Fot. Sky Arts

Opowieści niesamowite (Neil Gaiman’s Likely Stories)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Nie wiem, czy też tak masz, ale dla mnie opowiadania Neila Gaimana są często ciekawsze niż jego książki. Fajne pomysły widać w nich na pierwszy rzut oka i wybrzmiewają sobie spokojnie, kierując się precyzyjnie wprost do celu i będąc stosownie błyskotliwe i frapujące w ramach krótkiego tekstu, niczym niezakłócone. Opowieści Neila ilustrowane obrazem wolę też od tych wyłącznie spisanych, przykładowo Sandmana cenię bardziej niż jakąkolwiek książkę jego autorstwa. Dlatego telewizyjna adaptacja kilku krótkich tekstów to w mojej opinii strzał w dziesiątkę. Humor, empatia i horror mieszają się w nich po równo.

Zanim przejdziemy do oceny całości, przyjrzyjmy się poszczególnym epizodom. Pierwsza historyjka, Foreign Parts/Poczucie obcości na podstawie tekstu z tomu Dym i lustra, bardzo mi się podoba jako koncept – informacja o tym, że „co siedem lat wszystkie komórki naszego ciała wymieniają się na nowe” jest tak często powtarzana, znana także w Polsce, że ma w zasadzie status „miejskiej legendy”, mantry i przypowieści z repertuaru mitycznych „amerykańskich naukowców”, którzy coś tam znów odkryli i podają nam do wierzenia. Dlatego interpretacja Neila jest tak genialna – opiera się o popularny truizm. I wywraca go na lewą stronę: skoro wymieniają się wszystkie komórki, to… co je zastępuje? Albo kto? Co dzieje się z nami? Czy nasze miejsce zajmuje nowa osoba – impostor? Pomysł jest prosty i rozkosznie przerażający zarazem. Co sądzisz o jego wykonaniu serialowym? Czy czułaś lęk? Czy struktura opowiastki jest dobra? A metafora zmiany jako choroby – daje radę?

Fot. Sky Arts

Fot. Sky Arts

Ginny: Z opowiadaniami, powieściami, komiksami Neila mam tak, że nie preferuję żadnego z tych mediów. Zależnie od opowieści, każdą oceniam osobno. Stąd np. na równi uwielbiam i Amerykańskich bogów, i Sandmana, ale np. Sygnał do szumu jest w moim odczuciu trochę zbyt przegadany (nawet pamiętając, że jest to przegadanie celowe…). Także z sympatiami i antypatiami jest u mnie różnie, ale chyba największe dychotomie odnoszą się właśnie do opowiadań (choć nie wszystkie jeszcze czytałam). Są takie, które uważam za genialne, inne mnie nudzą, są też te „pomiędzy”. Ale ogólnie całościowo oceniam twórczość Gaimana bardzo na plus, więc informacja o tym, że powstały Likely Stories, która tak jakoś nagle mnie zaskoczyła, przy okazji emisji pierwszego odcinka, była bardzo pozytywna. I po obejrzeniu muszę powiedzieć jedno: będę wracać.

Oglądając Foreign Parts przez część odcinka byłam pewna, że to nowy dla mnie tekst został zaadaptowany. Potem przypomniałam sobie, że jednak to znam i z wszystkich czterech opowiadań, które złożyły się na ten serial, pamiętam najlepiej. Nie jest to może moje ulubione opowiadanie, ale jego realizacja tutaj po prostu mnie wciągnęła. Z tym poczuciem pustki, samotności, dziwności i nieustannego postępowania „choroby”; z poczuciem odcięcia od świata budowanym prostymi środkami, historia była czymś, czego po takim serialu oczekiwałam. Czy czułam strach? Z pewnością wyczułam ten niepokój, który od początku buduje narracja bohatera-sobowtóra, a którą – po rozpoznaniu jako pochodzącą od tego pierwszego – z czasem zaczynamy postrzegać jako narrację tego drugiego. Tu choćby świetnie widać, jak ta plastusiowatość, żabiość mówiących ust, na których skupia się kamera, przekłada się na pewien brak zaufania do tego, co zostaje nimi wypowiedziane. Choroba weneryczna jako zmiana, jako coś całkowicie innego niż nam wmawiają, działa tu bardzo przewrotnie. Z jednej strony doktor mówi – że ta zmiana to choroba weneryczna, coś złego i poważnego i, jak widzimy, całkowicie się myli. A więc zmiana w tym odczytaniu nie jest niczym złym. Choć moment przejścia jest bolesny i trudny do zniesienia, ostateczny efekt nie jest negatywny. Z drugiej strony, mamy moment „uleczenia”, który doktor odczytuje jako dobry znak, ale my wiemy – poprzedni człowiek został pochłonięty przez innego. Zmiana się dokonała i nie ma powrotu do tego, kim było się wcześniej i to jest przerażające. A najbardziej przerażające jest to, że choć zmiana jest oczywista, absolutnie nikt poza innym i poprzednim nie dostrzega tego, co naprawdę się stało. Pochłonięcia poprzedniego przez innego – może zauważają zmianę, to, że nasz bohater jest już „zdrowy”, ale nie widzą przerażającej prawdy, jaka się za tym kryje. W ostateczności dostajemy więc pytanie, a nie odpowiedź. Czy zmiana jest dobra czy zła? I czy ci, którymi byliśmy kiedyś, naprawdę zasługiwali na zastąpienie przez nas obecnych?

Pirjo: Drugi odcinek, Feeders and Eaters/Karmiący i karmieni z Rzeczy ulotnych, bawi się innym popularnym wyobrażeniem – czy może raczej wyobrażeniami, związanymi z pożywieniem, karmieniem, między innymi z „jesteś tym, co jesz” i z powiedzeniem, że w ciąży „jesz za dwoje”. Dlaczego? Bo jeśli nie będziesz jeść za dwoje, to dziecko zje cię od środka. Ciąża to horror! To krwawy, brutalny układ! Masz w brzuchu żerującego na tobie Obcego! A jednak – więź matki i dziecka jest miłością. Wzajemną, bezwzględną, domagającą się dowodów uczucia, daleko idących poświęceń. I ta właśnie miłość jest centrum opowieści. Naturalna i toksyczna zarazem, bezwarunkowa. Kolejny bohater historii, Eddie, będąc w okresie przejściowym i w „cieniu śmierci”, po odejściu matki poznaje dziwną staruszkę, która odżywia się wyłącznie świeżym mięsem i mieszka w tak lubianych przez Gaimana zakamarkach pomiędzy światami. Po trosze zastępuje chłopakowi rodzicielkę, po trosze jest zagrożeniem dla jego życia, wkręcając go w swój świat i zdobywając jego sympatię – i chcąc go na zawsze zatrzymać w stanie liminalnym, zależnym. Poprzez jedzenie wspólnych, dziwnych posiłków, bohaterowie zbliżają się do siebie. On – „świeże mięso” i ona, wielka przedwieczna, pragnąca tylko totalnej miłości i skrajnego, skrajnie wykańczającego oddania. To nie może się dobrze skończyć! W odcinku jest też czarny kot. Stylowo! I bardzo mrocznie o matczynych uczuciach. W których, jak się nie pierwszy raz okazuje, znaleźć można sporo potencjalnej grozy. Psychologicznego i faktycznego kanibalizmu. Metafizyki dokarmiania. Co sądzisz?

Fot. Sky Arts

Fot. Sky Arts

Ginny: Od momentu, w którym nasza narratorka-kelnerka mówi o ciąży jako pożeraniu od środka, zostałam kupiona w całości. To jest tak bardzo prawdziwe, w tym nie ma żadnej fikcji, co najwyżej metafora i dla takich metafor właśnie sięgam po Gaimana. Muszę przyznać, że w trakcie seansu nie zwróciłam uwagi na to, co ty piszesz o znaczeniu tego odcinka, Pirjo, ale też tak, masz absolutnie rację. To piękna, przerażająco prawdziwa metafora macierzyństwa z jego jasną, ale i (przede wszystkim?) ciemną stroną. Całość spina z początkiem w zgrabną klamrę kolejna klientka – z homunkulusem w słoju. Ta kawiarnia, w której przyszłe matki i dzieci wymieniają opowieści o macierzyństwie, to też fascynujące miejsce. Swoją drogą mamy tu pewną odmianę Wielkiej Trójcy, którą tak lubi brytyjska fantastyka: starucha, dziewica, matka – z tym, że tutaj, w odmianie: przyszła matka, starucha i matka. Do tego dochodzi strona wizualna, która ładnie podbudowuje nastrój, podpowiadając, że „niby wszystko jest w porządku, ale jednak nie do końca”. Samo chodzenie po lesie Eddiego i jego przyjaciółki skojarzyło mi się trochę klimatem z relacją Adama i Eve z Tylko kochankowie przeżyją, było takie spokojne i pełne zachwytu dla funkcjonowania natury. Podoba mi się też zakończenie, gdzie nie mamy happy endu, ale też… czy naprawdę jest ono złym końcem – skoro zdaje się, że mimo swego strachu Eddie, tak jak i wcześniej kot, kocha swą przybraną matkę? Wydaje się, że tak samo jak ona uzależniona jest od dokarmiania, tak on jest uzależniony od tego, co otrzymuje od niej w zamian. I może chciałby się wyrwać, ale też przynajmniej w części wcale nie chce.

Pirjo: No właśnie, nie dostajemy w tych króciutkich historyjkach żadnego łatwego morału, raczej więcej pytań i wątpliwości. Albo odpowiedź wieloznaczną i przewrotną. Trzeci odcinek to z kolei opowieści o duchach snute przez grupkę przyjaciół w pubie późną nocą, tuż przed zamknięciem – Closing Time/Pora zamykania. Czyli odcinek na motywach tekstu zamieszczonego w tomie Rzeczy ulotne. Takie opowieści to też element popkulturowego folkloru, rzecz z pogranicza baśni i mitu. Jak mówi jeden z bohaterów: „W każdej opowieści jest ziarenko prawdy” i zdaje się, że Neil Gaiman myśli tak samo. Że wszelkie opowieści są „likely”, czyli prawdopodobne. No właśnie, o czym jest ta historia? Może trochę o relacjach synów z ojcami, o ojcach nieobecnych albo nieskutecznych, jak w wielu baśniach. I o stawaniu się mężczyzną? O męskich rytuałach przejścia w dorosłość? O tym, że „closing time” – czas zamknięcia jednego etapu – oznacza też otwarcie kolejnego? A wszystko to w klasycznym settingu lasu i ukrytej w tym lesie chatki czy też nawiedzonego domu?

Ginny: Czas końca, czas początku… raczej jednak czas przejścia? Dokładnie ten moment, w którym dokonuje się zmiana, nieuchwytny, ale na swój sposób przerażający, kiedy zaczynamy rozumieć, że dorośli zawodzą. Moment, w którym zdajemy sobie sprawę, że kończy się dzieciństwo, ale jeszcze nie jesteśmy gotowi wkroczyć do świata dorosłych.

Fot. Sky Arts

Fot. Sky Arts

Oczywiście także w jakimś stopniu opowieść o ojcach i synach (i znów mamy klasyczny i bardzo ciekawy trop, sięgający przynajmniej do relacji Odyseusza i Telemacha), uzupełniająca poprzedni odcinek, który był o matkach i dzieciach. O ile jednak matki były w jakimś stopniu niejednoznaczne, o tyle ojców ten odcinek pokazuje nam jako stojących jednoznacznie po stronie ciemności. Nieobecność taty głównego bohatera przesuwa go poza granicę ciemności właśnie – w miejsce, w którym syn nie może go dostrzec i z którego ma nadzieję, że jego ojciec się wyłoni. Ojciec tajemniczej trójki chłopców jest za to wręcz szatanem. Może tylko metaforycznie, ale wizualnie właśnie tym się nam go „pokazuje”. Wiemy też (i zostaje to dodatkowo potwierdzone w finale odcinka, gdy przemawia staruszek siedzący z boku snującej swe opowieści o duchach grupki), że jego synowie nie mogą oczekiwać od niego niczego dobrego. To bardzo niepokojąca wizja ojcostwa, może trochę zbyt jednostronna, by odebrać ją jako tak samo równoprawną metaforę jak metafora macierzyństwa z Feeders and Eaters. Niemniej wciąż jest to ciekawy odcinek i na poziomie horroru sprawdza się idealnie. Nie każdy ojciec jest zły, ale może faktycznie ojcowie ogólnie są większym i bardziej jednoznacznym zagrożeniem niż matki…? Albo takim się jawią swym synom?

Pirjo: I wreszcie, w Looking for the Girl/Szukając dziewczyny, znów z Dymu i luster, mamy temat obrazu – fotografii – który od razu mi się skojarzył ze zjawiskiem duszy i z opowieściami o odbiciach, o Narcyzie i o Galatei. Muza, Echo, Tytania, Erato… bohaterowie sami naprowadzają nas na właściwy, klasyczny trop. Marzenie o idealnej kobiecie – i ideał kobiecości –  jest przecież jednym z popularnych toposów znaczeniowych. Można powiedzieć, że to nieśmiertelny archetyp, bo świetnie się odnalazł we współczesności. Mówi się przecież o kulcie młodości. I o kulcie kobiecego, wiecznie młodego ciała. Z drugiej strony: piękna kobieta chce się „oglądać” w oczach wielbicieli, uwielbia być podziwiana, być boginią. Wydaje się, że właśnie zainteresowanie mężczyzn sprawia, że jest zawsze młoda. Że istnieje tylko, gdy na nią patrzą. A jakie skojarzenia wywołał w Tobie, Ginny, ten ostatni rozdział miniantologii?

Ginny: To akurat odcinek na podstawach opowiadania, które niespecjalnie mi się podobało, choć nie dlatego, żeby było obiektywnie słabe. Ot, nie do końca przemawia do mnie ta forma. Motyw Muzy jest sam w sobie interesujący, ale też zbyt przesunięty w tło i trochę zbyt udosłowniony i spłycony do piękna cielesnego, bym mogła się w tym tekście, jak i odcinku, zakochać. Mitologię wolę podaną w formie bardziej baśniowej, mniej naturalistycznej.

Fot. Sky Arts

Fot. Sky Arts

Czy jednak Muza istnieje tylko gdy na nią patrzą? Nie odniosłam takiego wrażenia. Raczej Muza jest gdzieś tam, daleko poza horyzontem, nieuchwytna i w świecie śmiertelników pojawia się tylko od czasu do czasu, udzielając natchnienia zgodnie z własnymi kaprysami. To, że jej poszukujesz, na nią samą nie ma najmniejszego wpływu. To znaczy, może ją zainteresują twoje dociekania, ale równie dobrze może uznać je za niewarte swej boskiej uwagi. Tak więc… nie tyle Muza istnieje, gdy na nią patrzysz, ale gdy na nią patrzysz – Muza istnieje dla ciebie. Inaczej objawiałaby się nieustannie, a nie w dość jednak sporych odstępach czasu. Jak to mówią: piękno tkwi w oku patrzącego, więc to raczej pogoń za zjawą – kolejnym już duchem w tej antologii – niż za rzeczywistym bytem, ale czy byt nierzeczywisty jest mniej prawdziwy tylko dlatego, że istnieje na poziomie abstrakcyjnym? A przecież sama opowieść (by na moment przejść do głównego wątku serialu) też jest czysto abstrakcyjna. I choć rzadko trafia się prawdziwie piękna i zachwycająca – taka, którą bez wahania obdarzymy mianem arcydzieła – to gdy na nią nie patrzymy nie przestaje istnieć. Może staje się mniej realna, ale gdyby rozpadała się w nicość, to skąd byłyby jej wpływy na inne teksty i jak możliwe byłoby jej ponowne odkrycie. To trochę jak Gilgamesz albo światodyskowe Niewidoczne Teksty, których odczytanie możliwe jest dzięki starannemu odczytywaniu tekstów istniejących. Znika piękno, które może być na nowo utworzone, gdy taki tekst wróci przed nasze oczy, ale jeśli kiedykolwiek istniał wśród ludzi, nawet najdokładniej potem przed nimi ukryty, nie znika jako taki. Zawsze pozostają po nim jakieś ślady – choćby w samych ludziach.

Pirjo: Napiszę też, podsumowując, że podoba mi się dopracowanie detali. Wszystko ma znaczenie. Wszystko zostało przemyślane. Począwszy od kalejdoskopowych obrazków w czołówce. Od audycji, która leci w telewizji, gdy bohaterka robi kawę. To, że się nam na ekranie w każdym odcinku zjawia Neil Gaiman i mówi rzeczy ważne dla fabuły danej opowieści i dla jej głębszego sensu. Taka perspektywa „meta”. Neil jest narratorem jako patron serii, autorem opowiadań, ale też głosem wewnątrz opowieści. Bohaterem opowieści numer trzy jest znowu pisarz, a Joyce, kelnerka z odcinka numer dwa, zwraca się bezpośrednio do widza – do kamery. Czyli zwierza się właśnie nam. Wyraźnie podkreślane jest znaczenie „opowiadania opowieści” dla fabuły, która każdorazowo polega na tym, że ktoś komuś coś mówi w zaufaniu, czy to pacjent lekarzowi, fotograf przyjaciółce, czy dawny kolega – koleżance-barmance. Immersyjność narracji pogłębia fakt, że w kolejnych epizodach pojawiają się ci sami aktorzy. To sprzyja właśnie takiej sennej atmosferze. Na znaczenie snów kładzie się tu nacisk, to świat z pogranicza snu i jawy. A na dodatek ma on charakter vintage. Stare telewizory, stare sprzęty, telefony, pożółkłe ubrania retro, wyblakłe magazyny. Spora część „akcji” toczy się w knajpach. Muzyka jest jak z Twin Peaks wzięta, kołysankowa i niepokojąca, a odpowiada za nią nie kto inny a Jarvis Cocker z Pulp. Zauważyłam nawet plastikowe solniczki w kształcie pomidorków, które kojarzę także z Polski, relikty PRL-u. Momenty grozy są… złagodzone. Chodzi o magię samej opowieści, a nie o podskakiwanie na krześle. Seria jest przez to taką trochę lżejszą, absurdalniejszą, pozbawioną nutek społecznych i politycznych, oniryczno-baśniową wersją Black Mirror, nie sądzisz? Jak w ogóle oceniasz całość?

Fot. Sky Arts

Fot. Sky Arts

Ginny: O tak, ten poziom meta został wykorzystany w świetny sposób i zarazem z odpowiednim umiarem. Ładnie wtapia się w tę senność narracji – bo tak, zdecydowanie, nie tylko o „prawdopodobne” tu chodzi, ale przede wszystkim o „historie” opowieści i sam fakt opowiadania, popadania w taki senny, niespieszny gawędziarski ton i o ten moment przejścia ponownie – i ładnie spina wszystkie odcinki. O ile bowiem dla seriali-antologii jedną z możliwych dróg jest właśnie wykorzystanie tych samych aktorów w różnych rolach (i tutaj bardzo mi się to spodobało), o tyle nie kojarzę serialu, w którym autor czy to scenariuszy, czy tekstu bazowego odgrywał podobną rolę do tej, jaką w Likely Stories pełni Neil Gaiman. To znaczy może takie seriale czy filmy istnieją, ale to chyba i tak dość rzadki zabieg?

Wizualnie już mówiłam przy okazji pierwszego odcinka jak bardzo mi się ten serial podoba. Tak samo muzycznie, od czołówki poczynając (a którą usłyszałam w Trójce jeszcze przed obejrzeniem serialu i która od razu mnie zachwyciła). Jest retro, ale nie aż za bardzo retro, zobaczymy raz czy drugi bohaterów używających smartfonów czy empetrójek. A zarazem retro i nowoczesność się zupełnie nie gryzą, co pokazuje, że zdecydowanie twórcy przemyśleli stronę wizualną i jej sens i miejsce w opowieści do najmniejszego szczegółu (to znów to przejście między tu i teraz, a tam i baśniowo-nierealnie).

Nie zgodzę się jednak z porównaniem z Black Mirror. Jestem dość świeżo także po seansie tego serialu i zupełnie tu nic takiego nie widzę. Czarne lustro skupia się bowiem właśnie na politycznych i społecznych nutach i wpływie technologii na cywilizację. Wypranie go z tych elementów pozbawiłoby ten serial sedna. Likely Stories są o ludziach i tym, co ich łączy, co ich napędza na takim podstawowym, może nawet zwierzęcym poziomie. I, na poziomie meta, o tym jak niczym nieusuwalny bluszcz ludzi łączą i oplatają opowieści. Black Mirror jest o ludziach w społeczeństwie – o połączeniach, które wytworzyły pomiędzy nami społeczności. Jest nie, tak jak Likely Stories, organiczne, a chłodne, cyberpunkowe, niczym metal.

Ale wracając do całościowej oceny Likely Stories, ten serial niesamowicie mi się spodobał i mam nadzieję, że kiedyś, nawet jeśli nie od razu, powstanie druga, równie świetna seria. To jednak spójna całość, gdzie opowiadania-odcinki łączą się w ten jeden metatekst, o którym obie trochę napisałyśmy, więc jeśli nie będzie więcej, to na poziomie głównego przekazu nie pozostajemy w zawieszeniu. A mimo że to tylko cztery historie, mamy materiał do interpretacji i szukania odpowiedzi na długie lata – czego nie udaje się osiągnąć wielu serialom o większym formacie i być może większych ambicjach.

Neil Gaiman’s Likely Stories
fantasy, science fiction, horror, anthology
Sky Arts, 2016–

Ginny358
Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają jej współpracy. Pisze m.in. dla Gallifrey.pl, na blogu ziemniak i Dinozarły i współtworzonych z koleżanką (Ułomnych) recenzjach ziemniaka.

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.