Krwawe żniwo prac społecznych (Misfits)

Krwawe żniwo prac społecznych (Misfits)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Każdy regularny widz ma jakiś serial, który go w pewnym sensie ukształtował – czy to jako odbiorcę popkultury, czy to człowieka, a zazwyczaj w obu tych kwestiach na raz. Trudno ograniczać się nawet do podania jednego tytułu. U mnie do takich seriali zalicza się Misfits i któż raczy wiedzieć, co to o mnie świadczy.

Misfits posiadali w mojej licealnej klasie status kultowy – przez co mam na myśli, że oglądało ich przynajmniej pięć osób i to tych, które czasem ze sobą rozmawiały. To jeden z pierwszych seriali, które śledziłam na bieżąco, aż się naturalnie skończyły. Re-watche już miały miejsce, ostatnio nawet całościowy, w kolejności sezonów 3–5, 1–2. Z perspektywy  czasu wydaje mi się jednak, że to taki serial, o którym trudno mówić i pisać, jeśli odbiorcą ma być ktoś niewtajemniczony. Zarys fabuły można jeszcze ogarnąć: piątka młodych ludzi, skazanych na roboty publiczne, zostaje rażona prądem podczas dziwnej burzy i zyskuje przez to różne moce. Co się dzieje dalej wzbudza już tylko zdziwienie.

Serial poszedł trochę drogą Skins, też ze stacji E4 i w 2009 roku bardzo na topie, ale mimo tego zdołał utorować sobie własną niszę i pokazać coś oryginalnego. Też było o młodych ludziach i bez cenzury, a tam, gdzie z początku widać było tylko stereotypy, po jakimś czasie można było ujrzeć inne oblicza, drugie dno. Śmieszne albo wręcz głupkowate sceny przeplatały się z poważnymi problemami i momentami wzruszeń. Za ten osobliwy miks Misfits zostali nawet nagrodzeni Baftą za najlepszy serial w 2010 roku. Lauren Socha, grająca angielską dresiarę, zgarnęła statuetkę dla najlepszej roli drugoplanowej.

For. Channel 4

For. Channel 4

Serial można podzielić na trzy etapy: ten z oryginalną obsadą, etap przejściowy i nową obsadę. Im dalszy sezon tym rosła liczba odcinków, rosła też epizodyczność wątków, chociaż zawsze wszystko spinał metaplot. Wiąże się to zapewne z tym, że im dłużej znaliśmy bohaterów, tym bardziej ciekawiły nas ich przygody, nie backstory. Pierwszy sezon jednak po mistrzowsku wiąże odkrywanie kolejnych kart związanych z ASBO five, jak nazywa się główny trzon obsady, z sytuacją, w której się znaleźli. W świecie, w którym ludzie nabywają dziwne nadprzyrodzone moce, ich oryginalne zastosowanie ładnie wiąże się z osobowością bohaterów. Taki był od początku plan i mam wrażenie, że w toku serialu czasem o tym zapominano przy rozdysponowywaniu darów. Tymczasem niewidzialność, którą nabywa Simon, idealnie łączy się z tym, jaki jest wyobcowany i niechciany, a Curtisa umiejętność cofania się w czasie uruchamia się tylko wtedy, kiedy czuje on autentyczny żal i skruchę – taka metafora jego zaprzepaszczonej kariery, „och, gdybym mógł zrobić coś inaczej”.

Pierwszy sezon poświęcił każdemu bohaterowi osobny odcinek, wyjaśniający pochodzenie ich mocy i to, czym zajmowali się przed wykonywaniem swojego wyroku. Z odcinka na odcinek widać było lepiej, że Nathan, najgłośniej żartujący i obrażający ludzi, ma też soft side i ciężkie dzieciństwo. Kelly i Alishia, „dresiara” i „puszczalska”, okazują się mądrymi życiowo, zaradnymi i czasem niepewnymi siebie dziewczynami. Simon po prostu chciałby mieć przyjaciół. Curtis uczy się, że nie jest lepszy od innych. Drugi sezon, pozornie na chwilę, rozszerza wątek podróży w czasie, przede wszystkim zaś rozwija naszą relację z bohaterami. Kiedy więc po Christmas special żegnamy się z Nathanem (zakulisowo, Robert Sheehan znalazł inne ciekawe wyzwania) – postacią, która była jakby kwintesencją Misfits – dla niektórych kończyła się pewna epoka. I ponownie wrócę tu do swoich licealnych doświadczeń – nawoływaliśmy się nazwajem niemal do bojkotu serialu. No bo jak to, bez Nathana?

Z perspektywy czasu muszę jednak powiedzieć, że zastępujący go Rudy, początkowo niemal kalka – też ten pyskaty, trochę głupkowaty – to najlepsze, co spotkało ten serial, a przynajmniej, żeby nie być aż tak górnolotną, po prostu moja ulubiona postać. Trzeci sezon każe Rudy’emu być zastępczym Nathanem, reszcie bohaterów, szczególnie Simonowi i Alishii, pozwala skończyć rozpoczęty w poprzednich sezonach wątek. Pamiętam, jak w trakcie oglądania dałam się nabrać na zakończenie historii w środku sezonu, a potem dałam się zaskoczyć ostatecznemu rozwiązaniu. Wracając jednak do Rudy’ego. Wcielający się w niego Joe Gilgun, sam w sobie postać bardzo kolorowa, „ten nowy”, stanął przed trudnym zadaniem zastąpienia fan favorite, i widać, jak w trzecim sezonie, może bardziej z powodu scenariusza, jest dość wierną kopią Nathana, tylko z innym akcentem. Aktorsko staje jednak przed innym wyzwaniem – gra w sumie dwie postaci, ponieważ mocą Rudy’ego jest rozdwajanie się, a dokładnie, Rudy i Rudy Too, jak nazywamy jego drugą wersję, są uosobieniem split personality disorder. Rudy jest wesołym, trochę bezmyślnym chłopakiem, który nie chce źle, ale robi mnóstwo głupich rzeczy, nad którymi się nie zastanawia. Jego alter ego wiecznie się zamartwia, przerabia na głos wszelkie kompleksy i wytyka sobie (sobie samemu i swojemu towarzyszowi) wszystkie wady. Tak więc Rudy, koniec końców postać w serialu najdłuższa stażem, nie tylko z the funny one staje się bardziej skomplikowaną i wzbudzającą uczucia postacią, ale i liderem nowej bandy. Z lubością oglądamy rozwój jego postaci, poważniejsze podejście do związków, rodziny i swojego własnego życia, a także burzliwą relację z Rudym Too, reprezentującym te cechy, których Rudy się sam w sobie najbardziej wstydzi. Rudy jest właśnie przykładem tego, co w Misfits tak dobrze się udaje: emocjonalne przywiązanie do postaci, które czasem na pierwszy rzut oka wydają się niegodne uwagi czy też bardziej nadające się do wulgarnej kreskówki dla dorosłych, gdzie gagi są ważniejsze niż osobowość. Rudy kiedyś użył folii spożywczej jako prezerwatywy. I tak go kocham.

Fot. https://media.giphy.com/media/q279agwFNEyQM/giphy.gif

Właśnie, jeśli chodzi o fabułę, jak już wspominałam – trudno mówić o pewnych rzeczach, bo bez kontekstu, nie tyle kontekstu danej sytuacji, co kontekstu całego serialu, często brzmią przedziwnie, durnie albo może niezrozumiale. Przykładowo – villainem ostatniego odcinka drugiej serii jest gość kontrolujący mleko i inne pochodne z laktozą. Pewna babcia dzierga swetry, które pokazują przyszłość. Jeźdźcy Apokalipsy jeżdżą na BMX-ach a szatan używa skautów jako swoich wyznawców. I tak dalej. Mnóstwo jest w tym serialu żartów z cyklu niepoprawnych, szczeniackich, których fanką nie jestem, ale w wykonaniu Misfits jakoś je trawię, a niektóre pamiętam do dziś. Akcja z jednej strony przypomina teen dramę, z drugiej jest nawiązaniem do seriali superbohaterskich, chociaż emisja skończyła się w sumie zanim superbohaterowie na dobre zagościli na naszych ekranach. Mamy jednak zdobycie tajemniczych mocy, godzenie się z tym faktem, używanie ich do dobrych i złych celów. Kwestia superbohaterstwa jako pełnoetatowego zajęcia jest podejmowana kilka razy, nie tylko w formie cytatów ze Spidermana o odpowiedzialności, a pomarańczowe kombinezony, które bohaterowie noszą do pracy, stanowią swojego rodzaju uniformy, super suits, które są bardzo wyraźne na tle wszechobecnej, dominującej w serialu szarości.

Miejsce akcji też jest wyjątkowe, choć z pozoru typowe do bólu. Właściwie nie wychodzimy poza obszar blokowiska, które zamieszkują nasi bohaterowie. Podobno znajdujemy się w granicach miasta Londyn, ale nikt o tym nigdy nie mówi na głos, a rozglądając się wkoło, nie widać ani śladu Londynu z pocztówek czy nawet innych brytyjskich seriali. Wszystko dzieje się „na dzielni”, która właściwie ogranicza się do: community centre, gdzie bohaterowie spędzają całe dni, zmywając pojawiające się każdej nocy graffiti; do sztucznego jeziora, jednego baru i niekończących się betonowych ścieżek, balkonów i murków. Jedynym elementem zielonym jest właściwie tylko lasek pod wiaduktem, gdzie nasi misfits zakopują zwłoki (swoich, cudzych, przypadkowych) ofiar.  Ten szary świat, cement i asfalt, wydaje się jednak zawieszony w jakiejś innej niż nasza rzeczywistości i po pewnym czasie nikogo już nie dziwi, że dzieją się tam rzeczy dziwne, ale i cudowne. Tylko tam burza zostawiła trwałe ślady w postaci niezliczonych osobników obdarzonych mocami. Dzielnica rządzi się swoimi prawami i staje się bardziej osobnym jestestwem, żyjącym, pulsującym miejscem jak z baśni, tłem miejskiej legendy – nie zaś zbiorem bloków o złej infrastrukturze, który nie daje swoim mieszkańcom żadnych możliwości rozwoju. Chociaż, z drugiej strony, chyba tylko widz widzi w tym coś nawet uroczego. Bohaterowie chętnie wyrwaliby się stamtąd jak najdalej (jak Kelly, która skończyła rozmontowując miny w Ugandzie).

Fot. Channel 4

Fot. Channel 4

Po trzech latach od zakończenia serialu muszę odbębnić obowiązkowe where are they now. Przez serial przewinęło się mnóstwo guest stars, wiadomo, że wskroś całej brytyjskiej telewizji śledzenie tych samych twarzy to w sumie nie wysiłek, z Misfits sprawa ma się jednak tak, że występy były tam zawsze bardzo zabawne albo zapadające w pamięć. Tak na przykład Missandei z Gry o tron przez pierwsze parę odcinków kojarzyła mi się ze swoją specyficzną rolą (sezon 3, odcinek 1), a występujący w trzecim sezonie Muszkieterów Matt Stokoe też nie może być tam przeze mnie brany na poważnie, nie tylko z powodu dziwnej grzywki. Dla niektórych Jessica Brown Findley to Sybil z Downton Abbey, ja nie widzę jednak młodej damy, a mściwego ducha. To mowa jednak o postaciach z drugiego planu. Główni gracze poradzili sobie całkiem nieźle. Iwan Rheon umarł niedawno właśnie w GoT, ku uciesze tłumów, niedługo zobaczymy go zaś w roli młodego Hitlera. Antonia Thomas dostała główną rolę w nowym serialu szykowanym przez ABC. Robert Sheehan pojawił się w paru filmach, a niedługo zobaczymy go w drugim sezonie Fortitude. Nathan Stewart-Jarrett zagrał jeszcze w kolejnym kultowym serialu, Utopii. Lauren Socha może bez specjalnych sukcesów, ale ciągle pracuje. Podobnie Karla Crome i Nathan McMullen (którego akurat można było podziwiać jako elfa w Last Christmas, odcinku Doctora Who). Last but not least, mój faworyt Joseph Gilgun, który złapał kilka ról w kinie i telewizji, ostatnio zaś razem z Ruth Neggą (w drugim sezonie z mocą teleportacji!) szaleje w Preacherze. Misfits dla głównej obsady było naprawdę dobrym starterem, głośnym, docenianym, w którym mogli się popisać, a wcale nie zostali potem zaszufladkowani w rolach podobnych młodocianych złoczyńców.

Mieliśmy w te wakacje na Pulpozaurze trochę powrotów i nostalgii, było o Sagali i o FNL, a mój powrót do Misfits trochę się w ten nurt wpisuje. To jeden z tych seriali, który nauczył mnie czekać z odcinka na odcinek, przyglądać się zakulisowym machinacjom, dyskutować z tygodnia na tydzień, co się stanie. Oglądałam go jeszcze przed moimi wielkimi fandomami, zanim Doctor Who nauczył mnie rozwiązywania paradoksów czasowych. Przedstawił mi całe grono aktorów, których mogłam potem przez lata śledzić. Pokazał mi satysfakcjonujące zakończenie. Dlatego z pewnym niepokojem przeczytałam o planach stacji Freeform dotyczących reboota serii, nie tylko dlatego, że nie ufam tej stacji, ale też dlatego, że może pamiętamy jeszcze, jaką porażką była amerykańska wersja Skins. Sprzeciwiam się takiemu szarganiu czci tego serialu, który w sumie na szarganiu czci się opiera. Kto wie, może uda się jednak, jak udało się z Shameless? Amerykańska wersja powoli się zbliża, dlatego gorąco polecam zapoznanie się z oryginałem, zanim reboot trafi pod strzechy. Dajcie się zaskoczyć sympatycznemu Ramsay’owi Boltonowi.

Misfits
science fiction, dark comedy
Channel 4, 2009–2013

Melepeta

Koneserka krakowskiego powietrza. Żyje przecząc ruchom wskazówek zegara - jest edytorką za dnia, w nocy zamienia się w entuzjastkę popkultury. Wie, co piszczy w fandomowej trawie i posiada pokaźną kolekcję kubków o tematyce okołofilmowej. Pisze do szuflady, wenę podtrzymując paliwem składającym się z herbaty i miłości do bohaterów fikcyjnych.