Fot. Netflix

Bohater nie do zdarcia (Marvel’s Luke Cage, S01)

Artykuł zawiera spoilery.

To, że Luke Cage będzie dobrym serialem, było oczywiste. Wiemy już doskonale, że produkcje Netflixa nie zawodzą, a więc nie było czego się obawiać także w tym wypadku. Oczywiście ta konkretna poetyka, jaką obiera nowy superbohaterski serial Marvela, może nie do każdego trafić – to między innymi nie do końca moje klimaty, czy to jeśli chodzi o typ historii, czy o powszechnie chwaloną muzykę. Muszę przyznać, że jest ona dobra i świetnie dobrana do poszczególnych scen, ale przez to, że na co dzień słucham raczej alternatywy niż soulu czy hip-hopu, nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia, jak na wielu widzach serialu. Ale tak, to jest serial bardzo dobry.

Bardzo ważne są w nim także kwestie rasowe i wątek ten musi pojawić się w każdej recenzji, nie będę więc go opóźniać. Tu mogę powiedzieć tyle, że zostało to zrobione po prostu dobrze. Bardzo naturalnie, bez wielkich filozofii – ot, to produkcja opowiadająca o czarnoskórym superbohaterze działającym w czarnej dzielnicy Nowego Jorku. Nikt się nad tym nie rozwodzi, to się po prostu dzieje. I jak to ktoś gdzieś wspomniał już w recenzjach, z którymi się zetknęłam, jest tu sporo nawiązań do tej konkretnej kultury, co też jest oczywiste – i może ja osobiście większości z nich nie dostrzegę, ale zdecydowanie cieszy mnie, że zadbano o to, by one tam były.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Kluczowe też są sceny walki, więc i nimi zajmę się bez dalszej zwłoki. Zdecydowanie nie są to takie choreograficzne majstersztyki jak te w Daredevilu, ale mimo pewnej toporności jest w tym sens. Ponieważ Luke Cage jest akurat bohaterem, który stawia raczej na siłę niż finezję, zwyczajnie nie należy się na tę drugą nastawiać i po prostu cieszyć prostą nawalanką, z dość statycznym herosem w jej centrum.

Interesująco rozłożona jest sama akcja serialu. Mamy tu oczywiście trzy klasyczne akty, ale do nich jeszcze wrócę. Tymczasem chcę zwrócić uwagę, że o ile Luke Cage ma bardzo niespieszne tempo, podobnie jak to było w Jessice Jones (z tym, że tam upływało kilka miesięcy, a tu mija może około tygodnia), o tyle dzieje się tu mnóstwo rzeczy tak, że choć nie miałam poczucia nadmiaru, to jednak patrząc obiektywnie jest to serial bardzo gęsty. Ja jednak zgubiłam się w tylko jednym wątku – kiedy wprowadzany jest Diamondback, było to mocno chaotyczne przede wszystkim dlatego, że jakkolwiek Luke, zdaje się, wie już przynajmniej ogólnie kim jest ta postać, ja (jako osoba nieznająca komiksów o nim), akurat tej postaci zupełnie nie kojarzyłam. I jako widzowi nic nie jest mi w tym momencie tłumaczone. Zamiast budować tajemniczość wprowadza to chaos.

Tu też miałam lekki mindfuck, bo kiedy pojawia się Shades to pojawia się, o ile rozumiem, jako wysłannik Diamondbacka? Ale oglądając tę scenę odniosłam wrażenie, że on mówił o Wilsonie Fisku (albo coś jest nie tak z moimi uszami, albo tam leci motyw muzyczny z Daredevila). Choć przyznaję, że przez dość szybkie oglądanie sporo mogło mi umknąć. Niemniej dla mnie nie było to zbyt jasne. Poza tym momentem jednak, nawet w trzecim akcie, fabuła poprowadzona jest klarownie i z pomyślunkiem. Tak, nie zgadzam się jakoby trzeci akt miał być słabszy, nierówny czy źle zbalansowany. Tak jak zgodzę się, że Jessica Jones była prowadzona falami, a drugi sezon Daredevila był może zbyt ostro podzielony na dwa wątki, tak z pewnością w tym trzecim akcie dzieje się najwięcej, ale ma on „ręce i nogi” – wszystko wynika z poprzednich zdarzeń. Oglądając miałam silne poczucie, że twórcy cały czas zadawali sobie pytanie, jak rozegrałaby się taka sytuacja, gdyby taki bohater i tacy jego wrogowie zaistnieli naprawdę i jak zachowywałyby się poszczególne postaci.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

A postaci mamy tu trochę. Tak jak jeden zły został zastąpiony czwórką złoli, tak obok Luke’a także mamy niezłe grono kopiących tyłki postaci. Niemniej istotną rolę niż on odgrywają między innymi Misty i Claire Temple. Ta pierwsza ładnie kontrapunktuje działania naszego człowieka ze stali (sama zresztą posiada interesującą, choć łatwą do przegapienia czy zaszufladkowania jako metaforyczne ujęcie spostrzegawczości, supermoc*), ta druga w końcu dostaje pokaźniejszą rolę, tak że ja, a i wielu innych widzów serialu z chęcią zobaczyłoby ją w jej solowej produkcji. Jest też niejednoznaczny doktor, który dał Luke’owi jego moce, a teraz pomaga go uleczyć, gdy ci źli znajdują broń, potrafiącą przebić się przez skórę bohatera**, czy Reeva, z którą spotykamy się we flashbackach, a to czego dowiaduje się o niej w teraźniejszości Luke Cage trochę namiesza mu w uczuciach. Same flashbacki dla mnie były jednak akurat najmniej interesujące. To znaczy wprowadzały sporo istotnych informacji i to nie tylko o originie Luke’a: ale ogólnie Daredevil czy Jessica Jones zrobiły to lepiej. I tak odcinek, który praktycznie cały jest oparty na pokazywaniu wspomnień Luke’a uważam za najmniej interesujący i najsłabiej skonstruowany.

Bardzo podoba mi się za to dynamika między Lukiem i policją. O ile w takim Daredevilu policja była skorumpowana, a w Jessice Jones bezsilna, tak tu ta siła porządkowa i nasz bohater stanowią równorzędnych graczy – dążących do tego samego celu, jakkolwiek innymi drogami. Tak, mamy tu też korupcję, ale dotyczy ona tylko pewnej części posterunku, którego pracy się przyglądamy i nie jest tak, że mamy tam tylko tego jednego, dobrego glinę w gnieździe węży. Jak bardzo niejednoznaczy jest to wątek szczególnie mocno pokazuje nam historia partnera Misty, Scarfe’a. Ogólnie cały ten wątek to pewne novum budujące interesującą relację, gdzie obie strony mają swoje racje i mają też rzeczy, które ciągną je w dół – Luke działa poza prawem, z kolei Misty ogranicza system, w ramach którego musi działać, a który nie jest wystarczająco wydajny. Ale każdy chce tu tylko wykonać swoje zadania.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Przejdźmy do naszej czwórki złych. Tak jak Daredevil miał Wilsona Fiska, a Jessica Jones Kilgrave’a, tak w tutaj nie mamy jednego, głównego złego. Można się oczywiście kłócić, że tym najważniejszym złym był Diamondback, ale w moim odczuciu był on najmniej ciekawy z całej czwórki. Ot, taki sztampowy złol, jakich mamy na pęczki, i którego koniec bardzo mnie ucieszył (a epilog zirytował). Jakkolwiek jednak trudno powiedzieć, żeby ktokolwiek dorastał tu do pięt Fiskowi albo Kilgrave’owi, tak bardzo podoba mi się dynamika pomiędzy tą czwórką. I jasne, można powiedzieć, że w Daredevilu też mamy grupkę tych złych, ale tam mają oni raczej (poza madame Gaō) stanowić tło dla tego, jak genialnie napisany i zagrany jest sam Wilson Fisk. Diamondback, Cottonmouth, Shades i Mariah Dillard nie stanowią dla nikogo takiego tła – serial za to pozwala nam skupić się na tym, jak rozgrywają się układy pomiędzy nimi, tak że raz po raz zmienia się to, kto tu jest u góry, a kto na dole.

Losu Cottonmoutha nie żałuję, choć jeśli miałabym wybierać między permanentnym zdjęciem bohatera z planszy gry – między nim i Diamondbackiem – wybrałabym zdjęcie z niej Diamondbacka. Jeśli chodzi o dwójkę wygranych, Mariah z jednej strony życzyłam przegranej, z drugiej jednak nie mogę nie docenić tego, jak ciekawie i konsekwentnie poprowadzono rozwój tej postaci. Poza tym Shades od początku jest nam pokazywany jako doskonale świadomy tego, że najlepiej czuje się działając zza czyichś pleców, jako wysłannik tego czy tamtego „głównego” złego. Także aby na końcu być wygranym, potrzebował opieki pani polityk. Ale równocześnie to chyba najinteligentniejszy ze złych w tym serialu. Najbardziej stoicki i działający z największym pomyślunkiem, wiedzący kiedy się wycofać, by nie zawisnąć. Patrząc tylko na flashbacki z nim można by uznać, że to ot, taki uliczny cwaniaczek, a tymczasem prawda nie jest wcale prosta. Wiele mówi to, że jako działający spod skrzydeł innych antybohater zgarnia najwięcej. Zdecydowanie Shades to trochę Moriarty, minus (karykaturalna wręcz) brytyjska dżentelmeńskość profesora.

Bardzo fajny jest też moment zmiany obrazu na ścianie jednego z pokoi klubu należącego teraz do Mariah. Oczywiście na miejsce pojedynczego czarnego króla – Cottonmoutha, dostajemy królewską parę – Mariah i Shadesa. Ale popatrzcie na samą estetykę tych obrazów. Oto taki uliczny gangster, właściwie dość prosty w swoich metodach, zastąpiony zostaje czymś o wiele mniej oczywistym. Na miejsce przekazu o „człowieku ulicy” dostajemy abstrakcyjny kicz w lekko piccasowskim stylu. Pełen energii, ale też wysublimowania. Podstępny jest ten obraz.

Fpt. Netflix

Fpt. Netflix

Nieźle pomyślane jest też takie a nie inne, otwarte zakończenie, z przegrywającym Lukiem. Choć oczywiście zostaje nam mocno zasugerowane, że Luke zaraz wróci na ulicę, gdzie dalej będzie bohaterzył, to takie odejście od schematu jest czymś, co bardzo sobie cenię. Pokazuje, że twórcy z Netflixa nie boją się podążać własnymi ścieżkami i że oglądając ich odłam MCU nie jesteśmy skazani na jeden rodzaj zakończeń, a zakończenia negatywne nie muszą być rozegrane brutalnie. To zdecydowanie krok w dobrą stronę, jeśli chodzi o podtrzymywanie zainteresowania kolejnymi produkcjami tej stacji.

Mamy tu też nawiązania do samego MCU, ale o nich mogę powiedzieć tyle, że są – ani jakoś ładnie wplecione, ani przytłaczające główną fabułę serialu. Z pewnością jednak nie żałuję godzin poświęconych na seans Luke’a Cage’a. A że podchodziłam do niego z dość chłodną głową, nie rozczarował mnie on nigdzie zbytnio. Nawet jeśli tu i ówdzie – co zaznaczałam – mam pewne wątpliwości, to jako całość oceniam ten serial bardzo dobrze. I na pewno wrócę do kolejnego sezonu, jeśli tylko taki dostaniemy. Jakkolwiek, ponownie: bez wygórowanych oczekiwań, to z przyjemnością go obejrzę.

* Możecie się tu ze mną oczywiście nie zgodzić, ale dla mnie to, jak pokazywane są umiejętności pani detektyw, wyraźnie udowadnia, że chodzi jednak o coś więcej niż to, co umiałby zwykły człowiek.

** Przy okazji wprowadzenia wątku tej broni, dostajemy chyba najbardziej kuriozalne w całym miniuniwersum pojawienie się polskiego nawiązania.

Luke Cage
action, drama
Netlflix, 2016–

ginny358

Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają jej współpracy. Pisze m.in. dla Gallifrey.pl, na blogu ziemniak i Dinozarły i współtworzonych z koleżanką (Ułomnych) recenzjach ziemniaka.

Latest posts by ginny358 (see all)