I’m Detective Right-All-the-Time, and this is my partner, Detective Terrible-Detective (Brooklyn Nine-Nine, S01–03)

I’m Detective Right-All-the-Time, and this is my partner, Detective Terrible-Detective (Brooklyn Nine-Nine, S01–03)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Nie mam zbyt dużego doświadczenia z sitcomami. Co prawda wielbię Friends, ale to produkcja, która ma już swoje lata. Pisałam niedawno o The IT Crowd, mam też na koncie dłuższe i krótsze przygody z 2 Broke Girls, The Big Bang Theory czy New Girl. Dla każdego przychodzi jednak moment, gdy potrzebuje czegoś krótkiego, wesołego, do obejrzenia przy śniadaniu czy obiedzie. I tak trafiłam na Brooklyn Nine-Nine.

Format dwudziestoparominutowej komedii, kręconej przy użyciu jednej kamery, wychodzi tu nieco poza schemat typowego sitcomu, po pierwsze pozbywając się śmiechu z beczki, po drugie rezygnując zdecydowanie z zamkniętej przestrzeni (np. jednego mieszkania). Nie jest to może specjalnie przełomowe (widać to i w New Girl, i w starszych produkcjach), ale pozwala na rozwój fabularny, którego nie popychają wyłącznie bohaterowie i ich charaktery. O czym więc opowiada Brooklyn Nine-Nine? To perypetie grupy policjantów z tytułowego, brooklyńskiego posterunku, którzy rozwiązują zagadki kryminalne, a przy okazji dobrze się bawią (a czasem nawet czegoś uczą). Jak to bywa w amerykańskich serialach komediowych, mamy tu do czynienia bardziej z character comedy niż absurdalnymi wydarzeniami z komedii brytyjskich. Amerykanom to wychodzi. Wychodzi bardzo w Brooklyn Nine-Nine.

for. Fox

Fot. Fox

Twórcy serialu, Dan Goor i Michael Schur, odpowiedzialni są również za Parks and Recreation (a ten drugi szykuje na przyszły sezon nowy serial, The Good Place z Kristen Bell, po którym spodziewam się dobrych rzeczy), wiadomo więc, że ich siłą są wyraziste postaci, które nie sprowadzają się tylko do jednej cechy i do których w ciągu biegu serialu bardzo się przywiązujemy. Głównym bohaterem jest tu detektyw Jake Peralta, w którego wciela się Andy Samberg. Jake ma na swoim koncie mnóstwo udanych aresztowań, jednak – według słów sierżanta Jeffordsa (Terry Crews) – jedyna zagadka, której jeszcze nie rozwiązał, to zagadka dorastania. Szeroko pojęty „nieogar życiowy” nie przeszkadza mu jednak w jego pracy. Samberg dodaje swojej postaci mnóstwo czaru. Kojarzyć go można z różnych skeczy Saturday Night Live czy jego autorskiego projektu/zespołu The Lonely Island, które mogą przywodzić skojarzenie nie do końca pochlebne (wszystko zależy od poczucia humoru). Ja tam Andy’ego lubię i w tamtych wcieleniach, jego Jake to jednak postać, która z prostego przepisu wykluta, okazała się urocza, a nie taka typowa. Dobrych policjantów mamy w amerykańskiej (i nie tylko) telewizji całe mnóstwo. Lubimy antypatycznych geniuszy i mężczyzn z przeszłością, i tych, co nie grają według zasad, i tych, których partnerka jest bardziej kompetentna, ale i tak gra zawsze drugie skrzypce. Na tym tle Jake to detektyw, który jest może trochę dziecinny, zbuntowany w niewinny sposób (nienoszenie krawata), koniec końców jednak trzyma swoje ego na wodzy, przyznaje się do błędów, stara się jak może i dba o swoich przyjaciół. Dobrym przykładem jest tu jego przyjaźń z Charlesem. Charles Boyle (Joe Lo Truglio) jest dobrym detektywem, jego osobowość – od przesadnej uczuciowości po niesamowite zainteresowanie kulinariami – ustawia go jednak w pewnym sensie niżej niż Peraltę, przedstawianego jako „tego cool”. Charles jest największym wsparciem dla Jake’a, codziennie przypomina mu o tym, jaki jest przystojny, sprytny i zabawny. Ich relacja nie sprowadza się jednak do płaszczyzny adorator­–idol, Jake nie traktuje Boyle’a jak swojego fana, podnóżka czy służącego. Naprawdę są przyjaciółmi czy nawet braćmi (do czego dochodzą w późniejszych sezonach). Wsparcie działa w obie strony i może to prosta sprawa, przyczynia się jednak do tego, że Jake nabiera cech, których przeciętny cool guy może by nie miał.

Inną sprawą jest, że i pozostałe postaci nie tworzą tła, które ma uwydatniać pozytywne cechy Jake’a, uznanego za protagonistę. Są pełnoprawnymi bohaterami, z własnymi celami i wątkami. Warto wspomnieć, że w skład głównej obsady wchodzą aż dwaj czarnoskórzy mężczyźni i aż dwie Latynoski. Piszę to „aż” absolutnie bez ironii, wiadomo przecież, że wynik taki dla większości produkcji jest nieosiągalny. W połączeniu z sugerowanym włosko-żydowskim pochodzeniem Peralty i jego przyjaciółki z dzieciństwa, sekretarki Giny (Chelsea Peretti, z którą Samberg faktycznie zna się od dziecka), Brooklyn Nine-Nine odzwierciedla w przybliżeniu prawdziwą, różnorodną strukturę nowojorskiej dzielnicy. Takie nagromadzenie ma jeszcze jeden plus. Nikt nie jest tu zredukowany do stereotypu i na niczyich barkach nie spoczywa odpowiedzialność za reprezentację całej społeczności czy grupy etnicznej. Amy Santiago (Melissa Fumero) i Rosa Díaz (Stephanie Beatriz) mają może hiszpańskojęzyczne nazwiska, poza tym jednak trudno o podobieństwa między nimi, poza tym może, że obie są świetne w swojej pracy. Rosa to nieustraszona, ubierająca się w skóry i obsesyjnie ukrywająca szczegóły ze swojego życia kobieta, która w chwili złości oddaje się destrukcji sprzętów elektronicznych, do niej jednak należą jedne z najbardziej wzruszających momentów z trzech serii (kiedy Rosa płacze, płaczę i ja). Amy jest bardzo skutecznym detektywem, brakuje jej jednak czasem wiary we własne możliwości, chorobliwie polega na pochwałach ze strony przełożonych.

Niezaprzeczalnym bohaterem i największą ozdobą serii jest kapitan Holt, grany przez widywanego zazwyczaj w poważnych, dramatycznych rolach Andre Braughera (który nawet do roli w sitcomie przygotowywał się poprzez metodyczny research). Kapitan Holt to nowa postać na posterunku, której pojawienie się zwiastuje zmiany. Początkowo Jake nie znajduje z nim wspólnego języka – i trudno się dziwić, Holt bowiem z pozoru wydaje się nie okazywać żadnych emocji, a do tego zmusza do noszenia krawatów i do innych obowiązków, których nieodpowiedzialny Jake nie znosi. Ich rozwijająca się synowsko-ojcowska relacja jest chyba sercem całego serialu, w towarzystwie uczuć, którymi Holt darzy całą resztę posterunku i każdą z głównych postaci. Nie ma nic bardziej satysfakcjonującego niż obserwowanie rodzących się uczuć u osoby, która wydaje się wiecznie niewzruszona. Komiczny efekt osiągają zaś wymiany zdań z równie stoicką co kapitan Rosą.

Pod koniec pierwszego odcinka dowiadujemy się również, że kapitan Holt żyje w szczęśliwym związku z profesorem literatury Kevinem. Wprowadzenie wątku orientacji seksualnej kapitana jest przykładem na to, jak przedstawiać takie postaci bez nachalności, bez zwracania uwagi w stylu „Patrzcie, odbębniliśmy ten punkt programu”. Homoseksualizm jest niewątpliwie ważną cechą Holta, nie jest jednak jego cechą definiującą. Nie mówiąc już o tym, że – jeśli już mamy chwalić reprezentację – czarnoskóry gej w słusznym wieku to coś zgoła innego niż uwielbiający modę młody przyjaciel głównej bohaterki (chyba najczęstszy przykład z grupy „odbębniania punktu programu”). Kapitan Holt, jako najbardziej doświadczony policjant, od czasu do czasu dzieli się też swoimi wspomnieniami z początków służby, gdzieś w latach 70. Wciąż przedstawiane humorystycznie, dają nam jednak wgląd w poważne kwestie, jak dyskryminacja w miejscu pracy.

fot. Fox

Fot. Fox

Poważnie się zrobiło, a mówię przecież o sitcomie, który momentami doprowadzał mnie do wybuchów niekontrolowanego śmiechu (co zdarza się naprawdę rzadko; nie jestem typem osoby, która śmieje się na głos podczas oglądania). Humor jest naprawdę przedni – od gier słownych, przez powracające gagi, które stanowią siłę porządnego sitcomu, aż do właściwie każdego zdania wypowiedzianego przez Ginę, królową absurdu. Mi osobiście najbardziej odpowiada kamienna twarz kapitana i powaga Rosy, gdy wygłaszają swoje kwestie (Holt pytający, czy Rosa widziała może kiedyś artykuł na stronie internetowej – i adres, podany wraz z początkowym https:// i całą resztą kropek, cyfr, liter i znaków). Zawsze cieszą nawiązania do popkultury, w których mistrzem jest Jake, wielki fan Die Hard. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że tylko jeden żart nie wzbudził we mnie dobrej reakcji, a był to najzwyczajniej w świecie żart o puszczaniu bąków (więc chyba mogło być gorzej). Dialogi mają też bardzo duży potencjał i „cytowalność”. Bardzo możliwe, że już spotkaliście się podczas buszowania w internecie z wycinkami z tego serialu, ukrytymi pod postacią memów z innych produkcji, jak ten czy ten.

Poza komedią Brooklyn Nine-Nine wziął się za imitację procedurala i mamy tutaj faktyczne „sprawy tygodnia”. Są one oczywiście niezbyt skomplikowane, niezbyt poważne, rozwiązania raczej trudno się domyślić, bo nigdy nie dostajemy wystarczających danych (chociaż ostatnie parę odcinków serii trzeciej to porządny, niemal sensacyjny arc, który oglądamy z prawdziwym napięciem). Wahają się od podpalenia pizzerii do morderstw, tworzą jednak tylko tło dla tego, co nas naprawdę interesuje, czyli perypetii bohaterów. Czasem są to jakieś osobiste problemy, czasem zawodowe, czasem małe niesnaski między poszczególnymi postaciami. Co mnie jednak urzekło i co, wydaje mi się, nieczęsto spotykamy w takich produkcjach, to absolutnie stuprocentowa rozwiązywalność konfliktów. Nie zawsze są one poważne, często ich podstawy są raczej błahe, kiedy kończy się odcinek wiadomo jednak, że nie tylko pośmialiśmy się z kłótni, ale przede wszystkim została ona zakończona. Osoba winna albo ta, która niepotrzebnie wybuchła i doprowadziła do eskalacji zawsze przeprasza. Nikt nie unosi się dumną, wszyscy przyznają się do błędu. To jak balsam na znękaną antybohaterami i kochanymi draniami duszę.

Mamy też bardzo ładnie poprowadzony romans między Peraltą a Amy, którym od początku szczerze kibicowałam. W tym zalewie zbędnych lub przewidywalnych relacji damsko-męskich ich rozwijający się związek naprawdę zwrócił moją uwagę i zmusił do zaangażowania. Nie ma tu drażniącego will they, won’t they – nazwałabym to raczej miłością  slow burn. Z pozoru Jake i Amy wydają się totalnymi przeciwieństwami – on jest trochę niedojrzały, ona uwielbia wypełniać segregatory notatkami i żyć według harmonogramów (ale w pierwszym odcinku dowiadujemy się, że trwa między nimi pewien zakład, czyli coś się kroi). W tym swoim opanowaniu Amy jednak też jest małą dziewczynką, ciągle czuje się jak w szkole, boi się dostać ocenę poniżej piątki, a kapitan Holt to dla niej nauczyciel, któremu należy zaimponować. Może dlatego ich romans jest uroczy jak pierwsza miłość nastolatków z teen dramy. To takie trochę końskie zaloty, ze wzajemnym żartowaniem z siebie i przyjacielską rywalizacją. Widać jednak rodzące się uczucie, które w trakcie trwania związku tylko się rozwija i kwitnie. Z całą pewnością można patrzeć na ekran i wzdychać: „OTP…”. Podobną zresztą reakcję wzbudzają Holt i jego mąż Kevin (np. kiedy kapitan chce się nauczyć przyrządzać jajecznicę, by zrobić ją na śniadanie w dzień ich rocznicy – prawdziwy wysiłek dla mężczyzny, którego ulubioną potrawą jest suchy tost).

Serial niedawno zakończył emisję trzeciego sezonu, ma zabezpieczony czwarty, ja mam zaś nadzieję, że dostanie ich jeszcze więcej, bo naprawdę trzyma poziom. Na swoim koncie ma już dwa Złote Globy – za najlepszy serial komediowy i najlepszego aktora komediowego dla Andy’ego Samberga (co ciekawe, obie nagrody zdobył w 2014 roku, w połowie emisji pierwszego sezonu – a przecież dalej jest jeszcze lepiej!). Gdybym mogła, zasypałabym go stosem innych nagród, tymczasem jednak z całego serca polecam, i do maratonowania, i do powolnego dawkowania – każdy zasługuje na trochę tej błogości i dobrego humoru, które przynoszą perypetię policjantów z 99th Precinct, Brooklyn, NY.

Brooklyn Nine-Nine
sitcom, police procedural
Fox, 2013–

Melepeta

Koneserka krakowskiego powietrza. Żyje przecząc ruchom wskazówek zegara - jest edytorką za dnia, w nocy zamienia się w entuzjastkę popkultury. Wie, co piszczy w fandomowej trawie i posiada pokaźną kolekcję kubków o tematyce okołofilmowej. Pisze do szuflady, wenę podtrzymując paliwem składającym się z herbaty i miłości do bohaterów fikcyjnych.