Będziemy palić światła w teatrze (Artyści, S01E01–02)

Będziemy palić światła w teatrze (Artyści, S01E01–02)

Artykuł zawiera trochę spoilerów.

30 dni – tyle okresu zdjęciowego było już za twórcami, gdy w Telewizji Publicznej odbyła się zmiana warty. Nowe kierownictwo nie patrzyło już na Artystów tak przychylnym okiem jak poprzednicy. Sam serial jest pomysłem w wielu aspektach nowatorskim, a jego aktualna tematyka może budzić słuszne obawy. In-house’owy projekt TVP, przedstawiany jako element spełniania misji propagowania kultury i sztuki, zgodnie ze statutem mediów publicznych – rzadkie postulaty biorąc pod uwagę, jak obecnie w Polsce wygląda kultura tworzenia serialu. Warto podkreślić, że seriale autorskie mające fabułę opartą nie na wątkach kryminalnych, nie na zagranicznych formatach albo nie tworzone na zasadzie „dziewczyna poznaje faceta” nie powstają na polskim rynku, nie ważne, czy w mediach publicznych, czy komercyjnych. Dodatkowo, Artyści to ciekawa forma celebracji obchodzonej w tym roku wyjątkowej rocznicy – 250-lecia istnienia teatru publicznego w Polsce. Teatr wyciąga do nas rękę nie tylko ze scen w całym kraju, ale teraz również ze szklanego ekranu. Mam nadzieję, że przekonam was, że warto tę rękę chwycić.

Fot. TVP2

Fot. TVP2

Brzmi dobrze, ale projekt po drodze przeżył wiele perypetii. Artyści dali na siebie czekać dobrych parę miesięcy, w ostatniej chwili wyrzuceni z lutowej ramówki na rzecz podwójnego wydania Sondy 2 (skądinąd niezbyt udanej próby odgrzania formatu sprzed lat). Powód oficjalny? Premiera serialu w atrakcyjniejszym paśmie jesiennym przyciągnie przed telewizory większą ilość widzów. Jakież było moje zdziwienie, gdy wrześniową premierę Artystów zaplanowano na oglądalnościowe „pasmo śmierci” – poniedziałek po 23:00! Nie wyglądało na to, że stacji zależy na tym, by ktoś obejrzał ich własną produkcję. Nie wiem, czy powinnam to zrzucić na karb tego, że zdjęcia rozpoczęły się jeszcze za dyrektury poprzedzającej rządy Jacka Kurskiego czy na to, że serial ten stał się trochę niechcianym dzieckiem poprzednich porządków, oddawanym w ręce kolejnych wujków i cioć. Czegokolwiek by nie powiedzieć, ostatecznie Artystów możemy oglądać w piątki o 22:10, ale tylko i wyłącznie dzięki staraniom reżyserki serialu Moniki Strzępki, która sama przyznała, że o projekt walczyła do ostatniej chwili, wydzwaniając osobiście do prezesa TVP aż do zmiany miejsca w ramówce.

Zupełnie inaczej czyta się serial w kontekście ostatnich zawirowań wokół Teatru Polskiego we Wrocławiu, pomimo że zdjęcia do niego powstały ponad pół roku przed wybuchem samego skandalu. Wiele osób związanych ze środowiskiem teatralnym podkreśla prawdziwość mechanizmów rozbudowanej biurokracji, od lat podcinającej skrzydła inicjatywom artystycznym. Polityczne gierki odzwierciedlone w Artystach są boleśnie aktualne. Nie tylko w kontekście afery z konkursem na dyrektora Polskiego i skandalicznym początkiem kadencji Cezarego Morawskiego czy konfliktem na linii aktorzy – nowa władza Teatru Studio w Warszawie. Kultura wysoka, pozbawiona politycznych naleciałości, nie służąca ideologiom, jest marginalizowana albo powoli, ale sukcesywnie zastępowana treściami bardziej odpowiednimi według miejskich ratuszy. Co dzieje się, gdy na teatr największy wpływ mają osoby bez odpowiedniego wykształcenia i wrażliwości koniecznej przy prowadzeniu tak specyficznej jednostki kulturalnej? Artyści powinni dać nam odpowiedź, przedstawiając losy (na szczęście) fikcyjnego Teatru Popularnego. Już w pierwszym odcinku czuć jak bardzo aktualny jest ten serial w dzisiejszej Polsce, pomimo lżejszej, lekko humorystycznej konwencji, jaką narzucili Strzępka i Demirski.

Fot. TVP2

Fot. TVP2

Dyrektor Teatru Popularnego popełnia spektakularne samobójstwo, pozostawiając zespół bez kierownictwa w połowie sezonu. Pośpiesznie rozpisany konkurs (przerażająco realistyczny swoją drogą) wygrywa Marcin Konieczny (Marcin Czarnik), pełen entuzjazmu, aczkolwiek nieznany i niezbyt doświadczony reżyser spoza Warszawy. Specjalnie podkreślam ten element – podział na istnienie teatru stołecznego i tzw. „prowincjonalnego” (co jest niezwykle krzywdzące, bo każdą scenę, poza warszawską, tak się w teatralnym żargonie nazywa) przekłada się na realne zaszłości. Teatr Popularny, w serialu mieszczący się w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie (też uważam to za element sporo mówiący, biorąc pod uwagę konflikty na linii zespół–dyrektor w mieszczącym się w Pałacu realnie Teatrze Studio) to monumentalne i ponure gmaszysko (fantastyczne wnętrza centrum administracyjnego kombinatu w Nowej Hucie) i jednocześnie zatopiona w czasie, bezwieczna instytucja, o niedoświetlonych wnętrzach i grubych murach. Koniecznego czeka nie lada wyzwanie, by ruszyć z marazmu ten zakurzony przybytek, w którym odbywają się dwie premiery w sezonie (to naprawdę bardzo mało). Jego początkowy entuzjazm gaśnie w konfrontacji z bezlitosnymi realiami. Zmagający się z problemami osobistymi, znerwicowany Konieczny inaczej wyobrażał sobie swój pierwszy dzień pracy. Księgowa widząca go w korytarzu ucieka z krzykiem i barykaduje się w swoim gabinecie. Siedzący w małej stróżówce portier Popieł (Edward Linde-Lubaszenko) ignoruje go – na jego przyjaźń nowy dyrektor musi jeszcze zasłużyć.

Tak samo pod górkę młody dyrektor ma ze skłóconym zespołem, który znajduje jednak jednoczący ich element – niechęć do nowego kierownictwa. Wybuchowa mieszanka aktorów, którym w karierze powiodło się różnie, fantastycznie rezonuje z rzeczywistością. Są rozerwani pomiędzy tasiemcami telewizyjnymi i teatrem karierowicze (zabawna jak na razie postać Tomasza Karolaka), znerwicowani brakiem propozycji posiadacze kredytów we frankach (Dobromir Dymecki), divy sceny (egzaltowana Antonina Choroszy), młode egotyczne artystki zaraz po szkole, ledwo wiążący koniec z końcem mieszkańcy teatralnych garderób, kończąc na gwiazdach sceny ceniących słusznie swoje poświęcenie i czas (tyle ile trzeba, ale nigdy minutę więcej, w wydaniu Krzysztofa Dracza). Gdyby tego jeszcze było mało okazuje się, że Konieczny, który przyjął to trudne dyrektorstwo po obietnicach dofinansowania jego nowej wizji artystycznej, zostaje bez grosza na nową premierę, już po zaangażowaniu i ściągnięciu przyjaciół z prowincji (często rezygnującym dla niego z pewnych etatów przy innych scenach). Sól na ranę sypie beznamiętny, wyzywająco dyletancki wobec specyficznego świata teatru dyrektor finansowy Sterczyński (Adam Cywka), pytający Koniecznego czym jest ta „inspicjentka” i podkopujący każdą decyzje dyrektora, najwyraźniej mając w kieszeni innych siedzących w ratuszu przełożonych. Dodatkowo na progu teatru pojawia się kompletnie pijany przyjaciel z dzieciństwa dyrektora, niedoszły piłkarz Jaskuła (Michał Majnicz), proszący o załatwienie pracy. Na pierwszy rzut oka jedynym sprzymierzeńcem Konieczego jest jego nowy asystent (Tomasz Nosiński), nerwowy „spadek” po zmarłym poprzedniku. „To co ja będę robił?” – pyta przerażony sekretarz, gdy Konieczny oznajmia, że od dziś sam będzie robił sobie kawę. „To mój przywilej i obowiązek, proszę mnie go nie pozbawiać!”.

Fot. TVP2

Fot. TVP2

Wraz z Koniecznym stajemy wobec trudnego dylematu – poddać się czy pomimo przeciwności brnąć w swoją wizję, przeciwstawiając się karykaturalnemu Ratuszowi. Presja ze strony przyjaciół, rodziny, współpracowników – czy oddalająca się wizja jest tego warta? Fabuła brzmi bardzo poważnie, ale tandem Strzępka & Demirski znaleźli według mnie złoty środek pomiędzy przysłowiową tragedią a komedią. Błyskotliwe dialogi to taki komplement, który przychodzi od razu do głowy, kiedy myślę o scenariuszu Pawła Demirskiego, znanego dotychczas w roli dramatopisarza (wystarczy podać W imię Jakuba S. czy Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej z wałbrzyskiej sceny teatralnej). To, co sprawdza się na scenie, najwyraźniej działa też na małym ekranie, Monika Strzępka z powodzeniem reżyseruje jego teksty w obu okolicznościach. Artyści to ich wspólny debiut telewizyjny, który rokuje pozytywnie nieprzypadkowo – oboje podkreślają, że przygotowując się do realizacji, sporo się z serialem jako formą oswajali, szczególnie obserwując jego formułę i konstrukcję na zagranicznym gruncie. Tę obserwację widać, chociaż wraz z inspiracją, do swojego projektu przeszczepili parę zachodnich mielizn. Po dwóch odcinkach widać, że pomimo oryginalnej, nieopatrzonej tematyki (nareszcie serial nie o szpitalach i restauracjach), Artyści odziedziczyli pewną szablonowość fabuły. „Chyba gdzieś to widziałam” – ciśnie się wielokrotnie na usta podczas oglądania uniwersalnych dylematów bohaterów. Czy jednak musi być to zarzut? Niekoniecznie, trzeba jednak poczekać do finałowego odcinka, by wydać ostateczną ocenę, zaś samym twórcom nie można odmówić kreatywności w adaptowaniu obcych motywów na polskie warunki.

Artyści nie są hermetyczni, sam sposób ich konstruowania pokazuje, że aspirują do stworzenia serialu popularnego, dla większej niż teatralna widowni. Autorzy przyznają, że wiele czerpali z zagranicy, wymieniając wśród źródeł natchnienia przy konstruowaniu głównego bohatera protagonistę z Mr. Selfridge. Kto ma wprawniejsze oko lub interesuje się teatrem, znajdzie też w serialu sporo branżowych żarcików – ale bez obaw, bez takiego klucza ogląda się Artystów równie dobrze. Bawi jednak niezmiernie odnalezienie Garbaczewskiego w postaci reżysera Krzysztofa Schillera, anegdotka o „Warlikowskim” pijącym na koszt firmy w barze (co podobno jest inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, ale nie mam z kim tego skonfrontować). Walory nie kończą się na świetnym tekście i aktorstwie, trzeba też powiedzieć o klinicznych, wyważonych zdjęciach Bartosza Nalazka. Dawno w polskim serialu nie było tak spójnej wizji artystycznej pomiędzy scenariuszem, zdjęciami, a nawet muzyką (niepokojący, elektroniczny soundtrack Jana Duszyńskiego).

Czy teatr ma szansę trafić pod strzechy dzięki swojemu telewizyjnemu występowi gościnnemu? Liczę, że po obejrzeniu Artystów chociaż paru widzów zdecyduje się na wizytę w teatrze repertuarowym albo chociaż zmieni sposób postrzegania teatru. Brzmi to trochę górnolotnie, ale często spotykam się z ciągle pokutującym przeświadczeniem, że teatr to rozrywka dla znudzonych pretensjonalnych elit albo kolebka samozadowolenia zamkniętych grup społecznych. Jaka jest prawda o teatrach publicznych? Głodowe pensje, niedofinansowane premiery, pośpiech, pośpiech, pośpiech. Brzmi znajomo? Teatr jest mniej odklejony od rzeczywistości niż można by się spodziewać. Mam nadzieję, że Artyści to nie tylko jednorazowa wymówka, argument, że TVP wypełnia misję telewizji publicznej. Istnieje realna szansa, że serial dodatkowo utoruje drogę kolejnym ambitniejszym projektom serialowym. Jego sukces byłby dobrym precedensem – może wtedy okaże się bardziej opłacalne zainwestować telewizji w serial artystyczny, a nie kolejny tasiemiec.

Fot. TVP2

Fot. TVP2

Artyści
comedy drama
TVP2, 2016–

Ania Stachowiak

Pochodzi z Bydgoszczy, o którą kiedyś zahaczył Napoleon, co od razu ukształtowało jej historyczne – i serialowe – zainteresowania. Studiuje produkcję filmową i telewizyjną, więc poza tym co na ekranie, zwraca uwagę na newsy z planu i zakulisowe machinacje.