Martwica mózgu w D.C. (BrainDead, PREMIERA: S01E01)

Martwica mózgu w D.C. (BrainDead, PREMIERA: S01E01)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Czy możliwe jest obejrzenie dzisiaj czegoś bez żadnych oczekiwań, po prostu z ciekawości? Czy można się jeszcze czymś zaskoczyć? Pewnie tak, ale jest trudno. Szczególnie komuś, kto interesuje się popkulturą, czyta newsy i artykuły na ten temat, obraca się w odpowiednich kręgach czy po prostu z nudów scrolluje niekończące się tablice. Napychamy sobie głowy wiadomościami, które nie zawsze nas interesują, znamy nazwiska, tytuły i trudno znaleźć coś, o czym w ogóle nie słyszeliśmy.  Mnie się ostatnio udało i niemal w ramach eksperymentu obejrzałam pilot serialu BrainDead. Głównym powodem był występ Aarona Tveita w tej produkcji. Powód jak każdy inny. Muszę powiedzieć, że na taki mały eksperyment z niewiedzą serial ten nadawał się wręcz idealnie.

Fot. CBS

Fot. CBS

Przed seansem w oczy rzucił mi się tylko plakat z Kapitolem. Oho, pomyślalam, będzie coś o amerykańskiej polityce. Szczerze mówiąc, może lepszą wskazówką powinien być sam tytuł. Niesie za sobą pewne skojarzenia. Wydawało mi się jednak, że chodzić może o jakieś ogłupienie, nasze swojskie lemingi, coś takiego. Akcja zaczyna się niewinnie. Mamy główną bohaterkę, Laurel Healy (Mary Elizabeth Winstead), córkę znanego polityka i siostrę obecnego senatora. Laurel porzuciła karierę oferowaną jej przez rodzinne koneksje i postanowiła zająć się reżyserią dokumentów. Dokumentaliści są jak wiadomo średnio opłacani, więc Laurel, po kilku latach usilnych prób utrzymania się na własną rękę, przyjmuje od ojca propozycję – popracuje przez parę miesięcy w biurze brata, a w zamian otrzyma dofinansowanie swojej najnowszej produkcji.

Materiał telewizyjny ze spadającym meteorem, wyświetlany na wielu ekranach w tle, może powinien być wtedy dla mnie jakąś wskazówką, skupiłam się jednak na losach Laurel. Praca w biurze brata, Luke’a (Danny Pino) wyraźnie jej nie leży. Została człowiekiem do kontaktu z wyborcami i jej frustracje pięknie obrazuje scena, w której – zmęczona bezcelowymi telefonami – włącza fragment swojego filmu, jakby chciała sobie przypomnieć, że właśnie dlatego się męczy, dlatego to robi. Te sceny to ostatnie momenty, kiedy jeszcze łudziłam się na obstawienie, co to będzie za produkcja. Niezbyt podobna do House of Cards, bo zbyt komediowo, ale też nie poziom The Thick of It czy Veep. Może West Wing? Dywagacje przerwało pojawienie się oczekiwanego Aarona Tveita. Ku mojemu rozczarowaniu reprezentuje on w serialu frakcję republikańską. Typowany jest jednak wyraźnie na leading mana – współpracownik niestroniącego od alkoholu senatora Wheatusa (Tony Shalhoub), proponuje „wrogiemu obozowi” układ, który ma zapewnić rozwiązanie wiszącego nad rządem konfliktu, a jako swojego pośrednika wybrał właśnie siostrę senatora. Od razu widać w postaci Garetha zalążki i sprawnego polityka, i uczciwego w sumie gościa, ciekawa jestem jednak, czy do głosu dopuszczone zostaną jego osobiste poglądy. Zarys konfliktu z Laurel na tle polityki partii już był, zaś śmieszna w zamierzeniu scena, kiedy w korytarzu pełnym republikanów Laurel pyta Garetha, w co ten ubierze się na marsz pro-choice, w którym rzekomo ma uczestniczyć, kazała mi się jednak zastanowić, czy ja osobiście mam w tej postaci ulokować jakiekolwiek uczucia.

Fot. CBS

Fot. CBS

Dam jednak spokój Garethowi, nawet jeśli miałby okazać się stereotypowym republikaninem ze stereotypowego Teksasu i wrócę do fabuły, gdzie w końcu ukazała mi się prawdziwa istota serialu. Myślę, że miło było tego nie wiedzieć, ale zdradzę właśnie szczegół, który chyba decyduje o tym, kto się produkcją zainteresuje. Bo tak, akcja dzieje się w Waszyngtonie i politycznych knowań na pewno nie zabraknie. Nie jest też specjalnie poważnie, nie za ciężko. Clou tkwi jednak w tym, że BrainDead to serial z pokroju science fiction, a spadający meteor z początku odcinka nie był tylko dodatkiem, a właśnie przyczyną, dla której brains niektórych bohaterów są dead. Dosłownie. Nie żadna tam metafora bezmyślności mas. Kiedy uchyli się rąbka tej tajemnicy, spokojnie można spojrzeć na serial inaczej. Po co porównywać go z innymi produkcjami z akcją w stolicy Ameryki, skoro proponuje on coś zgoła innego. Zaciekawił mnie ten miks, chociaż też bardzo zaskoczył – może nie pomysł sam w sobie, ale właśnie to, że dostałam coś innego niż to, czego się spodziewałam. Pilot dobrze wypełnił swoją funkcję – sygnalizuje, że coś dziwnego będzie się działo i zachęca do pozostania, rozwikłania tej zagadki, nie pokazuje jednak za dużo. Przepychanki polityków będą tu odgrywały znaczącą rolę, ale i spisek będzie ewoluował. Na razie jest to wszystko jednak bardzo spokojne i wyważone.

Mamy też relacje między postaciami. Najlepiej zdecydowanie wypada Laurel – ciekawska, zdecydowana, ale jednak niezadowolona ze swojej pozycji w tym specyficznym światku. Dobrze było to pokazane w scenie, gdy musiała się uciec do szantażu przy użyciu nazwiska swojego brata i tego, co jego władza może zrobić. Gareth, chociaż „wróg”, zostanie pewnie pomocnikiem czy partnerem głównej bohaterki (jeśli też romantycznym, to proszę, proszę, żeby to było zrobione z sensem!), na razie jednak sympatyzuję bardziej z aktorem niż z postacią. Luke stracił właśnie część swojej władzy, siostrze musiał się tłumaczyć z romansu, generalnie stąpa po niepewnym gruncie, nic specjalnego w nim jednak nie zobaczyłam. Przemianę już w pierwszym odcinku przeszedł zaś senator Wheatus, a grający go Tony Shalhoub zawsze potrafi zaproponować coś ciekawego, szczególnie z komediowym sznytem, czekam więc na rozwój. Bardzo w tle, na ekranie jednego z wszechobecnych telewizorów, mignęła mi też Megan Hilty, gwiazda Broadwayu, znana też ze Smasha. Mam nadzieję, że będzie miała coś do zagrania, bo rola „gadającej głowy” to marnowanie jej talentu.

Teraz wiem już, że serial, z producenckim błogosławieństwem Ridleya Scotta, dostał zamówienie na całą, trzynastoodcinkową serię. Jest to dobra wiadomość dla tych, którzy nie lubią się przedwcześnie angażować. Stacja CBS musiała zobaczyć coś w projekcie Michelle i Roberta Kingów, twórców The Good Wife, i ja też coś w nim widzę. Na razie jednak serial, nawet mimo eksplodujących mózgów, jest trochę zbyt bezpieczny. Odcinek otwiera się urywkami z amerykańskiej kampanii prezydenckiej. Donald Trump krzyczy coś z ekranu, a nam trudno uwierzyć, że naprawdę jest kandydatem. Nie musimy jednak sięgać po amerykańskie przykłady, by zauważyć, że świat polityki staje się curiouser and curiouser. Jeśli według osób stojących za BrainDead wyjaśnieniem na to jest dosłowne postradanie zmysłów, to wykonaniu tego pomysłu brakuje pazura. Każdy odcinek zatytułowany jest jak polityczny pamflet, a na razie jedyne, co zobaczyłam, to że dwie zaprzeczające sobie frakcje mogą się w sumie dogadać, a politycy, no wiadomo, lubią dobry alkohol i nie są święci. Jeśli na tym kończy się satyra serialu, mam nadzieję, że chociaż dawka eksplodujących mózgów będzie bardziej obfita.

BrainDead
political thriller, science fiction, comedy
CBS, 2016–

Melepeta

Koneserka krakowskiego powietrza. Żyje przecząc ruchom wskazówek zegara - jest edytorką za dnia, w nocy zamienia się w entuzjastkę popkultury. Wie, co piszczy w fandomowej trawie i posiada pokaźną kolekcję kubków o tematyce okołofilmowej. Pisze do szuflady, wenę podtrzymując paliwem składającym się z herbaty i miłości do bohaterów fikcyjnych.