Wakacje z facepalmami (Dead of Summer, PREMIERA: S01E01–02)

Wakacje z facepalmami (Dead of Summer, PREMIERA: S01E01–02)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

W tym serialu jest absolutnie wszystko, czego można by się spodziewać po wakacyjnej produkcji z dreszczykiem, stworzonej dla młodego widza pod modnym szyldem Freeform. Och, jak łatwo się nad tym serialem pastwić i wymieniać jego narzucające się minusy! Zero subtelności, przegięta ilość niewyobrażalnie sztampowych strasznych momentów, beznadziejne aktorstwo, banalne i papierowe, stockowe wręcz postacie, z których każda ma jakiś sekret, rekordowa ilość zwrotów akcji na odcinek. A jednak, i fanki takich produkcji jak Pretty Little Liars, Ravenswood czy Twisted na pewno się ze mną zgodzą, właśnie ten przegięty, campowy absurd, te niczym nie zmącone i w żaden sposób nie odświeżone klisze są źródłem ogromnej przyjemności widza, jeśli tylko ów widz jest koneserem gatunku i odnajdzie się w nastolatkowym klimacie.

Jesteśmy w bardzo umownie potraktowanych późnych latach 80., konkretnie w roku 1989. Po kilku dobrych sezonach od zamknięcia ponownie otwarty zostaje Camp Stillwater, czyli obóz wakacyjny w głębi amerykańskiego lasu. Wiecie, drewniane domki, ognisko, jezioro, aktywność na świeżym powietrzu, opowieści o duchach. W roli opiekunów – dawni podopieczni. Od pierwszego dnia na terenie wskrzeszonego obozowiska dzieją się rzeczy straszne i niepokojące, ale oczywiście nikt sobie nic z tego nie robi, a fabuła pędzi do przodu niczym wykolejony wagonik. Czemu obóz zamknięto? Skąd te chmary zjaw i upiorów ukazujące się chyba wszystkim młodym instruktorom już w pierwszym odcinku i chętnie nagrywające się na KAMERĘ WIDEO oraz odbijające w szybach, czemu nikt nie zwraca uwagi na wypisane wielkimi literami na każdym kroku i w każdej jednej scenie słowa ostrzeżenia? Wiadomo, pytania retoryczne. Jesteśmy w świecie w uroczy sposób inspirowanym Piątkiem trzynastego. Teen slasher, panie, panowie.

Fot. Freeform

Fot. Freeform

To jest serial, w którym jeśli dziewczyna biegnie, to na pewno się przewróci. Jeśli nurkuje, to zobaczy zwłoki pod wodą. Jak jest scena prysznicowa, to wiadomo, że będzie krwawo. Jeśli młodzi ludzie znajdą w lesie chatkę pełną in-your-face satanistycznych artefaktów, to zaraz chatka z nieznanych przyczyn zajmie się ogniem i spłonie, grzebiąc dowody. Trupy ścielą się gęsto od odcinka pilotażowego, ale nie robi to na nikim wrażenia, bo w tego typu serialach „umrzeć to jak splunąć”, zresztą połowa postaci okaże się pewnie nie tak całkiem martwa i żeby tę niepewność podtrzymać, w większości przypadków nawet nie zostanie wezwana policja. A jeśli już zostanie wezwana, to w postaci niepokojąco młodego (ten dzieciak jest policjantem?) i przystojnego (jak cała obsada) dawnego wychowanka obozu. Posiadającego własne traumatyczne wspomnienia i całą kolekcję sekretów, na czele z ojcem-policjantem seniorem, który, jak łatwo się domyślić, w owym obozie zginął. Jeśli młodzież znajdzie w lesie brutalnie wypatroszoną sarenkę, to wyjaśnienie będzie brzmieć „jakiś myśliwy zapędził się za daleko i wkroczył na nasz teren, ale nie martwcie się, dzieci, zignorujmy to nieprzyjemne zdarzenie, wracajmy do zabawy”. Obóz działa bez zakłóceń nawet po tym, jak w jego centrum znaleziono zwłoki wieloletniego pracownika. Na dodatek pod każdym kamieniem może leżeć czyjś szkielet i nie mam na myśli, że „metaforycznie”. Wszystko jest obłożone klątwami i pełne rekwizytów rodem z horroru. Jeśli ktoś znajdzie starą mapę, na której „teren gry” przedstawiony został jako cielsko straszliwej bestii, a jej sercem jest obóz Stillwater – to na nikim to nie zrobi choćby śladowego wrażenia, ani żadne znaki zapytania nie pojawią się na ładnych obliczach nastoletnich aktorów. Serio, jestem pod ogromnym wrażeniem młodej obsady, że umieją grać te absurdalne, szyte grubymi nićmi sceny z czymś w rodzaju poważnego (a może raczej przezroczystego i niezmąconego) wyrazu twarzy.

Główną postacią fabuły jest nowa dziewczyna w grupie, nieśmiała Amy. Nowa, ale już z doświadczeniami życiowymi, które ją kwalifikują do udziału w tej historii – na przykład niedawno (co widzimy w retrospekcjach) przypadkowo przyczyniła się do śmierci najbliższej przyjaciółki, a jej rodzina tonie w smutku, żałobie i jeszcze nie całkiem wyjaśnionych sekretach. W końcu z jakiegoś powodu to właśnie naszej słodkiej blond Amy nie powinno być na tym obozie, co obwieszcza ponury ogrodnik, tuż przed swoją śmiercią (czy jednak naprawdę zginął? – dowiemy się za kilka epizodów! I w ogóle, po cholerę ogrodnik na obozie w lesie?). I oczywiście te wszystkie nadnaturalne wydarzenia, nagłe zwroty akcji, raptowne śmierci i cała starożytna mitologia – nie są ani trochę przerażające. Ich nagromadzenie, ich nadmiar zwyczajnie niweluje strach, bo suspensu tu za grosz. Już przygody rysunkowego Scooby’ego Doo miały więcej prawdziwego napięcia, w dowolnym odcinku. Bohaterowie zresztą są za bardzo pogrążeni w nastolatkowości, odurzeni sytuacją – hej, mieszkają samopas w lesie bez rodziców – by się bać. Dziewczęta kochają się w chłopcach, chłopcy zakładają się, którą z dziewczyn uda się im szybciej „przelecieć”. Hormony buzują, taka to konwencja. Adekwatnie do politycznie poprawnych czasów, w których serial powstał, czyli Anno Domini 2016, mamy też postać młodego geja i postać prawdopodobnie transseksualną. Które, sadly, niczym nas nie zaskakują.

Fot. Freeform

Fot. Freeform

Każdy bohater Dead of Summer ma coś „za uszami”, niewinność jest przereklamowana – i pewnie na jakimś etapie każdy z nich będzie naszym głównym podejrzanym. Przesłodka jest banda okolicznych fanów Iron Maiden, których lider ma na nazwisko Crowley. Damon Crowley. Jak subtelnie! Moim ulubieńcem jest też chwilowo niejaki Alex, którego historię życia poznajemy bliżej w odcinku numer dwa. To gładki sercołamacz, który urodził się i wychował w Związku Radzieckim (lecz nikt o tym nie wie! A ZSRR to w tej konwencji mrok i zło i na pewno jakaś sekretna i brutalna magia!), który gra na pianinie w opuszczonych chatkach obozowych nocą (na pewno jest szalony! A w ogóle skąd to pianino w środku lasu?) i który słucha chętnie radiowych audycji o… Solidarności! (ale to tylko przykrywka, chłopiec tylko udaje rycerza w lśniącej zbroi). Najważniejsze, co powinniście wiedzieć o Aleksie, czy też Aleksieju, to jego życiowa maksyma, której się nauczył od (zmarłego, a jakże, i na dodatek konkretnie przerażającego) dziadka, brzmiąca: „Nikt ci nic nie da w życiu, wszystko musisz sobie sam wziąć”. I to mówiąc (w retrospekcji) dziadek daruje wnusiowi sprężynowy nóż, na dobry początek. A wnuś bierze sobie radę do serca wraz ze wszystkimi konsekwencjami.  Tak, tyle w temacie antybohaterskiego origin story. I każdy z bohaterów ma podobną historię w menu  – mimo że postacie mają po kilkanaście lat, wloką za sobą na obóz szafy pełne trupów. Na pewno okaże się, że zasługują na spektakularny koniec i na wszystkie wiodące do niego wydarzenia. Nie ma odcinka bez zwłok! Odcinek bez zwłok – odcinkiem spisanym na straty! Czas zacząć się zakładać, kto zginie jako pierwszy, kto drugi, a który szczęściarz lub szczęściara dotrwa do finałowego odcinka.

Ale serio, rozmawianie o fabule nie ma sensu, bo fabuła z zasady nie ma tu znaczenia. Dyskutowanie o niej może nas tylko zirytować. A my nie chcemy irytacji, chcemy za to parskać ze śmiechu i rumienić się pod wpływem lekkiego zażenowania. Chcemy odliczać minuty do nieuniknionej sceny, kiedy ktoś znów zagubi się w tym przesadnie gęstym, nieprzyjaznym i mrocznym lesie. Albo gdy ktoś będzie uciekał przed czymś, krzycząc upiornie. Hej, w pierwszym odcinku Amy krzyczała siedem razy: na widok myszy w pułapce, na widok ducha staruszki, na wspomnienie własnych wspomnień, na widok młodego policjanta, który ją zaskoczył swoją obecnością w lesie nocą, na widok zwłok pod wodą, na widok chłopca z kamerą i na widok martwej sarenki. Istny róg obfitości!

Podajcie miskę z popcornem, przestańcie tyle myśleć. To jest najgorszy serial tego lata – w najlepszym tego słowa znaczeniu. Są wakacje, mamy trochę czasu do stracenia, więc there we go!

Fot. Freeform

Fot. Freeform

Dead of Summer
horror
Freeform, 2016–

 

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.