Fot. TVP

Teatr na rozstajach (Artyści S01E01–04)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Piotr na tak: To co, Piotrze, Artyści właśnie dotarli do połowy sezonu, więc można powiedzieć, że już coś o nich wiemy. Do finału oczywiście jeszcze długa droga, ale większość rzeczy jest w miarę jasna. Zaskoczyć nas może jeszcze jakiś zwrot akcji, ale tematykę, styl obrany przez Demirskiego i Strzępkę, poziom aktorstwa i warstwę techniczną już znamy na tyle dobrze, by móc ją oceniać. I wrażenia są bardzo pozytywne. Jestem na tak.

Piotr na nie: A ja na nie. Dziwią mnie ludzie obwołujący Artystów nową jakością (albo wręcz geniuszem wyrastającym cudownie z intelektualnej pustki), kiedy tymczasem to sprawny serial. Nieco lepiej wykonany, ale jednocześnie wcale jakoś nie odstający od tego, co w polskiej telewizji już było.

Piotr na tak: Co ty? Przecież nietypowe miejsce akcji, jakim jest teatr…

Piotr na nie: Komediantki Sztwiertni z 1986 nie pamiętasz?

Piotr na tak: Sorry, wrzucając do jednego wora seriale współczesne i peerelowskie, prawie zawsze wygrają te drugie. Zwyczajnie było ich więcej, twórcy nie bali się nietypowych tematów i miejsc akcji, a jeśli serial wpisywał się w potrzeby władzy, zaś reżyser miał chody, można było liczyć na pieniądze i rozmach. Artystów jednak przede wszystkim (bo o PRL też wspomnimy) trzeba rozpatrywać w kontekście współczesnym.

Piotr na nie: W takim razie proszę. Twarze i maski w reżyserii Feliksa Falka. Osiem odcinków, miejscem akcji fikcyjny warszawski Teatr Miejski. Konflikty między aktorami, dyrekcją, reżyserami i władzą. Tło społeczne i polityczne. Akcja toczy się na przestrzeni 25 lat, więc oglądamy bohaterów i w PRL, i w III RP. Do tego Twarze i maski są z 2000 roku, więc nie można powiedzieć, że ot tak, o nich zapomnieliśmy. A jednak zapomnieliśmy.

Fot. TVP

Fot. TVP

Piotr na tak: Może po prostu miały małą oglądalność? Artyści też się z tym borykają. Pierwszy odcinek obejrzało 460 tys. osób, drugi zaledwie 317 tys., w trzecim wzrosło do 387 tys. widzów. Raczej więc pół miliona nie przeskoczy. To za mało, żeby „normalny” (Artyści są „misyjni”) serial dostał przedłużenie na kolejny sezon. Czas honoru, też przecież misyjny i prestiżowy, potrzebował do tego ponad dwumilionowej oglądalności.

Kiedy rozmawiałem na ten temat na fejsie, padła teza, że taki serial po prostu nie nadaje się do telewizji. Zauważ, że w minionych latach jednocześnie dokonały się aż trzy ewolucje: serialu, metod dystrybucji oraz widza. W rezultacie w otwartej telewizji naziemnej nie obejrzysz niczego o poziomie przewyższającym serial typu CSI. Lepsze seriale ogląda się w płatnych kablówkach typu HBO, a najlepsze na Netfliksie. I choć Polska jest za mała na odtworzenie amerykańskiego rynku w skali 1:1, to potencjalni widzowie Artystów już się zdążyli nauczyć, że takich seriali nie zrobi zwykła telewizja. Nawet nie zechce im się czekać na określoną godzinę w określony dzień tygodnia, żeby sprawdzić. Ktoś może pomęczy się z tvp-owskim VOD albo spiraci serial z neta. Ale to mała grupa wariatów. Pozostali czekają na pierwszy oryginalny polski format w Netfliksie.

Piotr na nie: To teraz telewizyjnym mesjaszem jest Netflix? Bo pamiętam, że jeszcze parę lat temu taką rolę pełniło HBO. Składaliśmy rytualny hołd Glinie, po czym stwierdzaliśmy, że jak tylko HBO się weźmie i zrobi serial to, panie, czapkami nakryje konkurencję, a świat cały się zachwyci. W końcu kiedy zrobili Watahę, ta została przyjęta z rezerwą i trzeba było czekać na ciepłe oceny na Zachodzie (w tym w Wielkiej Brytanii), żeby HBO zdecydowało się na drugi sezon. Więc sorry, Piotrze, jak Netflix zrobi polski serial, to w internecie przeczytamy o nim to samo, co o Watasze, Artystach i paru innych niby przecież przyzwoitych produkcjach.

Fot. TVP

Fot. TVP

Piotr na tak: Czyli co niby?

Piotr na nie: W przypadkowej kolejności: że martyrologia, że ciągle ci sami aktorzy, że wtórne, że miałkie, i że – to najważniejsze – brak realizmu.

Piotr na tak: Nie no, teraz już żartujesz. To wszystko dostrzegasz w Artystach? Zrealizowanym przez Narodowy Instytut Audiowizualny serialu dwójki teatralnych wizjonerów, Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki? Ale dobra, jak chcesz się skompromitować, to proszę. Gdzie tu martyrologia.

Piotr na nie: Duchy, przyjacielu. Pamiętaj, że w słowniku polskich telewidzów „martyrologia” to odwoływanie się do postaci i wydarzeń historycznych w innym celu niż dla beztroskiej rozrywki. Granicą byliby Czterej pancerni. Wszystko poważniejsze od nich jest martyrologią. Którą brzydzimy się jak przedszkolak szpinakiem.

Duchy w Artystach są fajnie, nie powiem. Podoba mi się, jak zaczynają jako element tła, żeby potem coraz bardziej ingerować w rzeczywistość. Zaczęli się odzywać. Podejrzewam, że niedługo nie tylko pani Helena będzie z nimi w kontakcie. Nie zmienia to faktu, że obecność Bogusławskiego przypomina o mrokach historii, czyli jest martyrologią. Nawet jeśli zamaskowaną.

Piotr na tak: Dobra, uznajmy to. A że ciągle ci sami aktorzy?

Piotr na nie: Karolak.

Piotr na tak: Przecież on jest tylko jeden! Próżno szukać w serialu plejady gwiazd. Zresztą rola pana Tomasza – aktor Tomek Gwiazdor chałturzący w telewizji, robiący tam pieniądze, spóźniający się przez to na próby i nielubiany przez ledwo wiążącego koniec końcem Kredyta – to oczywiste mrugnięcie okiem i dowód na umiejętność  śmiania się z samego siebie.

Piotr na nie: Nawet najlepsze chęci nie zmienią faktu, że na widok Karolaka przeciętny widz zachodnich seriali – a takim jestem – dostaje białej gorączki. Można nawet robić przeliczniki: jeden Karolak wkurza jak trzech Dorocińskich albo półtora Adamczyka. Za to nawet stu Braciaków ogląda się bez żadnych pretensji. Możesz zarzucać, że to głupie, ale taki już jestem. Przyznam się nawet do hipokryzji: analogiczną sytuację w serialach brytyjskich (tam za całą telewizję robą trzy plany i czterech aktorów) mam za jej wielką zaletę. Nie krzyczę: znowu Benedict Cumberbuc, niedobrze się robi, ale piszczę: boski Benedict, więcej go, więcej!

Fot. TVP

Fot. TVP

Piotr na tak: Wtórność?

Piotr na nie: Toż mówiłem. Komediantka. Twarze i maski.

Piotr na tak: Bez takich! O tych serialach pamiętamy tylko my. Proszę o uczciwą odpowiedź, względem czego Artyści są wtórni.

Piotr na nie: Przede wszystkim Slings and Arrows. Teatr szekspirowski, który po samobójczej śmierci dyrektora obejmuje młody ideowiec.  Do tego poprzednik wraca do teatru jako duch. Większe podobieństwo byłoby plagiatem.

Piotr na tak: Tu mnie masz. Ale to tylko punkt wyjścia, potem każdy serial idzie swoją drogą. A podobieństwa mogą być niezależne. Los poprzedniego kierownika to równie dobrze aluzja do tragicznej śmierci Edwarda Żentary (zresztą poprzedzonej długim konfliktem w prowadzonym przezeń tarnowskim teatrze). A Szekspir? Przecież Schiller (serialowy reżyser, nie niemiecki poeta) powiedział, że Sen nocy letniej to sztuka napisana w kryzysie twórczym i o kryzysie opowiadająca. Co by lepiej pasowało do teatru w tarapatach?

Piotr na nie: Zerknij na Filmweb. Jeden z komentatorów porównuje Artystów do The Knick. Twierdzi, że zdjęcia i muzyka są łudząco podobne.

Piotr na tak: Dobrze wiesz, jacy są polscy widzowie serialowi (w końcu sami nimi jesteśmy). Znają trzy najnowsze hity na krzyż i z ich perspektywy postrzegają resztę. Dlatego każdy serial polityczny porównują do House of Cards (a przedtem – do West Wing), każdy medyczny do House’a i tak dalej. Kiedy TVN ogłosił, że na fali Wspaniałego stulecia chce robić obyczajówkę dziejącą się w XIX-wiecznym w Krakowie, jakiś niedouczony pismak ogłosił, że to będzie polski Sherlock. A równie pojętne portale przekopiowały jego news.

Tymczasem mocą Artystów jest to, że wreszcie nie musimy powoływać  się na HBO, Netfliksa, Slings and Arrows czy boskiego Benedicta Cumberbuca. O tych czterech dotychczasowych odcinkach można od początku do końca mówić odwołując się do krajowego dorobku. Na przykład dialogi. Zauważyłeś, jakie są kabaretowe? Dialogi między Koniecznym a dyrektorem finansowym Sterczyńskim brzmią jak ze skeczu Kabaretu Moralnego Niepokoju. Wyobraź sobie, że wypowiadają je nie aktorzy, ale bardziej szarżujący Górski-bezradny kierownik i Cieślak-złośliwy finansowy. To dowodzi, jak bardzo ten serial jest przemyślany. W innych krajowych produkcjach słowa służą tylko przekazywaniu faktów.

Twoja kolej: miałkość.

Fot. TVP

Fot. TVP

Piotr na nie:  To najtrudniejszy z zarzutów, jakie mogę postawić Artystom, bo całkowicie opierający się na moich – typowego serialowego widza PL – subiektywnych odczuciach. Ale spróbujmy. Dyrektor Konieczny.

Piotr na tak: Co z nim?

Piotr na nie: Nie wydaje ci się zbyt harcerzykowaty? W dobrych zachodnich produkcjach główni bohaterowie mają zawsze jakąś skazę czy są wręcz odrażający. To psychopaci, okrutnicy, nałogowcy, osobowości toksyczne. Z kolei w polskich serialach postać pierwszoplanowa jest z reguły jak najbardziej nijaka. Jak Konieczny właśnie. Co możesz powiedzieć o jego osobowości?

Piotr na tak: Właściwie to niewiele. Chyba jest w porządku, tylko sytuacja go przerasta.

Piotr na nie: Tak możesz powiedzieć o każdym. Dlaczego w serialu uznanym już przed premierą za ważny, przełomowy, a może nawet najlepszy, zabrakło odwagi, by ruszyć głównego bohatera z piedestału? Konieczny to jedna z tysięcy pozbawionych charakteru sierotek zaludniających polski szklany ekran. A ich praojcem Janek Kos, którego profil psychologiczny polega na tym, że jest szczerbaty. Co ciekawe, drugi plan jest od tego wolny. Jaskuła, techniczny Arabski, aktorzy, sekretarz, księgowa, portier Popieł, pani Helena, nawet para audytorów ma w sobie iskrę, której zabrakło przy pisaniu Koniecznego. Dlaczego on nie może być bardziej neurotyczny, mieć jakiegoś kontrowersyjnego wątku w biografii, zrobić czegoś złego, co będzie musiał odszczekać i odkręcać? Zwolnienie Popieła mogłoby być taką dyrektorską smugą cienia, ale Demirski i Strzępka zainscenizowali to tak, jakby portiera zwolniła bezosobowa machina decyzyjna.

Piotr na tak: Bo może Artyści są o starciu inteligenta z systemem? Wyobraź sobie, że to nie współczesny serial, ale film Barei „ze środkowego okresu” (między Poszukiwanym, poszukiwaną a Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz).  Zamiast Czarnika masz Fedorowicza, dyrektora od kultury gra Dobrowolski, w tle śmietanka peerelowskiego aktorstwa w rolach chimerycznych a głupich aktorów, rządzących się technicznych czy nieudacznych reżyserów. W miejsce Karolaka zobaczyłbyś pewnie równie wszędobylskiego Leona Niemczyka. Wizja zaginionego projektu Barei pasuje jak ulał, łącznie z tym, że zakończenia tamtych filmów (stłamszony inteligent odnosi gorzkie zwycięstwo nad systemem) byłyby całkiem dobrą prognozą na to, w jakim kierunku podąży finał Artystów. To, co uważasz za wadę, jest przyjętą konwencją.

Piotr na nie: Wytoczę więc działo realizmu. Artyści mówią nam coś o teatrze czy raczej śpiewają sobie a muzom? Internet huczy od plotek: a to, że Warlikowski naprawdę opróżnił teatralny barek na koszt firmy, że mający problemy z polszczyzną Schiller to zakamuflowany Garbaczewski, zaś Teatr Popularny z Teatrem Studio łączy i siedziba w Pałacu Kultury, i burzliwe konflikty między artystami, dyrekcją a ratuszem. W międzyczasie doszło jeszcze do wydarzeń, których autorzy nie wywieszczyli, ale jednak wpisują się w fabułę. We Wrocławiu konkurs na dyrektora wygrał niechciany przez załogę Cezary Morawski (przyjęto go znacznie chłodniej niż serialowego Koniecznego), zaś postaci Nasira – uchodźcy z podbitym okiem życie dopisało pointę w postaci bójki, którą w obronie obcokrajowca miał stoczyć (miał, bo sprawa jak rozgorzała, tak nagle ucichła) Paweł Demirski. Czy wszystko stanowi klucz do serialu i oglądamy tak naprawdę fabularyzowany reportaż?

Piotr na tak: W takim przypadku Artyści byliby produkcją dla bardzo niewielkiego kręgu.

Fot. TVP

Fot. TVP

Piotr na nie: Czyli bronisz ich uniwersalności?

Piotr na tak: A owszem. Zauważ, że chociaż Demirski i Strzępka w sporze fikcyjnych artystów z fikcyjnym ratuszem opowiadają sie po stronie sztuki, to wcale nie słodzą ludziom. Odmienianie przez wszystkie przypadki słowa „neoliberalizm” jest karykaturalne (chociaż może tak mówią w środowisku), ale bohaterowie nie są niewinnymi ofiarami. Nie ma chyba widza, któryby nie mruknął z kanapy, że aktorom należałaby się ostrzejsza dyscyplina, bo on za takie hece dawno by wyleciał z pracy. Obyło się też bez sugestii, że decyzja o ściągnięciu Schillera była trafna, a jego Sen nocy letniej to mniejszy gniot od rapowanych Ślubów panieńskich. Nikt nie próbuje udawać, że mamy kapłanów w świątyni sztuki. Są tylko mali, szarzy ludzie. To czyni Artystów ważnym serialem.

Piotr na nie: Co według ciebie przydarzy się w drugiej połowie sezonu?

Piotr na tak: Na pewno oczekuję samych kłód pod nogi Koniecznego. Więcej duchów (może któryś z żyjących widmowego zespołu?) i więcej szaleństwa. I zakończenia jak w Alternatywach 4 albo Nie ma róży bez ognia.

Piotr na nie: Mnie bardziej od satysfakcjonującego finiszu cieszyłoby, gdyby Artyści coś poruszyli w serialowym światku. Wolę tuzin przyzwoitych średniaków od jednego błysku geniuszu na dekadę.

Piotr na nie: Czyli żeby telewizja stała się jak dobry teatr repertuarowy? Jestem po twojej stronie.

Piotr na tak: A tymczasem do listopada w każdy piątkowy wieczór wchodzimy na VOD (bo przecież nie włączamy telewizora) i oglądamy.

Artyści
comedy drama
TVP2, 2016–

Piotr Górski

Krakowianin, Nowohucianin. Urodził się i na tym właściwie kończą się dramatyczne momenty jego biografii. Ekspert od seriali rosyjskich. Dużo czyta. Trochę pisze.