Obiektywnie zły serial (Tajemnica Sagali)

Obiektywnie zły serial (Tajemnica Sagali)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

My dwudziesto-, trzydziestolatkowie (prawie) wszyscy pamiętamy Tajemnicę Sagali z czasów dzieciństwa – i zapewne większość z nas wspomina ją ze sporym sentymentem. Sama niczym się tu nie różnię, niemniej potrafię na ten sentyment jak i serial spojrzeć chłodnym okiem. A ono mówi mi, że to zwyczajnie nie jest dobra produkcja. Nawet bez wracania do tych odcinków spodziewałam się drętwych scenariuszy i drewnianego aktorstwa. Wróciwszy zaś – z pewną obawą, iż oglądanie będzie męczarnią – dostałam nie tylko to, ale też czasem komiczne (nawet jeśli nie zawsze tak płaskie, jak mogło by się zdawać) postaci, okropnie zrobiony dubbing* i efekty specjalne godne klasycznego Doctora Who. Mimo to jednak nie sprawdziła się moja najgorsza obawa i całość obejrzałam dość szybko i bezboleśnie. Zdecydowanie pomogło w tym podzielenie czterech podróży głównych bohaterów, otoczonych dwoma historiami dziejącymi się w ich czasie, na czternaście niedługich odcinków. Ten komediowy format, mimo raczej poważniejszego tonu serialu sprawił, że po prostu trudno było zmęczyć się każdą historią.

Fot. TVP

Fot. TVP

Tu chyba należy się jednak krótkie przypomnienie, o czym opowiada serial. Otóż jest to zrobiona w koprodukcji polsko-niemieckiej** historia dwójki braci, którzy znajdują kawałek magicznego kamienia – tytułowej Sagali. A potem znajdują drugi kawałek (w domu pradziadka, do którego akurat się wprowadzają) i po połączeniu obu, niechcący zmieniają swoją mamę w nieznośną dziewięciolatkę. Tu – na poziomie trzeciego odcinka – zaczyna się akcja właściwa. Pojawia się strażnik kamienia Jarpen, który zabiera Kubę i Jacka w podróż w czasie, by połączyć kamień, bo tylko cały będzie mógł odczarować ich mamę i sprawić, że wróci do domu ich od dawna nieobecny ojciec. Jest też główny zły – niecny jubiler Kruks, który wygląda bardziej jak dresiarz przebrany za gestapowskiego kruka, który zmienił się w człowieka. Tak, to jest tak komiczne jak wygląda, nawet jeśli w pewnym momencie człowiek nawet zaczyna wypatrywać tej pilotki, błękitnych lenonek i długiego skórzanego płaszcza, wożących się zielonym… polonezem (?).

Ale też, gdyby wpuścić tu trochę więcej mitologii i magii to ten zły mógłby być naprawdę ciekawy. No właśnie. Gdyby w ogóle cały ten serial zrobić lepiej, powyciągać fajne pomysły (cała sfera mitologiczno-magiczna, kwestia pochodzenia Sagali), napisać niedrętwe scenariusze, zatrudnić aktorów, którzy nie tylko potrafią grać, ale i pozwolić im to robić – mogłoby wyjść coś w rodzaju naszego półrodzimego Doctora Who. Albo gdyby spróbować z rebootem – z podobnie krótką serią, już niekoniecznie z metawątkiem, albo np. za kolejne tysiąc lat (Sagala łączy się co tysiąc lat, więc to byłoby jakieś pole do manewru) i z porządnie podbudowanym światem przedstawionym, dałoby się tu zrobić coś po prostu fajnego. Efekty specjalne zresztą, jak pokazuje od ponad pięciu dekad wspomniany Doctor Who, wcale nie muszą być jakieś genialne, żeby całość zachwyciła oglądających. Tak więc tu wystarczyłoby trochę kreatywności i zadbanie o to, by inne aspekty takiego serialu były dopracowane, a otrzyma się niezapomniany klasyk. Z rzeczy do zrezygnowania zdecydowanie byłoby też poczucie wyższości Kuby i Jacka nad ludźmi, w których czasy trafiają. Nazywanie stojących koło ciebie dziesiątek dorosłych ludzi półgłówkami czy innymi tego typu określeniami, tylko dlatego, że pochodzą z odległej przeszłości, jest po prostu niefajne. Ale odpuśćmy tego typu rzeczy, dodajmy trochę więcej dywersyfikacji… ach, marzenia.

Fot. TVP

Fot. TVP

Jakkolwiek jednak serial ma te parę dobrych elementów. Sfera mitologiczno-baśniowo-magiczna najbardziej tu fascynuje i sprawia, że widz wzdycha z żalem nad tym, jak bardzo nie wykorzystuje ona swego potencjału. Mówiłam też o postaciach. Najsłabiej wypada tu Kruks, który, jak widać po finale, gdzie cały czas siedzi tuż przy samochodzie, pod który podłożył bombę, jest głupi jak but. No dobrze, czasem odejdzie kawałek i człowiek nawet wtedy zaczyna mieć nadzieję, że może jednak nie jest aż takim idiotą, ale niestety – sekundy przed możliwą detonacją stoi z metr od autka. Dziecko kochane, czy ty wiesz jak działają bomby? No masz ten pilot do niej, to czemu tu siedzisz? – chciałoby się go wtedy zapytać, poklepać po główce, dać cukierka i odstawić na bezpieczną odległość, o jakiś budynek dalej. Ale też nasz kruk jubiler, jeżdżący polonezem… cały jego motyw daje pole do pewnej (re/nad)interpretacji, więc mogłoby być i gorzej.

Kuba i Jacek z kolei to dość stereotypowe rodzeństwo, ale nie jakieś boleśnie niemożliwe do przeżycia. Niemniej przez cały czas zastanawiało mnie, dlaczego za ojcem tęskni (przygrywając muminkowo na otrzymanych od niego organkach) tylko Kuba, a Jacek ani słowem o nim nie wspomina. Jakby jemu ta nieobecność nie przeszkadzała. Jasne, generalnie głównym bohaterem jest młodszy z braci, ale ta nie tyle nawet nierównomierność, co brak tematu przy drugim bracie zwyczajnie razi. Mama i tata chłopców są z kolei cóż, też stereotypowi, ale i tak samo nie jakoś boleśni. I podobnie Burski – sąsiad, geolog opiekujący się pod nieobecność chłopców małą Zuzią. W ogóle dużo tu geologów, choć to akurat zrozumiałe, ale i na tym można by osnuć coś niebanalnego. Jarpen za to ma interesujący rys stoicyzmu, za którym można dopatrywać się naprawdę ciekawej, niejednoznacznej, nawet jeśli oczywiście dobrej postaci. Jeśli chodzi o bohaterów pojedynczych podróży chłopców, tu niektórzy się wyróżniają (najbardziej bodaj niejednoznaczna, choć i trochę chaotycznie poprowadzona jest wiedźma Teranon), inni są stereotypowi do bólu (jak uczeń akademii magii, Hort), jeszcze inni mają fajny potencjał (jak Estoch, która uwalnia chłopców, gdy ci są w poważnych tarapatach). Ogólnie nie jest źle, choć też – mogłoby być lepiej.

Tajemnica Sagali oczywiście na jakimś poziomie jest niezapomnianym klasykiem, niemniej nigdy nie pomyślałabym, że można ją w dorosłości darzyć czymś więcej niż sentymentem. Dlatego też, kiedy zadeklarowałam na swoim facebooku, że otwieram jednoosobowy fandom tego okropnego serialu, spodziewałam się odzewu na tę właśnie sentymentalną nutę. Taki też się pojawił, ale ze zdumieniem odkryłam, że po dwudziestu latach od jego premiery są też ludzie, którzy deklarują przynależność do fandomu Sagali. Ha, to było niezłe zaskoczenie. I nie, nie chodzi mi o samą odległość czasową, raczej o to, że o ile o fanach i fandomach różnych animacji i programów z dzieciństwa słyszę raz na jakiś czas – np. Muminki czy Pokemony, Czarodziejka z Księżyca albo Power Rangers powracają w rozmowach – tak jeśli chodzi o Tajemnicę Sagali, przed tymże postem spotykałam się co najwyżej raz na jakiś czas z tym, że ktoś ją przypominał na zasadzie: „Ej, a pamiętacie taki serial, co ja go oglądałam/łem za dzieciaka i bardzo go lubiłam/łem?” i z odpowiedziami, że tak, to było coś, co człowiek lubił jak był mały. I tyle. Żadnych dogłębnych analiz, żadnych dziwnych rozkmin, ani fanfików i fanartów, żadnego „bycia w fandomie”.

To samo w sobie jest fascynujące (i zastanawiam się, na ile to poważne deklaracje, a na ile tylko żarty), jednak jeszcze bardziej zadziwiły mnie opinie na Filmwebie, gdzie zajrzałam, żeby doczytać parę informacji o serialu. Otóż Tajemnica Sagali ma tam całościową ocenę 7,2 a recenzje są pełne zachwytów nad tym, jaki to dobry serial. Ja wiem, że Filmweb nie jest tu w żaden sposób miarodajny (i trochę muszę się tu odwołać do niedawnego wpisu Zwierza Popkulturalnego o stronach zbierających oceny filmów), niemniej to było jak wejście w zupełnie inny świat. Jak? Jak można ocenić ten serial jako dobry? Rozumiem, będąc dzieckiem. Rozumiem i podzielam sentyment. Ale obiektywnie patrząc, to po prostu jest zły serial, a im mocniej zagłębić się w kolejne odcinki i to, co nam się w nich pokazuje, tym lepiej widać, jak bardzo na sznurek i ślinę jest to wszystko połączone. Po prostu nie. Można wrócić do niego nie hate-watchując, ale pomimo całej fascynacji fenomenem tego serialu i pomimo całej mojej sympatii do niego muszę podtrzymać to, co stoi w tytule tego wpisu. Tak, należę do jednak przynajmniej trzyosobowego fandomu Tajemnicy Sagali – ale zapisałam się do niego, będąc w pełni świadomą, jak bardzo zły jest to serial. Ta świadomość była jedną z kilku głównych składowych mojej decyzji.

Ogólnie… Oglądajcie Tajemnicę Sagali. To okropny serial.

Fot. TVP

Fot. TVP

* W pewnym momencie nawet jedna z bohaterek ma zamknięte usta, podczas gdy mówi kilka zdań. I nie, nie używa telepatii.

** Stąd wspomniany dubbing. Obsada (dziecięco-dorosła) bowiem była międzynarodowa i to zapewne wpłynęło na niemożliwość grania w jednym języku. Mimo że większość ról zagrali Polacy, było tu też kilkoro aktorów niemieckich – w tym chyba Jarpen*** oraz główny zły. A że w Niemczech dubbing to standard dostaliśmy to, co dostaliśmy.

*** Niestety nie udało mi się tu dotrzeć do czegokolwiek więcej niż imię i nazwisko aktora – widoczne zresztą w samej czołówce serialu – które nie są polskie, ale i nie brzmią niemiecko.

Tajemnica Sagali
adventure, fantasy
TVP, 1997

Ginny N.

Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają jej współpracy. Pisze m.in. dla Gallifrey.pl, na blogu ziemniak i Dinozarły i współtworzonych z koleżanką (Ułomnych) recenzjach ziemniaka.