Nie wpisuj „google” w Google (The IT Crowd)

Nie wpisuj „google” w Google (The IT Crowd)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Po The IT Crowd sięgnęłam ostatnio zupełnie przez przypadek, podczas testowania polskiego Netflixa, jako następną pozycję po czwartym sezonie House of Cards. Całość pochłonęłam w parę dni i trudno teraz stwierdzić, czy to zasługa nowej platformy, automatycznie włączającej następne odcinki, czy po prostu serial jest tak dobry. Na pewno trafił do mnie w momencie, w którym chciałam się trochę pośmiać. Produkcja sprzed paru lat, wśród nowych, błyszczących pozycji w ramówce Netflixa nie wyróżniała się niczym szczególnym, a wybór na nią padł po prostu dlatego, że się akurat wyświetliła. Tak się jakoś złożyło, że moje oglądanie zbiegło się z dziesiątą rocznicą rozpoczęcia emisji serialu, nadawanego przez brytyjską stację Channel 4 w latach 2006–2013. Czy dekadę później serial wciąż się broni? Co zmieniło się od tego czasu w telewizyjnym przedstawianiu komputerowych speców?

Znany w Polsce pod tytułem Technicy-magicy, serial opowiada o departamencie IT w firmie Reynholm Idustries, zajmującej się bliżej nieokreśloną sprzedażą/produkcją (a to nieokreślenie również jest czasem humorystycznie wykorzystywane, w dialogach typu „musimy sprzedać ten produkt, którego sprzedażą się zajmujemy”). Problemy z komputerami w firmie rozwiązują Roy (Chris O’Dowd) – niechlujny Irlandczyk, i nieprzeciętnie inteligentny, lecz aspołeczny Moss (Richard Ayoade). Do ich przytulnej piwnicy, pełnej komiksów, zabawek i zabytkowych komputerów, zostaje zesłana Jen (Katherine Parkinson) – dynamiczna młoda kobieta, która dzięki paru niewinnym kłamstewkom w CV otrzymała posadę menadżera działu, na oprogramowaniu jednak zupełnie się nie zna. Różne charaktery i osobowości trójki bohaterów nie są podstawą humoru i główną siłą napędową akcji w tym sitcomie, trochę na przekór oczekiwaniom, chociaż niewątpliwie często odgrywają ważną rolę. Częściej jednak to okoliczności zewnątrzne, bardziej niż wewnętrzne, są źródłem absurdalnych sytuacji, które mamy przyjemność oglądać. Nie wszystko też kręci się wokół komputerów – może dlatego, że zdecydowana większość problemów rozwiązywana jest przez leniwego Roya pytaniem „Czy próbował pan wyłączyć i włączyć?”, który to trik, nie oszukujmy się, zazwyczaj daje znakomite rezultaty.

The IT Crowd.Series 3

Fot. Channel 4

Najwięcej odcinków tej ciągnącej się przez cztery serie produkcji opowiada o tym, co dzieje się, gdy samotnicy Roy i Moss wyjdą ze swojej piwnicy. Kontrast między dwójką informatyków a „światem zewnętrznym” stara się zawsze jakoś załagodzić Jen, częściej jednak sama wplątuje się w wir spraw. Mamy więc zwykłe wyjście do teatru, które dla Roya kończy się podróżą do Manchesteru wraz z grupą niepełnosprawnych fanów przedstawienia, tylko dlatego, że podczas korzystania z toalety (dla uprzywilejowanych – szukał prywatności) uruchomił alarm i w panice zaczął udawać, że ktoś ukradł jego wózek. W tym samym czasie Moss, który dla odmiany wybrał toaletę dla obsługi, zmuszony zostaje do pracy w tearalnym barze. Innym razem, w poszukiwaniu spokojnego miejsca do obejrzenia filmu, obaj trafiają do mieszkania pochodzącego z Niemiec kanibala (który jednak nie rzuca spoilerami, dodatkowo posiada porządne kino domowe). Jen natomiast boryka się na zmianę z bolączkami randkowania oraz próbami wyniesienia działu IT na wyżyny korporacyjnej hierarchii. Czasem udaje, że mówi płynnie po włosku, czasem jest odpowiedzialna za rozrywkę odwiedzających firmę wspólników i organizuje im wieczór z grami RPG, zamiast zwyczajowego wypadu do baru ze striptizem.

W jednym z bardziej zapadających w pamięć epizodów, Jen otwiera zamknięte zawsze na cztery spusty czerwone drzwi, prowadzące, jak się okazuje, do serwerowni, w której pracuje (obserwując migające światełka) grany przez Noela Fieldinga Richmond. Niegdyś prawa ręka prezesa, Richmond spadł na sam koniec firmowego łańcucha pokarmowego, odkąd został fanem Cradle of Filth i przybrał barwy gotha. Wampirzy look jest jednak niczym w porównaniu z gościnnym występem Fieldinga w sezonie czwartym – kiedy po przejściu (czy aby na pewno skutecznej?) terapii staje się „przeciętniakiem” w garniturze i z blond włosami. To wcielenie aktora, szokująco różne od jego typowego scenicznego wizerunku, będzie mi się jeszcze długo śnić po nocach.

Fot. Channel 4

Oprócz absurdalnych sytuacji, silną stroną serialu jest jego aktualny komentarz trendów i przypadłości oraz mnóstwo odniesień do popkultury. We wspomnianym odcinku o kanibalu znajdziemy parodię znanego spotu przeciwko piractwu filmów („Nie kradniesz aut. Nie kradniesz torebek. Nie kradniesz dzieci. Nie strzelasz do policjantów i nie kradniesz im czapek”). Inny epizod pokazuje, jak Jen i Roy zaczynają się ze sobą komunikować tylko za pośrednictwem platformy Friendface, łączącej dawnych znajomych (a później zajęci są głównie próbami zaimponowania odnalezionym kolegom ze szkoły). I Twitter ma swoje pięć minut, jako Chitter, na którym w odcinku finałowym Jen probuje ratować swoją nadszarpniętą reputację, po tym jak połowa populacji świata oskarża ją o złe traktowanie bezdomnych. Satyry internetowego moralizatorstwa dopełnia w tym odcinku pojawienie się Anonymous, ku zdziwieniu Roya, który sam do grupy podobno należy. The IT Crowd sięga też często po inne programy telewizyjne jako źródła inspiracji. Milionerzy i Dragon’s Den znajdują się wśród wykorzystywanych w odcinkach produkcji, najlepszym przykładem jest jednak Countdown, któremu poświęcono cały epizod. Moss zostaje mistrzem teleturnieju, układając z liter T, N, E, T, E, N, N, B, A słowo tnetennba – a później dostaje się do tajnego (jak Fight Club) klubu, zaproszony tam przez tajemniczego (niczym Morfeusz z Matrixa) Prime’a.

Powyższe przykłady nie znaczą jednak, że The IT Crowd to tylko siedlisko inteligentnych żartów i trafnej satyry. Absurd zdecydowanie przeważa, a niektóre żarty są bardziej udane od innych. Wiele zależy oczywiście od poczucia humoru. Jeśli ktoś wciąż rozgranicza wyraźnie humor brytyjski i amerykański – gdzie Ameryka oznacza żarty o rzucaniu w siebie jedzeniem, a Wielka Brytania to humor wysublimowany i błyskotliwy – powinien dokonać ewaluacji tego poglądu po obejrzeniu odcinka, w którym Douglas (Matt Berry), prezes firmy, okłada się pięściami ze swoją (byłą) dziewczyną, czego powodem jest wiadomość, że przeszła ona przed laty operację zmiany płci. Sporo jest takich niezbyt trafionych gagów, seksistowskich tekstów, które powodują przewracanie oczami, można jednak w serialu znaleźć pewien balans między tymi elementami i radzę się nie zrażać bez spróbowania. Ostatecznie wady serialu w tym względzie można zrzucić na gatunek i pewną wiekowość – na nowszych przykładach widać, jaką drogę przeszliśmy, by zrozumieć (chociaż ciągle nie zawsze), że istotą komedii nie jest obrażanie kogoś, kto na to nie zasługuje.

Fot. Channel 4

Fot. Channel 4

Nie wiadomo, na ile twórcy The Big Bang Theory inspirowali się The IT Crowd, trudno jednak uniknąć porównywania obu serii. Emisję Big Bang rozpoczęto w roku 2007 (w tym samym, w którym NBC wyprodukowała nieudany pilot amerykańskiego The IT Crowd; nie tak dawno stacja ogłosiła powrót do tej idei) i serial nadal mocno się trzyma, jeśli chodzi o oglądalność, urok dla mnie stracił jednak już dobre parę sezonów temu. Punktów stycznych mamy wiele: sekcja nerdów (Roy i Moss; Sheldon, Leonard i spółka) skontrastowana z sekcją żeńską (Jen; Penny), społeczne nieprzystosowanie głównych bohaterów, noszenie geekowskich koszulek, popkulturowe odniesienia, specjalistyczny żargon. Sporo tych rzeczy wypada jednak w wykonaniu The IT Crowd o wiele lepiej, chociaż materiał źródłowy to dokładnie dwadzieścia pięć odcinków, przy dziewięciu seriach po dwadzieścia parę odcinków TBBT (and counting!). W Teorii wielkiego podrywu to Penny – ładna, zaradna, chociaż niewykształcona dziewczyna – ma być osobą, z którą się utożsamiamy. Śmiech z puszki puszczany jest zawsze wtedy, kiedy Sheldon powie coś bardzo mądrego, a Penny zbyje go słowami „taaak, jasne”, dumna ze swojej niewiedzy. The IT Crowd nie opozycjonuje tak Jen i chłopaków. Mamy tu co prawda do czynienia nie z doktorami fizyki i inżynierami, a parą informatyków, Roy i Moss rzadko jednak wykorzystują niewiedzę Jen (poza dość niewinnymi żartami o Google i pudełku z Internetem w środku), a ona sama czuje się jednak częścią działu IT, nawet jeśli nie zna się na komputerach. Perypetie wiążą się tu bardziej z tym, że cała trójka jest outsiderami we własnej firmie, dlatego im kibicujemy.

Inaczej też potraktowana jest w obu serialach kwiestia problemów z kontaktami międzyludzkimi. Na pierwszy rzut oka Moss i Sheldon to podobne postaci – obaj mają swoje małe dziwactwa, obaj są bardzo inteligentni, a przy tym zupełnie bezradni w najprostszych czynnościach, jak zamawianie jedzenia w restauracji czy gaszenie pożaru. The IT Crowd jednak nie skupia się tak na odmienności Mossa. Oczywiście, jest ona źródłem komizmu, zauważamy ją, inni bohaterowie zdają się jednak jakby nie zwracać na nią uwagi, czy też inaczej ­– nie mają jej Mossowi za złe. Roy poważnie traktuje problem Mossa, którego zaczepia młodzież w parku, a Jen ze stoickim spokojem reaguje na fakt, że Moss mdleje na wzmiankę o kobiecej fizjologii. Sheldonowi ciągle ktoś przypomina o tym, że jest dziwny, i jak trudno z nim wytrzymać. Jako grupa panowie z TBBT radzą sobie z ludźmi o wiele lepiej. Jasne, Raj nie potrafi rozmawiać z kobietami, jednak perypetie tego małego gangu to nic w porównaniu z tarapatami, w które wplątują się Roy i Moss (i Jen) tylko dlatego, że nie potrafili w porę wyjaśnić, co się dzieje, albo źle zinterpretowali dawane im sygnały.

 The IT Crowd nie bawi się też w romantyczne perypetie, przynajmniej nie na poważnie. Randkowanie Jen i nieudane próby podrywu w wykonaniu Roya to tylko detale, jeśli zestawić je z ciągnącym się wątkiem Leonarda i Penny, a później i związkami reszty chłopaków. Rozstania i powroty w pewnym momencie zaczynają nużyć.

Obie serie mają swoich zwolenników i przeciwników, w moim osobistym rankingu wygrywa jednak The IT Crowd. Głównym powodem jest chyba to, że serial nie epatuje tak „byciem o geekach”. Śmiejemy się z bohaterami, nie z bohaterów (co nie zawsze można powiedzieć o Teorii wielkiego podrywu). Długoletnia emisja TBBT sprawiła jednak niezaprzeczalnie, że bycie nerdem nie kojarzy się już w Ameryce (i na świecie) tylko z serią filmów Zemsta frajerów. Jak dużo osób wie teraz, co to znaczy ekscytacja Comic Conem! Oba seriale były w pewnym sensie pionierskie w tym kontekście. Dziesięć lat temu Moss wyglądał właśnie jak taki wyciągnięty z filmu „frajer”, z wysoko podciągniętymi spodniami i w okularach – typowe przedstawienie, które królowało w telewizji przez lata. Oprócz tej komediowej reprezentacji, częściej powodu żartów niż ich bohatera, komputerowi mistrzowie pojawiali się głównie jako część ekipy w proceduralach (ktoś w końcu musiał przegrzebać się przez stos danych i zbadać zdjęcie przy użyciu maksymalnego zoomu). A teraz? Przyglądając się serialowemu krajobrazowi, można znaleźć o wiele więcej przykładów, pozytywnych i nie tylko w komediach. Komputerowy żargon nie przeraża już scenarzystów, ani tym bardziej widzów. W lżjeszym tonie mamy więc Silicon Valley, na poważnie zaś Halt and Catch Fire (dodatkowo w stylu retro). W zeszłym roku serca podbił Mr. Robot. Nerdostwo opuściło piwnice i laboratoria kryminalistyki.

Dekadę po premierze The IT Crowd przypomina więc, jaką drogę przebyliśmy i jaką drogę przebyli główni aktorzy: gwiazda filmów hollywoodzkich Chris O’Dowd, reżyser Richard Ayoade, wybierająca dramatyczne role (Humans, anyone?) Katherine Parkinson. Maratonowanie serii to seans bardzo przyjemny, a kierunek rozwoju jest zadowalający, więc oby tak dalej!

The IT Crowd
sitcom
Channel 4, 2006–2013

Melepeta

Koneserka krakowskiego powietrza. Żyje przecząc ruchom wskazówek zegara - jest edytorką za dnia, w nocy zamienia się w entuzjastkę popkultury. Wie, co piszczy w fandomowej trawie i posiada pokaźną kolekcję kubków o tematyce okołofilmowej. Pisze do szuflady, wenę podtrzymując paliwem składającym się z herbaty i miłości do bohaterów fikcyjnych.