Czary mary (Grimm, FINAŁ: S05E15–22)

Czary mary (Grimm, FINAŁ: S05E15–22)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Grimm to serial, który moim zdaniem doskonale sobie radzi z pułapkami zastawianymi przez własną konwencję. Czeka do sezonu piątego, żeby rozwiązać czy może tylko popchnąć naprzód szczątkowo nam odsłaniany wątek z magicznymi kluczami. To daje widzowi poczucie satysfakcji. Po wycieczkach w wielki świat, do Wiednia czy do Schwarzwaldu, zawsze wracamy w okolice Portland i nie wydaje nam się to dziwne ani umniejszające znaczenie fabuły. Najważniejszy jest kontekst lokalny i twórcy nigdy nie tracą go z oczu. Nowe postacie wprowadza się tylko wtedy, gdy pewnych wątków nie da się pokazać sięgając do tego, co już się zdarzyło, więc nie mam wrażenia nadmiernego tłoku. W tym świecie zdarzenia mają dalekosiężne konsekwencje, a śmierć czy zwrot akcji z pierwszego sezonu może niespodziewanie rezonować w piątym. Najlepsze zwroty akcji to takie, gdy przeciw drużynie zwraca się jeden z jej członków, ale gdy się tego twistu nie nadużywa, więc ma on szansę zaskoczyć i zaboleć. Powiem tak – w przeciwieństwie do osób piszących Teen Wolfa czy Supernatural tu twórcy nigdy nie szarżują, nie pokazują więcej niż trzeba. Nie zapominają też że warto się zatrzymać i bez spinania prześledzić rozmowę między przyjaciółmi czy jakąś scenkę z codziennego życia, przekomarzania na posterunku, wspólne przygotowywanie posiłków, herbaty, zabawę z dzieckiem, jazdę samochodem. Grimm to nie tylko apogeum akcji, to także słodkie, małe chwile i urocze postacie, dlatego wiemy, o co bohaterowie walczą i że warto walczyć i trzymać za nich kciuki, prawda?

Mysza: Prawda. Zresztą podejrzewam, że to właśnie postaci i relacje między nimi zdołały mnie niepostrzeżenie „kupić”, gdy pierwszy raz oglądałam serial, jeszcze z nastawieniem „co to za kiczowate popłuczyny po baśniach braci Grimm?”. To właśnie chwile spokoju i przyjacielskich przekomarzanek zaskarbiły sobie moje sympatię i wciąż, mimo pięciu sezonów na karku, sprawiają, że Grimm ogląda się z taką przyjemnością. Ba, osobiście wcale bym się nie obraziła, gdyby takich scen było jeszcze więcej.

Fot. NBC

Fot. NBC

Z drugiej strony również zgadzam się z Tobą, że Grimm to jeden z najbardziej konsekwentnie, rezolutnie prowadzonych seriali. Owszem, zdarzało nam się we wspólnych Wielogłosach przebąkiwać na temat długiego milczenia odnośnie tajemniczych kluczy, ale ostatecznie nasze nadzieje zostały spełnione. Co więcej, nie tylko dostaliśmy rozwiązanie ich zagadki, ale także nowe pytania – czym jest artefakt odnaleziony przez Nicka? Jak wpłynie na losy naszych bohaterów, zwłaszcza teraz, gdy konflikt z organizacją Black Claw przybiera coraz mroczniejsze odcienie? Dodatkowo mamy rzecz intrygującą w serialu, który tak mocno polega na swoim ensemble, czyli wewnętrzny konflikt interesów. Mamy zdrady mniejsze lub większe, śmierci i narodziny, kłębki splątanych uczuć… nic tylko siedzieć i z przyjemnością rozsupływać skrzętnie utkane nitki, które twórcy Grimm nam zaprezentowali w tym sezonie. I choć właściwie od początku udzielania się w grimmowych Wielogłosach wielokrotnie podkreślałam, jak mądrze prowadzony jest to serial, to wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem zdolności scenarzystów do umiejętnego dawkowania nam wrażeń, twistów i nowych wątków.

Pirjo: Próbuję sobie przypomnieć tegoroczne „potwory”, żeby się zastanowić, jak daleko odszedł serial od konwencji MOTW. Wydaje mi się, że takie wrzucane „punktowo” sprawy całkiem dobrze się sprawdzają. A potwory są coraz to straszniejsze, szczególnie wizualnie! Stworek wysysający życie z pięknych, młodych ludzi był jednym z najbardziej przerażających jak do tej pory stworów wygenerowanych w Grimm, choć dzielnie mu dorównywał „ptaszynek” dokarmiający swoich mieszkających w przyczepie-gnieździe rodziców. Rozdrabniający jedzonko przed spożyciem. Brrr… Ta historia w ogóle wywołała we mnie totalne ciarki, porównywalne z najlepszymi odcinkami Criminal Minds, tymi, w których seryjny morderca okazuje się biednym, chorym psychicznie człowiekiem, działającym z dobrych, choć nieco zaburzonych pobudek…

Mysza: Mam wrażenie, że w season 5 ogólnosezonowy arc nieco przyćmił tak przeze mnie lubiane odcinki Monster of the Week. Z drugiej strony, być może moje odczucia wynikają stąd, że nie jestem fanką Spiskowych Teorii i Tajnych Organizacji, a mieszanie w świat Grimm polityki jest tyleż nowatorskie, co z mojego punktu widzenia niepotrzebne. O wiele bardziej interesujące są właśnie społeczne czy kulturowe aspekty życia Wesen, świetnie wykorzystane w obu wspomnianych przez ciebie odcinkach: zarówno w tym dotyczącym podążania za wszelką cenę za młodym wyglądem, jak i w tym opowiadającym o starzejących się rodzinach. Osobiste historie, takie, które są w jakiś sposób uniwersalne, mimo potwornej otoczki, zawsze rezonują najmocniej. Sądzę, że niejeden widz oglądając odcinek o „ptaszynie” mógł potem z pewną obawą patrzeć na swoich rodziców. Wszak nikt z nas nie robi się młodszy, a rolą dzieci, w odczuciu wielu, jest właśnie opieka nad starzejącymi się rodzicielami. Fajnie, że Grimm nie ogranicza się li i jedynie do wątków morderstw w afekcie (których w kryminalnych proceduralach nie brakuje); że nie boi się poruszać ważkich, ogólnospołecznych tematów. Ważne jest, by umieć spojrzeć poza otoczkę fantasy i niekiedy kiczowate efekty specjalne i umieć dojrzeć kryjące się pod tym przemyślane scenopisarstwo.

Fot. NBC

Fot. NBC

Pirjo: Pomówmy o toku głównej osi fabularnej i o ewolucji postaci. W tym sezonie Renard startuje na burmistrza Portland i od razu widzimy, że ewentualne zwycięstwo mogłoby znacząco zmienić właśnie tę lokalną sytuację, do której przywykliśmy, ten punkt początkowy, od którego serial wyszedł i którego się trzymał – czyli Nick i jego koledzy pracujący pod wodzą kapitana. Podejrzliwa Eve też przejdzie pod koniec sezonu przemianę, a w międzyczasie przyznam, że poczułam się dzięki niej nieswojo, mam tu na myśli szczególnie sceny, w których czaruje, by zmienić się w Renarda – i, spieszę przypomnieć, używa tego samego zaklęcia, które już mieliśmy kilka razy, a nie czegoś nowego. Po co zmieniać coś, co jest dobre? – zdają się pytać i Eve, i twórcy. W tej sytuacji wzbudzenie braku zaufania w obrębie drużyny – czyli nagła niepewność co do Renarda i jego motywacji – działa na widza o wiele mocniej niż jakiekolwiek świeże i nagle ujawnione sekretne organizacje czy straszliw(sz)e potwory. Powrót Diany zadziałał na mnie mocniej niż gdyby się nam w serialu zjawiło nowe zagrożenie. Choć chce mi się śmiać, bo twórcy chyba nie bardzo umieją tę postać zbudować, robią ją nieludzką i jednowymiarową, płaską mniej więcej tak samo jak Eve. A jako dziecko jest fatalna, nic tylko śpi i śpi. I zamiast być przerażająca, ale ciekawa, jest irytująca. Znacznie fajniejsza była jako bobasek. To istna kuzyneczka Amary z Supernatural, jakby je ktoś z jednej sztancy odlał. Oczekiwałam czegoś więcej.

Mysza: Moje uczucia do Eve są niestety wciąż mało pozytywne. Cytując Supernatural jestem zdania, że „what’s dead should stay dead” i nie byłam fanką przywrócenia Juliette do życia w postaci oschłej, zimnokrwistej Eve. I tak jak podziwiam, że twórcy wykorzystują znane serialowe motywy, jak zaklęcie zmiany wyglądu, nie zapominajmy, ile kłopotów sprawiło ono bohaterom ostatnim razem. Czy mamy wnioskować, że „niedyspozycja” Eve jest z tym związana? A może cokolwiek zrobił jej Mur Hadriana, by trzymać w ryzach Hexenbeistowe moce, przestaje działać? Czy to oznacza, że Nick odzyska swoją Juliette? Co z nim i Adalind?… Och, nie mogę znieść tych pytań!

Przyznam jednak, że choć twórcy zdołali zasiać ziarnko niepewności w moim sercu shipperki (Adalind i Nick forever!), wciąż mam kilka zastrzeżeń do wątków zaproponowanych w tym sezonie. Akurat ponowne pojawienie się Diany jest dla mnie szalenie interesujące – co prawda twórcy kompletnie nie wiedzą, jak ją pisać i chwilowo chyba nie mają na nią pomysłu. Jednak po dokładniejszym przyjrzeniu się widać, że Diana niejako niechcący stała się Big Bad serialu. Może i strzela głupie fochy, ale ma moc, której należy się obawiać i dziecięcą bezwzględność, o tyle bardziej przerażającą, że nie do końca przemyślaną, nieprzewidywalną. Tu więc mamy pewien rozłam w szeregach – ja z przyjemnością zobaczę, co też twórcy szykują dla małej Diany. Może grimmowe domowe przedszkole, wraz z jej przyrodnim braciszkiem, Kellym? Wszak potomek Grimma i Hexenbeist z pewnością również skrywa w zanadrzu nietypowe zdolności…

Pirjo: Nie chciałabym wystawiać tu serialowi laurki, ale naprawdę, jest to jedyna supernatural drama, która mnie nadal szczerze interesuje. Myślę, że jest w serialu potencjał na jeszcze jeden-dwa sezony przygód, zanim się wszystko zacznie powtarzać…  Wróćmy więc może do tegorocznych wątków. Gdy coś dziwnego zaczyna dziać się z Wu – i dostajemy pojedyncze sceny w odcinkach, i długo nie wiemy, o co chodzi, czy się martwić – to jest suspens, na którym mi zależy i który pochwalam. Kiedy się w końcu rozwiązuje zagadka, okazuje się, że jasno nawiązuje ona do czegoś, co miało miejsce może z dziesięć epizodów wcześniej i jest zwyczajową konsekwencją nietypowej, ryzykownej pracy. A także świetnie pasuje do zabawnego i nieco zakręconego policjanta – który nawet Wesen nie może być zwykłym, tylko takim połowicznym. Ciągnąc temat dalej, odkrycia takie, jak tunele pod miastem ekscytują mnie bardziej niż sprawy globalne. I twórcy naprawdę potrafią tworzyć zagadki kryminalne, tyle powiem. O ile w przypadku Supernatural zawsze z łatwością rozdzielam sprawy MOTW i sprawy metaplotowe, tutaj zupełnie zapominam o jakimkolwiek podziale, akcja toczy się naturalniej, zresztą odcinki są tak skonstruowane, że wszystko się dzieje równolegle i napięcie nie spada bez względu na to, czy chodzi  o jakąś lokalną kwestię, czy może o sprawy wagi światowej.

W sezonie pojawia nam się wspomniany już przez Ciebie Magiczny Patyczek (na razie nieco drugoplanowy, ale ten wątek pewnie się będzie rozkręcał). Mamy też wspomnianego Dark Renarda, który jest znacznie straszniejszy niż Dark Juliette, bo ambiwalentny i realistyczny, naprawdę przeszedł pranie mózgu i wierzy w nowy porządek. Cały czas miałam wrażenie, że w pewnej chwili okaże się, że jednak jest to z jego strony podstęp, że tak naprawdę chce zatrzymać Black Claw… Z drugiej strony, łapałam się za głowę i zastanawiałam, kiedy wiedeńska rodzina królewska, z którą Renard tak wytrwale walczył przez tyle sezonów, zadzwoni z gratulacjami i powita marnotrawnego syna w swoich szeregach? I w sumie ten wątek, choć ciekawy z punktu widzenia scenariusza, jako fankę kapitana nie bardzo mnie przekonuje, bo jeśli koniec końców okaże się prawdziwy, to uwłacza jego inteligencji… No właśnie, jak sądzisz, czy Renard okaże się finałowym „głównym złym” i serial powoli zbliża się ku końcowi? Czy może jednak twórcy szykują dla nas jakiś zaskakujący zwrot akcji?

Fot. NBC

Fot. NBC

Mysza: „Wilkołactwo” Wu było do przewidzenia, ale znów trzeba uchylić kapelusza przed wstrzemięźliwością scenarzystów – rozgrywali ten wątek bardzo oszczędnie, dawkując widzom kolejne pełne napięcia sceny, a bohaterom dawkując kolejne niespodziewane wyjaśnienia. I choć nieco mi smutno, że Wu przestał być w 100% człowiekiem, cieszę się, że wciąż mamy Hanka. Wyczuwam tu sytuację jak z Teen Wolfa, gdzie chyba tylko Stiles pozostał człowiekiem, choć też nie oszczędzono mu ponadnaturalnych doświadczeń. Zresztą masz rację – to konsekwencja ryzykownej pracy. Comes with the supernatural territory.

Mam natomiast na pieńku z twórcami za to, jak potraktowano Renarda. Poszerzenie charakteru jego postaci o chęć pięcia się po szczeblach kariery to niegłupi pomysł, podobnie jak zarysowanie konfliktu między nim a grupą Nicka, ze względu na zdradę, jakiej się dopuścił, przystępując do Black Claw. Problem w tym, że Renard jest najciekawszy wtedy, gdy jest niejednoznaczny – gdy kierują nim jego własne zachcianki i interesy, a nie podburzana przez fanatyków chora ambicja. Masz rację, że to uwłacza jego inteligencji, ba, jego sprytowi! Renard jako Big Bad w moim odczuciu nie powinien się sprawdzić, choć przyznaję, że z otwartymi ramionami czekam na kolejny sezon – być może twórcy serialu udowodnią mi, jak bardzo się mylę. W głębi mego fanowskiego serduszka drzemie jednak przekonanie, że o wiele bardziej satysfakcjonującym rozwiązaniem tego wątku, byłoby wyjawienie, że Renard od początku grał na dwa fronty, jedynie udając posłusznego Black Claw, w istocie wykorzystując organizację, by zostać burmistrzem Portland. Z drugiej strony, technicznie rzecz biorąc Renard stoi obecnie na szczycie tej organizacji, a stanowisko burmistrza też pozostaje w jego rękach. Kto wie, czy nie taki był jego plan od początku? A kogo, jak kogo, ale Renarda jako Tego Złego powinniśmy się bać – wystarczy sobie przypomnieć jego niepokojącą obecność w pierwszym sezonie.

Pirjo: Chciałam też oficjalnie napisać, że moment, w którym Nick widzi na ekranie telewizora Renarda dziękującego „żonie i dzieciom” za sukces w wyborach i jego dłoń zaciska się w pięść, a z ust wydostaje się napięte i pewne siebie „You’re dead” był moim najulubieńszym momentem sezonu. Nick, który zawsze stara się trzymać emocje na wodzy, postąpić racjonalnie, być „dobrym policjantem” wie też, kiedy rozsądek i casualowe rozwiązania trzeba odstawić na bok. W takich momentach zrzuca skórę „zwykłego gliny” i wychodzi z niego ten epicki, mityczny wojownik o podkręconych zmysłach, niezłomnym charakterze i silnej woli. Uwielbiam go. Niewielu jest pozytywnych bohaterów, którzy są tak wiarygodni i tak kompleksowi jak Nick Burkhardt. TA TWARZ. Ona wyraża wszystko i pokazuje, jak dobry to aktor i jak doskonała scena i jak wiele sezonów do tego prowadziło. I moment, kiedy stłukł Renarda na kwaśne jabłko na posterunku, boski. Czy masz podobne odczucia co do Nicka?

Mysza: Jasne! W ogóle jestem z biegiem lat coraz bardziej pełna podziwu dla aktorstwa Davida Giuntoli. Twórcy serialu serwują mu naprawdę pokaźny wachlarz emocji do zagrania, a Giuntoli z każdego starcia wychodzi obronną ręką. Gdy trzeba jest ciepły i ujmujący, jak w scenach z Kellym, albo opiekuńczy, jak w swoich relacjach z Trubel; kiedy indziej znów jest powściągliwy, pełen wahania, co widać przede wszystkim w jego cudownej relacji z Adalind – swoją drogą, jak miło oglądać serial, w którym bohaterowie czujący do siebie miętę rozmawiają ze sobą jak dorośli ludzie, zamiast przez trzy sezony biegać wokół siebie jak nierozgarnięte dzieci na szkolnym podwórku. Jeszcze w innych sytuacjach, Nick jest twardy i bezwzględny – w nieco spokojniejszej formie jako policjant, w formie ekstremalnej jako ten mityczny Grimm, na dźwięk imienia którego drżą Wesen na całym świecie. Jest Nick wyluzowany, żartujący i przyjacielski, przekomarzający się z Hankiem lub plotkujący przy winie z Monroe i Rosalee. Jest Nick zdruzgotany śmiercią bliskich, gdy jego rozpacz rozdziera serce na krwawe strzępy… i wszystkie te fasetki osobowości Nicka David Giuntoli od pięciu sezonów gra z takim samym zaangażowaniem. Naprawdę nie pozostaje mi nic innego, jak powiedzieć: Panie Giuntoli, chapeau bas!

Fot. NBC

Fot. NBC

Pirjo: Gdy tak sobie podsumowuję dzisiejsze przemyślenia to wychodzi mi, że serial jest nadal mocno na plusie. Paskudne bunkry Muru Hadriana zostały dokumentnie zniszczone, uff. Relacja Nicka i Adalind jest przekonująca. O Monroe i Rosalee trudno mówić bez uczucia, a scena, w której Rosalee wyznaje mężowi, że będą mieli dziecko, była bezpretensjonalna i autentycznie wzruszająca. Trubel jest świetna, szczególnie dlatego, że nie wrzuca się jej na siłę wątków romantycznych, jest sobą, jest dziewczęca na swój sposób. Dzielna, silna, z dobrym sercem. Hank i Wu są bardzo konsekwentnie prowadzeni. Główny zły sezonu, czyli Bonaparte, był w mojej opinii doskonały, nareszcie aktor, który nie był karykaturą zła, tylko złem z krwi i kości. To jeśli chodzi o dobrze pisane postacie. Renard nieco zbłądził w tym sezonie, Eve/Juliette przechodzi jakieś dziwne przemiany i nie jestem pewna, do czego to ma niby prowadzić, bo jeśli do wspomnianego przez Ciebie taniego trójkąta Nick–Juliette–Adalind, to jest to niepotrzebny chwyt. Wydaje mi się, że twórcy nie mają na Juliette pomysłu i wytrwale chcą z niej zrobić super fajną postać, ale im to nie wychodzi. Diana okazała się płaska i banalna, co jest sporym rozczarowaniem. Z takimi rodzicami! Może jej przyrodni brat będzie mniej sztampowy, gdy już nieco podrośnie. Razem z dzieckiem Rosalee założą podwórkową bandę i nikt nie będzie śmiał z nimi zadzierać, o!

Mysza: Dokładnie, z ust mi to wszystko wyjęłaś. A gdyby przyszło co do czego, zawsze możemy liczyć na nowe pokolenie. „Teen Grimm”, perhaps?

Pirjo: O, tak! Oglądałabym!

Grimm
supernatural drama
NBC, 2011–

Mysza
Fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie.

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)