1+1=7 (Los Serrano, S01–08)

1+1=7 (Los Serrano, S01–08)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Pisanie o serialu z Hiszpanii zacznijmy wątkiem polskim. Na początku czerwca TVP ogłosiła nowy, podobno rewolucyjny system naboru nowych propozycji serialowych. Rewolucyjny ma być już sam fakt, że nabór jest jawny i otwarty dla wszystkich. Wprawdzie miesięczny termin na przygotowanie treatmentu pełnego sezonu i scenariuszy dwóch pierwszych odcinków wskazuje, że pierwsza edycja jest przeznaczona dla scenarzystów, których ambitne projekt czekały w szufladach na lepsze czasy, ale nie oznacza to, pozostali nie mogą z NOS-u (Nabór, Ocena, Selekcja) skorzystać. Na przykład autor Pulpozaura może przejrzeć, jaki kierunek chce obrać reformowana telewizja publiczna.

Już pobieżna lektura wymagań przykuwa uwagę choćby rozstrzałem pomiędzy wewnętrznym językiem twórców seriali a językiem fanów. Nasz sezon to ich transza. My powiemy procedural, oni serial kontynuacyjny. Za to kiedy my jeszcze nie ustaliliśmy, jak nazwać te seriale, gdzie dominuje jeden wątek fabularny, oni mówią po prostu serial kontynuacyjny.

Na sezon jesienny 2017 i wiosenny 2018 TVP planuje seriale z różnych kategorii. Jest miejsce na produkcje kostiumowe, sensacyjne, telenowele, komedie romantyczne, sitcomy czy serial familijny. Pytanie jednak, na ile stawiane w warunkach kryteria są ogólnymi kierunkowskazami, a na ile pętają twórców, zmuszając do powtarzania utartych schematów. Oczywiście, osobie odpowiednio kreatywnej (i złośliwej) żadne wytyczne nie straszne, jednak spójrzmy na taki weekendowy serial familijny. Ma on być:

  • Przeznaczony dla szerokiej grupy odbiorców, od gimnazjalistów, po ich rodziców i dziadków;
  • Mający charakter opowieści przygodowej o szczęśliwym zakończeniu;
  • O kontynuacyjnym charakterze odcinków;
  • O domkniętej narracji w ramach transzy, jednak dopuszczający ewentualną kontynuację.

Jeśli wymóg półotwartego zakończenie nie dziwi, ani nie szokuje, to dwa pierwsze punkty zastanawiają. Czy są one konieczne? Czy można pomyśleć o serialu familijnym, który idzie w zupełnie innym kierunku, łamie zasady, wychodzi ze strefy bezpieczeństwa i komfortu, a mimo to odnosi sukces komercyjny i artystyczny?

Od razu pomyślałem o Rodzinie Serrano.

Fot. Telecino

Fot. Telecino

Los Serrano doczekała się w stacji Telecino 8 sezonów w latach 2003–2008. W Polsce wyemitowano tylko połowę (zrobiła to TV4 w 2009 i 2010 roku). I jak przeważnie psioczymy na Pulpozaurze na przerwane i niedokończone seriale, w tym przypadku jednak się cieszę. Hiszpańskie seriale mają paskudną tendencję psuć się od pewnego momentu. Lepiej więc pamiętać genialny rodzinny komediodramat, dopowiadając w myślach albo w fanfiku „żyli długo i szczęśliwie”, niż mieć nieszczęście zobaczenia oryginalnego zakończenia.

Punkt wyjściowy Rodziny Serrano jest następujący: Diego, wdowiec z trójką synów (Marcosem, Guille i Curro) spotyka pewnego dnia Lucię, swoją miłość sprzed lat. Lucia właśnie się rozwiodła, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by para odkurzyła stare uczucie i pobrała się. Razem z Lucią do domu Serranów w podmadryckiej Santa Juście sprowadzają się jej dwie córki z pierwszego małżeństwa: Eva i Tete. Prócz tego Diego ma brata Santiago, nerwusa i zrzędę, z którym wspólnie prowadzą tawernę, zaś po sąsiedzku mieszka matka Lucii, Carmen. Tę wielką rodzinę uzupełnia: zaprzyjaźnione małżeństwo Martinezów, mechanik samochodowy Fiti kumplujący się z braćmi Serrano i jego żona Candela, nauczycielka w lokalnej szkole oraz Raul, najlepszy przyjaciel Marcosa. Jeśli dodać, że Lucia również jest nauczycielką i to w szkole, do której chodzą wszystkie dzieci Serranów i Martinezów, wychodzi dość skomplikowana sieć relacji między niemałą grupą bohaterów. Jednak gra to wszystko znakomicie, generując spięcia, konflikty i zabawne nieporozumienia, nadające serialowi niepowtarzalny klimat i dynamikę (póki Hiszpanie tego jak zwykle nie zepsuli – ale o tym potem).

Zresztą wystarczy już kilka osób o różnych (i mocnych) charakterach, by iskrzyło. Diego i Lucia próbują dotrzeć się jako małżeństwo. Tete i Eva żałują, że musiały opuścić światową, artystyczną Barcelonę i trafić to miasteczka, gdzie życie kręci się wokół szkoły, tawerny i lokalnego klubu piłkarskiego. Santiago czuje się odsunięty na drugi plan, odkąd brat znalazł nową żonę, a Carmen wszystkim by babciowała, zwłaszcza małemu Curro, który nie do końca rozumie, co się wokół niego dzieje, ale ma bystre oko (jego dziecięco mądra i wnikliwa narracja otwiera każdy odcinek). Klasowemu łobuzowi i niewątpliwemu kandydatowi na przyszłego gangstera, Guille, nie podobają ani tłok i baby w domu (szczególną niechęcią darzy Tete), ani fakt, że jego nowa macocha jest jego nauczycielką. Zaś jeśli chodzi o Marcosa, to po pierwszym odcinku mógłby się wydać najbledszym z bohaterów, ale to początek wielkiej drogi, jaką będzie musiał odbyć. Nie pierwszy raz miłość, zwłaszcza trudna, jest motorem dla wciągających fabuł.

Jeśli wspólne życie takiej rodziny, dopiero co posklejanej z kawałków innych, byłoby skomplikowane w Polsce, to w Hiszpanii jest dopiero wyzwaniem. Właściwie można by traktować Rodzinę Serrano jako obrazki z innego kręgu kulturowego. To naprawdę inny świat i inna mentalność. Żywy, krzykliwy, w ciągłym ruchu. Dużo bardziej cielesny – humoru dotyczącego seksualności i zainteresowania seksualnością rodzącego się u nastolatków jest tu zatrzęsienie. Gdyby po mieszkańcach Santa Justy oceniać Hiszpanów, to przede wszystkim są oni „bardziej”. Nie tylko w stosunku do chłodnych Anglosasów, ale i w porównaniu do nas, Słowian. Kiedy Diego Serrano sztorcuje Guille za podglądanie przyszywanych sióstr, to ze szczotką klozetową w garści. Kiedy Lucia, nowoczesna i otwarta matka, postanawia rozmawiać z Evą o sprawach intymnych, to też nie ma miejsca na takt: jest szczerość aż do dosadności.  A już zestawianie w jednym odcinku problematyki młodzieńczego uczucia dwojga młodych bohaterów z problematyką wiatrów puszczonych w klasie przez innego młodego bohatera – jedno dzieje się równolegle z drugim – wydaje się jazdą po bandzie.

Prócz cielesności, Rodzina Serrano opiera się na klasycznej komedii omyłek. Każdy odcinek napędza jakieś qui pro quo – całkowicie przypadkowe bądź (częstsza opcja) wywołane przez któregoś z bohaterów. Raz Guille wmawia swojemu kumplowi, Baryle – ksywa nieprzypadkowa – że Tete się w nim podkochuje i koniecznie chce być przez niego zaproszona na szkolną zabawę. Z kolei Diega dopada kryzys wieku średniego: wmawia sobie, że się spasł i cholesterol go niechybnie zabija. Zapisuje się więc na siłownię, namawiając do tego samego brata i kumpla. Oczywiście takie sportowe wzmożenie tylko prowokuje powstanie zabawnych sytuacji. Innym razem Santiago w pocie czoła próbuje wykuć kilka angielskich zwrotów, by tawerna została polecona w przewodniku dla zagranicznych turystów, kiedy wredni kumple nasyłają na niego fałszywego kontrolera wydawnictwa. Nieporozumienia i pomyłki dotyczą relacji zawodowych, damsko-męskich (wszelkie próby zrozumienia kobiet przez mężczyzn i mężczyzn przez kobiety proszą się o katastrofę), koleżeńskich i rodzinnych.  A najśmieszniej jeśli któryś z bohaterów nie chce się przyznać do błędu czy głupoty – wtedy brnie jak Titanic na górę lodową.

I zaśmiewając się z przygód Serranów, człowiek nagle rozumie, że sam z siebie się śmieje. Bo czy nie ma lepszego klucza do opisania kilku średnio zgranych postaci o mocnych charakterach – czyli w praktyce każdej rodziny – jak szalone qui pro quo?

Przynajmniej póki scenarzyści wiedzą, co piszą.

Fot. Telecino

Fot. Telecino

Po tylu superlatywach dotyczących Rodziny Serrano trzeba niestety dodać, że nie jest to serial, który należy oglądać do końca. Gdzieś w połowie należy wyłączyć telewizor i, jak to już było wspominane, powiedzieć sobie „i żyli długo szczęśliwie”.

Do tego nie jest to pierwszy hiszpański serial cierpiący na ten problem. Większość dopadają te same objawy: gdzieś w drugiej połowie wątki zaczynają się plątać i prowadzić  donikąd, najfajniejsze postaci znikają bez słowa, pomysły już dawno wyeksploatowane do cna wracają jak zombie, a bohaterowie głupieją niemiłosiernie. Co ciekawe, nie jest to powolny spadek jakości, jaki spotyka się na całym świecie, ale spadek gwałtowny. Hiszpanom wystarczą dwa odcinki, żeby spaść ze szczytu. U Serranów ten moment przypada gdzieś po 50 odcinku.

Jeśli ktoś da się zachęcić powyższej recenzji, nich śmiało bierze się za Rodzinę Serrano – byle nie oglądać do końca. Dziwnie brzmi taka polecanka, ale nie jestem pierwszy. Podobnie dzielą swój ukochany serial fani Scrubs – i chyba ich zarzuty zrozumiano, skoro znienawidzony, dziewiąty sezon wydano oddzielnie, poza packiem sezonów 1–8.

Rzadko się o tym pamięta, ale niedopowiedzenie jest potężnym środkiem wyrazu. Potężniejszym nawet od krwawej dosłowności. Dlatego warto zaufać własnemu sumieniu i losy rodzin Serranów, Martinezów oraz przyjaciół doprowadzić do finału we własnym sercu. Z szacunku dla radości i smutków, którymi dzielili się z tobą przez pierwsze pół setki odcinków.

Los Serrano
comedy-drama
Telecino, 2003–2008

 

Piotr Górski

Krakowianin, Nowohucianin. Urodził się i na tym właściwie kończą się dramatyczne momenty jego biografii. Ekspert od seriali rosyjskich. Dużo czyta. Trochę pisze.