Fot. NBC

Texas Forever (Friday Night Lights)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Friday Night Lights to jest serial, który mogę oglądać wiele razy i wiem, że będę do niego wracała prawdopodobnie do końca życia. Jak do Buffy, jak do Gilmore Girls. Jak do Merlina BBC. Serial kreujący kompletny świat, taki, w którym chciało by się mieszkać, choć czasem łamie nam serca. Nie załapał się na moją słynną w niektórych kręgach listę top ten teen drama (zresztą Kochane kłopoty też się nie załapały), bo jest bardziej familijny niż nastolatkowy. Ale jednej rzeczy nie da się ukryć: Friday Night Lights to przykład serialu, którego konsekwencją jest to, że oglądałam potem mnóstwo innych produkcji, nie zawsze dobrych, wyłącznie dlatego, że grały tam osoby z serialu-matki. Pokochałam wszystkie postacie i wszystkich aktorów tak mocno, że jestem w stanie wiele dla nich przecierpieć. Czy też to macie? Tak czy inaczej, najchętniej sięgam do źródła i dlatego zrobiłam sobie ostatnio wakacyjny re-watch FNL. Pięć sezonów, siedemdziesiąt sześć odcinków. Chcecie wiedzieć, co myślę? There you go.

Serial nic a nic się nie zestarzał. Nie dziwię się, że ma wysokie oceny krytyków i uważany jest za jeden z najlepiej napisanych show wszechczasów.

Oglądanie go jest jak powrót do domu, a nawet może po latach bardziej mnie wzrusza. No dobra, praca kamery, chaotyczna i modna dziesięć lat temu (FNL obchodzi w tym roku okrągłe urodziny!), wymaga trochę cierpliwości, zanim się do niej przyzwyczaimy. Potem porywa nas historia. I fala nostalgii. Być może jednym z największych atutów jest to, że serial łączy narrację o dorastaniu z opowieścią o sportowej rywalizacji. O trenowaniu, o wygrywaniu i o przegrywaniu. O radzeniu sobie z porażką. Sport pozwala dorastanie ustrukturyzować, oprzeć o mocny szkielet i wiele wyjaśnić w toku odcinków, bez zbytniego moralizatorstwa. Bo przecież doradza nam profesjonalny i doskonały trener – być może najlepszy trener w telewizji, coach Eric Taylor (Kyle Chandler, obecnie z nominacją do Emmy za rolę w Bloodline). To aktor, którego mimika, uważne spojrzenia, zaciśnięte wargi, emocje są nie do podrobienia, a u jego boku stoi  cudowna Connie Britton, grająca dziś w Nashville, jako nieustraszona żona, Tami, która zostaje w miarę rozwoju historii szkolnym pedagogiem.

Fot. NBC

Fot. NBC

Nie ma dla tej pary rzeczy niemożliwych ani sytuacji bez wyjścia i z prawdziwym poświęceniem pomagają kolejnym pokoleniom nastolatków – a także własnej córce – „wyjść na ludzi”. W międzyczasie rozwija się ich wzajemny związek – bo małżeństwo to nieustanna praca, a miłość nie jest dana raz na zawsze, trzeba się o nią troszczyć. Ale serial nie sprzedaje nam prostych odpowiedzi na żadne z „życiowych pytań” i dlatego jest tak dobry i cieszy się tak dużą popularnością wiele lat po zakończeniu. Stwarza raczej wrażenie doświadczania życia w nieustannym ruchu, nic nie jest definitywne, właściwie nic się nie kończy, no chyba że śmiercią. Związki i sytuacje najwyżej ewoluują, szczególnie jeśli grupa bohaterów mieszka w jednym, małym, fanatycznie opętanym miłością do amerykańskiego futbolu miasteczku.

O czym jest serial? Otóż do fikcyjnego Dillon w Texasie sprowadza się rodzinka Taylorów i tutaj będą przez pięć lat i pięć sezonów mieszkać, odciskając niebagatelne piętno na lokalnej społeczności. Walcząc z oporną materią, z realiami małego miasteczka. Bieda, bezrobocie, brak perspektyw, narkotyki, alkohol, drobne i większe przestępstwa, nastoletnie ciąże i aborcje – w Dillon wcale nie jest różowo i widzi to młodzież, w większości już doświadczona przez życie, wywodząca się z rozbitych domów i z patologicznych środowisk. Futbol jest jedną z niewielu szans na wyrwanie się z zapadłej prowincji, ale szansa ta dostępna jest nielicznym. Takie wybitne jednostki trener Taylor stara się wyłapywać i sumiennie prowadzić ku światłu. Ale Dillon nie kończy się na futbolu i nie dla wszystkich jest pułapką. Wielu, jak córka Taylorów, Julie, doceni mocne więzi i prawdziwość szkolnych i sąsiedzkich relacji dopiero, gdy wyjedzie z miasteczka do „wielkiego świata”. Inni długo będą strząsać z siebie społeczne oczekiwania, aby wreszcie poczuć szczęście kupując skrawek ziemi właśnie tu. I z ulgą wypowiadając w ostatnim odcinku kultowe „Texas Forever”.

Fot. NBC

Fot. NBC

Tak, mówię o Timie Rigginsie, być może najbardziej złożonej postaci dramatu i jednym z moich ulubionych serialowych bohaterów w ogóle. W ogóle, czyli we wszystkich serialach świata (a przynajmniej wszystkich, jakie dotąd widziałam). Wbrew popularnym tendencjom produkcja dla nastolatków pozwala sobie tu na pokazanie, że nie każdy musi iść na studia (a taki mit pokutuje też w Polsce) i że osoby, które pchają Tima w stronę piłkarskiej czy akademickiej kariery leczą raczej własne kompleksy niż wsłuchują się w potrzeby chłopaka. Tim (Taylor Kitsch, znany z filmów John Carter czy Normal Heart i z drugiego sezonu True Detective) jest wybuchową mieszanką dobrych i złych cech. Jest śliczny, więc oczywiście kradnie serca wiernych fanek show, a jego włosom poświęcone są z tego co pamiętam całe kanały na youtube (Taylor w wywiadach żartował, że sam je zakłada!), ale jest również przykładem na wiarygodną i łatwą do pokochania postać. Ja kocham go za enigmatyczny półuśmiech, wewnętrzny spokój bardzo rzadko przerywany momentami wzburzenia, za to, że jest prawie zupełnie pozbawiony egoizmu – wszystko, nawet najtrudniejsze rzeczy robi dla innych i stawia bliskich wyżej niż siebie. Zajmuje mu sporo sezonów dojście do tego, czego on sam chce. I, co ważniejsze, czego nie chce.

Czyli chce prostego życia w rodzinnej miejscowości. Zbudować dom, zasadzić drzewo, siedzieć wieczorem na tarasie z butelką chłodnego piwa. I mieć wokół siebie rodzinę. Te marzenia są, przyznam, bardzo mi bliskie. Nie każdy musi podbijać świat, prawda? Często, gdy gapię się na zachód słońca za lasem koło mojego domu i słucham dźwięków odległego miasta, kładącego się do snu, przypomina mi się Tim Riggins. Serio, kręci mnie pozytywna waloryzacja takiego nieroszczeniowego lajfstajlu, bez presji na nie wiadomo jaką sławę, bogactwo, karierę i oryginalność – ta postać była czymś, czego potrzebowałam od telewizji i to dostałam. Tim jest sobą, w najlepszym i niepodważalnym tego słowa znaczeniu. Nawet jeśli za dużo pije i jest czasami na bakier z prawem, pozostaje sobą i koniec końców znajduje się we właściwym miejscu. No i myśl, że można zostać kowbojem, gdy się dorośnie! To pokrzepiające!

Fot. NBC

Fot. NBC

A serial wprowadza także wiele innych postaci, w których się przeglądam niczym w lustrze. I są to postacie, które w formule serialowej rozwijają się o wiele lepiej niż w filmowym pierwowzorze – bo trzeba pamiętać, że serial jest rozbudowaną wersją całkiem zresztą fajnego filmu z 2004 roku. A film z kolei ma literacką podstawę, oparty jest o prawdziwe, futbolowe wspomnienia. Kto najmocniej zapadł mi w pamięć jeśli chodzi o bohaterów serialowego FNL? Otóż Matt Saracen (Zach Gilford), quaterback z przypadku, niepewny siebie i wycofany chłopak, który mozolnie będzie szukał swojej ścieżki i mierzył się z wyzwaniami związanymi z nieodpowiedzialnymi rodzicami i chorą na demencję babcią, w czym pomoże jego ewoluująca przyjaźń i miłość do Julie (Aimee Teegarden), córki trenera. To zresztą kolejny wątek z zaskakującą konkluzją, której nie będę tu zdradzać, jeśli nie widzieliście serialu. Tak samo jak zwieńczenia wątku miłości Coacha i Tami. Powiem tylko, że warto było czekać pięć sezonów.

Kto jeszcze zapadł mi w pamięć i w serce… Otóż nietypowo pewny siebie i przecudownie oppinionated klasowy nerd, Landry (Jesse Plemons), lider lokalnego zespołu alt-rockowego, który będzie jak każda postać opowieści daleki od kliszy. Szkolny prymus  i największy dziwak trafi też w końcu do drużyny i okaże się całkiem niezłym sportowcem. Ten aktor zyskał potem wielu fanów grając choćby w Breaking Bad i w serialowym Fargo, był też jednym z głównych kandydatów do roli Finna w nowych Star Warsach, ale dla mnie zawsze będzie Landrym. Do gustu przypadła mi też Tyra (Adrianne Palicki, obecnie, jeśli się nie mylę, brylująca w Agentach S.H.I.E.L.D.), czyli dziewczyna, w której możliwości nikt nie wierzy, nawet jej własna matka. Tyra jest przyzwyczajona, że wszystko udaje się jej ugrać wyglądem. To dziewczyna, po której nikt niczego się nie spodziewa i niczego specjalnego nie oczekuje, a która z mozołem odzyskiwać będzie wiarę we własne możliwości i wpływ na swój los. Zbuduje siebie od podstaw. Jason Street (Scott Porter, znany choćby z Hart of Dixie), który w pilotażowym odcinku ma wypadek na boisku i zostaje sparaliżowany – przejdzie wszystkie możliwe fazy radzenia sobie (i nie radzenia) z sytuacją, żeby w końcu odnaleźć względny spokój ducha i dobre miejsce w życiu. I ugruntować przyjaźń z Timem. Odcinek w Nowym Jorku to chyba mój ulubiony epizod całego serialu, kluczowy, bo w nim ci dwaj bohaterowie zdają sobie sprawę z tego, kim są i czego pragną.

Fot. NBC

Fot. NBC

Wreszcie Jess (Jurnee Smollett, możecie ją kojarzyć z True Blood). Nastolatka wychowana w „futbolowej rodzinie”, która chciałaby zostać kobietą-trenerem, czyli marzy o czymś, do czego ma niezaprzeczalne predyspozycje, ale co jest prawie niemożliwe i bez precedensu. Szczególnie w konserwatywnym Teksasie. Ale serial napisany został w poprzek stereotypów, więc jest dla Jess nadzieja. Hej, jest nadzieja dla wszystkich bohaterów! Tylko nie będzie łatwo. Poza tym, na marginesie, dobry serial dla młodego widza poznaje się po tym, co się dzieje z jego aktorami w następnych dekadach. Jeśli przepadają i po dziesięciu latach nikt nic o nich nie słyszał, to zwykle znaczy, że serial był słaby, serio. A jeśli robią karierę, jeśli okazują się dobrymi fachowcami w swojej dziedzinie, jeśli mają talent, to znaczy, że twórcy tamtego pierwszego serialu mieli nosa i trafnie wybrali sobie obsadę. Wiedzieli, co robią. I robili dobrze!

Fot. NBC

Fot. NBC

Wreszcie są w serialu sportretowani liczni zawodnicy z Zachodniego i Wschodniego Dillon, z dwóch stron miasta i z dwóch różnych szkół, odmiennych środowisk. Są opowieści o nagłej sławie, uderzającej do głowy i niekiedy bardzo zgubnej. O kontuzjach, które w jednym momencie zabierają ci wszystkie marzenia. O potrzebie rodzicielskiej miłości i o tym, że rodzice bywają naprawdę fatalni i potrafią swoje dziecko strasznie skrzywdzić albo paskudnie nim manipulować. Niewidzialny, lecz diabelnie ostry scyzoryk otwiera mi się w kieszeni na myśl o chłopaku znanym jako J.D. i jego ojcu (świetna rola D.W. Moffetta, obecnie grającego w Switched at Birth). Historia tej dwójki jest opowieścią o tym jak można fatalnie wychowywać, zastraszyć i popsuć dziecko, i ogólnie w jeden sezon zniszczyć dobrze funkcjonującą drużynę w imię własnych aroganckich wyobrażeń. Ale są też w serialu tacy rodzice, którzy biorą się w garść i stają koniec końców na wysokości zadania. Albo osoby, które jak była striptizerka Mindy (znów, fenomenalna Stacey Oristano, możecie ją kojarzyć z Bunheads) przyjmują na siebie rolę rodzica i opiekunki zagubionej nastolatki (odcinek z konkursem piękności FOR THE WIN). Warto może też wspomnieć Lylę, graną przez Minkę Kelly, bo ta aktorka stała się później na jakiś czas „ikoną pokolenia” i wcieleniem idealnej cheerleaderki, grając w licznych filmach dla nastolatków i pojawiając się w teledyskach.

Serial pokazuje ciężką codzienność i trudne wybory, ale emanuje optymizmem. Życie w serialowym Dillon to proces. Pisałam już, że wątki płyną sobie do przodu i nigdy się nie kończą. I to jest bardzo dobre. Postacie, które opuściły miasteczko – wracają czasami, ale to są sytuacje pokazane na marginesie, nie jakaś sensacja. Nie mamy wrażenia oglądania „specjalnego odcinka” z wizytą guest star. Przeciwnie, znamy to z własnego życia – dzieci, które wyjechały na studia wracają do domu na święta albo czasem wpadają na weekend, zamajaczą gdzieś w tle, spotkamy kogoś w supermarkecie, cześć, co słychać, jak tam na uniwerku. Jak ci się żyje w Chicago, gdzie teraz pracujesz, co słychać u twojej mamy, a czy wiesz, że zrobili nam nowe oświetlenie stadionu? Dawni uczniowie są integralną częścią tego patchworkowego obrazka, elementem codzienności, nawet jeśli nie należą już do głównej „obsady”. Zakończenie FNL jest też pod wieloma względami otwarte – ale satysfakcjonujące. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej satysfakcjonujące mi się wydaje. Bo niby coś tam się kończy, ale tak naprawdę się nie kończy. Trwa. Samo życie!

Fot. NBC

Fot. NBC

Futbol jest materią tego życia, cotygodniowe mecze, dążenie w stronę mistrzostw stanowych, potem wakacyjna przerwa i powrót do treningów. Szukanie nowych talentów, nabytków do drużyny, borykanie się z problemami finansowymi (szkoły w Dillon ciągle mają kłopoty) i z tym, jak prywatne sprawy uczniów wpływają na ich sportową aktywność. To futbol narzuca rytm. I pokazany jest świetnie, emocjonująco. To być może jedyny przykład kiedy ta rozchybotana, brzydka praca kamery się przydaje. Dillon Panthers, Dillon Lions. Można się poczuć jak na boisku, jakbyśmy brali udział w grze. Każdy sezon jest pokazany dość szczegółowo, poszczególne rozgrywki, akcje, punktacja, mamy szansę wciągnąć się w „drabinkę turniejową”. Może dlatego serial trafił nie tylko do żeńskiej publiczności? Ale w ogóle, największą zaletą serialu, konsekwencją jego wieloznaczności i otwartości na nietypowe rozwiązania wydaje się być to, że choć jest gatunkowo familijną teen dramą, to zupełnie nie sprawia takiego wrażenia, gdy się go ogląda. Warto go nadrobić. Szczerze polecam.

A mi pozostaje tylko zaplanować sobie kolejny re-watch, pewnie za kilka lat. Może znów za dziesięć? Wiecie, mam ten serial wyryty głęboko w sercu. Clear Eyes, Full Hearts, Can’t Lose.

Texas forever, baby!

Fot. NBC

Fot. NBC

Friday Night Lights
sports drama, teen drama
NBC, 2006–2011

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.