Fot. The WB

Między Bogiem a prawdą (Supernatural, FINAŁ: S11E17–23)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Dotarliśmy do końca tego dość nierównego, przyznacie, sezonu. W przeciwieństwie do sezonu jubileuszowego, w głowie nie zostały mi żadne specjalne wzruszenia czy supergenialne odcinki, ale nie zaprzeczam, że momentami bawiłam się dobrze. Natomiast ostatnia prosta, najnowsze odcinki, miały w sobie sporo pośpiechu, jakby twórcy chcieli za wszelką cenę skomplikować sytuację, zamotać prosty w sumie metaplot i dostarczyć nam kilku firmowych twistów, podkręcając końcówkę serii. Miałam wrażenie, że starają się za bardzo i że to bicie piany koniec końców troszkę wybuchło im w twarz. Ale po kolei. Odcinek siedemnasty, pamiętacie go jeszcze? Rutynowa sprawa z wilkołakami robi się paskudna, gdy Sam – rzekomo – ginie w wyniku postrzału, a Dean usiłuje go ratować, kolejny raz pertraktując ze śmiercią, i jest to też okazja, żeby przypomnieć nam o istnieniu czyhającej na jego duszę reaperki. Brudne kadry, zaburzona chronologia, gry psychologiczne – byłoby pewnie okej, gdyby nie fakt, że już to wszystko kilka razy widzieliśmy. Klimat na swoim miejscu, ale wydawało mi się, że oglądam coś, co już w Supernatural widziałam wielokrotnie  – więc moc dramatu kuleje – i nawet nie jest to odświeżona wersja, tylko identyczna jak poprzednie. Szpitale, chatki w lesie, lokalna policja, brodaty turysta zamieniający się w wilkołaka pod wpływem ugryzienia. Oczywiście lubię klasyczny setting, ale zabrakło mi „tego czegoś”, co odróżniłoby odcinek od wielu, wielu innych. Oryginalnego pomysłu, I guess? Po co w ogóle są takie odcinki? Wyjaśnienie, że chłopcy rozwiązują zwykłe sprawy w momentach przestoju głównej fabuły przestaje działać, gdy główna fabuła jest aż tak poważna. Ciężko pokonywać potwory odcinka, gdy sezon zaczyna się od Apokalipsy…

Cathia: Był to w sumie przeciętny odcinek z przeciętnym potworem tygodnia – ja nie lubię wilkołaków. I niestety – jeśli mamy za sobą niemal jedenaście lat nieustających zmagań chłopaków i ich podróży między życiem a śmiercią, nagłe „zejście” jednego z nich przed końcem sezonu nie jest w stanie wzruszyć. Raczej irytuje, jako że znowu jest to Sam, którego w tym sezonie scenarzyści naprawdę bardzo nie lubią, funkcjonuje bowiem niemalże cały czas jako ta przysłowiowa „Samsell in distress”. Z podobnego powodu nie przejęłam się próbami Deana, by dotrzeć do Billie, bo dosyć oczywiste było, że musi przetrwać tę próbę – brakowało tu takiego napięcia jak w Appointment in Samarra.  Najbardziej jednak przeszkadzał mi jakiś dziwny stan zdrowia Sama. Nie mam wprawdzie wykształcenia medycznego, ale wydaje mi się, że doznanie szoku to nie zaprzestanie oddychania, owszem, zwolnienie akcji serca i oddechu, ale nie do takiego stopnia, by nie dało się ich wyczuć. Dean nie odszedłby od brata, jeśli nie spędziłby przy nim przynajmniej minuty… A jeśli akcja serca i oddech młodszego Winchestera faktycznie zatrzymałyby się na tak długo, to czy nie mielibyśmy do czynienia z przystojnym warzywkiem? A jeśli nie, to na pewno nie z kimś, kto byłby w stanie dojechać samodzielnie do szpitala… Moje zawieszenie niewiary poszło się śniegiem rzucać. Żeby jednak nie tylko narzekać, powiem, że spodobało mi się przedstawienie Corbina, nieszczęsnego turysty ukąszonego przez wilkołaki i tego, jakiego wyboru musiał dokonać. W dziesiątym sezonie zadawano nam pytanie „Kto jest prawdziwym potworem?”, tutaj mamy naprawdę ładną próbę odpowiedzi na to pytanie. Widać było bowiem, że dla mężczyzny próba zabicia Sama to tak naprawdę chwila przełomowa i wcale nie taka łatwa. I to był dla mnie najlepszy moment odcinka.

Fot. The WB

Fot. The WB

Ginny: Faktycznie, za dużo w tej końcówce sezonu odcinków-przerywników, a za mało skupienia na tak potężnym głównym wątku, ale też mnie się ten odcinek nawet podobał.  Choć może na mój odbiór wpływa to, że oglądam ten serial właściwie już bez wielkich oczekiwań i co najwyżej z lekkim żalem, że czasy jego świetności dawno minęły. Jednak… jasne, nie był jakiś genialny, jasne, to była powtórka z rozrywki i oczywiste było, że Sam przeżyje – w końcu taki urok SPN, a do tego na tym etapie wiedzieliśmy już chyba, że serial odnowiono na nowy sezon, ale oglądając jakoś odłożyłam to wszystko na bok i po prostu zaangażowałam się w to, co widziałam na ekranie. W tym w emocje Deana, które tu po prostu ładnie zagrały i dzięki temu jego strachowi najbardziej wczułam się w całą sytuację. Niemniej i we mnie stan Sama – i tak pospieszne odejście od niego Deana – wzbudziło wątpliwości. Zgodzę się też, że wątek poboczny z Corbinem był ładnym, lekko filozoficznym podejściem do problemu potworności i och, jakże żal mi było jego postaci!

Całościowo jednakże to był w moim odczuciu jeden z lepszych odcinków całej serii, z pomysłem na odmienne od pozostałych epizodów podejście do formuły. Nie najlepszy i, w odniesieniu do całego serialu faktycznie wtórny, ale jeden z tych, o których istnieniu będę pamiętać. W ogóle cała ta seria, choć nie jakaś wybitna – te czasy dla Supernatural wyraźnie minęły – to w porównaniu z dziesiątą, czy np. dziewiątą, z której pamiętam dosłownie jeden odcinek, nie jest taka zła jak mogłaby być.

Mysza: Muszę przyznać, że po jedenastu sezonach serialu większość odcinków zaciera mi się w pamięci, przynajmniej tych, których nie mam na świeżo. Odcinek z wilkołakami był jednak interesujący. Nie powiem, bym jakoś mocno zaangażowała się emocjonalnie w ten odcinek – śmierć Sama i Dean od lat nie robi na mnie wrażenia i jedynie, co okazjonalnie mnie wzrusza to dobre, realistyczne odgrywanie uczuć ze strony Jensena i Jareda – ale podobała mi się nieco inna formuła. Zazwyczaj odcinki kończą się, gdy bracia uratują niewinne ofiary przed monster of the week. Fakt, że tutaj stało się inaczej, a Sam i Dean musieli się rozdzielić i działać w pojedynkę – przy czym obaj nie byli w pełni sił (czy to fizycznych, czy psychicznych) – nadawał całości interesującego klimatu.

Przy czym tak jak zgadzam się, że wrzucanie „odcinków tygodnia” w trakcie rozgrywania się tak istotnego wątku, jak czyhająca za rogiem Amara, może wybijać z rytmu – to jest to też dla Winchesterów normą. Od lat, gdy bracia nie mogą sobie poradzić z jakimś Ogromnym Zagrożeniem, skupiają się na codziennych, prostych sprawach, tych, które na chwilę obecną mogą rozwiązać. Myślę, że to bardzo ludzkie – skupiać się na mniejszych problemach, gdy odwlekamy te duże, lub gdy, tak jak Winchesterowie, nie wiemy, jak sobie z nimi poradzić. Jest to być może frustrujące z punktu widzenia formuły serialu jako takiego, ale ma sens z punktu widzenia psychologii postaci. Jak długo można siedzieć z nosem w książkach i to bez żadnych widocznych efektów? Czasem trzeba wyjść z bunkra, rozprostować nogi i przewietrzyć mózg. W sumie fajnie, że po jedenastu latach twórcom wciąż chce się eksperymentować z odcinkami monster of the week, że wciąż szukają na nie nowych pomysłów. Nie zawsze mogą się one sprawdzać, ale grunt, że ekipa Supernatural nie osiadła jeszcze na laurach tak kompletnie.

Fot. The WB

Fot. The WB

Pirjo: W kolejnym odcinku, Hell’s Angel, wracamy na moment do metaplotu i dowiadujemy się, nad czym w międzyczasie pracował Crowley. Okazuje się, i nie jest to chyba wielkim zaskoczeniem, że Rowena żyje i pracuje teraz po stronie Ciemności, a przynajmniej w jej towarzystwie – good fit i może nareszcie dostanie coś ciekawego do roboty? Odwiedziny Lucyfera w niebie pokazują nam jak naiwnymi korpobarankami są aniołowie – again. Wizja Nieba od dawna niczym mnie nie zaskoczyła. Szkoda. Ku mojej ogromnej radości powraca ciemność z pierwszego odcinka, ta z małej litery – katastroficzna, epicka, spowijająca wszystko. Nasza wiodąca antybohaterka jest radykalna i prosta w swoich celach: chce tylko stanąć twarzą w twarz z Bogiem, zniszczyć świat, a potem samego stwórcę. No biggie. Póki co jednak odcinek mieliśmy troszkę pozbawiony sensu i nudzę się nawet o nim pisząc – ot, Amara poprzewracała mebelki w Niebie i nieco postraszyła śmiertelników na ziemi. Rowena gra na dwa fronty, a może nawet trzy, a zwieńczeniem odcinka jest konwencjonalny rytuał, ze scenami przedstawiającymi Deana nonszalancko zapalającego ogień i recytującego inkantacje po łacinie. Crowley wybiera się w tym epizodzie na wycieczkę do „wnętrza Lucyfera”, a cały odcinek w zasadzie pokazuje niezdrową obsesję, jaką na punkcie Winchesterów mają kolejno: Rowena, Amara, Crowley i Lucyfer. Co o tym myślicie?

Cathia: Oj, nie podobał mi się ten odcinek – przede wszystkim ze względu na powrót Roweny! A tak się cieszyłam…. Znaczy, oczywiście, kupuję to, że tak potężna wiedźma potrafi się zabezpieczyć, ale ja po prostu nie znoszę tej postaci i zdążyłam już złożyć bogom ofiarę za to, że ją wreszcie diabli wzięli. Niemal dosłownie. Dalej – Lucyfer. Nie jestem w stanie zaakceptować go w ciele Castiela – Misha się stara, ale w porównaniu z Markiem Pellegrino jest po prostu małym misiem. Cała ta pseudokorporacyjna scena wywołała u mnie po prostu rozpaczliwe ziewanie, bo ja tak bardzo tęsknię do aniołów z sezonu czwartego, kiedy jeszcze były naprawdę potężnymi stworzeniami, których należało się bać…

Amara… Amara sama nie wie, czego chce, robi pokazówkę, chce robić za niszczycielską siłę, jednak zamiast rozpirzyć Lucyfera na drobne kawałki za to, że śmiał na nią podnieść rękę, zabiera go sobie, żeby zmusić Boga do odezwania się… Jaaaaasne.

W ogóle cały ten nieszczęsny rytuał był o kant wiecie czego potłuc, bo opierał się na zbyt wielu niewiadomych. Scena, mam wrażenie, napisana po to, by Dean mógł tęsknie powpatrywać się w vessel Castiela… Podobało mi się natomiast to, co dzieje się w „umyśle” Castiela – on już ma dość, chce, by zostawiono go w spokoju. Dean, nie Dean, ten anioł pragnie tylko tego, by odpocząć.

Przepychanka Lucyfera i Crowleya przyprawiła mnie o solidny facepalm – naprawdę tak wygląda pojedynek królów Piekła? Aż mi się przypomniał obśmiane solidnie starcie Gandalfa i Sarumana w filmowej wersji Drużyny Pierścienia.

Ginny: Faktycznie ten odcinek nie jest najlepszy. Tu ujawnia się największy mankament sezonu. Czyli ten prosty w sumie metaplot, o którym wspomina na początku Pirjo, nie zostaje w tego typu odcinkach porządnie poprowadzony. Brak tu poza ogólnym – przecież nie takim złym – pomysłem, koncepcji na to, jak konsekwentnie go poprowadzić. Amara, która ma być równa mocą, a może nawet potężniejsza niż Bóg, zachowuje się jak rozwydrzona dziewczynka, Lucyfer… tak, on w ciele Castiela jest po prostu karykaturalny. Niebo do tego nudzi – najlepsze było w tym odcinku z czwartego czy piątego sezonu, gdy Sam i Dean umierają i próbują uciekać w nim przed Zachariaszem. I tak, jak te anioły zupełnie nic nie mają w nim do roboty, poza staniem z mieczykami i patrzeniem wrogo na Lucyfera/Castiela.

Rowena… z nią mam ten problem, że jak nie znoszę postaci, tak uwielbiam akcent Ruth Connell. Nie mogę się go nasłuchać, więc też im więcej tej nieznośnej postaci w serialu, tym… lepiej? Tutaj jednak o dziwo nawet mnie nie zirytowała. Szkoda tylko, że nie została dłużej po stronie Amary, ale cóż, ona nie tyle gra na ileś tam frontów, co przede wszystkim gra na swoją korzyść i to chyba nie wychodzi jej źle.

Fot. The WB

Fot. The WB

Mysza: Choć nie przepadam za Roweną jako postacią – uważam, że jest nader chaotycznie poprowadzona i to bynajmniej nie przez zamysł scenarzystów, a raczej przez ich braki warsztatowe – podobnie jak Ginny darzę Ruth Connell ogromną sympatią i mam frajdę za każdym razem, gdy widzę, jak bawi się rolą.

Po raz kolejny jednak muszę przyznać, że długo musiałam grzebać w pamięci, by znaleźć w nim wspomnienia z tego odcinka. Rzeczywiście interesujący, choć szalenie przygnębiający, był widok Castiela uwięzionego we własnym umyśle – styrany życiem i pragnący spokoju anioł to widok niemal tak smutny jak kopnięte szczenię. Przy czym chcę jednak stanąć w obronie Mishy – jego Lucyfer nie jest może tak cudowny, jak ten w wykonaniu jedynego i niepowtarzalnego Marka Pellegrino, ale Collins stara się jak może. I są momenty, gdy nawet fajnie mu to wychodzi… gdyby tylko scenarzyści mieli na Lucyfero-Castiela nieco lepszy pomysł.

Fabuła samego odcinka wydaje się typową zapchajdziurą i tej nie będę bronić (gdzie się podziały czasy, gdy anioły i demony stanowiły realne zagrożenie i wzbudzały lęk?), ale postać Amary nie wydaje mi się wcale tak źle skonstruowana. Pamiętajmy, że przez eony lat była zamknięta, odcięta od całego świata. Jeśli weźmiemy dodatkowo pod uwagę jej trudne stosunki z bratem i fakt, że Amara dorastała w zawrotnym tempie, nie trudno zrozumieć, dlaczego ma ona nieco dziecinny charakter. Czemu zachowuje się jak rozkapryszona dziewczynka i tupie nóżką, bo brat nie chciał jej dać się pobawić swoimi zabawkami. Nie jest to może złożona i wielowarstwowa postać, ale jej motywacje są w gruncie rzeczy zrozumiałe. Całe jej zachowanie to w gruncie rzeczy kosmiczny foch. I choć sama nie aprobuję tego typu zachowań, jestem je w stanie zrozumieć. Mimo ich inherentnej śmieszności i małostkowości.

Pirjo: Po odcinku numer dziewiętnaście, zatytułowanym The Chitters, prześlizgnę się tylko, choć to coś, co lubię najbardziej – ludzka perspektywa, a konkretnie perspektywa społeczności łowców. Pisałam już kilka razy, że nie przepadam za odcinkami, w których mamy naszych superbohaterskich braci, a obok nich wyłącznie anioły, demony, bóstwa. Historia łowców-gejów całkiem mi podeszła, miała więcej nowatorskich wątków niż epizod z wilkołakami, choć niewiele wniosła do nabrzmiewającej fabuły głównej. Odcinek dwadzieścia to z kolei mój faworyt, ostatni przystanek przed wielkim finałem. ponieważ powracamy do najciekawszej meta-idei serialu, czyli do proroka piszącego książki o Winchesterach i do Metatrona – Bożego skryby. Słowa spisane przez tych dwóch panów spełniają się, więc potrafią zmieniać historię i przewrócić dosłownie wszystko do góry nogami. Jest to też odcinek z chyba największym plot twistem sezonu – a na pewno porównywalny z tym, w którym się dowiedzieliśmy, że Amara jest siostrą Boga.  Don’t call me Shurley nareszcie dociera tam, gdzie SPN nie umiał dotrzeć przez kilka ostatnich sezonów – do Boga. Który się nam pokazuje bezpośrednio, jako postać, choć w ciele Chucka. Nie wiem, co mogłoby być śmielsze, chyba tylko wprowadzenie do serialu Jezusa. Jak długo czekałam na ten moment! I tyle z tym zabawy. Bóg będący fanboyem Winchesterów. Bóg piszący autobiografię. Bóg mówiący, że muzyka jest magią i największym wynalazkiem ludzkości. Żarciki z Beatlesów. Biblia vol. 2. Sequel do Biblii. I Metatron jako redaktor, zmuszony by grafomańską i narcystyczną narrację przebudować. Bóg prowadzący bloga o kotkach, randkujący po równo z chłopcami i dziewczynami, grający na gitarze… No i sam pomysł, że Bóg występował w serialu już od dawna. To całkiem fajny twist, aż ma się chęć obejrzeć ponownie pierwsze sezony. Podobny do tego z Gabrielem. Effective. A Wy, jak sądzicie?

Fot. The WB

Fot. The WB

Cathia: O odcinku z łowcami wyrażę się li i tylko w samych superlatywach, ponieważ, podobnie jak i Tobie, strasznie mi się podobają odniesienia do większej społeczności, w której bracia kiedyś funkcjonowali, a teraz jakoś gdzieś tam zniknęła w tle… Historia bardzo zacna, w dodatku kojarząca mi się mocno z ulubionym odcinkiem Z Archiwum X, a sami łowcy naprawdę uroczy! Bardzo ujęło mnie to, w jaki sposób został przedstawiony ich związek – jako coś zupełnie naturalnego i przez tę jedną krótką chwilę miałam nadzieję, że rzeczywiście zostaną sidekickami Winchesterów – zwyczajni ludzie, bez super duper mocy jak chociażby Charlie. No ale niestety… Z drugiej strony, przynajmniej przeżyją…

Co do Don’t call me Shurley, mam, niestety, dosyć mieszane uczucia. To byłby odcinek całkiem niezły, gdyby nie to, że został kompletnie przegadany przez Chucka i Metatrona. To była konwersacja na góra kwadrans, a tymczasem cały czas mieliśmy przepychankę między tą dwójeczką. I wiesz, z jednej strony się cieszę, że Bóg się pojawił, z drugiej… Kurczę, najbardziej mi się podobało to niedopowiedzenie na końcu Swan Song, kiedy nie było wiadomo, czy Chuck to Bóg… Jakoś nie do końca odpowiada mi wyłożenie tego tak dokumentnie kawa na ławę… Plus… wiem, jestem dziwna, ale chciałabym Boga starotestamentowego, liczyłam trochę na to, że będzie zimnym draniem, tymczasem… dostaliśmy Chucka. I niby fajnie, ale czegoś mi brakuje, czegoś mi szkoda… Miło jednak, że pamiętano o wyjaśnieniu problemu Samuletu i że wrócił – żałuję tylko, że Dean schował go do kieszeni. I może jeszcze tego, że przez splecenie dwóch wątków odcinka, cudny motyw rodem z wielu horrorów (uwielbiam Mgłę Herberta!) wziął w łeb i był tak bardzo niedopracowany.

Ginny: I tu muszę się zgodzić. Chitters to po prostu dobry odcinek. Nie jakiś wykopany w kosmos, ale sam pomysł na potwora odcinka mi się spodobał – był taki creepy, intrygujący. A małżeństwo łowców… Różnorodność to jest to co SPN zawsze robił dobrze w moim odczuciu (obok prowadzenia postaci dziecięcych), więc też tak pokazana ponownie cieszy. I może nasi hunter husbands pojawią się w przyszłości na horyzoncie to tu, to tam.

Odcinek z Chuckiem i Metatronem – tu chyba zgodzę się z Cathią, pomysł niezły, ale zabrakło w nim czegoś. Może nie tyle za dużo w nim słów, co za mało w nim słów w punkt. To powinien być jeden wielki ciąg trafnych spostrzeżeń, iskrząca się dyskusja sprawiająca, że siedzisz jak na szpilkach, żeby dowiedzieć się, co padnie z ich ust za chwilę. Tymczasem dostaliśmy ot, rozmowę. Końcówka nawet mi się spodobała, ale tak, całościowo brak tu pewnej gęstości.

Pirjo: No właśnie, tymczasem fabuła rozmywa się i tonie we mgle – niezła metafora dla sezonu i dla zagubienia fanów. Sam i Dean w sennym miasteczku zmagają się z morderczą chmurą nadesłaną przez znudzoną Amarę. Choć odcinek był typowym zapychaczem, to jednak ogromnie mi się podoba, że prymitywna Amara działa przy pomocy sił natury – sił wzburzonej kobiecości. A jej brat co najwyżej podziwia przyrodę albo pielęgnuje uporządkowany, idylliczny ogród. Na takich kontrastach buduje się antagonizmy! Jest to też odcinek, w którym zwrot akcji z poprzedniego zostaje rozbudowany i omówiony. Casually dowiadujemy się, co konkretnie Bóg miał na myśli, na przykład opuszczając anioły i ludzkość – powodem było rozczarowanie swoim eksperymentem. Poważne teologiczne problemy są rozwikływane w każdej minucie, to naprawdę, naprawdę śmiały odcinek. No właśnie, śmiały czy może przegadany i banalny? Zastanawia mnie, czy serial oglądają teologowie lub biskupi. Coś czuję, że twórcom SPN by się nie upiekło. Naszła mnie też refleksja, że za ogromną ilość tez wygłaszanych w tym popkulturowym przecież medium, jakim jest serial, jeszcze kilkaset lat temu twórcy mogliby się spotkać z oskarżeniami o herezję i z naprawdę surowymi konsekwencjami. A tutaj? Znudzeni fani gryzą czipsy i nerwowo tropią nieścisłości w mitologii SPN, a słowo „bluźnierstwo” nawet nie przychodzi im na myśl. Napiszę jeszcze może, że kończąca odcinek scena z medalionem – i z Bogiem śpiewającym bluesa – naprawdę mnie wzruszyła. A myślałam, że już nic mnie w tym serialu nie poruszy. Przy tym odcinku przez mgnienie poczułam, że warto było się przemęczyć dla takiego „cudownego” finału.

Fot. The WB

Fot. The WB

Ginny: Jako ateistkę żadne „bluźnierstwa” mnie nie ruszają, za to przypomniałaś mi teraz, że ponoć polska telewizja nie kupiła już piątego sezonu, bo wprowadzał „heretycką” wizję aniołów i mógłby oburzyć nią polskich widzów…  Ale jakkolwiek antagonizm Amary i Boga – ciemności i światła – akurat jest tym, co najbardziej w tym odcinku kupuję (i och, jak żałuję, że cała seria pod te boskie wyjaśnienia tak słabo podprowadza), tak inne kwestie… no cóż, dziś chyba jednak za mało już w nich „herezji” by faktycznie mogły jakoś mocno poruszyć. Zwłaszcza widzów, nastawionych na oglądanie tego typu serialu jakim jest Supernatural. A blues…. Ot, przyjemna piosenka, ale nie wiem, muzyka w tym sezonie jakoś wcale do mnie nie przemawia tak, jak do innych zdaje się przemawiać.

Mysza: Mam wrażenie, że w kwestii poszerzania świata łowców, Supernatural w ogóle nieźle sobie ostatnio radzi. Tu mamy cudownych hunter husbands, napisanych i zagranych bezpretensjonalnie, bez fanfar i wielkiego transparentu pt. „Patrzcie, reprezentacja!”. Równie fantastycznym dodatkiem, przynajmniej moim zdaniem, była Głucha łowczyni, którą poznaliśmy w odcinku z banshee. Cieszy mnie niezmiernie, że serial nie zapomina o tym, iż na Samie i Deanie świat się nie kończy – że ktoś musi wykonywać robotę u podstaw, w brudnych uliczkach i mrocznych lasach, tam gdzie Winchesterowie niemal nie mają czasu się zapuszczać. Tak więc odcinek The Chitters zaznaczam w swoim prywatnym kajeciku definitywnie na plus.

Z kolei w wypadku odcinka Bóg vs. Metatron jestem #TeamPirjo. Byłam zachwycona tym przegadanym odcinkiem, który nie bez powodu kojarzył mi się z Dogmą Kevina Smitha, zarówno pod względem tematyki, jak i nieco obrazoburczego sposobu, w jaki twórcy do owej tematyki podeszli. Mam wrażenie, że Supernatural od dłuższego czasu za bardzo plącze się w katolickiej mitologii – anioły, demony, Lewiatany, Lucyfer, Amara – a za mało czasu spędza robiąc to, co zawsze robił dobrze: rozmawiał o teologii. Drobne smaczki w postaci śpiewu Roba Benedicta (który ostro targnął strunami mojego serduszka), luźnego stwierdzenia, że Bóg jest biseksualistą(!) czy aspektów meta – czyżby twórcy grozili palcem fanom i pokazywali, gdzie jest nasze miejsce, a gdzie Twórcy, przez duże „tfu”? – w moim odczuciu to zaledwie przyprawa do gorzkiej, smutnej, poruszającej polewki, jaką była rozmowa Boga i Metatrona. Dla mnie nie musiała się ona zakończyć żadnymi konkretnymi wnioskami czy górnolotnymi stwierdzeniami – sam fakt prowadzenia tej rozmowy, w taki ludzki, prosty sposób, pozwolił mi spojrzeć na wiele aspektów religii i wiary czy Boga, jako tej najważniejszej istoty, be-all, end-all wszystkiego. Za dokładnie te same cechy pokochałam kiedyś Dogmę i za to pokochałam również ten odcinek. Nie była to może bezbłędnie napisana i poprowadzona rozmowa, ale cieszę się, że mogłam się jej przysłuchiwać.

Pirjo: Akcja zagęszcza się i docieramy na ostatnią prostą. All in the Family to odcinek, w którym Winchesterowie nadal oswajają się z fabularnym twistem i w którym epizodycznie pojawia się Kevin! Odcinek zawiera też przeuroczego ateistę-naukowca, który (na moment) staje się Bożym prorokiem. Amara znów robi zakusy na Deana – trzeba nam przecież przypomnieć o łączącej ich dziwnej więzi – i objawia się mu w wizjach. We Happy Few to odcinek już bezpośrednio zbliżający nas do finału. Bóg serwuje Winchesterom własnoręcznie przygotowane naleśniczki. Lucyfer zamyka się w pokoju i słucha muzyki na cały regulator. Home sweet home? Meandry dysfunkcyjnej rodziny? I wreszcie Alpha and Omega – epizod, w którym wbrew wielosezonowym niesnaskom formuje się dziwna drużyna i choć pierwsze podejście do zniszczenia Amary nie bardzo się udaje, najwyraźniej do dwóch razy sztuka. W międzyczasie Amara dokonuje wymarzonej zemsty, epatuje swoją siłą, a Bóg jest… umierający. Bóg, czyli braciszek, który uważa, że lepiej jest siostrę zamknąć w klatce na milion lat, niż mieć na sumieniu mercy kill.

Nawet nie wiem, od czego zacząć rozmawianie o tym finale. Słońce spada na ziemię. Dean ładuje w siebie milion dusz, skradzionych z czyśćca, stając się żywą bombą. Skradzionych z czyśćca i z domu wariatów, nie zapominajmy. Rowena naprawdę okazuje się potężna, a magia jest teraz w Supernatural o wiele silniejsza i o wiele bardziej pomysłowa i elastyczna niż konwencjonalne religie. Anioły to totalne cieniasy. Pojawia się też jakaś dziwna pani z Londynu, wprowadzając pierwszą niteczkę wątków na nowy sezon. Koniec końców mamy jednak finał zaskakująco antyklimatyczny, finał, gdzie nikt nie ginie, a zwaśnione rodzeństwo – którego sceną kłótni był w trakcie sezonu cały ludzki świat – godzi się. Znów mamy ogród, powraca wątek relacji Dean – Ciemność, pojawia się reaperka, ale w sumie nie wiem, czy te detale są potrzebne. I po co w ogóle były. Amara nagle docenia świat, którym ostentacyjnie gardziła przez większą część sezonu. Nie bardzo to rozumiem. Brat i siostra godzą się i trzymając się za ręce odchodzą w stronę zachodzącego słońca – a może twórcom zwyczajnie zabrakło jaj, żeby „zabić Boga”? Cokolwiek by nie mówić, muzyka w tym odcinku była cudowna. No właśnie, a co Wy myślicie o finale?

Fot. The WB

Fot. The WB

Cathia: Nie znoszę All in the Family i początku We Happy Few, ponieważ jest to czysty żywy fanfik i to w dodatku kiepsko napisany! Bóg bunkruje się w Bunkrze, chodzi bez spodni, wywala nogi na stół i wcina chińszczyznę, nalegając na to, by wszyscy mówili do niego Chuck. Lucyfer buntuje się jak nastolatek – puszcza głośno muzykę i ogólnie się boczy. Bunkier stał się jednym wielkim akademikiem i mówiąc szczerze – nie, nie wywołuje to u mnie uśmiechu. Jak pisałam, marzyło mi się też, by Bóg SPNa był jednym wielkim skurwielem i jakkolwiek widać to czasami pomiędzy wierszami, tak jednak Chuck obnoszący się z kubkiem World’s Greatest Dad wcale a wcale nie odpowiada mojemu wyobrażeniu. Szkoda. Tak samo nie pasuje mi Lucyfer, który w ramach bycia groźnym badassem oznajmia wszystkim „Screw you”. Gdzie ten Lucyfer Marka Pellegrino, który zawsze był li i jedynie badassem i  wywoływał ciary? Nie. Ja naprawdę mogłam przełknąć zabawne niebiosa, kiedy reprezentował je Gabryś, ale tutaj… Wielki fanfik, wielka komedia, a ja – głupia – liczyłam na spore napięcie. I w dodatku w tych momentach (zwłaszcza w We Happy Few) Misha ewidentnie zapominał, że gra Lucyfera i znowu wygląda jak Anioł Cierpiący Na Zatwardzenie.

Nie mogę jednak zaprzeczyć temu, że druga połowa We Happy Few jest znakomita! Powolne zbieranie drużyny (czy tylko ja słyszę w głowie głos Piotra Fronczewskiego?), ustawianie pionków… Bardzo mi się to podobało! Naprawdę ładnie napisane i dobrze zagrane. Sceny z Cleą i Roweną sprawiły mi dużo przyjemności (wiedźmy, wreszcie normalnie potraktowane wiedźmy w tym serialu), ale absolutnym hitem był Crowley! Nareszcie ktoś wyrąbał mu prawdę prosto w oczy, wyłupał wszystkie moje zarzuty i wyszedł, zamykając drzwi z drugiej strony. Wprawdzie z jednej strony miałam ciężki facepalm, zastanawiając się, dlaczego on w ogóle próbował jakichkolwiek negocjacji z tłumem, który go nienawidzi, ale potem oddałam się radosnemu przytakiwaniu słowom przypadkowego demona numer 3. Terapia szokowa przeprowadzona przez Deana też była widocznie skuteczna i mam taką cichą nadzieję, że jeśli Crowley przeżył atak na Amarę, to weźmie się do kupy. W końcu „he was a player in his day”. Ze smutkiem jednak stwierdzam, że nie jestem w żaden sposób podenerwowana potencjalnym zejściem Króla Piekła – coś poszło tak bardzo źle po drodze…

Co do walki z Ciemnością, to z przykrością skonstatowałam, że to byłby taki dobry finał serialu w ogóle – Winchesterowie walczą z zagrożeniem, które wykończyło Boga… i przegrywają. Ale z hukiem. Tym, co mnie jednak niesamowicie poirytowało, było odebranie Lucyferowi wolnej woli – to Znamię miało go skorumpować i zmusić do nieposłuszeństwa. Nie mamy zatem tej Wolnej Woli, tego samoistnego buntu, mamy warunki zewnętrzne… A Bóg tak się nią chwali! Jeśli chodzi o finał, to… brak mi słów… Praktycznie nic się nie dzieje, wszyscy piją (ja też musiałam w pewnym momencie udać się po procenty, bo na trzeźwo się nie dało), pod koniec praktycznie mamy tęcze i jednorożce, bo Amara zobaczyła kwiaty i staruszkę karmiącą ptaszki w parku i jej się wszystko odwidziało…. Tak, wiem, stało się tak po tym, jak śmiertelnie zraniła brata, ale tak bardzo mi się to kupy nie trzyma…

Fot. The WB

Fot. The WB

Powiem tak, w momencie, kiedy wiemy o sezonie dwunastym i wiemy, że będą tam obaj bracia, te pożegnania Deana nie były mnie w stanie zupełnie wzruszyć… Wycieczka sentymentalna na grób Mary tym bardziej – jakoś nie pamiętam, by wybierał się tam w Swan Song, a przecież miał po drodze – to chyba było tylko przygotowanie do ostatniej sceny. Której nie przyjmuję do wiadomości.

Ostatecznie rozdrażniło mnie jednak co innego  – londyński oddział Ludzi Pisma i Lady Antonia. Co to – do cholery jasnej – było? Czyli Ludzie Pisma cały czas sobie tam funkcjonują i obserwują, ale dotychczas nie było tak strasznego zagrożenia, by Winchesterów nie unieszkodliwiać? Nie no, jasne. Co tam Apokalipsa! Co tam lewiatany! Pojawimy się teraz, bo ciekawych wątków zaczyna scenarzystom brakować. Powiem tak – tajne organizacje nie wychodzą serialom na zdrowie. Inicjatywa w Buffy była pomysłem zdecydowanie nieudanym, Hadrian’s Wall w Grimmie też się raczej nie sprawdza. Sięgnięcie po coś takiego nie jest dobrym rozwiązaniem. Ubawił mnie też cliffhanger – naprawdę mam uwierzyć, że Antonia strzeliła do Sama? Nie ma bata, nie po tym, jak wielkie zakończenia rozwiązywano i niszczono w ciągu następnych pięciu minut nowego sezonu. Poza tym zastrzelenie Sama naprawdę nie ma sensu, bo gdyby Ludzie Pisma chcieli ich martwych, naprawdę mogliby wynająć chociażby jakiegoś cyngla. Anielskiego, demonicznego, reaperowego… Ech…

Ginny: Odcinek z prorokiem-ateistą (co było nawet uroczo zabawne i tylko to nagłe porzucenie zapewne mocno zakorzenionych ateistycznych poglądów mi jednak na poziomie logiki nie gra) był, no cóż, był. I dosłownie tyle mam o nim do powiedzenia. Pozostałe dwa odcinki mogę skwitować jedną literką, jednym słowem: e. Początek We Happy Few co prawda mi się właśnie podobał (sama też nie wiem, dlaczego tak bardzo spodobał mi się mikrowątek z wiedźmą voodoo z bagien Luizjany), ale też on był jak wyjęty z odcinka, który powinien pojawić się gdzieś wcześniej w serii, z tych lżejszych, niepoważnych odcinków jakie serwuje nam SPN. Takich, gdzie jest miejsce także na to, by postaci zachowywały się out of character. Reszta nie była aż tak okropna, jak mogłam się spodziewać z waszych opisów, ale i tak zgodzę się, że całościowo nie trzyma się to kupy i emocji nie wywołuje żadnych. Te wszystkie objaśnienia i rozwiązania miałyby ręce i nogi, gdyby – tak, powtórzę się – gdyby cała seria wcześniej podbudowywała pod nie sytuację i gdyby całościowo zwyczajnie były logiczne. Nie podbudowuje, więc i końcówka jest jak ten kolos na glinianych nogach. A wrzucenie londyńskich Ludzi Pisma, którzy są tak tajni, że nawet inni Ludzie Pisma o nich nie wiedzą, i którzy muszą koniecznie zabić właśnie Sama i Deana, to chwytanie się brzytwy, które wywołało jeden wielki facepalm.

Fot. The WB

Fot. The WB

Mysza: Najwidoczniej jestem w swej sympatii osamotniona, ale strasznie mnie ujął nowy prorok, Żółw Ninja. Supernatural mogłoby częściej wprowadzać postaci nieco starszej daty. Ogromnie żałuję, że tak szybko pożegnaliśmy Donatello.

Bóg snujący się po bunkrze i family drama z Lucyferem rzeczywiście wypadły tanio i infantylnie, ale scena rozmowy Deana z Bogiem, gdzie Dean ma do Chucka pretensje… nie powiem, miałam gulę w gardle. Oczywiście zasługi należy przypisać Acklesowi, który mimo tylu lat grania tej postaci wciąż jest w stanie wykrzesać z siebie niespożyty talent aktorski. Nie były te ostatnie odcinki kompletnie pozbawione emocji. Niemniej ich fabuła – pomysł z zebraniem drużyny, atakowaniem Amary falami, zrobieniem z Deana bomby, zbieraniem dusz… może tylko ja to tak odebrałam, ale było to tak grubymi nićmi szyte, że aż nie mogłam się powstrzymać od parskania. Zresztą całe napięcie zabiło dla mnie zakończenie przedostatniego odcinka – śmiertelne zranienie Boga i pokonanie Winchesterów przez Amarę to coś, co wrzuca się do ostatniego odcinka sezonu, a nie przedostatniego, gdy wiemy, że bohaterowie mają jeszcze czterdzieści minut na odkręcenie całej tej hecy. W związku z tym finałowy odcinek oglądałam na wyjątkowym luzie, mając głęboko w nosie wszelkie nielogiczności, wyciągane z kapelusza rozwiązania i antyklimatyczne sceny. Bo umówmy się – nieważne, jak prorodzinnym serialem jest Supernatural, pogodzenie się Boga i Amary, choć logiczne z punktu widzenia zamysłu twórców, było ogromnym zawodem. Było pospieszne, cukierkowe i niewiarygodne. I głupie, biorąc pod uwagę, jak często Supernatural powtarza, że rodzinna zależność Sama i Deana jest w gruncie rzeczy ich największą wadą, tym, co wciąż doprowadza ich na skraj katastrofy. Czy mamy rozumieć, że teraz, skoro Bóg i Amara się pogodzili, ziemia jest bezpieczna…? Śmiem w to wątpić.

Tak naprawdę jedyną zaletą tych dwóch ostatnich odcinków były dialogi – maybe it’s just me, ale zwłaszcza w finałowym odcinku co chwila się uśmiechałam. Ale być może była to reakcja obronna na bezsens.

Pirjo: No właśnie, pomówmy o nieuniknionym sezonie dwunastym. Formuła z podróżowaniem po zaściankowych rejonach USA i z kolejnymi lokalnymi apokalipsami do cna się już wyczerpała, więc z pewnym ostrożnym zainteresowaniem powitałam wątek londyński. Men of Letters to jedna z niewielu nitek fabuły, która nie została jeszcze do cna wyeksploatowana i można coś z niej wyciągnąć. Jak sądzicie, w jakim kierunku się to potoczy? I co myślicie o pożegnalnym prezencie Amary dla Deana? Bo ja miałam na twarzy jedno wielkie WTF, a potem przypomniałam sobie, jak któraś postać – chyba Chuck? – powiedziała Deanowi, że jest on już bardzo, bardzo daleko poza granicą człowieczeństwa, że od dawna jest już czymś zupełnie innym niż zwykłym człowiekiem. Innymi słowy – manipulacje czasem, przestrzenią, śmiercią i życiem nie powinny mnie zupełnie dziwić w kontekście Winchesterów, którzy są nadludźmi i superherosami. Nawet jeśli są pozbawione sensu i bolą – w ten nieprzyjemny, meta-sposób. Bo powrót rodzicielki wcale nie wzrusza, ani nawet nie niepokoi – raczej złości. Niektórych rzeczy nie warto ruszać. Wykasowanie kluczowej części origin story może się skończyć tylko źle. Ale to moje zdanie. A jakie jest Wasze?

Cathia: Moim zdaniem jedynym lekarstwem dla serialu jest odejście od wielkich wątków, które są nie wiadomo jakimi zagrożeniami, a tak naprawdę nie robią nic, i powrót do podróży po Stanach i mordowanie pomniejszych potworów. Wiem, po tym, co Winchesterowie już zrobili, wydaje się to takie… nudne… (zwłaszcza jeśli przypomni nam się scena w sanatorium i przyrównamy ją sobie do tej w Asylum), ale nie widzę innego rozwiązania, które nie byłoby śmieszne. Odcinki MOTW wychodzą scenarzystom doskonale, epoka wielkich epickich historii skończyła się, niestety, na Ericu Kripkem i bardzo nie chcę, by Saba i Ludw… eee… następny showrunner znowu próbował stworzyć coś, co się nie sprawdza.

Fot. The WB

Fot. The WB

Ginny: Pirjo: SuperWho! SuperWho! xD Mnie nawet kolejny duży metaplot by nie przeszkadzał, ale pod jednym warunkiem. Że byłby on od początku do końca przemyślany i zrobiony z głową. I bez konieczności przebicia epickością poprzedniego epickiego metaplotu. Na to nie ma jednak co liczyć, więc może faktycznie lepiej byłoby, gdyby scenarzyści skupili się na odcinkach MOTW. Zwłaszcza, że taki a nie inny koniec serii (minus tak wprowadzony London Chapter, przekonanie Sama, że Dean umarł i przywrócenie mamy Winchester) daje właśnie możliwość do takiego powrotu do korzeni. Za to nie wiem, czy to tylko mnie się zdaje, czy w tym sezonie faktycznie brakowało, poza odcinkiem z Bobbym, wybijających się odcinków o lżejszym podejściu do formuły serialu, które też były do tej pory czymś charakterystycznym dla Supernatural? Więc wyraźniejsze położenie nacisku na takie ze dwa, trzy scenariusze w nowej serii, również by nie zaszkodziło. Ale też lepiej, gdyby pojawiły się one w dobrym całościowo sezonie, niż gdyby miały stanowić jedyne jasne punkty takiego sezonu.

Mysza: Wygląda na to, że znów jestem jedynym głosem w kontrze, ale osobiście byłabym ciekawa, co twórcy zrobią zarówno z deus ex British Men of Letters, jak i powrotem Mary Winchester. Podobnie jak Cathia źle reaguję na wprowadzanie wątków tajnych organizacji do ponadnaturalnych seriali, ale chwilowo jestem optymistyczna. Świat Supernatural od lat poszerza się o mitologie i wierzenia innych kultury – dlaczego nie miałby się poszerzyć także geograficznie? Wątpię, by serialową ekipę było stać na wypad do Londynu, ale wyobraźcie to sobie – Sam i Dean w Wielkiej Brytanii, na nieznanym sobie terenie, bez wsparcia, zdani tylko na siebie? Owszem, też jestem za tym, by serial wrócił do sprawdzonej formuły monster of the week, ale czasem przychodzi mi na myśl, że być może tym, czego potrzebuje Supernatural jest zastrzyk całkiem nowej krwi; kompletnie nowych, nieporuszanych dotąd wątków? Podobnie, jestem optymistycznie nastawiona do powrotu Mary. SPN nie zaszkodzi kolejna badass-owa kobieta, a feelsy jakie powrót Mary zapowiada dla Deana i Sama daje mi nadzieję na wiele wzruszeń.

Tak więc kto wie? Może serial złapie drugi wiatr w dwunaste żagle i pokaże nam coś, czego do tej pory nie widzieliśmy? Czas pokaże. I chociaż zawsze może być gorzej, fakt, że ten jedenasty sezon nie był kompletną porażką daje nadzieję, że w przyszłości czeka nas poprawa. Ale jak wiadomo: nadzieja matką głupich ;)

Fot. The WB

Fot. The WB

Supernatural
supernatural drama
The CW/The WB, USA, 2005–

Cathia
Mól książkowy, zwierzę konwentowe, fangirl i Sheppardolożka. Wielbicielka czarnych charakterów, na czele z pewnym Królem Piekieł o brytyjskim akcencie. Kilka lat temu dosyć niespodziewanie zapadła na chorobę o nazwie Supernatural i modli się, by nigdy nie znaleziono na to leku. Aktywny członek fandomu od co najmniej 16 lat. W wolnych chwilach zajmuje się rękodziełem, robiąc kartki o fantastycznej tematyce, ostatnio zaczęła również pisać supernaturalowego bloga.

Ginny358
Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają jej współpracy. Pisze m.in. dla Gallifrey.pl, na blogu ziemniak i Dinozarły i współtworzonych z koleżanką (Ułomnych) recenzjach ziemniaka.

Mysza
Fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie.

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)