Ile jest 45 minus 10? Słabo (Komisja morderstw S01E01–02)

Ile jest 45 minus 10? Słabo (Komisja morderstw S01E01–02)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Pomińmy wstęp: dawno się tak nie zawiodłem na krajowym serialu. A przecież nie oczekiwałem cudów na patyku, tylko poprawnego kryminalnego procedurala z ciekawym pomysłem wyjściowym. Przecież tajemnice przeszłości, do tego odsłaniane na mało opatrzonym Dolnym Śląsku, wydają się wymarzonym materiałem dla scenarzystów, producentów, reżyserów. Tymczasem pierwszy i drugi odcinek Komisji morderstw, zamiast intrygować i zachęcać do kolejnego, zostawiają z pytaniem, kto w ogóle dopuścił ten serial do produkcji, zamiast nakazać od nowa napisać scenariusze.

Tym zabawniejsza wydaje się decyzja władz telewizji publicznej, żeby przenieść serial z Dwójki, dla której był realizowany, do Jedynki. Była to ewidentnie próba ratowania sytuacji – tak bowiem wyszło, że między wiosennym Bodo a przeniesionymi na rok 2017 Morowymi pannami (zdjęcia jeszcze trwają) TVP 1 nie miała do zaoferowania żadnej nowości. Podebrała więc od młodszej siostry. Do tego odbyło się to tak pospiesznie, że w odcinkach, które oglądałem na tvp.vod.pl wciąż widniało logo Dwójki!

Tak więc zanim przejdę do pastwienia się nad Komisją, poruszę kwestię serialowej nierówności panującej między dwiema głównymi stacjami publicznymi. W ciągu ostatnich 10 lat Jedynce udały się (czyli wyszły poza 1 sezon) Ranczo, Ojciec Mateusz i Komisarz Alex. W tle o dobicie błaga Klan i da się czuć niesmak po przedwczesnym dobiciu Gliny. W tym samym czasie Dwójka miała Barwy szczęścia, Licencję na wychowanie, Oficera, Rodzinkę.pl, Pitbulla, O mnie się nie martw i Czas honoru. Do tego trwają (i mają się dobrze) M jak miłość oraz Na dobre i na złe, a po przejęciu formatu od Canal+ zrealizowano drugi sezon Krwi z krwi. Dysproporcję pogłębia fakt, że TVP 1 wydaje się robić seriale na hura (jak się uda, to się uda – a jak nie, to zapomnijmy o wszystkim), zaś TVP 2 ma coś na kształt strategii. Na przykład niezależnie od osoby dyrektora, praktycznie co roku próbując wprowadzić na ekran nowy kryminał.

Jak na razie największym sukcesem był Pitbull, serial z pomysłem na siebie, oryginalną formą, zapadającymi w pamięć bohaterami – i do tego widzowie potrafili zaakceptować, że nie jest Gliną (podstawowy zarzut stawiany każdemu serialowi kryminalnemu w Polsce). Następne tytuły nie miały już tyle szczęścia. Zresztą nie ma w tym nic dziwnego – każdy z nich (a mowa o Mroku, Nowej, Instynkcie, Paradoksie i Prokuratorze) miały jakiś wielki feler psujący dobre wrażenie robione przez całą resztą. Komisja morderstw – choć oglądamy ją we wtorki na Jedynce – jest szóstą i największą z dotychczasowych porażek TVP 2.

Bohaterami Komisji morderstw jest grupa wrocławskich policjantów skierowanych do Wydziału Spraw Niewyjaśnionych – jednostki stworzonej w celu rozwiązywania spraw sprzed lat. Takich, na których polegli inni śledczy, wypłynęły niedawno, bądź są od lat przedawnione. Że pomysł jest perspektywiczny, niech świadczy fakt, że podobne amerykańskie Dowody zbrodni doczekały się 7 sezonów. Komisji nie wróżę podobnej długotrwałości, a twórcom zaleciłbym obejrzenie dzieła amerykańskich (i nie tylko – kilka odcinków wyreżyserowała Agnieszka Holland) kolegów.

W pierwszym odcinku w zamurowanym magazynie pocztowym robotnicy znajdują paczkę ze zmumifikowanymi ciałami dwójki dzieci. Dzieci okazują się wnukami wybitnego wrocławskiego (czy raczej breslauerskiego) hematologa, porwanymi bez śladu w latach 30. Śledztwo odsłania całą plejadę wynaturzeń, od chorych relacji seksualnych, po systemowy i prywatny antysemityzm oraz kult fałszywych autorytetów. W odcinku drugim łowcy skarbów wygrzebują w ruinach radzieckiej bazy wojskowej ocynkowane trumny. Ponieważ jedno z ciał było ubrane w mundur amerykańskiego generała, dochodzi do dyplomatycznego spięcia pomiędzy Polsą, Rosją a USA. Do tego jeden z poszukiwaczy umiera na chorobę popromienną…

Jak widać z tego krótkiego i unikającego spojlerów streszczenia – w Komisji morderstw dzieje się wiele, a każda sprawa ma więcej niż jedno dno. Tak prezentują się najlepsze współczesne telewizyjne kryminały. Co z tego jednak, skoro każdy z odcinków nie mieścił rzeczy, które chcieli w nie upchać twórcy?

Takie Dowody zbrodni potrafiły w 45 minutach odcinka zmieścić rzetelne śledztwo i bogate w szczegóły retrospekcje, zaś w Komisji morderstw retrospekcje to zaledwie teatralne inscenizacje (co akurat można uznać za zamierzone) z podłożonym z off-u głosem świadka, a policjanci większość pracy dochodzeniowej wykonują poza ekranem, błyskawicznie wiążąc fakty. Trzeba odnaleźć kogoś, kto miał kontakt z Sowietami stacjonującymi w Legnicy w latach 60.? Akurat ojciec inspektora Stasińskiego znał oficera łącznikowego LWP, więc jedyne, co trzeba, to pojechać do domu opieki i pomęczyć staruszka, żeby ten zeznał prawdę. A jak sprawdzić, czy powojenne oskarżenia stawiane Izaakowi Silbermanowi były prowokacją SB? Nijak, wystarczy, że aspirant Hertz oznajmi, że właśnie odebrał telefon z IPN-u.

Kochani autorzy Komisji morderstw (baza filmpolski.pl wymienia, że jest was 2 reżyserów i 4 scenarzystów): w serialu o odkrywaniu mrocznych zagadek przeszłości sensem powinno być właśnie odkrywanie. Kwerenda w archiwach, mozolne szukanie nowych śladów w zakurzonych pudełkach z dowodami, wydobywanie z dziurawej pamięci ostatnich żyjących świadków tego jednego niezatartego szczegółu, który poprowadzi do prawdy. Wy tymczasem załatwiacie to gdzieś na marginesie, jak jakiś nieciekawy epizod, który trzeba szybko klepnąć, by pójść dalej.

Fot. TVP 1

Fot. TVP 1

Narzekałem kiedyś, że misyjne programy w telewizji mają łopatologiczny przekaz. Komisja morderstw udowodniła, że nawet prosty procedural może pójść o krok dalej. Do historii przejdzie dialog o rachowaniu lat:

Inspektor Grześkowiak: W Breslau przesyłki niedoręczone trzymano do 10 lat.

Hertz: W takim razie wysłali ją w 35-tym, bo poczta przetrzymywała je 10 lat, a przestała działać w 45-tym. 45 minus 10 równa się… 35.

Grześkowiak (uśmiechając się): No raczej tak.

Stasiński: Ale mogło też być w 36-tym, 7-mym, 8-mym. Chodzi o to, żeby było m n i e j niż 10 lat, aspirancie Hertz.

Na szczęście pozostałe dialogi są już nieco lepsze. Wciąż jednak brak im rysu oryginalności, jakby oprócz rozwiązywania zagadek, twórców brzydziły zapadające w pamięć epizody i interakcja między bohaterami. Wiemy wprawdzie, że Stasiński ma jakieś traumy wyniesione ze służby w Bośni, Grześkowiak jest cięta na Stasińskiego, a Hertz jako wątły ciałem komputerowiec odróżnia się od starych psów z Fabryki – jednak nic z tego nie wynika. Jeden jedyny raz Stasiński ma okazję pokazać gorszą stronę osobowości, kiedy na urodzinach komendanta przystawia się do pani komendantowej. Wtedy widać, że Krzysztof Pieczyński ma pomysł na swojego bohatera, który to ma być kimś w rodzaju wrednych palantów znanych z kryminałów skandynawskich. Małgorzacie Buczkowskiej i Marcelowi Sabatowi nie dana była nawet taka szansa na popisanie się talentem i obdarzenia postaci osobowością. Pytanie, czy dostaną taką szansę w przyszłości. Pytanie również, co z Pawłem Małaszyńskim, czwartą gwiazdą serialu. Na razie nie odegrał ważnej roli, migając jedynie na drugim planie.

malaszynski

Purystom krzywiącym się na każde odstępstwo od realizmu (a to istotna grupa wśród polskich telewidzów) nie spodoba się sama idea Komisji morderstw. Policja zajmująca się sprawami przedawnionymi bądź popełnianymi poza jej jurysdykcją (np. w niemieckim Breslau)? Czy nie logiczniej byłoby uczynić bohaterów śledczymi IPN albo – jeśli przestępstwo nie kwalifikuje się na zbrodnię wojenną czy polityczną – pracownikami jakiejś fundacji? Postać granego przez Małaszyńskiego doktora Frejncza w sam raz nadaje się na kogoś w tym typie – niezależnego fascynata wkraczającego tam, gdzie nie sięga prawo i policja. Na razie jednak Małaszyński pojawiał się tak rzadko, że trudno się domyślić, czy taka oczywista oczywistość wpadła do głów szóstce twórców.

To zarazem dowód, że po raz kolejny (rok temu było tak z Prokuratorem) nie wiadomo właściwie jaki serial oglądamy. Konwencja powinna być wytłumaczony widzowi w pierwszych minutach – nawet jeśli konwencją jest brak konwencji. Tymczasem Komisja morderstw gubi się w próbach samookreślenia. Olbrzymia, designerska sala, w jakiej pracuje Wydział Spraw Niewyjaśnionych przypomina dekoracje do Komisarza Aleksa. Z kolei ciężar gatunkowy opowiadanych historii sugeruje coś bardziej realistycznego.  Podobnie konwencji nie potrafią wytłumaczyć zdjęcia, raz skandynawsko zimne, kiedy indziej ciepłe jak w Ojcu Mateuszu.

Fot. TVP 1

Fot. TVP 1

Zdjęcia do Komisji morderstw odbywały się latem i jesienią 2015, a preprodukcja, prace scenariuszowe i castingi jeszcze wcześniej. Trudno więc winić obecne władze TVP za efekt. Właściwie można by z Komisji morderstw zrobić koronny argument na degrengoladę panującą w telewizji publicznej w minionych latach, bo taki pilot nie powinien w ogóle wejść do produkcji. Naprawdę nikt nie zauważył tych dialogów, przełomów w śledztwie branych znikąd i braku chemii między bohaterami? A może zauważył, ale jak już coś popsuta telewizyjna maszyneria wkręci w swoje tryby to nie ma odwrotu?

Tą popsutą maszynerią był system ROPAT (Rejestracja i Obsługa Propozycji Audycji Telewizyjnych), w którym dochodziło do kuriozalnych sytuacji w rodzaju, że kiedy jeden projekt trafiał po rejestracji na półkę i spędzał tam osiem lat, inny był rejestrowany czysto pro forma, bo decyzja o produkcji zapadła długo wcześniej. Dzieckiem takiego systemu jest właśnie Komisja morderstw.

Jednakże to przeszłość. W czerwcu tego roku ROPAT został zastąpiony przez NOS (Nabór Ocena Selekcja), w zamierzeniu autorów nowatorski proces naboru propozycji dla telewizji publicznej.  Ta nowatorskość ma polegać na przejrzystości (przyjęte tytuły oraz nazwiska oceniających je ekspertów są jawne) oraz ścisłych ramach czasowych (nie dłużej niż 90 dni). I choć ostateczna decyzja należeć będzie do zarządu (dziwne gdyby nie należało), to królować ma obiektywizm, racjonalność i praca nad już przyjętymi projektami.

I choć o ocenie będzie można mówić najwcześniej w przyszłym roku, to z wyników właśnie zakończonego pierwszego etapu (oceny przez trójkę ekspertów) można wyczytać ciekawe rzeczy. Na przykład to, że z 6 zgłoszonych propozycji wieczornego serialu sensacyjnego epizodycznego (takim jest np. Komisja morderstw) warunki formalne spełniły 4, a przez sito recenzenckie przeszła tylko jedna – z wytęsknieniem oczekiwany 3 sezon Gliny. Ale ponieważ Glina został jednocześnie przeniesiony do kategorii wieczornego serialu sensacyjnego kontynuacyjnego, oficjalnie nie zakwalifikował się nikt. Podobny los spotkał jeszcze serial historyczny na stulecie odzyskania niepodległości.

Czyżby to oznaczało, że scenarzyści nie potrafią? Na SerialConie wielokrotnie słyszałem, że krajowi autorzy dają radę, tylko fatalne warunki finansowe i czasowe nie pozwalają im rozwinąć skrzydeł. Dwa pierwsze odcinki Komisji morderstw sugerują, że jednak nie dają.

Kiedy na SerialConie opowiadałem o 7 grzechach głównych polskich seriali z nadzieją, że to będzie jedna z tych opinii, które się dezaktualizują zaraz po wygłoszeniu. Naprawdę nie chcę być w tym przypadku autorem nieśmiertelnego klasyka. Komisja morderstw ma jeszcze 8 odcinków, żeby się uratować, ale fatalnego pierwszego wrażenie nic nie naprawi.

PS: Równolegle z Komisją morderstw premierę miała powieść jednego ze scenarzystów, Krzysztofa Kopki, Złoty pociąg. Dzieje się w uniwersum serialu, stanowi więc rzadki w Polsce przykład wspomagania telewizji przez inne medium.

Komisja morderstw
crime drama
TVP 1, 2016–

Piotr Górski

Krakowianin, Nowohucianin. Urodził się i na tym właściwie kończą się dramatyczne momenty jego biografii. Ekspert od seriali rosyjskich. Dużo czyta. Trochę pisze.