Fot. Hallmark

Strefa (dys)komfortu (Chesapeake Shores, PREMIERA: S01E01–03)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Widzieliśmy tę fabułę bardzo wiele razy, w filmach, książkach i serialach – zapracowana kobieta sukcesu, prywatnie jednak zupełnie pogubiona, wraca do rodzinnego miasteczka, by zrozumieć, czym naprawdę jest życie (bo przecież nie byciem królową Wall Street!) i przekonać się, że jej miejsce znajduje się na prowincji, u boku ukochanego z dawnych lat.

Fot. Hallmark

Fot. Hallmark

Jeśli już to pierwsze, powyższe zdanie przejmuje was nieprzyjemnym dreszczem, jeśli nie podobają się wam utrwalane w ten sposób romantyczne stereotypy i wizja, że jedyną receptą na szczęście jest powrót do korzeni, zwolnienie tempa; że małe miasteczka zawsze wygrywają z metropoliami, a pierwsza miłość to ta prawdziwa –  nie macie czego szukać w idyllicznym Chesapeake. Ale jeśli przeszywający was dreszcz jest całkiem przyjemny, jeśli od lat marzycie żeby mieszkać w Stars Hollow, w Dixie, Cedar Cove, w okolicy Dawsons Creek, czy niedaleko domostwa  rodziny pastora z Siódmego Nieba, to kolejny serial osadzony w przytulnym i swojskim miasteczku będzie w sam raz dla was. Będzie przyjemną odskocznią od szarej rzeczywistości. Tu liczą się bowiem wartości rodzinne, liczą się więzi siostrzane i sąsiedzkie, jedzenie musi być wysokokaloryczne i takie „od serca”, wszystkie problemy da się rozwiązać „po dobroci”, a każda historia jest „z morałem”. Jeśli tęsknicie za taką właśnie, schematyczną lecz uspokajającą wizją rzeczywistości  – ja czasem tęsknię! – i macie chęć na nieskomplikowaną rozrywkę przed telewizorem – ja czasem mam! – to obyczajowy, romantyczny Chesapeake Shores został stworzony właśnie dla was.

Producentem serialu jest Hallmark (to wiele tłumaczy!), a opowieść opiera się na serii popularnych romansów, a może nawet powiedziałabym, że na romansidłach autorstwa legendarnej w pewnych kręgach Sherryl Woods (ta pani opublikowała chyba ze sto książek, pod różnymi pseudonimami).  Z góry więc wiadomo, że będzie to coś przesłodzonego, grzecznego i miłego, oraz we właściwych momentach chwytającego za serce. Zwroty akcji znajdą się zawsze we właściwym miejscu. Taki Harlequin, nie przymierzając. Rozpisany na cały serial. Stworzony zgodnie z prawidłami gatunku i na dłuższą metę niemający szans niczym zaskoczyć, ale napisany dobrze. A dobrze napisany serial może być dobry bez względu na gatunek, prawda? Postacie są żywe, prawdziwe, szybko się do nich przywiązujemy.

Fot. Hallmark

Fot. Hallmark

Mamy więc prababcię, nestorkę rodu, która zawsze rzuca złotymi myślami, czyli mądrościami życiowymi jak z generatora. Przy jej stole zmawia się modlitwę przed jedzeniem, ale nie jest apodyktyczna, jest raczej typem marzycielki. Mamy główną bohaterkę, która zaraz po przyjeździe z miasta na prowincję zaczyna chodzić boso i biegać bez muzyki na uszach (wiecie, słuchawki – zło, dźwięki natury – dobro). Jej zaczynamy kibicować najszybciej. Mamy roztrzepaną młodszą siostrę (Laci J. Mailey, z Falling Skies i z Supernatural), której trzeba ciągle w czymś pomagać, a która bardzo chce wreszcie stać się dorosła i odpowiedzialna. A potem kolejną siostrę, walczącą z writers block pisarkę, i dwóch braci – studenta i (a jakże!) żołnierza. Mamy rodziców całej tej barwnej, różnorodnej piątki, w tym świetnie napisaną postać ojca. Następnie dzieci głównej bohaterki, dwie małe blondyneczki, jej byłego męża i wspomnianego już eks-narzeczonego.  Wszystkie postacie są stereotypowe, lecz ciekawe. Dialogi, choć dydaktyczne i polukrowane, nie przynudzają. Ludzie z Hallmarku wiedzą, co robią. Można się porządnie wzruszyć.

Wzruszyć, albo – wkurzyć, bo Chesapeake, Maryland, to najwyraźniej świat ludzi białych, religijnych, heteroseksualnych, pięknych jak z żurnala, niemartwiących się o kasę, a skinny dipping w jeziorze przy świetle księżyca odbywa się tam w ubraniu, żeby nie zgorszyć widzów przed telewizorami. Jeśli więc odpowiednia „reprezentacja” to dla was podstawa… oszczędźcie nerwy! Nie próbujcie tego oglądać! Rodzina pokazywana w serialu jest za to dość skomplikowana i po raz pierwszy od bardzo dawna zebrała się znów w komplecie, w jednym miejscu, co powoduje, że wyłazi wszystko, co pozamiatano kiedyś pod przysłowiowy dywan – od wspomnień i wyrzutów z przeszłości po obecne konflikty, wynikłe z długotrwałego braku wzajemnego kontaktu. Wyłazi bardzo sprawnie. Na horyzoncie widać już sporo dramatów, które zdominują fabułę i nadadzą jej odpowiednie tempo, w tym spór głównej bohaterki o prawa do opieki nad dziećmi – z byłym mężem – i skrywana, lecz poważna choroba nestorki rodu.

Fot. Hallmark

Fot. Hallmark

Co ważne, a nawet kluczowe, przynajmniej dla mnie, sympatyczną główną postać, Abby,  gra Czerwony Kapturek z Once Upon a Time, czyli Meghan Ory (w Once zawsze mi jej było za mało!), a w rolę jej highschool sweetheart wciela się nie kto inny a Jesse Metcalfe, którego zapewne pamiętacie z Desperate Housewives. Jeśli oglądaliście Gotowe na wszystko, to na pewno pamiętacie! Para ślicznych, młodych ludzi, między którymi zachodzi niezła serialowa chemia, nie mogą jednak być razem, decydują się więc zostać przyjaciółmi. Ona skupia się teraz na sądowej batalii o swoje córeczki, a nie na „wątkach romantycznych”.  Klasyczna wymówka, która pozwoli ten temat i to napięcie spod znaku will they – won’t they pociągnąć co najmniej do końca sezonu.  A ukochany z dzieciństwa też ma jakiś mroczny sekret, którego przynajmniej w pierwszych odcinkach nie jesteśmy w stanie rozszyfrować. Nie mam nic przeciwko temu zamieszaniu i wszelkim perypetiom, bo Meghan jest przepiękna, eteryczna, hipnotyzująca i cudna. Oglądanie jej na tle zjawiskowych zachodów słońca, na plaży czy na werandzie jest przyjemnością prostą i satysfakcjonującą. Usprawiedliwia banalną fabułę. Niczego mi więcej nie trzeba. Dlatego w przeciwieństwie do takiego Roadies, które znudziło mnie po trzecim odcinku, będę oglądać dalej. Bo ogląda mi się dobrze.

Serial polecam więc osobom, które potrafią przymknąć oko na klasyczną, konserwatywną fabułę, czyli zignorować totalne Cliché Shores i cieszyć się z ciepłej, rodzinnej, eskapistycznej i romantycznej formuły. Oraz fanom najpiękniejszej na świecie Meghan. Dla całej reszty Chesapeake Shores będzie kompletnie niestrawny i zamiast comfort food dostarczy wyłącznie dyskomfortu.

Fot. Hallmark

Fot. Hallmark

Chesapeake Shores
drama, romance
Hallmark, 2016–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.