć, że tę dwójkę połączy w drugim sezonie romantyczna znajomość, o ironio!).

Wersal roi się też od ofiar nieszczęśliwej miłości do samego Ludwika XIV: królowej Marii Teresy, która popadła w niełaskę, ciężarnej Louise pragnącej życia w klasztorze, by odpokutować popełniony przez nią grzech cudzołóstwa z królem, a kończąc na Henriettcie – niewinnej ofierze braterskiego konfliktu o dominację. Ta ostatnia jest lepszym przykładem nieoczywistej kobiecej siły, którą przekuła w coś więcej, pomimo psychicznego uzależnienia od dwóch mężczyzn, traktujących ją jak kość niezgody leżącą pomiędzy nimi. Na koniec pozostaje nam kobieta fatalna, metresa, władczyni sztuki uwodzenia. Uosobiona przez markizę de Montespan, toruje sobie drogę w męskim świecie, ostatecznie uwodząc samego króla. W ten wzorzec wpasowuje się też Béatrice, która również korzystając z naiwności mężczyzn prowadzi niebezpieczną grę, pozornie by utrzymać się na powierzchni, chociaż tak naprawdę stawka jest o wiele wyższa. To postać odkrywana stopniowo, by ostatecznie stać się jedną z oryginalniejszych i paradoksalnie najsilniejszych jednostek. W gąszczu przedmiotowo potraktowanych bohaterek, te niektóre lepiej zarysowane to wciąż za mało, by mówić o odpowiednim sportretowaniu postaci kobiecych w serialu (szczególnie, że właśnie te, które się wyróżniły, za swoją ponadprzeciętność zapłaciły najwyższą cenę). Największe nadzieje wiążę z Sophie, której rozwój przypomina mi trochę drogę Sansy Stark. Liczę na jej powrót z drugim sezonie.

Fot. Canal +

Fot. Canal +

Jak więc ostatecznie ocenić Wersal? Zadaję sobie to pytanie i walczę z własną nieobiektywnością. Ponownie odsyłam do faktu, od którego całe moje rozważania powinny się zacząć – serial nie aspiruje do bycia kroniką historii, to zręczna fikcja historyczna uformowana tak, by zadowolić największą liczbę widzów, przy okazji starając się nikogo przy tym nie obrazić. To serial o pięknej otoczce, ale spiłowanych pazurach, pomimo dużej dosłowności przy pokazywaniu przemocy i erotyki. Nie jest to produkcja przełomowa, nie ryzykuje w formie ani konwencji. Jest za to solidną pozycją na rynku telewizji kostiumowej, której Francuzi nie muszą się wstydzić. Pomimo wszystkich moich uwag (czasem małostkowych) serial obejrzałam właściwie jednym tchem, zapominając o uproszczeniach, błędach, nieścisłościach, które tak surowo wymieniałam w tym tekście. Na poczet tej krótkiej analizy musiałam oczywiście te uwagi przywołać, chociaż często przychodziły one do mnie już po seansie, podczas którego nie miały większego przełożenia na przyjemność odbioru. Może właśnie to jest miarą dobrej telewizji rozrywkowej? Cieszę się, że opowieść o Ludwiku trafia „pod strzechy”, także wśród moich znajomych, Król Słońce zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi! Ale być może wszystko sprowadza się do tego, by prawie sto lat później Maria Antonina mogła zapytać: „Czy to nie żart?”, zaskoczona rozbudowaną etykietą dworu francuskiego, i otrzymać odpowiedź: „Żart? Ależ Pani, to Wersal!”.

O sukcesie globalnym Wersalu można mówić już teraz, dzięki wysokim wynikom oglądalności. Obecnie trwają zdjęcia do drugiego sezonu, którego akcja ma rozgrywać się cztery lata później. Ciekawe, że zapowiedziano to już teraz, biorąc pod uwagę charakter zakończenia finalnego odcinka. W Polsce serial można oglądać od stycznia 2016 na Canal +. Kto jeszcze nie widział, a serial kostiumowy nie jest mu obcy, koniecznie powinien nadrobić tą pozycję. Vive le roi!

Versailles
historical drama
Canal+, 2015–

Ania Stachowiak

Pochodzi z Bydgoszczy, o którą kiedyś zahaczył Napoleon, co od razu ukształtowało jej historyczne – i serialowe – zainteresowania. Studiuje produkcję filmową i telewizyjną, więc poza tym co na ekranie, zwraca uwagę na newsy z planu i zakulisowe machinacje.