Fot. AMC

Przewodnik duchowy (Preacher, PREMIERA: S01E01–02)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Nie pamiętam wszystkich fabuł, ale mam w głowie i w sercu niejasne wspomnienie klimatu, w którym pogrążony był Kaznodzieja z komiksów Vertigo/DC, wydawanych w Polsce dawno temu przez Egmont i czytywanych przeze mnie z przyjemnością. Klimat wyjątkowy, ascetyczna kreska, rozmach, sepia, dobre dialogi, charakterystyczne postacie, dziki i niebezpieczny Zachód, poetyka trochę jak z Truposza Jarmuscha, wątki magiczne i religijne, pewien rodzaj powagi, filozofii, interesująco się splatającej ze scenami gore, wykraczanie poza podejście czysto rozrywkowe. Zero poczucia humoru, a jeśli już, to satyra i ironia zgrzytające między zębami niczym piach pustyni. Minimalizm, surowość, wyrafinowanie, perwersja. Przestępstwa, akcja, horror.

Wiecie, niektóre graficzne nowele są… po prostu inne. Tak jak inny jest Sandman, inne są Lost Girls, inny jest Preacher. Inny od innych. Bardzo dużo zależy w nich od samej historii, ale równie wiele od kreski i od sposobu prowadzenia dialogów. Od postaci, napisania ich tak, żeby były uniwersalne, ale nie schematyczne. Ciężko to przełożyć na język filmu czy serialu. W zasadzie od momentu, gdy dowiedziałam się o planowanej adaptacji, byłam sceptyczna i wydawało mi się, że to się nie może udać. Ale i tak uważałam ekranizację za ciekawy i odważny pomysł. I nawet jeśli w adaptację zaangażowali się twórcy komiksowego pierwowzoru – przewidywałam piękną katastrofę.

Lepiej nie liczyć na wiele i pozytywnie się zaskoczyć, prawda? Serialowe Gotham (przynajmniej ta część, którą obejrzałam) nie oddawało klimatu, kojarzonego w mojej głowie z Batmanem. Większość adaptacji komiksów DC czy Marvela proponuje, a przynajmniej ja to tak odczuwam, nową wersję, nową odsłonę przygód danych bohaterów, których nastrój nie bardzo mi pochodzi, wersja kinowa czy serialowa zwykle wydaje mi się płaska. Dlatego stopniowo porzuciłam je wszystkie.

Fot. AMC

Fot. AMC

W świecie seriali najbliżej atmosfery, jaką przypisuję w głowie Preacherowi,  było moim zdaniem zakończone niedawno Banshee. Szczerze polecam. Doskonała rzecz. Dziejąca się jakby „w uniwersum Preachera”. A w świecie książkowym – z szykującą się do filmowej adaptacji Mroczną Wieżą Kinga, który zresztą przyznaje się do inspiracji Kaznodzieją. No bo w gruncie rzeczy wszystkie te fabuły są westernami. A ja kocham westerny. Ale wróćmy do meritum. Serial zaczyna się bardzo, bardzo powoli i jakby ostrożnie. To nie jest pilot, w który wrzucono jak najwięcej fajerwerków, żeby przyciągnąć, zauroczyć, wbić w fotel widza – i potem przez resztę sezonu borykać się z tym, jak zainteresowanie utrzymać. Zaczęto od tego, czego w komiksach w zasadzie nie było – od pokazania czasów, gdy Preacher był właśnie Kaznodzieją, pracującym w małym amerykańskim miasteczku. Czyli dostajemy taki poniekąd prequel do komiksów. Serialowy Kaznodzieja ma w pierwszych odcinkach swoje własne, senne tempo, jest oniryczny, operuje szerokimi kadrami i długimi zbliżeniami, jakby z każdej sceny chciał wyciągnąć maksimum symbolicznej wartości. Jeśli mamy cierpliwość, żeby się na tym skupić i temu oddać, to jest szansa, że się wciągniemy w leniwie rozpisywaną fabułę. Pilot nie jest pilotem w sensie, do którego przyzwyczaiły nas konkurujące ze sobą stacje telewizyjne. Jest zupełnie obok trendów. Niewiele się dzieje, więc prognozuję, że część odbiorców może się znudzić. Jedni się nudzą, a ja daję się wkręcić w „napięcie, które można kroić nożem”. Rzecz gustu, kwestia podejścia.

Jeśli chodzi o obsadę, bardzo lubię Dominica Coopera i przyznanie mu tytułowej roli szukającego Boga kaznodziei-alkoholika uważam za strzał w dziesiątkę. Kostium i fryzurkę skopiowali mu z kart komiksu prawie w skali jeden do jednego, a teksański akcent wychodzi temu brytyjskiemu przecież aktorowi zawodowo. I jaki to jest w ogóle wspaniały bohater, postać z krwi i kości, jest co grać. Cieszę się też, że Dominic nareszcie dostał postać wieloznaczną, wielowymiarową. Może grać subtelniej. Zaskoczyła mnie obecność Ruth Neggi w roli Tulip, nawet nie tyle obsadzenie aktorki o egzotycznej urodzie, czyli odejście od komiksowego wzorca, ale fakt, że stosunkowo niedawno oglądałam ją jako Kobietę w Kwiecistej Sukience w Marvelowych Agentach Tarczy. I tamta postać była beznadziejna, pseudogroźna, nudziła mnie tak strasznie, że stała się jednym z koronnych powodów, dla których porzuciłam serial. Mówiąc najprościej, zło w Agentach mnie nie przekonywało, było niesamowicie głupie. Ale tutaj Ruth też gra inaczej, jest więcej przestrzeni na budowanie bogatych postaci, pokazywanie ich różnych stron, zatrzymanie kamery na czyjejś twarzy na jeszcze dwie dodatkowe sekundy, które są czasem kluczowe, bo widzimy zmieniającą się emocję, zaciśnięte usta, zaszklone spojrzenie, powstrzymywany śmiech, chłodniejsze z każdą chwilą oczy. To ważne. To zmienia wszystko. Z „podstawowego trójkąta” Cassidy (Joseph Gilgun) jest chyba najlepszy ze wszystkich, nonszalancki i charakterystyczny, dokładnie taki, jak go zapamiętałam z komiksów. Ma wspaniale irlandzki akcent i niezwykłe maniery. Bromance z Jessem, czyli Kaznodzieją, jest wiarygodny i czuć między postaciami chemię. W ogóle casting jest bardzo w porządku, to nie są twarze, które się nam jakoś bardzo opatrzyły, a poza tym aktorzy zostali przypisani do ról niekoniecznie dla siebie typowych, co mnie zawsze ciekawi.

Fot. AMC

Fot. AMC

Oglądając, stopniowo zdałam sobie sprawę, że podoba mi się to, co widzę. Jest sepia, są piękne pejzaże, ascetyczne kadry, doskonale dramatyczna, staroświecka muzyka. Bardzo się cieszę, że twórcy nie poszli popularną ścieżką wrzucania do serialu – bez względu na epokę w jakiej się on toczy – najnowszych radiowych hitów. Dzięki spójnej konwencji dźwiękowo-wizualnej dostajemy ten wiejsko-prowincjonalny klimat „off the grid”, na który liczyłam. Szczególnie użycie Rusty Cage Casha mi się spodobało. I jeszcze Carly Simon i You’re So Vain, i Willie Nelson i Time of the Preacher. Country & Blues. Na deser trochę pylistego pustynnego rocka, dzięki Blues Saraceno. This is everything. A obejrzałam dopiero dwa odcinki!

Tak, jeśli jeszcze nie zauważyliście, to bardzo stylowy serial. Toczą się w nim dyskusje na egzystencjalne tematy, podane tak, że raczej unikają banału i nie są przegadane. Dobrze pokazane zostało miasteczko na teksańskim odludziu i jego mała, zamknięta społeczność, taka, w której kryje się wiele tragedii, wiele zła, ale także wartości i więzi, które warto pielęgnować i chronić. Stadko zagubionych duszyczek, potrzebujące przewodnika. Twardego i nieobawiającego się chwytów na granicy prawa i przyzwoitości, szczególnie, że diabeł jest prawdziwy, zło namacalne, a grzechy ciężkie. Boskie i diabelskie moce widzimy przejawiające się w drobnych rzeczach, a nie w jakichś wystawnych scenach pełnych efektów specjalnych. Odwieczna walka dobra ze złem rozgrywa się na co dzień, zarówno w duszy bohatera, jak i na przestrzeni prowincjonalnego Annville, ale to są podchody, a nie bitwa na otwartym polu. To znaczy sceny bywają efektowne, na przykład ta z piłą mechaniczną w kościele, ale nie na zasadzie widowiskowości, tylko suspensu. Okrucieństwo jest wyrafinowane, czasem wulgarne czy brutalne, ale nie jest toporne czy niepotrzebnie przegięte. Na razie zresztą nie dorównuje ono temu z komiksów, oglądamy złagodzoną wersję, nawet Arseface, jeden z najbardziej charakterystycznych wizualnie bohaterów jest o wiele „normalniejszy” na małym ekranie, ale może to kwestia powolnego rozbiegu?

Fot. AMC

Fot. AMC

Powiem tak, po dwóch odcinkach Preacher całkiem mi się podoba i pozytywnie mnie zaskoczył spójnością nastroju z legendarnym oryginałem i pieczołowitością w nawiązywaniu do niego. Jest nawet szansa, że stanie się jednym z ulubionych seriali tego roku, ale póki co ciężko to ocenić, bo tylko poznaliśmy teren, postacie, układ pionków na szachownicy, a tempo prowadzenia narracji jest dość senne. Nie umiem ocenić, czy serial ma szansę spodobać się osobom nieznającym komiksów, podejrzewam, że na początku trudno się im będzie zorientować, o co chodzi. Fabuła nie jest liniowa, skaczemy też z miejsca na miejsce i nie widać połączeń między scenami. Nie wiem też jeszcze, czy treść, szczególnie emocjonalnie, sprosta moim oczekiwaniom. Zobaczymy. A na razie – colour me intrigued ;)

Preacher
Drama, black comedy, supernatural, horror
AMC, 2016–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.