Fot. Netflix

Pięcioro dzieci i Coś (Stranger Things, S01)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Pirjo: Porozmawiamy sobie dziś o niespodziewanym hicie Netflixa, serialu Stranger Things, cofającym nas do nieco już mitycznych i bardzo obecnie modnych lat 80. Serial może się podobać albo i nie, ale od razu widać, że to produkt przygotowany porządnie. Akcja serialu jest wartka i raczej prosta, zwięzła. Mamy ograniczoną ilość wątków. W każdym odcinku dużo się dzieje, jest dynamicznie. Bohaterowie dają się lubić. Stylówka na lata 80. jest nam wręcz brutalnie, łopatologicznie, nie znosząc sprzeciwu narzucona od pierwszych minut, dźwięków, liternictwa czołówki. Iluzja jest kompletna, aż może nadto – słyszałam głosy narzekania, że twórcy przesadzili. Mnie akurat ujęło przypomnienie tego co sama pamiętam z dzieciństwa, bo byłam członkinią takiej właśnie sąsiedzkiej, rowerowej bandy, która od rana do późnego wieczora poruszała się po okolicy na wysłużonych Pelikanach i Wigrach i nikt nas nie pilnował. Te czasy, czasy podwórkowych dzieci, trwały w Polsce chyba znacznie dłużej niż w USA. Od razu przypomniało mi się spędzanie całych popołudni, weekendów na zewnątrz i to zupełnie bez opieki. Z kluczem na szyi. Bez zegarka, w bezczasie. I bez stresu. Za to z przygodami! No więc oczywiście serial bazuje na nostalgii za dzieciństwem – zarówno tym prawdziwym, własnym, jak i pamiętanym z oglądanych wówczas w telewizji zachodnich filmów, od slasherów po kino familijne. Czy nie bazuje na niej za bardzo? Jak oceniasz setting, ewentualnie relację między „hołdem” dla gatunku a kserowaniem tego, co już było?

Piotr: Stranger Things to hit równie niespodziewany, co wielki. Nie minęło kilka dni od premiery i słyszę, że przebiło poprzedni najlepszy serial Netfliksa i świata, czyli House of Cards. Ostatni taki wielki wybuch entuzjazmu pamiętam przy pierwszym sezonie True Detective, ale wtedy było to rozłożone na tygodnie. Pomysł, żeby wypuszczać cały sezon za jednym zamachem wywrócił do góry nogami proces odbioru. Serial wciąga się i przetrawia szybciej od filmu w kinie.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Iluzja, o której mówisz, jest ciekawa. Zwykle bowiem w serialach widziałem odtwarzanie konkretnej epoki bądź jakichś modnych w danym momencie schematów fabularnych (np. fala telewizyjnych slasherów – od Scream Queens po Dead of Summer). Tu natomiast mamy pieczołowicie stworzoną imitację filmu z epoki. Gdyby nie kilka scen z ewidentnie współczesnym CGI, to bym mógł uwierzyć, że oglądam jakiegoś klasyka, zaginionego brata E.T. i Goonies. Do tego wszystko jest zrobione absolutnie na poważnie. Wspomniane już konkurencyjne retro slashery są jednym wielkim mrugnięciem oka i nawet dostojni Mad Meni, pokazując w pierwszym odcinku wielką maszynę do pisania, nie oparli się pokusie aluzji do komputera. Bracia Duffer postawili na powagę, co jedni widzowie kupują, a innych to odrzuca, bo chcieliby jakiegoś przewrotnego komentarza. Do spraw społecznych, polityki, nostalgii czy kina jako takiego. Dlatego jeśli miałbym chwalić Stranger Things – będę to robił szczerze i mocno – to nie za nostalgię, ale za to, czym się różni od czcigodnych pierwowzorów. Bo wydaje mi się, że wbrew pozorom nie jest to tylko idealna kopia (i nie chodzi mi o to, że na kasecie-składance Jonathana – też sobie takie zgrywałem z radia! – jest piosenka New Order z 1985).

Pirjo: Wiesz, z tego co czytałam, CGI nie było w serialu zbyt wiele, nawet główny potwór został wykonany „z gumy” i jako kostium straszył dzieci na planie. Tutaj też zachwyca pieczołowitość w nawiązaniu do epoki, która jest inspiracją. Stranger Things to serial, który określiłabym trochę jako „vintage SF”, cudowne dziecko chrzestne dwóch Stevenów – Kinga i Spielberga. Zresztą obaj panowie oficjalnie wyznawali już na twitterze i w wywiadach swoją miłość do produkcji braci Duffer (oni w ogóle są braćmi-bliźniakami!) i zachwyt nią. Pewnie rzeczywiście nestorzy gatunku odebrali to jako bezkrytyczny hołd wobec ich dorobku, bo to w sumie tak wygląda. Serial zawiera w sobie wszystkie klisze, jakie bym sobie mogła wymarzyć, gdybym marzyła o takim settingu – małe miasteczko, cudowne dziecko, lokalny szeryf, popularne dzieci vs nerdy (Freaks & Geeks, anyone?), Dungeons & Dragons, inicjacja seksualna, tajne laboratorium wojskowe, potwór w lesie, alternatywna rzeczywistość i „inny świat”. Deklaracje przyjaźni, wspólne tajemnice. Przejścia „na odwrotną stronę”, pod podszewkę rzeczywistości, które znajdować się mogą w ścianach albo w drzewach… a komunikacji sprzyja szeroko pojęta elektryczność – więcej tu jak widać magii niż nauki, a nauka jest jak to ta szkolna, u podstaw, z czasów gdy dużo się rozmawiało o podróżowaniu między wymiarami, ze złotej ery SF. Kompasy, nauczyciel fizyki/techniki, krótkofalówki. Taka to nauka, elementarna, dziecinna, szkolna i nabuzowana marzeniami. Nie ma rzeczy niemożliwych. Nie ma wroga, którego nie dałoby się pokonać przy pomocy zestawu małego majsterkowicza.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

A tak w ogóle, kojarzysz może polsko-kanadyjski film studia TOR z 1986 roku, Cudowne dziecko, w reżyserii Waldemara Dzikiego i z muzyką Krzesimira Dębskiego? Mały chłopiec odkrywa w sobie zdolności telepatyczne i telekinetyczne, elektryczność przy nim świruje, a źli dorośli od razu chcą go schwycić w swoje łapy i niecnie wykorzystać do Mrocznych Celów? Wojskowe laboratoria, groźna broń, małe miasteczko… Ten sam playbook, ten sam zestaw rekwizytów, przerabialiśmy go także w Polsce. Oczywiście teraz mamy już drugą dekadę XXI wieku. Już prawie lata dwudzieste! Szczerze mówiąc, i zresztą pewnie to wynika z moich powyższych wynurzeń, zastanawiam się, czy wystarcza mi pieczołowite nawiązanie. Czy to nie jest jednak kiczowate i nudne? Czy nie chciałabym dostać czegoś więcej? Czegoś jeszcze więcej niż to, co w tym dobrym przecież, a momentami doskonałym serialu dostałam. Hmm…

Piotr: Czy można było coś więcej? Pewnie tak, ale po co. Najpierw trzeba by zająć się tym, co jest, nie zatrzymując się na – co robią i entuzjaści, i sceptycy – na etapie gadania o nostalgii. Na przykład skoro wszyscy wymieniają, jakich filmów z dzieciństwa nie dopatrzyli się w Stranger Things, to ja bym się zastanowił, jak to zrobiono. Stranger Things ma trzy wątki (dzieci, nastolatków i dorosłych), więc podobnie układają się inspiracje. E.T. i Goonies dla dzieci, Klub winowajców dla Nancy i Jonathana oraz Bliskie spotkania trzeciego stopnia dla szeryfa Hoppera. Trzy różne rodzaje kina pozszywane tak, że nie widać szwów i nie nuży.

Zaraz po co i jak trzeba zapytać dla kogo. Fabuła czy rekwizyty sugerują powtórzenie młodzieżowego science fiction z lat 80. A klasyczny film młodzieżowy to taki dziwny gatunek, którego nie definiują elementy fabuły – jak to jest z kryminałem czy romansem – ale rodzaj odbiorcy. Pod tym względem więc Stranger Things jest czymś innym: serialem dla dorosłych w 2/3 wątków udającym serial młodzieżowy. W literaturze to nic nowego, bo gdzieś między Harrym Potterem a Igrzyskami śmierci doszło do zmiany targetu i faktycznymi czytelnikami książek Young Adult są dorośli. U nas dylemat miał Papcio Chmiel, który w latach 90. nie wiedział, dla kogo pisać Tytusy: dla docelowego odbiorcy w wieku harcerskim czy dorosłych, którzy dorośli wraz z kolejnymi zeszytami. W kinie i telewizji takie sprawy są wciąż nowością.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Zaś co do Cudownego dziecka – aż sprawdzę. Polacy, głównie dzięki wielkiemu Jerzemu Łukaszewiczowi, załapali się na podobne historie: Tajemnica Sagali, WOW!, Dwa światy czy Tajna misja to nasze młodsze o dekadę przyrodnie rodzeństwo E.T. Ciekawe, czy dałoby się z nich wykuć krajowe Stranger Things. Albo pożenić Niziurskiego i Minkowskiego (wątek dzieci) z Musierowicz (wątek nastolatków) oraz filmowanym na serio, dorosłym i strasznym PRL-em. Albo taki współczesny remake Stawiam na Tolka Banana, zagrany przez dzieci, napisany dla dorosłych wychowanych na oryginalnym Tolku i z jasno pokazanym przekazem, że tytułowy bohater to nieletni TW. Szalone? W Stranger Things zadziałało.

Pirjo: Hej, brzmi fantastycznie. Oglądałabym! Ale wracając do serialu, rzeczywiście warto zwrócić uwagę, że choć skierowany jest do dorosłego widza, ogromna część obsady to aktorzy dziecięcy. Bardzo fajnie dobrani i świetnie sobie dający radę, jak już powiedziałeś, a to przecież wcale nie jest łatwe! Gwiazdą Stranger Things jest pamiętana przeze mnie i chwalona na łamach Pulpozaura za serial Intruders Millie Bobby Brown, znana podówczas jako „krypna dziewczynka” – tutaj ogolona na łyso (osobiście przez braci Duffer!). Czyli Lucky Number Eleven. W wywiadzie aktorka mówiła, że twórcy chcieli, żeby z jednej strony inspirowała się Furiosą z Max Maxa, a z drugiej – żeby poczuła, że jest współczesną inkarnacją E.T. Miała być jak E.T., tak jej powiedzieli – wiesz, kosmitka kręcąca się razem z bandą dzieciaków, małomówna, ufająca tylko nielicznym, postać nie z tego świata. Kazali jej też uważnie obejrzeć Poltergeista i Goonies. Twoje intuicje są więc słuszne!

Cóż, myślę, że pieczołowitość z jaką autorzy serialu skonstruowali i przemyśleli wizję świata jest naprawdę godna szacunku. Przy takiej staranności nawet ograne, klasyczne motywy ogląda się przyjemnie. Są PODOBNE do tych, które znamy z filmów i książek z epoki – ale nie takie same. Jeśli chodzi o aktorów, cudownie mi się też patrzy na rozedrganą Winonę Ryder, której aktorstwa niedosyt miałam po zeszłorocznym Show me a Hero – miniserialu, w którym grała rolę nieco inną niż kochająca, nieustraszona, lekko szalona matka ze Stranger Things, porozumiewająca się z synkiem poprzez choinkowe światełka. Zresztą już sama Winona swoją obecnością wprowadza ejtisowy vibe, w końcu była jedną z największych heroin epoki i chyba trochę prototypem mroczniejszej odsłony tropu Manic Pixie Dream Girl. Nie wiem jak Ty, ale ja się w niej kochałam, szczególnie w rolach z Soku z żuka i Edwarda Nożycorękiego. Nastoletnia ikona pokolenia i kobieta marzeń – tak piszą o niej w internecie. Sentyment totalny! Strasznie fajnie wypadł też Dustin, chłopiec bez przednich zębów. I na koniec chciałam powiedzieć, że ewidentnym słodziakiem jest najmniejsza dziewczynka w obsadzie, Holly, blondyneczka z kucykami. Kradnie każdą scenę.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Piotr: Bardzo dobra obsada. Szóstka z plusem i murowane Emmy za dzieci. Pamiętam wywiad z twórcami Gry o tron, w którym mówili, że dzieci-aktorów przygotowuje się pod kątem reklam i sitcomów, więc przeważnie potrafią grać tylko słodkie dzidzie i małych mądrali. Tu zaś mamy bardzo złożone emocjonalnie role. Mike, Dustin czy Lucas są wiarygodni, zarówno gdy pokazują swoje pozytywne, jak i negatywne strony – wiarygodnie pokazać wkurzone dziecko to dopiero sztuka.

Winona Ryder powinna się cieszyć. W kinie dawna młoda gwiazda grająca matkę bohatera to byłby spadek oczko niżej  i materiał dla zaangażowanych artykułów o seksizmie w Hollywood. W serialu starcza miejsca, żeby każdy mógł dostać dużą, złożoną rolę. Fakt, gra na granicy przegięcia, ale czego spodziewać się po zestresowanej, zapracowanej, samotnej matce, która doświadcza czegoś niewypowiedzianego? Jej młodszy odpowiednik, czyli Natalia Dyer wygląda, jakby naprawdę była obiektem westchnień sprzed trzech dekad. A już niesamowicie podobał mi się pomysł na postać Jonathana Byersa. Bohaterowie zwykle walczą zawzięcie i do upadłego, on zaś wygląda na posklejanego z kolejnych rezygnacji. Myślę, że szybko znalazłby wspólny język z szeryfem. Rewelacha.

Pirjo: Masz jakieś ulubione momenty, sceny, detale? Coś, co Cię szczególnie urzekło? Mi się podoba dobór muzyki, choć pewnie działałby na mnie mocniej gdyby nie fakt, że bardzo podobną (muzycznie) czołówkę i ścieżkę dźwiękową ma opowiadające o technologicznej rewolucji lat 80. Halt and Catch Fire i że z tych samych źródeł czerpie osadzone w latach 80. Dead of Summer oraz kilka innych seriali, choćby skasowane przedwcześnie Hindsight. Czyli troszkę się uodporniłam, bo mieliśmy w ostatnich dwóch latach istny wysyp seriali stylizowanych na lata 80. Ale i tak jest fajnie, dostajemy sporo alternatywnego rocka z epoki, przerywanego słodziasznymi radiowymi hitami pop, które mimochodem wpadają w ucho, gdy bohaterowie słuchają radia. Wspomniałam już scenę rozmawiania z choinkowymi światełkami. Cudna! I wszystkie sceny pościgów rowerowych, a także casualowych pogawędek w trakcie przemieszczania się rowerem po miasteczku. Osobiście podoba mi się też wizja tego drugiego, sąsiadującego świata – jest jakby cieniem świata pierwszego, odbiciem w głębi ciemnego lustra. Ten sam las, te same domy… tylko o wiele bardziej przerażające! I gdy mama i syn są w jednym domu, ale po dwóch różnych stronach, w różnych światach – aż miałam ciarki. Trochę jak kraina koszmarów Freddiego Krugera, domena złych snów. Brr…

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Piotr: Ze scen akcji koniecznie trzeba wspomnieć o momentach, kiedy Jedenastka świadomie używa swoich mocy. Zwykle jest do tego zmuszana albo same uruchamiają się pod wpływem emocji, ale z tych pojedynczych scen, kiedy manipuluje rzeczywistością, bo tego chce, bije niesamowitość. Millie Bobby Brown to świetna młoda aktorka.

Nie pomijałbym też wątków obyczajowych. Nie rozumiem krytyków narzekających, że chcieliby od nich czegoś więcej. Dewizą domu Wheelerów jest mamine „zawsze możesz ze mną o tym porozmawiać”, a tymczasem dzieci jednocześnie nocują dwie dodatkowe osoby i nikt z dorosłych tego nie zauważa! Tata Wheeler to chyba amerykańska odpowiedź na Felicjana Dulskiego (ile on ma kwestii? trzy? ). Jestem pod wielkim wrażeniem ostatniej sceny z Nancy i  jej spojrzenia, kiedy siada na kanapie ze Stevem. Jego koszmarny sweter w renifery (nie wspominając o koszmarnej fryzurze), obok śpiący w fotelu ojciec – bez słów powiedziane wszystko. Bardzo przypominało mi to ostatnie ujęcie z  Absolwenta. Nic tylko zanucić The Sound of Silence. W podobny sposób można wykroić z serialu całą masę obyczajowych scenek, w rodzaju nauczyciela przyrody okazującego się horrorowym nerdem podrywającym dziewczynę na film z Kurtem Russellem.

Pirjo: Tak, choć akurat postać Steve’a ewoluowała – pierwotnie miał być jednoznacznym „klasowym dupkiem”, ale na planie okazał się tak miły i wzbudzający sympatię, że Dufferowie zmienili dla niego scenariusz – chłopak przełamuje się i w finałowych scenach walczy u boku naszych protagonistów oraz bierze odpowiedzialność za fatalne zachowanie względem Nancy. Może będą jeszcze z niego ludzie?

Fot. Netflix

Fot. Netflix

A teraz, na koniec rozmowy, będzie część ze spoilerami, więc kto nie oglądał serialu – niech ucieka! Skoro już się rozgadaliśmy w temacie rekwizytów i stylówki (takiej, że wiele domów, mebli – i ludzi! – w Polsce ciągle tak wygląda, ha ha!), porozmawiajmy może o fabule. Zaginięcie dziecka nie jest zbyt oryginalnym konceptem na „zawiązanie scenariusza”. Reakcje poszczególnych grup i osób na to tajemnicze zniknięcie są typowe. Stopniowo trzy „grupy wiekowe” bohaterów serialu oddzielnie dochodzą do swoich odkryć, ale nie wymieniają się informacjami. Szeryf i Winona podążają jednym tropem, Nancy i Jonathan innym, a młodziki z Jedenastką jeszcze innym. Wiadomo, w okolicy przedostatniego odcinka, po połączeniu sił i zebranej do kupy wiedzy będą nie do pokonania. Każde z nich doprowadzi do końca któryś z ważnych wątków. Co odkryją? Że źli naukowcy eksperymentowali na dzieciach by poszerzyć granice świadomości – i władzy – i że przypadkowo (a może właśnie nieprzypadkowo?) rozwalili granicę między naszą rzeczywistością a potwornym światem „po drugiej stronie”, wywołując z alternatywnej, mrocznej rzeczywistości bestię. Drapieżnik stanowi narastające zagrożenie dla mieszkańców miasteczka i musi zostać powstrzymany, a brama między światami – zamknięta. Całość kończy się na Gwiazdkę, czyli musi być happy end, z właściwą horrorom nutką „ciąg dalszy nastąpi, zło nie wszystek umarło”.

Czy to jest oryginalny plot? No nie jest. Ale nawiązanie, już w odcinku pilotażowym, do gier fabularnych, polegających na powtarzalnych przygodach, niemniej emocjonujących, bo się je przeżywa na własnej skórze – sprawia, że dużo serialowi uchodzi. Sztampowy scenariusz twórcom uchodzi. Dość generyczne postacie dają radę. I podoba mi się coś, co można określić brakiem nihilizmu, tą pozytywną w gruncie rzeczy, przygodową postawą. To serial mroczny, lecz optymistyczny. A ty, co sądzisz?

Piotr: Tak, optymizm! To zresztą główny zysk robienia seriali dla dorosłych udających seriale dla dzieci i młodzieży: można wreszcie pozbyć się głównego wyznacznika nowoczesnej, ambitnej telewizji, czyli cynizmu. Od Stranger Things aż bije radość, że znów można opowiadać o pozytywnych (choć niepozbawionych wad) bohaterach chcących dobrze (choć popełniających błędy), a wszystko prowadzi do szczęśliwego zakończenia (choć nie bez odrobiny goryczy). Temu właśnie służył olbrzymi nawias filmu z lat 80., w jaki wzięto całość.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Pirjo: Wiem, że z coraz większą pewnością mówi się o zamówieniu na drugi sezon Stranger Things. Zastanówmy się na koniec, o czym mógłby być ten drugi sezon, czy byś go oglądał z takim samym entuzjazmem, czy będziesz na niego czekać, no i skąd aż tak gigantyczna i błyskawiczna popularność tego tytułu w ogóle, porównywalna chyba z pierwszymi sezonami True Detective i Mr. Robot, albo, jak wspomniałeś, z House of Cards. Taka błyskawiczna „kultowość”?

Piotr: Ten ewentualny drugi sezon mnie straszy. Nie mam bladego pojęcia, jak pociągnąć tę historię bez rozmieniania się na dobre. Zwłaszcza, że – podobnie jak w pierwszym Detektywie – serial ładnie zamyka się niedopowiedzeniami. Nie wiemy, jak Joyce i szeryf wydostali się z równoległego wymiaru. Nie wiemy, czego chcieli potem od niego agenci. Nie wiemy, co się stało z Jedenastką, ani czy „Papa” było ksywą, czy stwierdzeniem faktu. Pozostawiono naszym domysłom nawet to, czy Nancy wyrwie się z objęć Steve’a, czy jednak wybierze los żony sprzedawcy z przedmieść.

Autentycznie się boję, że bracia Duffer postanowią zakończyć każde to przerwane zdanie, rozprawić się z moimi dobrymi wrażeniami i udowodnić, że sceptycy mieli rację i Stranger Things jest tylko wydmuszką i żerowaniem na sentymentach trzydziesto- i czterdziestolatków. Na tę chwilę zostawiłbym serial z ośmioma odcinkami. Nie potrzeba więcej.

Pirjo: Niech i tak będzie – na razie Stranger Things to doskonały serial na tegoroczne wakacje. Polecamy!

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Stranger Things
science fiction, thriller, horror
Netflix, 2016–

Piotr Górski
Krakowianin, Nowohucianin. Urodził się i na tym właściwie kończą się dramatyczne momenty jego biografii. Dużo czyta. Ma eklektyczne gusta. Puścili mu opowiadanie w Nowej Fantastyce.

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.