Fot. ABC

Dokąd zmierzacie, Agenci? (Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D.)

Artykuł zawiera spoilery.

Agenci T.A.R.C.Z.Y. od momentu ostatniego pojawienia się na Pulpozaurze przeszli długą drogę. Minęły już prawie dwa sezony, w których wiele się wydarzyło, ale o ile tak na początku pierwszej, jak i drugiej serii, był to serial mający wyraźny kierunek, o tyle im dalej brnę w serię trzecią, tym wyraźniej widzę, że ten kierunek gdzieś się zgubił. Z tego powodu od dłuższego czasu oglądam go wyłącznie siłą inercji i o ile finał nie powali mnie na kolana (a na to się nie zapowiada), to po serię czwartą raczej już nie sięgnę.

Zapewne pamiętacie, że kiedy Agenci pojawili się w serialowej ramówce, pojawiły się też dość powszechnie głosy, że to produkcja słaba i nie warto poświęcać jej czasu. Bliżej końca sezonu okazało się jednak, że: „warto przemęczyć nudnawy początek, by dobrnąć do świetnego finału”. I blisko tego finału wreszcie sama postanowiłam po Agentów sięgnąć, mimo że ich obecność była mi przez całe miesiące absolutnie obojętna. W kilka dni pochłonęłam cały sezon, włącznie z przerwą na seans drugiego Kapitana Ameryki i może nie tyle zakochałam się na zabój, co zwyczajnie bardzo polubiłam ten serial. Co ważne, wbrew wspomnianym, dość powszechnym głosom, polubiłam go od pierwszych odcinków. Jasne, nie było to wielce skomplikowane i miało trochę idiotyzmów trudnych do zignorowania, a Skye była łatwą postacią do nielubienia (choć mnie nie przeszkadzała), ale jakoś przemówiła do mnie ta proceduralna formuła, o klimacie gdzieś pomiędzy Torchwood a Firefly. A do tego już na samym początku dostrzegałam, jak z odcinka na odcinek ten serial się rozwija, tak że kiedy doszłam do momentu, w którym ponoć właśnie zaczynało się robić ciekawie, to była dla mnie naturalna konsekwencja tego rozwoju. Zapewne gdyby nie to, że cała seria ze swoim plot twistem, była oparta o film, którego nie mogła zaspoilerować, to od początku mielibyśmy taką mocniejszą formułę, jaką dostajemy pod koniec, ale ja nie zamierzam narzekać.

Fot. ABC

Fot. ABC

Potem nadeszła seria druga, zgodnie z oczekiwaniami już zaczynająca mocno i, zgodnie z nadziejami, nieodpuszczająca do ostatniego odcinka. Tu jeszcze mocniej widać było to, że autorzy mają na całość pomysł. Może w przeciwieństwie do serii pierwszej, nie wyszło wpisanie jej w szerszy kontekst MCU – nawiązanie do Age of Ultron było właściwie symboliczne – ale całość trzyma się kupy. Owszem, rozpada się na dwie przemyślane części, ale też ładnie się one dopełniają i do tego rzucają światło na wiele większych i mniejszych wątków z serii pierwszej. Całość zaś kończy się zapowiedzią nowego rozdziału w całym MCU, jaki wnosi wprowadzenie Nieludzi i eksperymentów Kree i wyjawienie prawdziwej tożsamości Skye – która przyjmuje swoje prawdziwe imię. To swoją drogą ciekawa dekonstrukcja istotnego tropu w budowie superbohatera. Oto nasza postać, wraz z otrzymaniem supermocy, nauką ich wykorzystywania ku dobru i pogodzeniem się z bodaj najważniejszą zmianą w jej życiu, odrzuca przydomek i powraca do imienia i nazwiska, dla świata stając się Daisy Johnson. Niestety też jest to zwiastun tego, co dzieje się w sezonie trzecim – gdzie niby dostajemy sporo wątków superbohaterskich i nadprzyrodzonych, a jednak całość kuli się przy ziemi, nijaka i właściwie nudna. Gdzieś gubi się potencjał, który zapowiada nam druga połowa drugiej serii.

Pozostając jednak jeszcze w serii drugiej – jak wspomnieli w swojej dyskusji Pirjo i Artur, Agenci T.A.R.C.Z.Y. to serial o zespole. I tak jak w serii pierwszej mieliśmy ten zespół ograniczony do naszej szóstki głównych bohaterów, z jakimiś minionami w tle i paroma postaciami pobocznymi pokazującymi się to tu, to tam, tak w serii drugiej zespół się poszerza i to o ciekawych agentów, ale też pojawiają się minony na jeden odcinek. Co mi jednak trochę zgrzytało, a co w serii trzeciej mam wrażenie tylko narasta. Zamknięcie w sporej bazie, gdzie mamy główną grupę bohaterów i inne postaci snujące się w tle i przywoływane dość losowo, by powiedzieli zdanie czy dwa, buduje we mnie poczucie pewnej bylejakości. Sytuacja w sezonie pierwszym, z naszą szóstką, zamkniętą na pokładzie jednego samolotu, tworzyła pewną spójność narracji, którą kolejne sezony rozrzedzają. W serii drugiej to wszystko nadal jednak działa, bo zwyczajnie wszystkie relacje są tu w miarę spójnie poprowadzone, tak jak i spójnie poprowadzone są relacje agentów z postaciami pobocznymi i relacje postaci pobocznych z innymi postaciami pobocznymi.

Fot. ABC

Fot. ABC

O ile jednak właśnie pierwsze dwie serie miały na siebie pomysł, o tyle seria trzecia to bardzo wyraźnie tylko szkic pomysłu, z zarysowanymi kilkoma kluczowymi punktami. I te punkty są od siebie mocno oddalone, a więc i połączyć je w spójną historię jest dość trudno. Tylko że to wcale nie byłoby niemożliwe, sęk w tym, że scenarzyści po prostu niespecjalnie się starają. Dlatego, choć pierwsze dwa czy trzy odcinki trzeciej serii oglądałam jeszcze ze sporym zainteresowaniem (przekonana, że po takim, a nie innym zakończeniu serii drugiej czeka nas tylko kolejna naprawdę dobra seria), tak niestety im dalej w las, tym wyraźniejsze staje się, że to seria dążąca od odcinka do odcinka, bez wielkiego pomysłu na siebie. Poszczególne wątki pojawiają się niczym królik z kapelusza i znikają równie nagle, „główny zły” to znów Ward, na którego w pewnym momencie chciałam, żeby spadło kowadło, szumnie zapowiadanych Sekretnych Wojowników nigdzie nie widać, a jak już się pojawiają i zostają tak nazwami, to okazuje się, że jest ich czwórka (sic!) i ich grupa rozpada się jeszcze w tym samym odcinku. Na dokładkę zaś relacje między postaciami też zmieniają się, co chwilę i bez większego sensu. Najbardziej dopracowany wydaje się być w tym kontekście związek Fitza i Simmons, choć i on w moim odczuciu nie został poprowadzony całkiem spójnie. Reszta siedzi cicho w kącie i płacze nad tym, że nie dano im lepszych scenarzystów. Highlightem tego sezonu jest właściwie tylko przemiana Warda w Hive. Od tego momentu nie jest może najlepiej napisaną postacią złego jaką można spotkać, ale nie życzę mu już tak nagłej śmierci, jakiej jeszcze niedawno życzyłam gorąco Wardowi.

Zirytowało mnie za to to, co w ostatnich odcinkach zrobiono z Daisy. Samo zarażenie przez Hive jest w porządku, kupuję ten pomysł, ale problem tkwi w tym, że scenarzyści chyba chcieli, żebyśmy cały czas mieli cień wątpliwości, czy Daisy naprawdę myśli to, co mówi i Rój tylko wydobywa jej własne przekonania na światło dzienne, czy jednak to tylko manipulacje Hive’u. I do pewnego stopnia to się udaje, wiemy, że Daisy jest zarażona (ale też zgodnie z zamysłem scenariusza, osobiście nie domyśliłam się do momentu, w którym zostało to ujawnione) i potem jej rozumowanie nadal jest bardzo w jej własnym stylu. Co mnie jednak ubodło to nagłe wyskoczenie z tym, że Daisy w S.H.I.E.L.D. jednak nie czuje się jak w domu. To oczywiście nawiązanie do jej niepewności z poprzednich sezonów. No ale sęk w tym, że ten wątek został dawno zamknięty, w serii drugiej co prawda takim nowym domem było dla niej też to miasto Nieludzi – ale nawet będąc jeszcze lojalną wobec swojej mamy, wciąż czuła, że S.H.I.E.L.D. to też jej dom. W serii trzeciej aż do momentu, gdy Daisy pod wpływem Roju o tym wspomina, nie ma żadnej podbudowy pod to, żeby widz się choć na moment zawahał, pomyślał, że może faktycznie coś jest na rzeczy, że jej czegoś mimo wszystko w S.H.I.E.L.D. brakowało. Za mało tu zetknięć z wielką ilością Nieludzi, którzy mogliby raz po raz kwestionować jej przywiązanie. Brak w ogóle jakichś drobnych, ale wyraźnych momentów zawahania, niepewności egzystencjalnej w Daisy, żebym na takie wyskoczenie z tym wątkiem nie zgrzytnęła tylko zębami. Za mało też w tej serii zapowiadanego przecież skupienia na budowaniu bazy Secret Warriors, a za dużo rozwiązywania bieżących problemów – walki z Hydrą, przeciągania liny z ACTU i prób dopadnięcia Warda – które przyćmiewają fakt, że to miała być seria o Nieludziach.

 Fot. ABC

Fot. ABC

Ogólnie przy okazji tej serii coraz bardziej umacnia się we mnie przekonanie, że Agenci T.A.R.C.Z.Y. byliby o wiele lepszym serialem, gdyby mogli machnąć ręką na kinowe MCU (od dawna wiadomo, że się z nim tak naprawdę nie zwiążą) i stworzyli o wiele lżejszą, niesztampową opowieść o grupce agentów S.H.I.E.L.D. we wspominanym już klimacie pomiędzy Torchwood i Firefly, jaki mieli na początku. Lepiej by było, gdyby nie musieli patrzeć na to, że nie stać ich na zatrudnienie aktorów z filmów, a jeśli już to tych drugo-, trzecioplanowych na odcinek czy dwa i np. zrobili serię z często pojawiającymi się Thorem czy Czarną Wdową, do których zagrania zatrudniliby zupełnie innych aktorów niż Chris Hemsworth i Scarlett Johansson. Gdyby często i gęsto sięgali po kolorowo ubranych superbohaterów* i nawiązywali do wydarzeń filmowych, kiedy i jak im się podoba (choćby i je zupełnie względem tego co było w filmach przeinaczając). To oczywiście marzenie ściętej głowy, ale wynika ono z prostego wniosku, że Agenci niepotrzebnie i ze szkodą dla swojego potencjału, od początku tkwią w cieniu MCU, spod którego nie mogą się wydobyć.

Odpowiadając na pytanie z tytułu wpisu, w drugim sezonie Agenci T.A.R.C.Z.Y. wyraźnie zmierzali ku opowieści o ludziach nagle obdarzonych supermocami. I to mogła być bardzo fajna opowieść. Dziś każdy agent zmierza w swoją stronę, a część tylko kręci się w kółko, jak niemądry piesek zachwycony swoim własnym ogonem.

* Na marginesie muszę zaznaczyć, że męczy mnie też zmiana kolorowego, dziewczęcego stylu Daisy z pierwszego sezonu na monochromatyczny od sezonu drugiego. Jasne, to w prosty sposób pokazuje, że ona teraz jest już pełnoprawną agentką, a nie dziewczyną z ulicy, która wkręciła się w tajną agencję szpiegowską. Niemniej im dalej w serial, tym bardziej brakuje mi koloru w ubraniach postaci.

Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D
action, science fiction, drama
ABC, 2013–

Ginny N.

Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają jej współpracy. Pisze m.in. dla Gallifrey.pl, na blogu ziemniak i Dinozarły i współtworzonych z koleżanką (Ułomnych) recenzjach ziemniaka.