Fot. Showtime

Grande finale (Penny Dreadful, S03)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Czas wrócić do pieczołowicie przez nas omawianego na łamach Pulpozaura Penny Dreadful. Nowy sezon – jak się okazało ostatni – drużyna zaczyna w rozproszeniu. Mamy więc nadzieję, że szybko znów się połączą i stawią czoła niebezpieczeństwom, a w międzyczasie wyskakujemy razem z wiktoriańską gromadką poza Londyn a nawet poza Europę, poznajemy inne rodzaje magii (szamańska!) i kilka odrębnych kulturowo nadnaturalnych kontekstów. I nawet jeśli można zadać podstawowe pytanie PO CO to rozproszenie, a już szczególnie w świetle decyzji o zakończeniu serialu, po co „expanded universe”, zamiast skupienia się na tym co znamy i domknięciu rozgrzebanych malowniczo wątków – to oczywiście sezon i nowe lokacje ogląda się miło. W ogóle odkąd odpuściłam sobie zastanawianie się nad głębszym sensem (czyż nie o to chodzi w „powieściach groszowych”? O efekciarstwo i brak głębi? O dramatyczny efekt dla samego efektu?) i że twórcy nie są w stanie pewnych rzeczy przeprowadzić, mogą tylko stopniowo się poprawiać, a radykalnych zmian na lepsze nie będzie – wyluzowałam i wzięłam serial na klatę takim, jakim jest. Czyli nierównym, mętnym, ślicznie zrobionym, z fantastycznymi „momentami”. Z wysmakowanymi scenami, których poetycki rozmach zapiera dech. Serialem frustrująco niedoskonałym (bo widzimy potencjał dla perfekcji, potencjał zmarnowany i roztrwoniony). Ale frustracja jakby mi zmalała. A Ty co myślisz? Czy wyprawa dookoła świata przysłużyła się Penny Dreadful w finałowym sezonie serialu?

Fot. Showtime

Fot. Showtime

Mysza: Nie do końca się zgodzę, że istotą Penny Dreadful jest tania podnieta, tak jak to miało miejsce w przypadku jego literackich pierwowzorów. John Logan nie raz wypowiadał się na temat swojej miłości do poezji i inspiracji nią, i echa tych klimatów czuć w serialu bardzo silnie. Trudno jest mi więc nie próbować doszukiwać się w nim głębi i istotnych przesłań na temat natury człowieczeństwa, życia, śmierci, relacji międzyludzkich, natury zła, itd.

Masz jednak absolutną rację pisząc, że Penny Dreadful frustruje jeszcze bardziej właśnie dlatego, że widać w nim potencjał na coś więcej – na serial przemyślany, poruszający, dopracowany i niepowtarzalny. A tak otrzymaliśmy chaotyczny, pozbawiony sensownego tempa zlepek pięknych scen, poetyckich dialogów i niezapomnianych postaci, które już zawsze będę wspominać z równą dozą sympatii, co i rozgoryczenia.

Niemniej uważam, że poszerzenie świata serialu – jakkolwiek by nie było bezsensowne biorąc pod uwagę jego planowany koniec i pospieszne, niechlujne „domknięcie” wątków (używam cudzysłowu nie bez powodu, bo trudno ten finał nazwać domknięciem czegokolwiek) – wyszło mu na dobre. Pod względem zaprezentowania niezapomnianych czy olśniewających wizualnie scen, sezon trzeci miał naprawdę dużo do zaoferowania, czy to w postaci rudego bezkresu amerykańskiej prerii, czy umiejętnego wprowadzenia wątków grozy znanych z powieści Brama Stokera. Zresztą abstrahując od samego finału, wątek Draculi – to, jak został w serialu przedstawiony i pokazany – to moim zdaniem najlepsze, co ten serial zrobił. Tak więc suma summarum wydaje mi się, że na przestrzeni całego swojego run’u, serial ten miał raczej tendencję zwyżkową. Żałuję tylko, że tak jak Ty nie byłam w stanie podejść do niego z nieco większym dystansem. Być może wtedy nie byłabym tak zawiedziona finałem.

Pirjo: Sezon jak zwykle obfituje w ogromną ilość popkulturowych nawiązań – a mam tu na myśli popkulturę epoki. Wydarzenia historyczne i nowe postacie, konstruowane wątki.  Zaczyna się od śmierci Tennysona w Londynie, potem mamy od razu pylisty dziki zachód w sepii. Sir Malcolm wyrusza by uratować swojego przyszywanego syna, Ethana. Pojawia się nam dr Jekyll. To zalążek wątku, który kończy się znacząco i bardzo wiktoriańsko: trzej „męscy mężczyźni” planują wspólnie okiełznanie kobiety i kobiecego żywiołu, czyli udomowienie Lily. Uczynienie z niej na powrót „porządnej kobiety”. Do kompletu specjalistów z epoki brakuje mi chyba jeszcze doktora Moreau. No ale zamiast tego mamy w tym sezonie nowego przystojnego naukowca,  Alexandra Sweeta, który wkrada się w łaski Vanessy, by ją uwieść i zaskoczyć swoją prawdziwą tożsamością. Tymczasem Vanessa, demoniczna matka i oblubienica Lucyfera trafia na kolejny trop z epoki – na psychoanalityczną kozetkę do lekarki zastanawiająco przypominającej jej zastępczą matkę z poprzedniego sezonu, dobrą czarownicę.

Fot. Showtime

Fot. Showtime

Na twarzy Vanessy nareszcie – na mgnienie! – gości uśmiech. Ach, złudzenia! Nauka nie poradzi sobie z klątwą. Vanessa stara się odzyskać swoje życie, wykazuje inicjatywę,  podrywa tego podejrzanie miłego pana przyrodnika i randkują w najlepsze w opustoszałym, osieroconym przez bohaterów Londynie. Przy pierwszych odcinkach ciągle piszczałam z radości. Renfield! Bedlam! Sufrażystki! No właśnie, na sam koniec  przeglądu popularnych tropów – Renfield i Dracula, nierozłączna para. Urzekający szczególnie w upojnie typowej scenie inicjującej ich jakże klasyczną relację. Na marginesie napiszę, dołączając się do Twoich zachwytów, że Christian Camargo to mój ulubiony Dracula od czasu Oldmana (wybacz, Draculo z Buffy, spadasz na trzecie miejsce), szczególnie jeśli chodzi o zdolności uwodzenia i mamienia ofiary. I akurat ten wątek całkiem mi się podobał i tak jak Tobie – „zrobił mi sezon”. Dracula w PD jest rozkoszny, intrygujący, a nawet bym powiedziała, że… ekhem… świeży. Podobało mi się też, że zarówno Vanessa jak i Ethan otrzymują w trakcie oddalenia nowy, ładny, niekoniecznie jednak zdrowszy love interest. Ale ich przeklęta star-crossed miłość jest i pozostaje do końca osią fabuły.  Bo MUSI. On jest jej obrońcą (choćby przed samą sobą), a ona jego przeznaczeniem. I kropka. Żadne miłostki wampirzo-wilkołacze tego nie zmienią. Prawda?

Mysza: Prawda. Team Ethan/Vanessa forever! :D

Podobnie jak Ty, z wypiekami na twarzy i radosnymi piskami pochłaniałam kolejne odcinki sezonu numer trzy. Dracula to jedna z moich ulubionych książek i wyłapywanie kolejnych nawiązań do niej sprawiało mi niesamowitą frajdę, przede wszystkim dlatego, z jaką zręcznością i finezją wątki te zostały wprowadzone.

Fot. Showtime

Fot. Showtime

Scena, w której Renfield spotyka Draculę po raz pierwszy to, moim zdaniem, najlepsza scena w całym Penny Dreadful, a także przykład poglądowy na to, jak umiejętnie operować napięciem i grozą w jednej scenie – przy pomocy dźwięków, muzyki, kadrowania, oświetlenia, montażu, gry aktorskiej. Tu zresztą należy pochwalić zarówno Samuela Barnetta w roli Renfielda (cóż za idealne wyważenie pozornej niewinności, niepokojącej obsesji i politowania godnej służalczości), jak i wspomnianego przez Ciebie Christiana Camargo. Zatrudnienie tego aktora do roli Dr. Sweeta/Draculi było genialnym wyborem i w pełni popieram Twoją klasyfikację najlepszych odtwórców tej roli.

Muszę co prawda wspomnieć, że początkowo liczyłam na to, że Camargo – znany chociażby z bardzo mrocznej roli w serialu Dexter – został obsadzony wbrew swojemu wizerunkowi „tego złego” i będzie grał Sweeta jako postać miłą i uroczą i być może dołączy do naszej dzielnej drużyny obrońców Vanessy. Ale reveal, że Sweet jest w istocie Draculą szalenie mnie ucieszył i pokazał, że nie bez powodu wciąż da się w serialu dojrzeć niemały potencjał. Co jak co, ale obsadę serial ma naprawdę bezbłędną – nowe postaci grane przez Shazada Latifa (Jekyll) czy Perditę Weeks (Catriona) świetnie się odnalazły w świecie stworzonym przez Logana, jeśli oczywiście przymkniemy oko na to, jak bardzo okazały się niewykorzystane pod koniec sezonu. Jednak nawet stara gwardia miała w tym sezonie kilka fantastycznych scen do zagrania – warto chociażby wspomnieć o Billie Piper, której poruszająca gra w scenie, gdy Lily wyjawia Victorowi sekret ze swojej przeszłości, szalenie mnie wzruszyła i ujęła. Także Josh Hartnett miał w tym sezonie wiele do zagrania, dzięki kilku mocnym scenom, w których Ethan wreszcie konfrontował się ze swoim ojcem, brawurowo zagranym przez Briana Coxa.

Fot. Showtime

Fot. Showtime

Pirjo: Właśnie, czas na wątki, choć przyznam, że one są zawsze w Penny Dreadful mocno pretekstowe i nigdy się nimi nie przejmuję. Bohaterowie starają się rozwikłać tajemnice z własnej przeszłości i dążą do samopoznania. Vanessa na kozetce odpamiętuje dawne traumy, Caliban szuka informacji o swojej rodzinie z czasów, gdy był człowiekiem. Ethan wraca do ojca (no, nie z własnej woli, ale jednak), a może raczej mierzy się z co najmniej trzema father figures, jakie ma. Daddy issues czy Kung Fu Panda? Czasem ciężko powiedzieć… Ale scena z bluźnierczą wersją „Ojcze nasz” była wspaniale dramatyczna, czyż nie?! Z tematem rodziny borykają się też postacie znajdujące się nieco na uboczu – od pierwszego odcinka serii bardzo ciekawie zapowiadał się wątek Doriana, Lily i ich nowej, przyszywanej córeczki. Coś jakby echa Klaudii z Wywiadu z wampirem, prawda?

Dorian od początku serialu plątał się po ekranie nieco marginalny, jego historia rzadko się przecinała z głównymi wątkami. Niestety, tak zostaje do końca. Powraca też Dracula, co troszkę pozwala spiąć opowieść klamrą, bo słyszeliśmy o nim już w sezonie pierwszym. I jego pojawienie się przywraca sens sytuacji, gdzie Vanessę przed wampirem broni wilkołak. Swoją drogą scena, w której wilki rozprawiają się z Dziećmi Nocy w chińskiej dzielnicy… mrrr. Cudna. Wracają też nieco porzucone wątki egipskie z pierwszego sezonu. Jest trochę zgodnego  z duchem epoki, ale też z nastrojami jakie mamy współcześnie ruchu w stronę „silnej kobiecości”. Lily stara się wyzwolić kurtyzany, Vanessa łączy siły z kobietą – naukowczynią. Ale tak troszkę chaotyczne to wszystko. I nowe postacie tylko liźnięte, powierzchowne.

Mysza: Niestety pod wieloma względami Penny Dreadful wydaje się uosobieniem powiedzenia, że „nie wszystko złoto, co się świeci”. Choć z wierzchu wygląda przepięknie i często dobrze się zapowiada, ostatecznie stworzony w serialu klimat i zaprezentowane wątki do niczego nie prowadzą. Ani nie jest to zabawa formą „groszowych koszmarów”, epatująca grozą, krwią i sensacją dla taniej podniety, ani nie jest to głęboka, poetycka metafora ludzkich zmagań z ich własnym istnieniem. Niby mamy progresywną tematykę – feminizm, seksualność, choroby umysłowe – a z drugiej strony na każdym kroku można odnieść wrażenie, że twórcy nie do końca przemyśleli, co tak naprawdę mają na dany temat do powiedzenia.

Fot. Showtime

Fot. Showtime

W gruncie rzeczy cała ta chaotyczność, widoczna w każdym aspekcie serialu – od wprowadzania postaci i wątków, aż po zachowanie postaci czy tempo narracji – jest najbardziej widoczna w osobie Vanessy. Logan nie ukrywał, że jej los i walka są osią całej fabuły; tym trudniej jest mi pogodzić się z takim a nie innym zakończeniem jej historii, zwłaszcza że przez 3 sezony budowano ją jako silną, niezależną, niezrozumianą, ale wciąż pełną nadziei kobietę. Być może kluczowe jest tu rozdzielenie drużyny – fakt, że pod koniec drugiego sezonu każdy został sam ze swoimi demonami, a Vanessa odczuła tę samotność najmocniej. Niemniej trudno mi nie mieć do Logana pretensji o to, jak potraktował swoją silną heroinę. I jak bardzo historia tej dysfunkcyjnej, patchworkowej, ale kochającej rodziny rozeszła mu się w palcach. Zamiast dostać na koniec fajerwerki, zaserwowano nam gasnące z cichym sykiem zimne ognie. Jaki był tego sens?

Fot. Showtime

Fot. Showtime

Pirjo: Niestety, nie mam pojęcia… i to pytanie zostanie chyba na wieki retoryczne. Ech… Skoro nie da się pochwalić treści, to porozmawiajmy może jeszcze fangirlowo o głównych postaciach. Eva Green za swój ekstatyczny performans zasługuje na wszystkie nagrody. Świetna, egzaltowana  bohaterka, nieustanny aktorski popis. Dla niej jednej warto obejrzeć Penny Dreadful, a przecież po piętach depczą jej i Billy Piper, i Patty LuPone, i Rory Kinnear w roli Calibana. Chciałam tez oficjalnie powiedzieć, że Josh Hartnett jest najprzystojniejszym wilkołakiem ever, nawet w wersji campowo-wilczej bronią się jego piękne, głębokie oczy, jego kości policzkowe, jego atletyczna sylwetka. I nawet gdy zetnie długie włosy jest słodziakiem. Och, tak. Postacie są lepsze od fabuły. A Ty masz może coś do powiedzenia o bohaterach, w ramach podsumowania?

Mysza: Tylko tyle, że będą za nimi tęsknić, bo mimo wszelkich niedociągnięć, egzaltowanych dialogów i momentami przeszarżowanych występów, bardzo się zżyłam z tymi postaciami. To dzięki Penny Dreadful po latach niewyjaśnionej niechęci wreszcie przekonałam się do Evy Green i zrozumiałam, jak ciężkim aktorskim wyzwaniem było zagranie panny Vanessy Ives. To dzięki Penny Dreadful po latach odżyła we mnie miłość do Josha Hartnetta i przypomniałam sobie, że sympatia ta nie brała się wyłącznie z jego ujmującego wyglądu, ale także z jego imponującego aktorskiego wachlarza. Penny Dreadful ukazało mi talent Harry’ego Treadawaya (brata bliźniaka Luke’a, którego pokochałam w sztuce The Curious Incident of the Dog in the Night-Time), przypomniało mi jak bardzo lubię Timothy’ego Daltona, udowodniło że Rory Kinnear wielkim aktorem jest, oraz że Billie Piper nie kończy się jedynie na swoim występie jako Rose w Doctor Who.

Wiem, że mimo wszystkich narzekań, Penny Dreadful będzie serialem, do którego niejednokrotnie jeszcze wrócę – i to nie tylko dlatego, że analizowanie go sprawia mi równie wiele frajdy, co frustracji. Wiem, że wrócę właśnie dla aktorów i postaci, w które się wcielili. Zostaną ze mną na długie lata. Być może także – a może zwłaszcza! – ze względu na swój nie do końca spełniony potencjał.

Fot. Showtime

Fot. Showtime

Pirjo: Chciałabym też pochylić się nad cudowną, niespodziewaną konsekwencją rozbicia i rozproszenia drużyny – serial, niczym literacki Dracula, stał się powieścią epistolarną. W każdym odcinku mamy listy, które piszą do siebie postacie, a na dodatek postacie opowiadają sobie historie – długie i ważne. W każdym chyba odcinku dostajemy tę klasyczną, szkatułkową konstrukcję, co jest bardzo trudno zrobić na ekranie nie zanudzając widza. Oczywiście, serialowi nie zawsze się udaje, bywa przegadany. Bywa trochę nudny. Z ręką na sercu, zdarzały się nudne i pretensjonalne momenty w tym sezonie. Ale wątek epistolarny to ogólnie sukces. Sir Malcolm i Vanessa wymieniają refleksje i spostrzeżenia, on w podróży po świecie, ona – ku wyzwoleniu ducha. I jest to piękne.

Mysza: W ogóle mam wrażenie, że pod względem klimatu i swoistej reinterpretacji wielu wątków, konwencji czy tematów z okresu wiktoriańskiej literatury, Penny Dreadful radziło sobie całkiem nieźle. Osobiście jestem wielką fanką tekstów epistolarnych (Carrie Stephena Kinga już zawsze będzie moją ulubioną jego książką właśnie ze względu na tę formę) i tak jak Ty cieszę się, że był to tak istotny element serialu. Oczywiście nie wszyscy byli tego samego zdania – niejednokrotnie słyszałam, że odcinki flashbackowe Vanessy należały do najgorszych. Z drugiej strony opinie te często wyrażały osoby, które żywiły do Vanessy antypatię czy wręcz aktywną niechęć, i złorzeczyły, że to właśnie panna Ives jest główną bohaterką. Dla mnie akurat ten argument zawsze był mocno wydumany – jeśli nie odpowiada nam główny bohater serialu (a to twórca podejmuje decyzję, kogo nim uczynić), to po co go w ogóle oglądać? I choć sama często przyłapywałam się na myśli „Fajnie by było zobaczyć, co w tym czasie robi Ethan” (jak widać, mój ulubiony bohater ), rozumiałam, że John Logan chce się skupić na postaci Vanessy; że to właśnie z nią – i Calibanem – najbardziej się identyfikuje. Tak więc jedyne, co mi pozostaje to mieć pretensje o to JAK dane postaci czy wątki zostały poprowadzone, a nie o sam fakt ich istnienia. Ale to już rozgoryczona dygresja na inną rozmowę.

Fot. Showtime

Fot. Showtime

Pirjo: W takim razie na koniec – odcinek finałowy. Towarzyszy mi poczucie zagubienia, gdy o nim myślę. Popatrz, Ethan chronił tę biedną, przeklętą dziewczynę przez tyle odcinków, tylko po to, żeby ją zabić, bo nie dało się inaczej, i od początku miało tak właśnie być. A nigdy nawet nie byli razem, chyba że w snach. Bez względu na to, czy podoba mi się takie rozwiązanie czy nie, wątek Vanessy był jedynym, który uzyskał jakieś wyraźne zakończenie. Dorian został sam jak palec – a przecież na pewno by się przydał w starciu z Draculą, jako nieśmiertelny. Dracula uciekł gdzie pieprz rośnie. Zło chwilowo się rozpierzchło. Lily też gdzieś sobie polazła, może będzie budować nowe armie złożone z ulicznic. Caliban znów stracił wszystko, co miał. Rozproszona drużyna po ponownym połączeniu wydaje się jeszcze bardziej rozbita niż uprzednio. Czy decyzja o skasowaniu serialu była słuszna? Czy serial skończył się, jak powinien? Czy apokalipsa w toksycznie mglistym Londynie spełniła swoje zadanie? Jak myślisz? Jakie wrażenie po sobie zostawił, gdy już go możemy ocenić „po całości”? Czy rzeczywiście będziesz do niego wracać?

Mysza: Wracać będę na pewno, ale sądzę, że Penny Dreadful już zawsze będzie wzbudzać we mnie równie wiele pozytywnych, jak i negatywnych emocji. W tym negatywne z pewnością będą się skupiać na finale serialu. Choć jak wieść gminna niesie John Logan w połowie sezonu drugiego wymyślił, jak serial ma się zakończyć i kiedy ma się to stać (więc stacja i producenci rozpoczynali sezon trzeci wiedząc, że będzie ostatnim), nie mogę się opędzić od straszliwego poczucia krzywdy.

Fot. Showtime

Fot. Showtime

Czuję się oszukana obejrzawszy finał Penny Dreadful nie tylko ze względu na mnogość niepozakańczanych wątków i mnóstwo pytań, które po sobie pozostawił, ale przede wszystkim ze względu na zakończenie wątku Vanessy. Choć jest smutna poezja w tym, że to Ethan – jej obrońca, jej ukochany i przeznaczony jej wybawiciel – stał się przyczyną jej śmierci, nie mogę się pogodzić z przesłaniem, jakie niesie w sobie takie, a nie inne zakończenie. Cała ta walka z samą sobą, próby zaakceptowania swej mrocznej strony, poznania i zrozumienia własnych wewnętrznych demonów—wszystkie te bitwy stoczone przez drużynę, wszystkie wyrzeczenia i poświęcenia… to wszystko na nic? Wszystko było od początku skazane na porażkę? To po co to było? Po co było to pokazywać? Do czego to ma doprowadzić? Do tego, że Ethan i Malcolm zamieszkają razem, niczym szczęśliwa rodzina? Że Victor, Lily i Dorian będą nieszczęśliwi, każde idąc przez życie samotnie? Że Caliban nigdy już nie odczuje takiego zrozumienia ze strony drugiej istoty, jak to miało w przypadku Vanessy?

Rozumiem, że być może oczekiwanie po Penny Dreadful szczęśliwego zakończenia to mrzonka, ale nie sądzę, by oczekiwanie satysfakcjonującego zakończenia było zbyt wygórowanym wymaganiem. A nie bójmy się tego powiedzieć: finał Penny Dreadful nie jest satysfakcjonujący, nie tylko jako koniec sezonu, ale przede wszystkim jako koniec serialu. Było tam jeszcze mnóstwo miejsca i materiału na kolejne historie. Ci bohaterowie byli pełni życia i pozbawianie ich go w tak obcesowy, pospieszny, niezręczny sposób moim zdaniem wręcz im uwłacza. Mieliśmy szansę otrzymać naprawdę dobry serial o tym, co to znaczy być człowiekiem i jaka jest natura zła. Zamiast tego dostaliśmy piękną katastrofę, która już zawsze będzie kojarzyć się z bólem zawodu. Pozostaje tylko zanucić „a miało być tak pięknie” i wpatrywać się w zdjęcie Josha Hartnetta w puchatym sweterku. A przynajmniej ja mam taki plan.

Pirjo: Amen to that…

Fot. Showtime

Fot. Showtime

Penny Dreadful
supernatural drama, horror
Showtime, 2014–2016

Mysza
Fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie.

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.