Fot. Jakub Szczytowski

Para w gwizdek (SERIALIS 2016)

Pirjo: Serialis wyskoczył na nas – fanów seriali, spragnionych dyskusji i atrakcji – znienacka, przyciągając do Katowic i wiele obiecując. Ale czy obietnice się spełniły i czy wydarzenie można uznać za udane? Koniecznie musimy o tym pogadać! Zacznę od tego, że budynek Centrum Kongresowego, w którym odbywał się Serialis, jest piękny, atrakcyjny, przestronny i dysponuje wszelkimi udogodnieniami dla użytkowników. Zrobił na mnie ogromne, pozytywne wrażenie, nie mówiąc już o samych cudownie odmienionych Katowicach, pełnych fontann, zieleni, przytulnych ławeczek, na których można odpocząć, nowych obiektów świetnie się komponujących z tymi starszymi, no i niesamowitej przestrzeni. Aż się chciało tam być!

Z kronikarskiego obowiązku napiszę, że na Serialisie, oprócz sal prelekcyjnych i audytorium, w halach wystawowych można było skorzystać z oferty sprzedawców popkulturowych gadżetów, odwiedzić stanowiska promocyjne różnych telewizji, np. Comedy Central czy AXN, zrobić sobie zdjęcie na kanapie z Przyjaciół albo w niebieskiej budce z Doctora Who. W drugiej hali znajdowały się food trucki, gdzie można było bardzo smacznie zjeść i napić się wyśmienitej kawy (pozdrawiam pana od kawy!). Zorganizowana została specjalna strefa dla dzieci, w której puszczano bajki, a animatorzy opiekowali się maluchami. Wieczorami odbywały się koncerty, w jednej z sal toczyły się warsztaty – scenariuszowe i charakteryzatorskie. W teorii to powinno zadziałać. A jednak nie do końca wszystko zadziałało. Problemy było widać już na starcie: uczestnicy i dziennikarze otrzymali różne gadżety, torby, pendrivy i czekoladę. Zabrakło natomiast porządnie przygotowanej informacji o samym wydarzeniu, czyli programu! Pomieszanie z poplątaniem! A co Wy o tym myślicie? O tym, jak teoria się przełożyła na praktykę i czy powyższe atrakcje „wypaliły”?

Fot. Jakub Szczytowski

Fot. Jakub Szczytowski

Marianna: Jeśli chodzi o część organizacyjną, brakowało mi prostych informacji, które pomogłyby przyjezdnym, takim jak ja. Niby nie był to duży wysiłek, sprawdzić, że miejsce imprezy znajduje się bardzo blisko dworca autobusowego i kolejowego, mapka zamieszczona na fanpage’u byłaby jednak dużym ułatwieniem, tak samo jak i porządne oznaczenie wejścia do tego początkowo dość przytłaczającego swoim rozmachem budynku, jakim jest Międzynarodowe Centrum Kongresowe. W środku jednak wielkie wrażenie zrobiła na mnie architektura, a także korzystanie ze wszelkich dobrodziejstw technologicznych kompleksu, jak wielkie ekrany w hali wystawowej i gastronomicznej, na których można było oglądać np. relację z konkursu cosplayowego, odbywającego się w innej sali. Zaopatrzona w aplikację przygotowaną przez organizatorów, w końcu zaczęłam orientować się w rozkładzie sal, papierowy program byłby jednak dużym ułatwieniem, a chyba prościej go przygotować niż mobilną apkę.

Magdalena: O planach serialisowych wiedzieli sporo wcześniej, bo już w marcu, uczestnicy krakowskiego Whomanikonu, na którym organizatorzy reklamowali się w ciekawy, bardzo tajemniczy sposób. Długo jednak kazali czekać na konkrety, nie zdziwiła mnie więc zupełnie frekwencja – już miesiąc przed festiwalem miałam pewne obawy, gdy kolejne osoby, które zapraszałam do Katowic, odmawiały, wymawiając się innymi planami. Koniec sierpnia to kiepski moment na spontaniczną imprezę, niestety. A szkoda, bo okazało się, że Katowice to super miejsce na wakacyjny wypad – dołączam do głosów zachwytu nad nowym (?) wizerunkiem miasta, z cudownym Centrum Kongresowym i OBŁĘDNYM budynkiem orkiestry zaraz obok niego. Piękna architektura, blisko centrum, które też robi wrażenie, nawet na kimś, kto Katowice troszeczkę zna. Jednym z głównych celów Serialisu było wypromowanie miasta i to, jak sądzę, rzeczywiście się udało, bo widzę w różnych relacjach, że jakkolwiek o Serialisie mówi się różnie, to o Katowicach w samych superlatywach.

Jeśli chodzi o potknięcia organizacyjne – sama wpadłam w ich pułapkę, szukając dość długo wejścia, biegając po schodach w palącym słońcu – nie nastrajało to najlepiej. Ogólnie cały budynek nie był opisany, a wystarczyłyby strzałki narysowane kredą na chodniku! To są takie praktyczne rzeczy, które wszystkie konwenty zazwyczaj mają ogarnięte odruchowo, a tu ich zabrakło. Wyglądało, jakby organizatorom brakowało doświadczenia w byciu… zwykłymi uczestnikami takich imprez. Trudno mieć o to pretensje, ale nie jest to wiedza tajemna i bez problemu mogliby ją uzyskać, gdyby tylko o tym pomyśleli. To samo odnosi się do braku papierowego programu – przecież niedawno głośno było o potknięciu Pyrkonu, który zrezygnował z książeczki na rzecz aplikacji. Aplikacje są super, ale nie każdy będzie z nich korzystać – pozdrawiają w tym miejscu użytkownicy systemu Windows… i osoby bez dobrych pakietów internetowych, podejrzewam. Czasami nie warto za bardzo kombinować. Pięknym wnętrzom Centrum zabrakło nadania serialowego charakteru (lub jakiegokolwiek charakteru), pozostały surowe i choć interesujące, to jednak chyba niezbyt przyjazne. Z Serialisu zapamiętam przede wszystkim ogromną pustą przestrzeń i przerost formy nad treścią; organizatorzy dołożyli starań, żebyśmy mieli ekrany, wielkie hale i aplikację, a nie zdążyli tego wszystkiego zapełnić treścią…

Fot. Jakub Szczytowski

Fot. Jakub Szczytowski

Pirjo: Marianno, Ty byłaś na miejscu w piątek, opowiedz nam trochę o największym wydarzeniu festiwalu Serialis, czyli o spotkaniu z aktorami Gry o tron. Jak to wyglądało? No i jak w ogóle wypadł piątek, jako całość?

Marianna: Piątek był tym dniem, w którym duże przestrzenie budynku ładnie wypełniały się tłumkiem fanów, czekających na spotkanie i autografy. Rejestracja internetowa zamknęła się na trzech tysiącach uczestników i niewiele mniej niż ta liczba pojawiła się w piątek, do tego osoby, które rejestrowały się dopiero na miejscu. Dość powiedzieć, że kolejka ciągnąca się w hallu w oczekiwaniu na autografy była tak długa, że aktorzy, nie chcąc zawieść fanów, ponownie zgodzili się dawać podpisy jeszcze raz pod wieczór, a skończyli dopiero, gdy wszyscy wyszli zadowoleni ze swoim autografem. Samo spotkanie, odbywające się w dużej sali, zwanej balową, cieszyło się taką popularnością, że przy tylnym wejściu również ustawiła się kolejka fanów, których pracownik obiektu, zajmujący się porządkiem i bezpieczeństwem, wpuszczał do środka na zasadzie „jedna osoba wychodzi, jedna może wejść”. Dla tych, którym nie udało się dopchać (np. tak jak ja słuchających do końca odbywającej się przed prelekcji), przygotowano właśnie relację na żywo w halach, gdzie obserwować spotkanie było dane mi z pozycji leżaczkowej i z kawą w ręce.

Rozmowę z Benem Cromptonem i Hafþórem Björnssonem, czyli Edem Cierpiętnikiem i „Górą”, prowadził początkowo Bartosz Węglarczyk, pytając ich o rzeczy trochę mniej związane z ich występem w GoT, następnie zaś oddał głos chłopakom z Westeros.pl, którzy zagłębili się w świat najpopularniejszego serialu na świecie. Ben opowiadał, jak jego występ w Doctorze Who (odcinek Into the Dalek) ucieszył, a potem zasmucił jego syna, gdy jego postać została zabita przez Daleka. Jako nowy Lord Commander Ed według niego zrobiłby imprezę i cieszył się tą sytuacją, póki może, bo nikt nie wróży mu świetlanej przyszłości. Jako ciekawostkę z planu przytoczył fakt uzależnienia członków obsady od różnych iPadowych aplikacji, w tym walki Kita Harringtona z quizem sprawdzającym wiedzę na temat GoT, którą ciągle przegrywał, mimo używania nicka RealJohnSnow. Hafþór przyznał, że jeśli jego postać ma umrzeć, to tylko podczas walki z dwoma smokami naraz, jeśli zaś miałby sam wybrać sobie rolę, chętnie wcieliłby się w Tyriona. W ramach dziwnych spotkań z fanami, przyznał, że mnóstwo osób prosi go o ściśnięcie im głowy jak Oberynowi. Crompton przypomniał nam też (po polsku), że „zima nadchodzi”, zaś kiedy przy drzwiach do sali zrobiło się zamieszanie, aktorzy przypomnieli najważniejszy tekst ostatniego sezonu, czyli „Hold the door”. Obaj sprawiali wrażenie bardzo sympatycznych, Ben to prawdziwy gawędziarz, fani żywo reagowali na wszystkie ciekawostki i odpowiedzi, a spotkanie było naprawdę udane.

Magdalena: Z piątkowych atrakcji muszę wspomnieć o świetnym, choć niestety bardzo kameralnym wieczornym koncercie – zespół Wicked Heads z Krakowa, grający muzykę inspirowaną m.in. filmami Davida Lyncha, był naprawdę rewelacyjny! Fani Gry o tron też wyglądali na zadowolonych ze swoich atrakcji, a Centrum Kongresowe w piątek tętniło życiem, co nastrajało pozytywnie względem reszty festiwalu.

Fot. Jakub Szczytowski

Fot. Jakub Szczytowski

Pirjo: No właśnie, pogadajmy o frekwencji. Poza pojedynczymi punktami programu (piątkowe spotkanie z aktorami Gry o tron, które przyciągnęło około 3–4 tysiące osób i było ogromnym sukcesem), frekwencja na Serialis była raczej niska. A było to przecież wydarzenie zupełnie darmowe. W sobotę na obiekcie znajdowało się „na oko” 300 osób (może więcej, ale sporo publiczności przychodziło na chwilę, nie zostawali na dłużej). W niedzielę obiekt był całkiem już „martwy”, naliczyłam kilkadziesiąt osób, głównie wolontariuszy. Pan od kawy był przeszczęśliwy, że przyszłam, bo „nareszcie miał do kogo usta otworzyć”. Około południa w niedzielę hale handlowa i gastronomiczna zaczęły się zbierać, pewnie w związku z brakiem klientów, co sprawiało przygnębiające wrażenie. Chciałam coś kupić, ale nie mogłam, bo sprzedawcy już zawijali kubeczki, koszulki i maskotki w folię i pakowali do pudeł. W zasadzie nie wiem, czy przedłużanie wydarzenia na niedzielę było dobrym pomysłem? Może trzeba było to wszystko skumulować w dwa dni?

Marianna: Myślę, że pierwsza edycja mogłaby wystartować skromniej i w takim wypadku zaskoczyć, a nie rozczarować, jak teraz. Zewsząd rozlegały się głosy, w impreza była źle rozreklamowana, a jednak na fanpage’u (który śledziłam od dość dawna) można znaleźć informacje, że wolontariusze zapraszali na wydarzenie w Gliwicach, Tychach czy na ul. Mariackiej w Katowicach, a także odwiedzili Polcon (chociaż to dosłownie parę dni przed Serialisem, zainteresowani, nawet jeśli dowiedzieli się o takiej imprezie, mogli mieć już inne plany). W Krakowie np. na przystanku Jubilat również wisi plakat promujący wydarzenie (chociaż zauważyłam go dopiero wracając do domu w niedzielę). No coś tu ewidentnie „nie pykło”.

Magdalena: Frekwencja to największy problem Serialisu. Myślę, że to przede wszystkim wina spóźnionej promocji – miesiąc przed festiwalem to by już było „na ostatnią chwilę”, a przecież jakieś większe akcje promocyjne to była dopiero kwestia ostatniego tygodnia. Ale też dość ubogi program mógł wpłynąć na decyzje potencjalnych uczestników; jeśli ktoś nie lubi Gry o tron i nie zna Doctora Who, to nie miał czego szukać na Serialisie. Spory problem wizerunkowy – podejrzewam, że druga edycja może mieć problem ze ściągnięciem wystawców i stoisk gastronomicznych, bo zdaje się, że w tym roku wszyscy, którzy mieli na Serialisie coś zarobić, wyjechali niezadowoleni.

Pirjo: No to teraz trochę o programie. Przyznacie chyba, że grafik Serialisu był dość monotematyczny i ubogi (głównie Gra o tron w piątek i Doctor Who w sobotę). Osoby niezainteresowane tymi konkretnymi serialami nie miały raczej powodu, żeby przyjeżdżać do Katowic specjalnie na nieliczne prelekcje czy projekcje związane z czymś innym. Z kolei jeśli się znajdowało akurat w grupie fanów GoT czy Doctora, atrakcji było co niemiara. Zachwycił mnie panel dyskusyjny o przyszłości Doctora – pokazał, jak wiele tematów otwiera się przy każdej rozmowie, i że nie da się ich wyczerpać w godzinę, można je najwyżej zasygnalizować – i prelekcja z feminizmem w tle, przygotowana przez Justynę Figas-Skrzypulec. Bo wiecie, choć mało różnorodny to merytorycznie program był ciekawy, z kategorii „inne” dużo ciepłych reakcji wywołało spotkanie z lektorem Tomaszem Knapikiem, a wieczorem projekcja filmu telewizyjnego Sharknado 4 z listą dialogową czytaną na żywo przez pana Knapika, natomiast w niedzielę rano super wypadło spotkanie z polskimi aktorami serialowymi, które jako jedyne niedzielne wydarzenie miało pełną salę. Sporo nowych rzeczy dowiedziałam się z prelekcji na temat crowdfundingu, a koleżanka, która brała udział w warsztatach charakteryzatorskich była nimi zachwycona. A co Wam podobało się najbardziej? Pochwalmy plusy!

Fot. Jakub Szczytowski

Fot. Jakub Szczytowski

Marianna: Co do programu, to na pewno nie było to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni – trudne wybory, bo na raz odbywa się pięć prelekcji i wszystkie ciekawe. Prelekcje często są główną podstawą konwentów i podobnych wydarzeń, bo nie wiąże się z nimi jakiś specjalny wkład finansowy i nie jest złą rzeczą, że Serialis chciał może odejść od tej bazy, zaproponować jakieś inne atrakcje, jakoś tym się wyróżnić. Problem w tym, że tych innych atrakcji nie było aż tak dużo, by wypełniły cały dzień i przyciągnęły tłumy. Spotkanie z aktorami z GoT, z Piotrem Polkiem i Arturem Barcisiem, z Tomaszem Knapikiem – bardzo na plus. Tak samo jak seans Sharknado 4, dla wielu wyraźnie pierwsze zetknięcie z franczyzą, ale reakcje publiczności bardzo żywe. Konkurs cosplay, z catwalkiem i DJem też robił wrażenie, nawet mimo małej liczby uczestników (a wszystkie stroje na bardzo wysokim poziomie). Warsztaty każdego dnia, na których wszystkie miejsca były zajęte i o których słychać same dobre rzeczy. No i można by powtarzać do znudzenia – piękny budynek i okolica. I bardzo smaczny falafel z foodtrucka.

Magdalena: Początkowo zapowiadało się na to, że dni z Grą o tron i Doctorem Who to będą tylko takie fanowskie dodatki do innych, licznych i bardziej „profesjonalnych” atrakcji. Można się zastanawiać, czy organizatorom coś mocno nie wypaliło w ostatniej chwili… Bo rzeczywiście, fani obu seriali mieli co robić, ale gdybym miała jechać na Serialis dla innych punktów programu, to z pewnością bym zrezygnowała, bo naprawdę nie byłoby tam co robić. Nie dlatego przeklina się konieczność bilokacji nawet na małych konwentach, bo marzy się o braku wyboru. Przez co absolutnie nie mam na myśli, że te pozafandomowe atrakcje były kiepskie – bo zrobiła na mnie wrażenie kreatywność organizatorów. Koncerty i czytanie Rekinado były rewelacyjne. No ale właśnie – fandomowe atrakcje. Nie liczyłam, jakie dokładnie były proporcje, ale wygląda to tak, jakby większość programu zrobiły organizacje fanowskie. Tradycja od fanów dla fanów to piękna rzecz, ale jeśli chcemy robić poważny festiwal, to chyba warto też dodać więcej od siebie, żeby to rzeczywiście było dodatkiem, a nie, właściwie, całym programem. W przypadku Gry o tron było widać współpracę między środowiskiem fanowskim, które przygotowało blok, a festiwalem, który zaprosił aktorów. Ale już dzień Doctora Who od organizatorów dostał niewiele.

I jeszcze konkurs cosplay, który był nieporozumieniem. Ale bardzo chwalono warsztaty charakteryzatorskie – świetny pomysł i doskonała okazja, żeby czegoś się nauczyć, jeśli kogoś to interesuje. Mnie ciekawiły warsztaty pisania scenariuszy, ale nie mogłam w nich wziąć udziału… Czy one w ogóle się odbyły? Nie było o nich nic w żadnej relacji, nie widziałam ani jednego zdjęcia na Instagramie.

Fot. Jakub Szczytowski

Fot. Jakub Szczytowski

Pirjo: A teraz na chwilkę zatrzymajmy się na największych absurdach wydarzenia. W konkursie cosplay wygrał ork z Władcy Pierścieni – trzeba baaaardzo szeroko spojrzeć na cykl Petera Jacksona, by móc go nazwać serialem! W kampanii promocyjnej denerwowała podawana szczególnie w początkowym okresie reklamowania Serialisu nieprawdziwa informacja, że to pierwsze tego typu wydarzenie w Polsce – hellou, Serialkon/SerialCon miał już trzy edycje! Zróbcie research zanim się za coś weźmiecie! No i jeszcze określenie „międzynarodowy” w nazwie festiwalu. Spotkanie z parą zagranicznych aktorów i anglojęzyczne warsztaty niekoniecznie czynią event międzynarodowym. Raz nawet testowo podeszłam z – polskojęzyczną – ulotką do przypadkowej wolontariuszki i zaczęłam do niej mówić po angielsku, wskazując na ulotkę. Ta panika w oczach tej dziewczyny! Ta dezorientacja! Zrobiło mi się przykro. A co Was najbardziej zaskoczyło lub rozbawiło?

Marianna: Ja mam bardzo prosty przykład, związany z moją podróżą do Katowic. Trasa jest mi dobrze znana, połączeń z Krakowem  sporo, miałam problem z wycelowaniem w godzinę, bo nigdzie nie znalazłam informacji o tym, o której otwierane są bramy festiwalu. Warsztaty dla zapisanych zaczynały się o 10:00, pierwsza prelekcja o 12:00, a zegar na stronie internetowej odliczał do (jak policzyłam na palcach wieczór przed) 11:00. A wystarczyło napisać w czwartek „Widzimy się jutro o…” i tyle.

Magdalena: Konkurs, w którym pierwszą nagrodę zdobył strój nieserialowy – z całym szacunkiem i sympatią do przemiłego orka, ale… naprawdę? Po co właściwie ten konkurs tam był? Nie pasował do reszty programu i raczej trudno nazwać go sukcesem, skoro mimo zatrudnienia specjalistek od cosplayu i podobno całkiem fajnych nagród prawie nikt się do niego nie zgłosił. Zostawmy cosplay konwentom.

O nazywaniu imprezy pierwszą tego typu aż żal wspominać, kiedy w ciągu ostatnich paru miesięcy mieliśmy dwa takie festiwale – o nieco innym charakterze, ale jednak na tyle podobne, że pomijanie ich jest po prostu przekłamaniem (oprócz SerialConu mam na myśli jeszcze warszawski festiwal NiNA Wersja Beta, który był chyba tym, do czego Serialis próbował aspirować, ale niezbyt mu wyszło).

Do tego brak podstawowych informacji, także tak kluczowych, jak noclegi dla prelegentów i gości, zdradzanie programu w ostatniej chwili – kiedy jednak uczestnicy potrzebują wiedzieć wcześniej, czy mają po co jechać – i… zastanawiam się nad identyfikacją wizualną festiwalu. Ładne logo z literą S i cyferkami przyciągało wzrok, ale… czy cokolwiek mówiło? Jeśli chcemy stworzyć rozpoznawaną markę, to chyba jednak lepiej, choćby na początku, podpisywać się zawsze pełną nazwą i bombardować informacjami (co, gdzie, kiedy) tak, żeby zapaść w pamięć, a nie tylko zaintrygować. To było za słabe.

A jeśli chodzi o wolontariuszy, też widziałam, jak snują się bez celu, nie są w stanie udzielać podstawowych informacji, wyraźnie za słabo przeszkoleni i niezaznajomieni z budynkiem. Miałam też sporą wątpliwość, widząc i słuchając opisów, jak wyglądała akredytacja dla mediów, cosplayerów, prelegentów i gości – był chyba jakiś problem z listami, bo różne osoby dostawały źle podpisane identyfikatory, nie wiedziały też, że z tytułem (np. gościa) wiążą się dodatkowe korzyści. Nie wszyscy, którzy powinni byli, dostali bonusy. To małe rzeczy, których tak bardzo trzeba pilnować!

Fot. Jakub Szczytowski

Fot. Jakub Szczytowski

Pirjo: Seriale są w Polsce bardzo popularne, długa i ciekawa jest też historia polskich produkcji telewizyjnych. Moim zdaniem na rodzimym rynku jest więc miejsce na kilka wydarzeń, które będą temat rozwijać, zapraszając lokalne jak i zagraniczne gwiazdy oraz serialowych ekspertów. Zainteresowanie tematem na pewno jest, trzeba je tylko podsycić i wykorzystać. Podsumowując można powiedzieć, że to konkretne wydarzenie było sporym rozczarowaniem (szczególnie że kosztowało ponoć milion złotych!!!), ale nie było porażką. Oprócz ewidentnych niedociągnięć miało też sporo plusów, w tym fajnych organizatorów, więc jestem ciekawa, czy owi organizatorzy wyciągną wnioski z tegorocznej edycji, czy wydarzenie będzie mieć kontynuację i jaka ona będzie. Bo wydaje mi się, że mogłaby być naprawdę super, szczególnie w ślicznych, odnowionych i tętniących życiem Katowicach! Pierwsze koty za płoty!

Marianna: Zgadzam się, że jeśli poprawi się trochę niedociągnięć, naprawdę łatwych do ogarnięcia (więcej informacji, papierowy program), wydarzenie ma duży potencjał, a coroczny przyjazd do sympatycznych Katowic na Serialis mógłby być miłym zakończeniem wakacji. Rozmowa z dyrektorem programowym Wojciechem Krzyżaniakiem i rzeczniczką prasową Katarzyną Szczytowską nastrajają pozytywnie. Ta mityczna kwota miliona złotych, o której pisały lokalne media, kazała nam się jednak poważnie zastanowić i spojrzeć krytycznym okiem, chociaż na debiutantów. Jako organizatorki podobnych wydarzeń, dysponujące wiele, wiele mniejszymi kwotami, zgodzicie się pewnie, że niektóre wady trudno wytłumaczyć. Chociaż jeśli miasto liczyło na promocję, to można nazwać sukcesem to, że wszyscy przyjezdni wprost zachwycali się Katowicami i budynkiem MCK. Serialisa na pewno nie skreślam.

Magdalena: Pytanie „gdzie ten milion” będzie jeszcze wiele razy się pojawiać. Mam nadzieję, że miasto da Serialisowi drugą szansę, organizatorzy poważnie zabiorą się za swoją pracę jak najszybciej i w przyszłym roku nie wyjedziemy z Katowic z poczuciem, że byliśmy na imprezie gorzej zrobionej i o uboższym programie niż mały konwencik w wynajętej na weekend szkole, kiedy obiecywano nam ogromną skalę, unikatowe atrakcje i zabawę jedyną w swoim rodzaju. Bo fajnie byłoby mieć choć raz w roku pretekst, by wpaść do Katowic i spotkać się ze znanymi z analogicznych imprez fajnymi ludźmi.

Fot. Jakub Szczytowski

Fot. Jakub Szczytowski

(Za udostępnienie zdjęć dziękujemy organizatorom festiwalu Serialis!)

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Marianna Rospond
Koneserka krakowskiego powietrza. Żyje przecząc ruchom wskazówek zegara – jest edytorką za dnia, w nocy zamienia się w entuzjastkę popkultury. Wie, co piszczy w fandomowej trawie i posiada pokaźną kolekcję kubków o tematyce okołofilmowej. Pisze do szuflady, wenę podtrzymując paliwem składającym się z herbaty i miłości do bohaterów fikcyjnych.

Magdalena „Lierre” Stonawska
Władczyni Czasu z Gallifrey(.pl) stacjonująca obecnie na Ziemi, gdzie w spowitym smogiem Krakowie przygląda się z fascynacją ludziom, kosmitom i smokom. Acafanka i kulturoznawczyni specjalizującą się w kreatywnej prokrastynacji. Marzy o wyprawie w TARDIS do starożytnego Egiptu, by sprawdzić, jakim zwierzątkiem naprawdę był Set i czy Echnaton był kosmitą.