Fot. BBC

Inteligencja emocjonalna (London Spy)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

London Spy to produkcja w sam raz na deszczowy weekend. Dwa popołudnia, raptem pięć odcinków, gotowe. To serial, który nie jest może „lekturą obowiązkową” dla serialomaniaków, ale warto go obejrzeć. W 2015 narobił sporo szumu. Jest dobry, ale nierówny. Ma za to w obsadzie świetnych aktorów.

O co w nim chodzi? Na jednym z londyńskich mostów przecinają się ścieżki chłopaków z dwóch różnych światów. Pierwszy, grany przez Bena Whishawa Danny, to w zasadzie „dziecko ulicy, które z niejednego pieca chleb jadło”; ma mocno rozwinięty instynkt samozachowawczy, ale także dobre serce. Drugi, Alex (hipnotyzujący Edward Holcroft) jest tytułowym szpiegiem, pracuje dla MI5 i jest młodym geniuszem, którego wszyscy, włącznie z nauczycielami i rodziną traktują właśnie przez pryzmat niezwykłego intelektu. Jest więc to chłopak przerażająco samotny i łaknący zwykłego, ludzkiego kontaktu. W sumie obaj są samotni i wygłodniali bliskości. Dwie zagubione dusze, które odnajdują się nawzajem. Zakochują się w sobie dosłownie od pierwszego wejrzenia i rozpoczyna się ich kilkumiesięczny, nieprzystający do stylu życia żadnego z nich, związek. Ale są razem szczęśliwi, bardzo. Chodzą na wycieczki, rozmawiają o wszystkim i niczym, mimo różnic – pasują do siebie. Wspaniale do siebie pasują, nie widzą świata poza sobą. Ach, young love. I to przyczyni się do ich zguby. Nie jest dużym spoilerem, bo mówię w zasadzie o samym zawiązaniu akcji, że chłopiec-szpieg umiera. Dzieje się to już w odcinku pilotażowym, okoliczności zdarzenia są szemrane. Chłopiec, który pozostał, ten o dobrym sercu i niepokornej duszy, wie – a raczej CZUJE – że coś jest w całej historii nie tak. Że to, jak śmierć jego partnera widzą media, jak to widzi rodzina i potężni pracodawcy – pozostaje dalekie od prawdy, sfabrykowane. Alex został zamordowany, ale dlaczego i przez kogo – nie wiadomo.

Fot. BBC

Fot. BBC

Dlatego nasz dzielny, działający pod wpływem emocji bohater wpakowuje się w prywatne śledztwo, do którego kompletnie nie jest przygotowany. A walczy właściwie z całym światem. Z profesjonalistami, którzy na ukrywaniu dowodów i plątaniu ścieżek zjedli zęby, z ludźmi, którym nie straszny szantaż czy przemoc. Walczy, po swojej stronie mając niewielu sojuszników. Wszystko to w imię miłości, z czym łatwo nam, widzom, empatyzować. Jest to bowiem love story, rozpisana dla niepoznaki w konwencji dramatu szpiegowsko-psychologicznego. Danny nie chce kompromisów. Wierzy, że miłość była prawdziwa i nie zgadza się, by zbrukano pamięć o Aleksie. Nie boi się wystąpić przeciwko politykom, policji, rodzinie zmarłego. Jego prawda jest prawdą emocjonalną, a największa zaleta charakteru tej postaci to wspaniała intuicja pozwalająca mu niejednokrotnie w lot przejrzeć zamiary wrogów, stosujących różne rutynowe, technologiczne czy psychologiczne sztuczki. I to jest najlepszy aspekt London Spy – wprowadzenie bohatera, który głęboko wierzy we wszystko, czego doświadczył podczas ośmiomiesięcznego związku, który ufa intymności, bliskości, jaka się wtedy wytworzyła i dlatego nie pozwoli, by ktokolwiek zasiał w nim wątpliwość odnośnie tego, jakim człowiekiem był zmarły partner. Odpiera kolejne ataki, ponosi porażki, ale prze do przodu, w stronę wyjaśnienia zagadki i pośmiertnego oczyszczenia ukochanego z zarzutów.

Jego siła, nieustępliwość i czyste intencje są tak mocne, że po stronie Danny’ego wbrew rozsądkowi stają kolejni poplecznicy. Począwszy od najstarszego i najwierniejszego z przyjaciół, emerytowanego szpiega o imieniu Scottie, granego brawurowo przez Jima Broadbenta (Jim zawsze tak wspaniale gra role troskliwych ojców i opiekunów! Tu wyjątkowo w roli opiekuna nie rozmemłanego, ale takiego ze swadą, z głową na karku oraz siłą przebicia), po postacie z półświatka, z którego Danny się wywodzi. Absolutnym mistrzostwem świata jest dla mnie występujący epizodycznie w roli hedonistycznego króla podziemi i dekadenckiego producenta muzycznego Mark Gatiss. Serio, jeśli jakimś cudem nie przekonuje Was Ben Whishaw jako Danny, to dla Richa – postaci Gatissa – i jego kilku wspaniałych, piorunujących scen warto serial obejrzeć. Mark gra zblazowanego, okrutnego i seksownego przestępcę o magnetyzującej osobowości. No i oczywiście jest to postać charakterystyczna, nieco przerysowana. Ale doskonała! Dość sobie przypomnieć sceny podejrzanych orgii – oh my goodness! Komplet wybitnych aktorów odgrywających swoje role na wysokich obrotach uzupełnia Charlotte Rampling wcielająca się w matkę zmarłego chłopaka, Francis. Chłodna i drapieżna, a czasem melancholijna, buduje postać wieloznaczną, ale spójną i bardzo ciekawą, szczególnie w świetle zakończenia serialu. A Scottie, wracając, jest postacią frapującą, bo kocha Danny’ego i z bólem i nostalgią obserwuje jak młody progeny zakochuje się w zasadzie w młodszej wersji jego samego, czyli w Aleksie. To naprawdę emocjonalna petarda; ta sytuacja, poziomy wyrzeczenia, czułości, oddania, na jakie wkraczają bohaterowie. I tych emocji reperkusje. W serialu najlepsze są chyba sceny rozmów między wymienionymi tu postaciami – Dannym i Francis oraz Dannym i Scottiem. Ich konfrontacje są każdorazowo elektryzujące. Oglądamy popisy arcyzdolnych aktorów, wcielających się w bohaterów o przejmujących motywacjach.

Fot. BBC

Fot. BBC

Ale tak naprawdę w serialu najbardziej mnie urzeka wspomniane zderzenie działającego pod wpływem emocji żałobnika z chłodnym, opanowanym mechanizmem władzy, z przetaczającą się po całej sprawie jak walec maszyną polityczną, z sekretami i kłamstwami  produkowanymi, by go odstraszyć.  Na tle ponurych i bezdusznych praktyk służb specjalnych jasno świeci  pojedynczy, buntowniczy płomyczek i choć wszyscy go próbują zgasić butem, to jakoś im nie wychodzi. Bo temu płomyczkowi idzie o „prawdę emocjonalną” i o sprawiedliwość – wartości dawno już zapomniane przez ludzi prawa, polityki i władzy. Tylko tyle i aż tyle. Moralny kompas. W tym właśnie kontraście dwóch światów i dwóch światopoglądów drzemie siła serialu i ta myśl przewodnia pozwala widzom przymknąć oko na czasem idiotyczne rozwiązania fabularne, na niedorzeczne sceny (cały wątek gotyckiej rezydencji!) i na dziwaczne zwroty akcji. Serial ma wystarczająco dobrych scen, by zniwelować wpływ tych słabszych, przydługich, ale niestety patrząc na całość – jest nierówny i do ideału mu daleko. No bo po co nam letargiczne sekwencje z Dannym wędrującym wzdłuż labiryntu żywopłotów albo nurkującym w basenie w slow motion? Przeestetyzowana stylówka momentami przyćmiewa plot, wcale nie budując w zamian atmosfery pełnej napięcia.

Zresztą, mimo wad serial i tak jest intrygujący. I bardzo ładnie się domyka. Sama wizja, zdecydowanie negatywna, mechanizmów władzy, ich moralnej ambiwalencji, zepsucia i korupcji – nie jest nowa, ale zmusza do zastanowienia. Do namysłu skłania też temat homofobii, bo wątki gejowskie – a chodzi tu zarówno o głównego bohatera, jak i o opowieści jego mentora, dotyczące spraw sprzed lat – są mocno zaakcentowane. Odwołują się do prawdziwych wydarzeń, takich jak brak tolerancji wobec odmienności, którym jeszcze niedawno cechowały się właśnie brytyjskie instytucje państwowe, w tym do samobójstw matematycznego geniusza Garetha Williamsa i wcześniej, Alana Turinga. Serial dotyka też tematu AIDS i wirusa HIV, kiedyś i dziś, oraz głębokiej, złowróżbnej symboliki tej choroby.

Jak się okazuje, jeszcze w latach 90. MI5 i MI6 nie dopuszczały do szpiegowskich zadań osób homoseksualnych, oficjalnie zasłaniając się „ryzykiem padnięcia ofiarą szantażu”, które miałoby być w przypadku takich szpiegów wyższe. Mówiono też o „niestabilności emocjonalnej” gejów, która miała nie pozwalać im na podjęcie wymagającej psychicznego opanowania pracy. Z tym „przestarzałym etosem” prawdziwe służby starają się teraz walczyć, angażując się we wspieranie ruchu LGBT, ale seriale nie wahają się, jak widać, do tematu wracać. I chyba warto, bo jak powiedział sam twórca London Spy, Tom Rob Smith, początkowo historia miała być pokazana na dużym ekranie, ale nikt nie chciał sfinansować filmowej produkcji „o miłości gejowskiej”. Argumentem było, że taki główny wątek odstraszy widzów. Dlatego rzecz stała się serialem. W sumie myślę, że pierwsza intuicja była słuszna i jako film – po wycięciu dłużyzn i niepotrzebnych wątków pobocznych – opowieść udałaby się znacznie lepiej i działałaby na widza mocniej. Ale – powtórzę się – i tak jest dobra.

Fot. BBC

Fot. BBC

Podsumowując, London Spy spodobał mi się szczególnie przez wzgląd na optymistyczne przesłanie i tryumf ducha nad oporną, baaaardzo oporną materią świata. W gruncie rzeczy jest to przecież opowieść o miłości. O miłości tragicznej, ale bezwarunkowej i bezkompromisowej, godnej podziwu. O miłości z bardzo pięknie sfilmowanym Londynem w tle. I tak ją zapamiętam.

London Spy
crime drama
BBC, 2015

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.