Fot. NBC

Druga tura (This is Us, Pitch, Freakish, Designated Survivor)

Artykuł zawiera spoilery z pierwszych odcinków opisywanych seriali.

Czas na drugą turę serialowych nowości (TUTAJ pierwsza tura) i znów je omawiam w kolejności od tego, który oceniam jako najsłabszy, po ten, który mi się najbardziej spodobał. Opinie są rzecz jasna w dużej mierze subiektywne…

Zacznijmy od This is Us. This is Us jest bardzo dobrze, niesamowicie, zatrważająco precyzyjnie napisanym serialem, z wspaniale wyważonym suspensem, sprawiającym, że popłakałam się przy końcu każdego z dwóch początkowych odcinków, a przy trzecim tylko wzdychałam ciężko, bo tym razem celowo nastawiłam się na to, żeby się okopać, uzbroić i nie dać wkręcić w emocjonalny dół. I właściwie nie wiem, czy jest mi z tym komfortowo, z fabułą, która bezpardonowo chwyta za serce, zaciska je jak w kleszczach i – dokładnie wtedy kiedy chce – rozwala na kawałki. Nie wiem, czy lubię tak się dawać sterować. Trochę przeraża mnie ten efekt. Trochę odrzuca.

Jak filmy, gdzie w ostatniej scenie Lassie biegnie w slow motion w stronę swojej cudem odnalezionej pani. Gdzie ktoś biegnie, biegnie, i muzyka gra i deszcz pada, i samolot prawie odleciał, i to jest najostatniejsza chwila na świecie, ale się udaje, prawdziwa miłość zwyciężyła, rodzina znowu razem, ktoś kto odszedł – powraca; i mamy happy end.  A jak nie mamy happy endu to mamy łzawą i dojmującą Scenę Braku Happy Endu. Wszyscy wyciągają chusteczki, smarkają i ścierają słoną wodę z policzków. This is Us to jest gra na emocjach i to taka wzor(c)owa. Jak z diabelskiego podręcznika. O co chodzi w serialu? To historia o rodzinie, pokoleniach, więziach, o rodzicach i rodzeństwie, o miłości… Gdyby nie było to wszystko tak perfekcyjnie napisane i gdyby nie miało tak dobrych aktorów (Milo Ventimiglia i Mandy Moore są cudowni!) to mogłoby się okazać straszliwym, łzawym, ckliwym  kiczem. Gdyby nie było serialem, byłoby pewnie komedią romantyczną, która wzrusza zgromadzone w kinowej sali kobiety – bo na ten film nie poszedłby pewnie dobrowolnie żaden facet. Ale nie jest kiczem, ani nie jest kinowym wyciskaczem łez. Jest opowieścią w odcinkach, o której niewiele można co prawda opowiedzieć unikając spoilerów, ale która jest – dla wielu widzów i wielu recenzentów – urocza i mocna. Urok leży w poddaniu się rytmowi historii i pozwoleniu, by nas każdorazowo zaskakiwała. I bolała, i uderzała w sedno, i zwalała z nóg i zamiatała nami podłogę. Każdy odcinek ma obowiązkowy zwrot akcji, twist, przekręcenie dotychczasowej percepcji zdarzeń, nową i szokującą informację.

Fot. NBC

Fot. NBC

O tym tytule było dużo szumu już na etapie trailera, który miał rekordową liczbę wyświetleń.  Ale też nie do końca przygotował nas na to, czym jest serial – a jest opowieścią o magicznie splatających się losach, o niezwykłości codziennych spraw. W sumie ciekawe, co będzie dalej, i czy ten gwałtowny efekt to tylko dym i lustra, czy może będę pamiętać o serialu także pod koniec roku. To Coehlo czy Szymborska? Jaki to rodzaj poezji? I czy aby nie jest to wszystko zbyt mainstreamowe, zbyt basicowe? Doskonale napisane, ale wymierzone w „masowe gusta”? Jeśli powiedzmy lubicie film Love Actually (To właśnie miłość) albo tego typu produkcje, to serial zapewne trafi w Waszą wrażliwość. Ja nie lubię ckliwych filmów, nawet tych najlepszych. Dlatego powiem Wam, że na razie, tydzień od trzeciego odcinka, jakoś mnie nie ciągnie do oglądania kolejnego. Choć oceniam serial pozytywnie, to za nim zupełnie nie tęsknię – tym, co pamiętam, jest raczej nieprzyjemne uczucie bycia zmanipulowaną…

Pitch to z kolei serial lekki, schematyczny, ale przyjemny. Nie ma tu jakiejś specjalnie przewrotnej linii fabuły (jak w This is Us), nikt nie stawia widzowi wyzwań intelektualnych ani nie każe mu śledzić tego, co na ekranie, z wytężoną czujnością, bo każda scena, rekwizyt, słowo – mogą mieć kluczowe znaczenie. Jedyną nowością jest może sam temat – serial opowiada o fikcyjnej zawodniczce baseballa, która trafia jako pierwsza kobieta do profesjonalnej drużyny ligowej, wzbudzając sensację. Dziewczynka od najmłodszych lat świetnie rzucała, za trenera miała własnego ojca – byłego zawodnika, i wytrwale pięła się po kolejnych szczeblach kariery w tym stuprocentowo męskim sporcie. Wreszcie zaangażowała ją jedna z poważnych drużyn, trochę na zasadzie ruchu PRowego – szum w mediach sprawia, że trybuny na rozgrywkach znów są pełne.

Fot. FOX

Fot. FOX

Historia jest fikcyjna, ale o takiej możliwości mówi się w amerykańskim futbolu, baseballu i kilku innych zespołowych sportach od pewnego czasu i komentatorzy zakładają, że w najbliższych latach na stadionach zobaczymy pierwsze kobiety rywalizujące z mężczyznami. Dla mnie, w pewnym sensie, Pitch jest przedłużeniem kultowego Friday Night Lights – to w tamtym serialu pojawił się wątek ambitnej uczennicy, która chciała być co prawda nie zawodniczką baseballa, ale trenerką drużyny futbolowej, ale to też wydawało się prawie nie do pomyślenia.  Z Friday Night Lights łączy Pitch również realistyczna praca kamery i sposób pokazywania samego sportu, który jest ważną częścią fabuły. Postacie niestety na razie nie są jeszcze aż tak sympatyczne czy przyciągające jak w FNL, ale kilka spośród nich dobrze rokuje – w roli starzejącego się trenera występuje pamiętny „tata Kevina” z Cudownych Lat – Dan Lauria, w roli managerki młodej gwiazdy – Ali Larter, czyli Niki/Tracy z Heroes, a najbardziej pełnokrwistą postać tworzy grający kapitana drużyny Mark Paul Gosselaar (Zack z Saved by the Bell, ZUPEŁNIE nie do poznania po latach). Główna bohaterka, w tej roli kojarzona przeze mnie z nastolatkowego i szybko skasowanego Twisted Kylie Bunbury – na razie jest trochę nijaka i mam wrażenie, że póki co nie bardzo się jej udaje uciągnąć scenariusz oparty w dużej mierze na jej talencie. Ale ma wsparcie starszych, doświadczonych kolegów, a temat wydaje się na tyle ciekawy, że istnieje szansa, że serial się ustabilizuje i utrzyma.

W Stanach, gdzie baseball jest sportem niemal narodowym i wzbudza ogromne emocje, Pitch ma już na starcie zapewnione ogromne zainteresowanie, nie musi być wybitny, żeby zyskać wysoką oglądalność. Ja oglądam, choć bez napinania się i wcale nie wiem, czy będę oglądać do końca. Oglądam, bo lubię seriale ze sportową rywalizacją w tle, oraz z sentymentu za Friday Night Lights – tam mieliśmy szkolną ligę, tu dowiadujemy się, jak wyglądają kolejne etapy kariery zawodowych graczy innego, ale pod wieloma względami podobnego sportu. Oglądam dalej, bo to może być przyjemny serial obyczajowy. Nie wykluczam jednak, że znudzę się w połowie sezonu – oprócz settingu opowieść musi mieć przecież wciągającą intrygę i bohaterów, którym się kibicuje. A tego na razie w Pitch brak.

Z produkcji skierowanych do „ogólnego” widza przeskoczmy na chwilę do serialu niszowego i „gatunkowego”. Kolejny tytuł, który ostatnio obejrzałam, to Freakish. Ma dziesięć półgodzinnych odcinków i jest to serial będący klaustrofobicznym horrorem o grupie nastolatków uwięzionych w szkole, podczas gdy miasteczko w dolinie spowija toksyczna mgła po tym, jak doszło tam do wycieku chemikaliów oraz zaszwankowała elektrownia. A z mgły, jak można się domyślić i spodziewać, wyłaniają się mutanty-zombiaczki.

Fot. Hulu

Fot. Hulu

Nie ma w tym serialu żadnych dłużyzn, żadnych zbędnych scen. Odcinki są bardzo zwięzłe. Fabuła prosta i liniowa, lecz efektywna. Muzyka świdrująca i robiąca co najmniej połowę klimatu. Postacie wiarygodne, klasyczne, ale nie sztampowe, choć niestety jest ich trochę za dużo i niestety każdy tu musi mieć jakiś sekret.  Akcja rozwija się bardzo szybko. Jeśli mamy rodzeństwo, to siostra zostaje ugryziona przez monstrum. Uczennica, która jest w zaawansowanej ciąży – walczy z czasem, tak samo uczeń, któremu kończy się insulina. Łapiemy ich motywacje w lot. A klasycznych stereotypów nie ma. Jak ktoś mówi, że zaraz wróci – to rzeczywiście wraca. Blondwłosa dziewczyna kapitana drużyny, ubrana w obcisły, krótki top i nie stroniąca od seksu  – świetnie radzi sobie w postapokaliptycznym świecie i dożywa do końca sezonu. I tak dalej. Losy bohaterów potrafią zaskoczyć. Presja czasu jest w tej zarysowanej naprędce fabule głównym czynnikiem napędowym.

Twierdzę, jaką jest szkoła, raz za razem atakują monstra. Jeśli nie macie jeszcze dość apokalipsy zombie czy seriali katastroficznych –  i nie macie nic przeciwko połączeniu tego z realistyczną, w zasadzie surową teen dramą – bardziej Władca Much niż Jezioro Marzeń – to ta produkcja może się Wam spodobać. Przyjaźnie, miłości, rywalizacje, związki – przechodzą ciężką próbę, gdy trzeba walczyć o przetrwanie i podejmować najtrudniejsze decyzje. Szkoła okazuje się naprawdę mrocznym miejscem i sama sytuacja bycia uwięzionym w szkole jest dla mnie jako widza – dołująca.  W ogóle nie ma tu poczucia humoru, wszystko jest śmiertelnie poważne, w tym zombiaki. Obejrzałam całość jednym tchem. Ale zdaję sobie doskonale sprawę, że to nie jest propozycja dla wszystkich i że trzeba lubić taką właśnie konwencję, taką tematykę, żeby serial oglądać z przyjemnością.

Serial – reklamowany jako skrzyżowanie The Breakfast Club z The Walking Dead – ma swój specyficzny styl i jest bardzo prawdziwy dlatego, że zrobiony małymi środkami, niskobudżetowy i w zasadzie jest serialem internetowym zakupionym przez Hulu od AwesomenessTV. Grają w nim zarówno zawodowi aktorzy, jak i gwiazdy social mediów (czyli aktorstwo nie powala – ale też nie razi), dialogi są bardzo okej, nie ma się uporczywego wrażenia, że ktoś o wiele zbyt dorosły usiłuje pisać rozmowy nastolatków wypchane po brzegi jakimś „młodzieżowym slangiem”. Hej, pierwsza teen drama od dawna, w której ani razu nikt nie użył w rozmowie słowa hashtag! Yay! Moim faworytem jest Adam Hicks, aktor dziecięcy, który w międzyczasie trochę dorósł i świetnie sobie radzi na ekranie jako serialowy Diesel. Kradnie każdą scenę, w jakiej gra. Jest prosto, co dla mnie w tym przypadku pozostaje zaletą. W sumie Freakish może się spodobać też osobom tęskniącym za Stranger Things, ma klimat młodych ludzi próbujących rozwikłać niesamowitą zagadkę w świecie ociekającym grozą, gdzie codzienność została zastąpiona przez zupełnie inny, wrogi świat. I ma muzykę w podobnym nastroju. Nie wiem, co mogę jeszcze napisać – dla mnie ten serial jest po prostu spoko. Mam nadzieję, że będzie drugi sezon!

Fot. ABC

Fot. ABC

I na koniec tytuł, który z ostatnio obejrzanych spodobał mi się najbardziej i będę kontynuować jego śledzenie – Designated Survivor. To fantazja… fantastyczna opowieść o tym, co by się stało, gdyby zwykły człowiek z dnia na dzień stał się prezydentem USA. Pomysł na fabułę jest dość pretekstowy, ale historyczna podkładka dla polskiego widza może nie być aż tak abstrakcyjna – zawiązanie akcji to zamach na Kapitol, w którym to zamachu ginie prezydent, ginie cały rząd, cała „góra” politycznej hierarchii, co sprawia, że świat polityki wymaga totalnego i natychmiastowego przetasowania – a rolę głowy państwa zgodnie z procedurami przejmuje tytułowy „wytypowany do przeżycia następca”. To  członek amerykańskiego gabinetu wyznaczony, żeby nie brać osobiście udziału w wystąpieniach prezydenta przed izbami Kongresu, czyli w wydarzeniach, gdzie w jednym miejscu znajdują się wszystkie najważniejsze osoby w państwie. W sytuacji ataku, gdy nikt inny nie przeżyje, survivor ma zapewnić ciągłość władzy. I to właśnie się dzieje.

Dziwny nieco koncept i nie słyszałam o nim wcześniej, choć wprowadzono go w Stanach już za czasów zimnej wojny. No ale jest prawdziwy, intrygujący i serial eksploruje temat, zaczynając od wielkiego „bum!”. Mamy w związku z tym Kiefera Sutherlanda udającego, że jest nudnym zwyklakiem mieszkającym na przedmieściach z zupełnie zwykłą żoną (jakby Natascha McElhone mogła kiedykolwiek i komukolwiek wydać się zwykła!) i dwójką dzieci. Rano, w szlafroku, popija w przestronnej kuchni sok pomarańczowy sprawdzając, czy syn odrobił zadanie domowe – a przy okazji przypalając tosty. I nagle – regular Joe zostaje prezydentem USA. No i nikt w niego nie wierzy, czego fabularnie można było się spodziewać, ale hello, nie wierzyć w moce Kiefera? Coś tu jest bardzo nie w porządku. My, widzowie, od początku wiemy i zakładamy, że bohater mimo przeciwności losu poradzi sobie wspaniale. Atak paniki, trochę zagubienia – ale Kiefer szybko zaczyna się ogarniać, a my razem z nim. W tle atakuje amerykański patriotyzm najczystszej wody, wskakujący oknami, drzwiami wejściowymi i drzwiami lodówki, modelowy, bez krztyny cynizmu, znany z kina katastroficznego czy z politycznych seriali. Można wręcz powiedzieć, że jedną z głównych ról w serialu gra Prawdziwa Ameryka, prawdziwy Amerykański Bohater. Dostajemy sporo podniosłych przemówień, czynów oraz, nie zapominajmy, podniosłej muzyki. W tle łopocze flaga. Ciągle pojawiają się nawiązania do World Trade Center i innych ataków terrorystycznych. Oraz do najważniejszych prezydentów USA, ich słów, decyzji, postaw. Do ich legendy.

Fot. ABC

Fot. ABC

Gdyby nie Kiefer i gdyby nie Natascha, i gdyby nie wyjątkowo dobry scenariusz – całość byłaby pewnie niestrawnym gniotem.  A tak – choć jest to serialowa konfekcja i na pewno nie jest to najoryginalniejsza propozycja tej jesieni – Designated Survivor ogląda się bez bólu i całkiem, całkiem miło. Nie ma tego okropnego wrażenia manipulowania widzem, które towarzyszyło mi przy This is Us.  Nie mam wrażenia, że serial jest tylko z grubsza przemyślany, jak w Pitch. Ani tak niszowy jak Freakish. Ta serialowa propozycja jest zrobiona sprawnie, na poziomie i wciągająca. Polubiłam bohaterów i martwię się o nich. Ciekawi mnie, co będzie się działo dalej. Czy jest to serial mojego życia albo chociaż serial roku? Nie. Czy jest miły i fajny? Tak. Może jeśli się jest amerykańskim patriotą to kopie bardziej, niż oglądany w Polsce, nie wiem.  Ale polecam :)

This is Us
dramedy
NBC, 2016–

Pitch
drama
Fox, 2016–

Freakish
thriller, teen drama
Hulu, 2016–

Designated Survivor
political thriller
ABC, 2016–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.