7 grzechów głównych polskich seriali

7 grzechów głównych polskich seriali

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Oglądam polskie seriale. Lubię klasyki i nieodmiennie czekam na nowość, którą pokocham szczerą fanowską miłością. Równocześnie oglądam również seriale z USA, Wielkiej Brytanii, Skandynawii, Rosji, a nawet Francji. Wiem zatem, czego wymagać, a co byłoby przesadą i wydziwianiem.

Dlatego z radością wygłosiłem na krakowskim SerialConie prelekcję o siedmiu grzechach głównych polskich seriali. Starałem się nie popaść w krytykanctwo, a uprzejmie wypunktować, co mi się nie podoba, a mogłoby zostać naprawione. Chyba się udało, bo obecni na sali ludzie z branży nie mieli pretensji, że wygaduję straszne głupoty (przy okazji mogłem się przekonać, że SerialCon nie jest już fanowską imprezą, a poważnym festiwalem).

Poniższy tekst to spisanie prelekcji z 1 maja, przejrzany i uaktualniony o najświeższe wieści, gdyż perspektywy polskiego serialu okazują się rozwojowe.

Fot. TVN

Fot. TVN

Bohater

Są seriale opowiadające o rzeczach niezwykłych i takie, które dotykają spraw doskonale znanych. W ich przypadku ważna jest perspektywa, z której patrzy się na te doskonale znane rzeczy. Zaś perspektywa najczęściej oznacza punkt widzenia głównego bohatera. Doskonałym przypadkiem byłoby tu Sześć stóp pod ziemią, gdzie śmierć obserwujemy z perspektywy pracowników zakładu pogrzebowego. Ludzi, którzy z jednej strony są bliżej martwego ciała, niż ktokolwiek, z drugiej zaś – dla których umieranie bliskiej osoby jest tak samo traumatyczne, jak dla wszystkich innych. Zwykła sprawa, niezwykła perspektywa.

W Polsce, pomijając kryminały (jest ich sporo) i seriale kostiumowe (jest ich za mało), dominuje jeden bohater serialowy: trzydziestoparoletnia singielka, ambitna przedstawicielka klasy średniej. Właśnie rozstała się z poprzednim partnerem (co jest punktem wyjścia pierwszego odcinka). Właśnie w oko wpada jej nowy przystojniak, prawnik albo chirurg.

Szybkie zerknięcie w internet i tytuły seriali idących tym schematem wyskakują jeden za drugim: Magda M. (jej wybaczymy, bo to już klasyk), Przepis na życie, Prawo Agaty, Hotel 52, Szpilki na Giewoncie, O mnie się nie martw, Druga szansa. Bez postaci ambitnej kobiety na zakręcie nie potrafią się obejść nawet seriale prowincjonalne w rodzaju Domu nad rozlewiskiem czy Rancza – to ostatnie ratuje na szczęście znakomity drugi plan (o tym w grzechu 3).

Fot. HBO

Fot. HBO

Miejsce

W oko wpadła mi kiedyś mapka przedstawiająca, gdzie na mapie Wysp toczy się akcja popularnych seriali brytyjskich. Jak się można spodziewać, archipelag był równomiernie pokryty telewizyjnymi lokacjami. Nikogo nie dziwi, że kostiumowy melodramat Poldark umiejscowiono w Kornwalii, kryminalny Shetland – na najdalszym krańcu Szkocji, zaś Y Gwyll, nie dość, że dzieje się w Walii, to jeszcze jest w języku walijskim (wyobrażacie sobie Kryminalne zagadki Pucka, w których wszyscy mówiliby po kaszubsku?).

Podobna mapa dla Polski wyglądałaby tak, że większość tytułów skupia się w Warszawie i okolicach. Krajowe seriale opuszczają stolicę tylko wtedy, kiedy muszą. Akcja AXN-owskiej Zbrodni toczy się nad morzem, bo tego wymagał szwedzki oryginał, Ojciec Mateusz potrzebował małego miasteczka, zaś Ranczo lub Szpilki na Giewoncie – malowniczej prowincji.

Kojarzę tylko dwie współczesne produkcje, które obywają się bez Warszawy: toruńskich Lekarzy i łódzkiego Komisarza Aleksa. Z tym, że przeciwwagą dla Aleksa będzie Paradoks, który zrealizowano wprawdzie w Łodzi, ale fabularnie umieszczono w Warszawie (co objawiało się dwiema scenami w metrze i widokiem na Most Świętokrzyski).

Pamiętać jednak należy, że serialowa Warszawa to miasto-wydmuszka. Składa się z dzielnicy wieżowców, w której ambitni trzydziestolatkowie robią karierę, romantycznej Starówki oraz Pragi pełniącej rolę lokalnego kolorytu. Na Pradze mieszkają chłopaki z ferajny, którzy wydają się z początku straszni, ale warto się z nimi zaprzyjaźnić, bo i meble pomogą wnieść, i gębę komu obić.

Trzecim plemieniem (po trzydziestolatkach i ferajnie) zamieszkującym Warszawę są politycy. Bez nich z kolei nie może się obyć żaden kryminał. Nawet HBO-wska Wataha tylko po to radowała oko widokami Bieszczadów, żeby w finałowym twiście okazało się, że za wszystkim stoją skorumpowani wojskowi ze stolicy.

Jeśli więc w polskim serialu zobaczymy, jak kieszonkowiec okrada bezdomnego, to jeden okazuje się agentem WSI, a drugi najlepszym przyjacielem premiera. Jakby ludzie bez koneksji nie popełniali zbrodni.

Fot. Canal+

Fot. Canal+

Drugi plan

Jeśli mamy już głównego bohatera (właściwie bohaterkę) polskiego serialu oraz miejsce akcji, należy przyjrzeć się tłu. Bohaterom drugoplanowym. Wiele krajowych produkcji należałoby pochwalić, że jak różne rzeczy im nie wychodzą, tak drugi plan prawie zawsze daje radę. Oznacza to jednak coś niepokojącego: wszystko, co najciekawsze, dzieje się na boku, gdyż główny wątek i wiodące postacie są nieodmiennie nudni i nijacy.

Znakomitym przykładem (bo problem dotyczy niemal każdej produkcji) jest wojenna Misja Afganistan. Trójkę głównych bohaterów można skwitować ostentacyjnym ziewnięciem:

  • Konasz (Małaszyński) to trochę niedoświadczony, ale porządny oficer, który zmaga się z niesłuszną opinią karierowicza;
  • Żądło (Schuchardt) jest wredny i cięty na Konasza chyba tylko dlatego, że scenarzysta potrzebował antagonisty;
  • Porucznik Justyna (Ostrowska) to ambitna trzydziestolatka na zakręcie życiowym, próbująca w górach Adżiristanu pokazać, ile jest warta.

Postać porucznik Justyny ratuje ciekawy twist, ale żeby się nim nacieszyć, trzeba obejrzeć dziesięć odcinków sztampy. Na szczęście są jeszcze bohaterowie drugiego planu:

  • Zbój lepiej dogaduje się z Talibami niż w własną córką;
  • Biskup ma PTSD;
  • Melbor chce pomścić śmierć brata-żołnierza;
  • Mamut ukrywa, że to on się przyczynił do śmierci brata Melbora;
  • Młody wyjeżdża na misję, bo w kraju grożą mu zarzuty za udział w pobiciu.

Wszystkie te zepchnięte na bok wątki są dużo ciekawsze od losów głównej trójki. Czy nie byłoby ciekawej, gdyby to Konasz pałał żądzą odwetu, ściągając przy tym na swój pluton rozmaite kłopoty i niebezpieczeństwa? Albo gdyby wredny charakter Żądła był pierwszym objawem nerwicy pola walki? I wreszcie dlaczego to Justyna nie może mieć problemów z dzieckiem? Każde z tych rozwiązań (polegających na przepisaniu paru scen) sprawiłoby, że Misja Afganistan byłaby o wiele bardziej wciągająca.

Fot. TVP

Fot. TVP

Słabe otwarcie

Aby zachęcić widzów do obejrzenia kolejnych odcinków, pilot serialu musi czymś zainteresować. Już Hitchcock powiedział, że należy zacząć od trzęsienia ziemi, a potem napięcie już tylko rośnie. Topowe produkcje zagraniczne sumiennie przestrzegają tej zasady. A Polacy z kolei unikają jej jak ognia. Nasze seriale zaczynają się łagodnie i spokojnie. Byle tylko nie intrygować widza. Byle tylko go nie budzić.

Bardzo lubię Czas honoru i będę go zawsze bronił, ale trudno ukryć, że pierwszą serię ogląda się z obowiązku. Dopiero w drugiej zaczyna się dynamiczna wojenna sensacja, a w trzeciej serial nieoczekiwanie wzlatuje na poziom BBC. Co ciekawe, twórcy musieli być świadomi tej zmiany, gdyż czwarta seria to pod wieloma względami remake pierwszej. Przewijają się w niej podobne motywy (skok cichociemnych do kraju, ukrywający się Żydzi, wewnętrzne intrygi między Niemcami itd.), ale opowiedziane są dynamicznie i z większą swobodą.

Jednego odcinka na odnalezienie się w serialu potrzebował Patryk Vega w Służbach specjalnych. Szkoda tylko, że ten pilot był tak nijaki, że mało komu chciało się zobaczyć, co dalej. A dalej był jeden z najwybitniejszych polskich seriali. Wstrząsająca, dołująca, zmuszająca do gorzkich przemyśleń opowieść o najmroczniejszych sekretach demokratycznego państwa.

Czasami problem stanowi wstrzelenie się serialu w konwencję. Zeszłoroczny Prokurator poświęca na to aż pięć odcinków. Tak długo nie wiadomo, czy to kryminał społeczny, psychologiczny thriller, czy lekki, cotygodniowy procedural. Aktorzy nie wiedzą, kogo i jak grać, widzów irytuje, że trzeci odcinek jest plagiatem drugiego, a polityczne tło odcinka piątego (trup w Muzeum Powstania Warszawskiego) prowadzi do finału rodem z Detektywa Monka. Aż dziw bierze, że scenarzysta serialu, pisarz Zygmunt Miłoszewski, laureat Paszportu Polityki, miał takie problemy z ogarnięciem własnego serialu.

Fot. TVP

Fot. TVP

Dydaktyzm

Grzech specyficzny, bo dotyczący głównie telewizji publicznej. Misja, do której zobowiązane są media publiczne w 99 przypadkach na 100 kończy się zasnuciem serialu dydaktycznym smrodkiem.

Oczywiście to nie lokalny wynalazek, by telewizja uczyła. Na Zachodzie gorącym tematem jest kwestia reprezentacji (mniejszości: etnicznych, religijnych, seksualnych itp.). W Rosji co druga produkcja kostiumowa opowiada o tym, kto sam jeden pokonał faszyzm i dlaczego świat powinien być mu dozgonnie za to wdzięczny. W Turcji Grzech Fatmagul był odważnym głosem w sprawie przemocy seksualnej wobec kobiet.

Polska telewizja zamiast być opowiadaczem ciekawych historii, na hasło misja przybiera pozę nauczyciela. I to nie nauczyciela-społecznika, zaszczepiającego w uczniach ciekawość świata i zasady moralne, ale zmęczonego życiem belfra, który osiem godzin dziennie wbija matołom do głów formułki z podręcznika.

W szkolnej narracji przyczyna–przebieg–skutek nie ma miejsca na suspens, retrospekcje, niedopowiedzenia czy samodzielną interpretację. Nie ma też szans, by taki dydaktyczny serial zawiązał głębszą relację z widzem. Szkolnych podręczników się nie fani, ani nie pisze się do nich fanfików.

Najświeższym przykładem jest Bodo. Prestiżowa, dopieszczona produkcja w ogóle nie jest tym, czym powinna być: opowieścią o ciekawym człowieku w ciekawych czasach. Do tego właśnie o to chodziło twórcom. Michał Kwieciński, producent, opowiada w wywiadzie:

Na moje producenckie biurko przez lata trafiało wiele projektów o Bodo. Wszystkie koncentrowały się na ostatnim okresie jego życia – śmierci wielkiego aktora i celebryty w radzieckim łagrze. Mnie jednak interesowało coś innego – eksplozja w Polsce wszelkiego rodzaju kreatywności po zakończeniu I wojny światowej.

Kwieciński wprost przyznał, że z intrygującej postaci zrobił przewodnika oprowadzającego szkolną wycieczkę po wystawie w muzeum Dwudziestolecia. Dzięki takiemu zdefiniowaniu celu Bodo ma oglądalność poniżej 3 milionów. Nikt nie chce mieć szkoły w niedzielny wieczór, więc nic dziwnego, że widzowie poszli na wagary.

A przecież serial udałoby się uratować jeszcze w montażu: skrócić z 13 do 6 odcinków, zostawić same lata 30., zaś z wątku młodego Bodzia zrobić wrzucane w odpowiednich momentach retrospekcje (lubię Antoniego Królikowskiego, widzę, że się stara, ale przez te 4 odcinki nie ma wiele do zagrania). Po prostu wystarczyłoby stosować się do maksymy Papcia Chmiela: bawiąc uczyć, uczyć bawiąc.

Fot. TVP

Fot. TVP

Wypieranie się dziedzictwa

Kiedy pytano współreżyserkę HBO-wskiej Watahy, Kasię Adamik, o możliwość powstania nad Wisłą serialu na zachodnim poziomie, ta odpowiedziała, że moglibyśmy zrobić nasze House of Cards.

Z kolei we wstępie do książki Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej Kinga Dunin wraz z Krzysztofem Tomasikiem na moment przypominają sobie o Polskich drogach i Wojnie domowej – zaraz jednak dodają, że  „w gruncie rzeczy, na tle różnego badziewia, które potem oglądaliśmy, to był wysoki peerelowski poziom”.

Wreszcie sprawa najświeższa. W wywiadzie dla „Dwutygodnika” Maciej Maciejewski, scenarzysta Gliny i dwóch ostatnich odcinków Watahy, próbuje odnaleźć przyczyny obecnej kondycji polskiego serialu. W skrócie sprowadza się to do tego, że nie mieliśmy mieszczaństwa, więc nie mieliśmy mieszczańskiego dramatu i powieści. Zamiast nich mieliśmy dramat romantyczny i marną literaturę, z której nie wyrośnie nowoczesny serial.

Każdą z tych trzech opinii, pod którymi podpisały się kompetentne przecież osoby, można z łatwością obalić.

Kasi Adamik można wytłumaczyć, że przecież powstało już polskie House of Cards. Ba, powstało jeszcze przed HoC, nawet tym oryginalnym, brytyjskim. Nazywa się Kariera Nikodema Dyzmy. To polski serial wszechczasów, w którym można odnaleźć wszystko, co najlepsze w telewizji: rozmach inscenizacji, krytykę społeczną, łączenie niskiego z wysokim, znakomite aktorstwo, związki z literaturą i niezgłębione pokłady ironii. Naprawdę nikt o nim nie pamięta?

Z Kingą Dunin i Krzysztofem Tomasikiem jest większy problem. Piszą o swoich gustach, więc może są niewrażliwi na urodę Chłopów, Lalki, Wakacji z duchami, Z biegiem lat, z biegiem dni, Kolumbów, Popielca, Jana Serce, Daleko od szosy czy Alternatywy 4. Trudno jednak zgodzić się na nazywanie ich badziewiem. Jeśli spojrzeć chłodnym okiem na dorobek polskiej telewizji, to po 1989 mieliśmy szansę stworzyć rynek podobny do brytyjskiego. Mniejszy i biedniejszy, ale nie odstający jakością. Tylko jeden krok dzielił młodzieżową fantastykę lat 90. (Tajmnica Sagali, WOW!, Tajna misja) od Doctora Who. Dlaczego zeszliśmy z tej drogi?

Wreszcie Maciej Maciejewski zdaje się szukać wymówek i zwalać winę na innych. Fakt, program szkolny skupia się na poezji, ale to nie oznacza, że nie istnieją: Fredro, Bałucki, Korzeniowski, Prus, Reymont, Gąsiorowski, Żuławski, Grabski, Dołęga-Mostowicz, Bunsch, Mackiewicz, Hen, Lem, Dygat, Tyrmand i wielu, wielu innych. Raz telewizja odkryła Sapkowskiego, ale co zrobiła ze znakomitą fabułą, świetnymi postaciami i ciętymi dialogami, lepiej nie wspominać.

Nasze tradycje książkowa i telewizyjna wcale nie są badziewne. Czas sobie o nich przypomnieć, a nie czekać, aż z nieba spadnie HBO.

Widzowie

Serial to nie tylko producent, reżyser, scenarzyści czy aktorzy. Serial to również widzowie.

Widzowie to nie tylko target, który zainteresuje się tematyką serialu. To nie tylko cel reklamodawców, dających żyć zamawiającej serial stacji. To społeczność. Społeczność, która może serial pokochać, dbać o niego, wręcz ratować w trudnych chwilach. Czasem fani bywają mądrzejsi od producentów – ostatnio na przykład mieli rację, że czas kończyć Castle’a zamiast ciągnąć na siłę. Niekiedy dzięki wiernym widzom serial uzyskuje życie pośmiertne – to spotkało Firefly.

Polscy widzowie niestety odstają. Bardziej przypominają internetowych trolli, niż wiernych (choć czasem surowych) fanów.

Polski widz chce czegoś więcej, ale nie wie, czego konkretnie. Dlatego tak trudno do niego trafić z ambitną produkcją, kiedy się jakaś trafi. Polski widz bywa również obsesjonatem. Miłośnicy kryminałów tak bardzo zafiksowali się na fantazjach o trzecim sezonie Gliny, że przegapili Paradoks.

Wreszcie Polak-telewidz rozumie, że procedural jest pewną koncepcją, którą trzeba zaakceptować, kocha kampowość seriali Ryana Murphy’ego (American Horror Story, Scream Queens), wyczekuje czasoprzestrzennych szaleństw Doctora Who – a od polskich seriali wymaga wyłącznie realizmu. Każdą premierę egzaminuje pod kątem najdrobniejszego szczegółu, a na wszelką próbę zabawy konwencją reaguje agresywnie.

Fot. Canal+

Fot. Canal+

Nadzieja

Zuchwała nadzieja – skomentowała koleżanka, słuchając prelekcji, od której zaczął się ten artykuł.

Każdego roku czekam na ten specjalny serial, który nie dość, że będzie bardzo dobry, to jeszcze stanie się impulsem, który wprawi w ruch zasiedziały polski rynek. Obecnie sporo obiecuję sobie po:

  • Belfrze z Maciejem Stuhrem. Akcja kryminalnego serialu ma się dziać na Mazurach. Scenariusz napisali Jakub Żulczyk (jeden z lepszych pisarzy młodego pokolenia) oraz Monika Powalisz (dramaturg). Premiera jesienią na Canal+;
  • Artystach. Monika Strzępka i Paweł Demirski, duet reżyserów teatralnych, stworzyli serial o teatrze. Ma się zacząć od tragicznej śmierci dyrektora, a po kuluarach krążyć będzie duch Wojciecha Bogusławskiego. Serial obyczajowy nie o odnoszącej sukcesy trzydziestoletniej singielce? Przekonamy się jesienią na TVP 2;
  • Legionie. Tutaj zachęca fakt, że to ma być adaptacja znakomitej, doskonale przyjętej powieści Elżbiety Cherezińskiej. Poza tym wiadomo, że przygotowuje ją TVP 2. Wyznaczona na 2017 data premiery nie jest niestety niczym pewnym. Jeśli Legion się uda, będziemy mieli nowe Polskie drogi. Jeśli nie – wyjdzie nowy Wiedźmin.

Słyszałem również o pomyśle serialu biograficznego o Violetcie Villas. Byłoby to (jeśli projekt wyjdzie poza luźne plany) wyzwanie dla realizatorów, gdyż życia VV nie da się, jak losów Bodo i German, zamknąć w melodramatycznym schemacie „wielki talent odszedł od nas młodo i tragicznie”. Zamiast tego mamy szanse na smutną, miejscami wręcz odstręczającą historię toksycznej kobiety, która zmarnowała swój talent.

12805852_10208094290928357_864708171758787293_n

Fot. http://www.offcamera.pl/festiwal/serialcon/

Na SerialConie padały pytania o receptę, która uzdrowi polski serial. Jestem tylko widzem, nie znam więc najważniejszego czynnika, czyli tego, co się dzieje za kulisami. W ogóle nie mam pojęcia o finansach.

Może pomoże zapowiadana ustawa o mediach narodowych i nowa forma abonamentu radiowo-telewizyjnego? Jeśli wejdą w życie i zadziałają zgodnie z oczekiwaniami, media publiczne dostaną olbrzymi zastrzyk gotówki. Niedawno czytałem w „Gazecie Wyborczej”, że to będzie trzy razy więcej, niż obecny budżet państwowej telewizji, radia i Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. Oczywiście te fundusze można bez problemu roztrwonić. Ale dobrze rozdysponowane zaowocują. Ludzie TVP powinni mieć świadomość, że zostaną na nich nałożone pewne zobowiązania. Czy 3 premiery rocznie, robione bez oglądania się na słupki, a wyłącznie w ramach misji i spełniania ambicji, to byłaby uczciwa umowa? Chciałbym wiedzieć, że tak.

Maciejewski we wspominanym wcześniej wywiadzie twierdzi, że musimy w przyspieszonym tempie powtórzyć drogę serialu anglosaskiego. Coś takiego było możliwe dwadzieścia lat temu. Dziś nikt nie będzie czekał, aż nasi nadrobią braki, bo każdy ma dostęp do szybkiego internetu, Netfliksa, HBO i BBC World. Trzeba działać już teraz, bo być może okno społeczno-ekonomiczne się zamyka.

Ja jako miłośnik literatury dopieściłbym scenarzystów. Na Zachodzie to są nazwiska. Wszyscy wiedzą, że seriale robią Moffat, Weinberg, Murphy, Fuller, Chibnall, Simon, Dunham czy Wainwright. Może przydałby się nam taki scenarzysta-celebryta, którego twittera śledzą miliony?

Przynajmniej niech ktoś pamięta, że Glina to również serial Maciejewskiego, a nie tylko Pasikowskiego.

Wreszcie należy się solidnie zastanowić, o czym mają być polskie seriale. Jeśli bowiem spojrzymy na produkcje z USA, to wszystkie są o jednym: o wolności. Wolności, którą Amerykanie sobie wymarzyli i w której się zagubili. O tym opowiadają i Breaking Bad, i Gotowe na wszystko. Z kolei Brytyjczycy zawsze sprowadzą temat do swojej piramidy klasowej, która jest wielka, ciężka i uwiera wszystkich po równo: od królowej po Irlandczyka z Birmingham.

Czy Polacy mają jakiś swój temat przewodni? Coś, co ich uwiera na duszy? Jedna ze słuchaczek prelekcji zaproponowała nasze rozdarcie między Wschodem a Zachodem. Ja, idąc za Dyzmą, proponuję chama. W obu znaczeniach tego słowa: człowieka ze wsi (wszyscy jesteśmy ze wsi) i kogoś ordynarnie łamiącego normy współżycia w imię własnych interesów.

Czy rozdarty między Europą a Azją cham nie jest ciekawszym bohaterem od naszej nieszczęsnej trzydziestolatki? Na pewno ma więcej różnorodnych inkarnacji – łącznie z rzeczoną singielką.

Polska rewolucja serialowa to bodaj jedyna rewolucja, w której warto wziąć udział. Wierzę, że jest o co walczyć. Jednak jej powodzenie zależy od poznania siebie. Każdy z siedmiu grzechów polskich seriali jest do pokonania. Trzeba tylko wierzyć, że warto.

Piotr Górski

Krakowianin, Nowohucianin. Urodził się i na tym właściwie kończą się dramatyczne momenty jego biografii. Ekspert od seriali rosyjskich. Dużo czyta. Trochę pisze.