Serialowy test Bechdel (z Doctorem Who w tle)

Serialowy test Bechdel (z Doctorem Who w tle)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Reprezentacja kobiet w popkulturze jest tematem gorącym, czy to w mainstreamowych mediach, czy bardziej niszowej blogosferze. Wśród wielu głosów zwracających uwagę na złe (i dobre) praktyki często pojawia się wspomnienie Bechdel Test – z pozoru prostego narzędzia określającego w pewnym stopniu zaangażowanie kobiet w warstwę fabularną dzieła.  Niektóre kina w Szwecji stosują nawet test do promowania filmów, oznaczając je literą A, jeśli spełnią warunki. Czy miernik autorstwa popularnej artystki jest na pewno najlepszym z dostępnych testów tego typu? Jakie są jego zalety, a jakie wady? Czy możliwe jest wymyślenie testu opierającego się o podobne zasady, ale pełniejszego, dokładniejszego? Z wyzwaniem mierzą się Michał, Magdalena, Ginny, Justyna i Joanna.

Michał Zabdyr-Jamróz: W kwietniu 2014 roku Rebecca Moore opublikowała na swoim blogu post prezentujący wyniki badania, które przeprowadziła z grupą studentów przedmiotu Metody Badawcze w Medioznawstwie (Media Research Methods). Badanie polegało na zastosowaniu tzw. Testu Bechdel do poszczególnych towarzyszek Doktora na przestrzeni siedmiu sezonów „Nowego Doktora”.

Dla niewtajemniczonych. Test jest trójszczeblowy: alby przejść go pomyślnie, dane dzieło musi dawać pozytywną odpowiedź na następujące pytania:

  1. 1. Czy pojawiają się w nim co najmniej dwie postaci kobiece?
  2. 2. Czy postaci te rozmawiają ze sobą?
  3. 3. Czy rozmawiają o czymś innym niż mężczyźni?

Wyniki towarzyszek w zdawaniu ostatniego pytania były następujące:

  • Rose: 74%
  • Martha: 78%
  • Donna: 100%
  • Amy: 53%
  • River: 57%

Magdalena Stonawska: O, to są chyba te badania, które wywołały straszną burzę jakiś czas temu…

Michał: W rzeczy samej. Badanie miało srogą nazwę Uniwersyteckie badanie seksizmu w Doktorze Who BBC. Według wielu osób potwierdziło ono, że spośród kompanionek to Donna jest najbardziej wyemancypowana. Ale dla wielu innych było to potwierdzenie, że test Bechdel nie jest żadnym poważnym wskaźnikiem reprezentacji kobiet w mediach.

Magdalena: Skoro to moje oburzenie rozpętało zalążek dyskusji, to pozwolę sobie pojeździć po całej idei tak na dobry początek. Jestem feministką, fanką, akafanką i badaczką i testu Bechdel nienawidzę jak zarazy. Nie znam innej pseudonaukowej metody, która tak bardzo spłaszczałaby złożone kwestie i prowadziła do tak bardzo mijających się z rzeczywistością wniosków. Urok testu tkwi w jego prostocie – bardzo łatwo przepuścić przez niego dowolny tekst i uzyskać (pozornie) łatwe do zmierzenia dane, które z kolei łatwo zanalizować i wyciągnąć konkretny wniosek. Patrzcie, wyrocznia! Wystarczy obejrzeć coś, zadać trzy pytania i wszystko już wiadomo! Na stos!

No ale litości, to nie tak. Co właściwie badamy? Bo zapomnieliśmy to określić na samym wstępie.

Test Bechdel – jak mi się zdaje – uważany jest za narzędzie do zbadania, czy bohaterka dzieła kultury nie jest pisana w sposób seksistowski. Do podanych powyżej pytań dodaje się czasami jeszcze czwarte kryterium – wymóg, by bohaterki miały imiona. Wydaje się to śmieszne, ale jednak… To jest akurat kryterium, które do mnie przemawia najbardziej. Wróćmy jednak do podstaw. Test pojawił się jako żart w komiksie Alison Bechdel z 1985 roku. Autorka stwierdza, że jej ogólnym celem jest praca na rzecz „reprezentacji kobiet, które są podmiotami, nie przedmiotami”, co absolutnie kupuję. Warto też wspomnieć w tym miejscu o lesbijskim kontekście.

No i ja tego testu szczerze nienawidzę. Może wychodzi ze mnie konserwatyzm (to byłoby warte odnotowania, bo nie zdarza mi się często), ale wolałabym, żeby narzędzie badawcze, którego używamy, dotykając tak ważnych kwestii jak reprezentacja kobiet w kulturze, było staranniej skonstruowane. Test Bechdel powstał jako żart i nigdy nie miał służyć do wyrokowania, czy postać jest poprawnie pisana albo czy twórca jest seksistą. Nie wiem, czy ktoś z dyskutujących zetknął się wcześniej z tymi badaniami, ja tak – pamiętam, jaką burzę wywołały, gdy się ukazały (a pisał o nich nawet, o ile się nie mylę „The Guardian”). Internet podzielił się na triumfujących „no wreszcie ktoś udowodnił, jaka z tego Moffata mizoginistyczna świnia” i resztę łapiącą się za głowę z niedowierzaniem, bo już na pierwszy rzut oka widać, że nie dość, że test jest pełen wad, to jeszcze te konkretne badania były prowadzone w wątpliwy sposób… Chętnie wrócę do tego wątku, bo bardzo się pasjonowałam dyskusją wokół tych badań dwa lata temu, ale może warto skupić się na ogóle, zanim przejdziemy do konkretu, a ogółem jest test, zgodnie z którym pierwsze z brzegu lesbijskie porno kręcone dla fetyszystów seksistowskie nie jest, podobnie jak chociażby Zmierzch, a taki Pacific Rim – już tak. No i, na marginesie – to przecież nie jedyny taki test. Moim ulubionym jest test ozdobnej lampy, który jest jeszcze prostszy, bo zadajemy tylko jedno pytanie: czy na fabułę dzieła wpłynęłoby jakoś zamienienie bohaterki w ozdobną lampę? Wierzcie mi, do takich strasznych wniosków można dojść, oglądając np. Bonda…

Fot. BBC

Fot. BBC

Ginny Nawrocka: Oj tak, zdecydowanie test Bechdel jest nadużywany. Z jednej strony mnie sam w sobie on nie przeszkadza i coś tam jednak pokazuje. Pewne minimum przejścia, jeśli używając go poczynimy odpowiednie zastrzeżenia. Tylko dlaczego mamy się zadowalać minimum? No i co z tego, że dwie kobiety zamienią dwa zdania, a potem już nie wrócą do filmu inaczej niż w podmiotowych rolach.

Z drugiej strony też może to być narzędzie do wykorzystania w prywatnych rozmowach w gronie znajomych, ale już zdecydowanie opieranie na nim całych badań to za dużo. Lierre ładnie wyłożyła, co nam test pokazuje, ale ja chcę odnieść się do pewnego przykładu, by jaśniej pokazać, jak bardzo może nas na manowce zwieść tenże test. Otóż załóżmy dwie sytuacje spotkania w tekście kultury. W pierwszej z nich mamy dwie kobiety rozmawiające o zakupach, kosmetykach, dzieciach – ogólnie tematyka ich rozmów wchodzi w stereotyp kobiecości i nie wychodzi poza niego na krok. Sytuacja druga: mamy piątkę kobiet i jednego mężczyznę rozmawiających o fizyce jądrowej – kobiety tu są na równym poziomie inteligencji, świadomości tematu co mężczyzna (a mężczyzna nie zajmuje się moderacją dyskusji). W pierwszej sytuacji nie pada słowo o mężczyznach, w drugiej, owszem, mamy nawiązania do różnych naukowców – kobiet i mężczyzn. Wiemy już, co powie nam test Bechdel, którą z tych sytuacji uzna za seksistowską, a której nie. Wiemy też, która z nich faktycznie jest seksistowska i szkodliwa dla wizerunku kobiet.

Jak więc patrzeć na przytoczone przez Michała badania Doctora Who? Mam wrażenie, że one coś nam pokazują, ale zdecydowanie pomijają też wiele istotnych aspektów, których testem Bechdel i czasem mówienia zwyczajnie nie da się zmierzyć. Bo np. kobieta może mówić niedużo, ale za to może dużo robić. Weźmy choćby pierwszy odcinek New Who, gdzie to Rose ratuje dzień. W trakcie wypowiada ze dwa zdania, ale to, co mówi, ma tylko podkreślać, dlaczego to, co robi, nie jest tak całkiem szalone – główny nacisk sceny kładziony jest na jej działanie pokazane w opozycji do niemożliwości działania Doktora i paraliżu ze strachu jaki opada Mickey’ego. W ten sposób na czynniki pierwsze można rozłożyć każdy odcinek New Who (nie mówiąc o Classic Who czy całym EU) – i to byłoby o wiele bardziej miarodajne badanie poziomu seksizmu w tym konkretnym serialu.

Lierre zdecydowanie ma rację – badając tego typu kwestie nie możemy ślizgać się po powierzchni, nawet nie próbując zajrzeć głębiej, ani nie zaznaczając jednoznacznie, że to, co głębiej, istnieje i jest nawet nie tyle ważne, co kluczowe dla poprawnej oceny sytuacji.

Justyna Figas-Skrzypulec: Bardzo lubię test Bechdel (między innymi dlatego, że zwraca on w ogóle uwagę na to, o czym rozmawiają kobiety – sam ten fakt wytrąca z przekonania, że kobiety właściwie nie rozmawiają, tylko „gadają” lub „plotkują”, czyli paplają nieustannie, za to o sprawach nieistotnych lub o ludziach, wokół których słusznie toczy się ich życie, czyli o mężczyznach) i bardzo nie lubię tego, co się czasem z nim robi. Absolutyzacja tego testu służy nadmiernemu upraszczaniu złożonej sytuacji kinematografii i w ogóle popkultury, ale chyba również upraszczaniu feminizmu i tego, co jest women-friendly. Dostaje się liczby i można robić clickbaitowe nagłówki.

Książka, film lub serial może być women-friendly na wiele sposobów w zależności od gatunku oraz czasu i miejsca akcji. Może zacznijmy od rzeczy zupełnie oczywistej, ale którą, moim zdaniem, należy wypowiedzieć. Są takie filmy, w których całkowita nieobecność lub marginalna rola kobiet jest uzasadniona i nie ma co nad tym płakać, a szermierka testem Bechdel byłaby śmieszna w ich kontekście. Mam na myśli np. niektóre filmy historyczne. W okopach I wojny światowej nie było zbyt wielu kobiet. A jeśli dzieło nie ma być o relacjach żołnierzy z kobietami, to… za bardzo nie będzie w nim kobiet. Jeśli takie dzieło uwzględni kobiety, ale nadal głównym tematem jest wojna, to ich wątki będą skupione na tych kolesiach w okopach, więc Bechdel test zostanie oblany. Oczywiście to byłaby klisza: „męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać”, ale ta klisza nie wzięła się znikąd, więc film też mówiłby prawdę historyczną o życiu kobiet. Nie ma też sensu stosować testu Bechdel do w miarę wiernych ekranizacji literatury, w której nie ma wielu kobiet albo nie są one pełnokrwistymi postaciami. Fajne są takie adaptacje, które zmieniają tę nierównowagę POMIMO oryginału, ale nie ma takiego obowiązku.

Dużo sensowniej jest test Bechdel stosować do współcześnie się rozgrywających filmów obyczajowych, psychologicznych, familijnych, przygodowych, do fantasy, SF oraz do wszelkich seriali, filmów i gier wielowątkowych, gdzie jest przekrój społeczny albo dużo różnych epok, albo wielu bohaterów i bohaterek drugoplanowych. Jeśli pomimo tak rozległego świata przedstawionego dzieło (lub większość odcinków, jeśli to serial) oblewa test Bechdel, to wiadomo, że zachodzi dyskryminacja, IMO.

Tak naprawdę, żeby zmierzyć prokobiecość dzieła, trzeba by mieć cały arsenał narzędzi pod ręką i umieć ocenić, kiedy które najlepiej zastosować. Mnie przychodzi do głowy, oprócz testu Bechdel, który naprawdę mówi dużo, Mako Mori test, test lampy ozdobnej wyżej wymieniony (choć domagałby się operacjonalizacji), test czasu mówienia, sprawdzanie nieuzasadnionej nagości i płciowo jednostronnej nagości, różnorodność bohaterek vs. tokenizmy, struktura związków romantycznych w dziele + ich dynamika i skutki, wypowiedzi mężczyzn do kobiet lub o kobietach itd.

mako-mori

Magdalena: Dzięki za przypomnienie o teście Mako Mori. Może go tu przytoczę. Test Mako Mori powstał na fali filmu Pacific Rim, który olśnił widownię faktem, że miał główną bohaterkę, która wymykała się stereotypom (młoda Azjatka, rola bardzo aktywna, brak wątku romantycznego), czego po tym filmie nikt się nie spodziewał (Pacific Rim testu Bechdel nie zdaje). W teście Mako Mori, analizując postać kobiecą, zadajemy trzy pytania: Czy w filmie (wśród głównych bohaterów) pojawia się postać kobieca? Czy ma ona swój własny wątek? Czy wątek ten nie służy tylko podparciu wątku męskiego bohatera?

Justyna: Najbardziej zależałoby mi, żeby w popkulturze była różnorodność, a w niektórych obszarach wręcz parytetowość. Gdyby co drugie dzieło/seria Marvela miało kobietę w roli głównej, to dzieła z mężczyznami w roli głównej by nie raziły, nawet gdyby nie zdawały różnych „testów”. Dążę do tego, żeby powiedzieć, że dzieła męskocentryczne nie są złe. Mogę je oglądać i cenić (tak samo chciałabym, aby mężczyźni oglądali i cenili dzieła o kobietach!). Tym, co wtłacza w poczucie beznadziei i bycia gorszym sortem człowieka, jest DOMINACJA męskocentrycznych dzieł (oraz mniejsza liczba reżyserek oraz niższe płace dla aktorek), a także dzieła, które pokazują złe traktowanie kobiet, np. niedobrowolny seks albo ograniczanie możliwości ekonomicznych w związku, albo szklane sufity jako coś neutralnego, naturalnego lub dobrego, lub w których kobiety są ozdobnikami, pustostanami, elementami czysto komicznymi, seksualnymi nagrodami, bezpłatnymi służącymi domowymi etc. Test Bechdel może to pokazać i często pokazuje, ale nie musi. Wtedy ktoś, kto np. pisze artykuł naukowy lub prasowy, powinien_nna wyjaśnić, dlaczego akurat ten czy inny sprawdzian feministyczny akurat tutaj pasuje lub nie pasuje, starać się niuansować.

Joanna Kucharska: Dla mnie test Bechdel (który tak naprawde powinien być testem Wallace albo przynajmniej Bechdel-Wallace, bo sama Allison zapożyczyła pomysł od Liz Wallace) tak naprawdę nie działa jako test, któremu mają sprostać poszczególne filmy (czy inne teksty kultury), ale jako papierek lakmusowy szerszego kontekstu kulturalnego. Tak samo jak zresztą wszystkie inne testy (od lamp po moją ukochaną Mako Mori), wskazuje na problem reprezentacji. I jako taki spełnia swoje zadanie znakomicie. Fakt, że ten test nie jest dobrym wyznacznikiem feministycznych wartości czy właściwej reprezentacji jest sam w sobie dośc przydatny: jeśli próg testu jest ustawiony tak nisko, a nadal tyle tekstów kultury oblewa go w cuglach – mamy problem.

Dwie rzeczy uderzają mnie niesamowicie w ostatniej fali popularności testu. Po pierwsze, że twórcy filmów (i nie tylko) zostają pociągnięci do odpowiedzialności w sprawie reprezentacji (kobiet i nie tylko, intersekcjonalizm nie jest włączony w ścisłe założenia testu Bechdel, ale nie powinno się o nim zapominać). Prostota i chwytliwość tego testu jest bardziej atrakcyjna dla blogosfery i mediów społecznościowych, gdzie shorthand sprawdza się jednak lepiej niż akademickie analizy. Dość burzliwe dyskusje przetaczające się przy każdym nowym większym filmie czy wprowadzenie testu Bechdel do kryteriów oceny sprawia, że twórcy muszą zwracać na niego uwagę. I może czasami będzie to dopisana „na odczep się” scena, gdzie dwie bohaterki rozmawiają o pracy, czy zmiana płci Technika Nr 4 – ale fakt, że zmusza się scenarzystów, reżyserów i producentów do myślenia o tym mnie cieszy.

Dość mocno uderzyło mnie to ostatnio przy okazji nowych Gwiezdnych Wojen. Fakt, czy film oblewa test czy nie, jest dyskusyjny – rozmowy Maz Kanaty z Rey można by podciągnąć pod rozmowę o mężczyźnie, Luke’u Skywalkerze. Trudno powiedzieć, czy krótkie „Niech moc będzie z tobą” wypowiedziane przez Leię do Rey test przechodzi czy nie. Ale ważniejsze dla mnie było raczej to, ile kobiet przewinęło się przez ekran na drugim, trzecim i czwartym planie. Technicy, inżynierowie, mechanicy, piloci – kobiety po obu stronach wojny, na wszelkich stanowiskach. Większość filmów „gatunku” obsadza te role tylko i wyłącznie mężczyznami, przekłamując prawdziwy obraz populacji, a my zwykle dość bezrefleksyjnie to akceptujemy – filmy w końcu zawsze tak wyglądały, oczekujemy tego po nich. Dopiero odstępstwo od normy naświetla problem.

Druga rzecz, która fascynuje mnie w dyskusjach o teście jest z tym blisko związana. Nie tylko widzimy na ekranie więcej mężczyzn, ale mężczyźni są autonomicznymi bytami. Kobiety pojawiają się „na przyczepkę” – żony, matki, kochanki, siostry, córki, szefowe, sekretarki, femmes fatales – większość jest definiowana przez ich relację z męskim bohaterem. Stąd właśnie wywodzi się drugi i trzeci szczebelek testu. Nie chodzi tak naprawdę o przedmiot rozmowy – dwie kobiety w akademii mogą rozmawiać o sławnym naukowcu i jego teoriach i technicznie oblać test, albo o pogodzie i technicznie go przejść – ale o definiowanie kobiet jako posiadających autonomię i agency albo definiowanie ich tylko w świetle ich relacji, przynależności lub znaczenia dla mężczyzny. (Oczywiście sprawa inaczej wygląda w tzw. kinie mainstreamu, a inaczej w tzw. kinie kobiecym, bo też inaczej wygląda sprawa głównych bohaterów i bohaterek. Moje guilty pleasure romanse na Lifetime przejdą test bez problemu, ale jest powód, dla którego są moimi bardzo wstydliwymi przyjemnościami).

Z kwestią przedstawiania kobiet w relacji do mężczyzn wiąże się sedno testu Bechdel, które bardzo często jest obecnie pomijane. Nie bez powodu test ukazał się w lesbijskim komiksie Dykes to Watch Out For – kontekst ten niestety ginie w obecnych dyskusjach – i przedstawia dwie lesbijki decydujące, co chcą obejrzeć i (po krótkim objaśnieniu zasad testu) wychodzących z kina, by obejrzeć w domu Telmę i Louise. Jeśli nie widzimy na ekranie kobiet rozmawiających ze sobą, jeśli nie widzimy kobiet przedstawionych w oderwaniu od tego, kim są dla mężczyzn w ich życiu, to jak możemy zobaczyć związki między kobietami? Jaką mamy szansę na przedstawienie życia i związków lesbijek? Kontekst ten jest obecnie wyjątkowo ważny przy nowej fali uśmiercania lesbijek na lewo i prawo w telewizji – wybór najwyraźniej jest teraz pomiędzy lesbijkami, które są nieobecne lub niewidzialne, a tymi, które są martwe.

Fot. Dykes To Watch Out For

Fot. Dykes To Watch Out For

Michał: Tytuł Uniwersyteckie badanie seksizmu w Doktorze Who BBC był straszliwą klikołapką i to do tego okropnie nie fair dla tego wyraźnie przyjaznego kobietom serialu. Swoją drogą, zastanawiam się, co by się stało, gdyby test odwrócić i przyłożyć np. do Rory’ego. Sądzę, że wyszłoby, że jest bardziej „sfeminizowany” (czytaj: rodzinny) niż Amy!

Zgadzam się, że test ten jest swego rodzaju surowym prokrustowym łożem pewnego typu feminizmu i wiele gatunków filmowych z definicji go nie zdaje. To prawda, że to bardziej motyw do debaty publicznej niż naukowych analiz. Ale mam wrażenie, że używanie go do badań jakiegoś rodzaju nie jest nieuprawnione. Widziałem już dużo gorzej skonstruowane wskaźniki kodujące różne pojęcia i niektóre z nich wyglądały jak kiepskie suchary. Test jest określany jako wskaźnik „aktywnej obecności kobiet w treściach kultury”. Tutaj chyba oddaje jakąś pozastereotypowo kobiecą formę aktywności. Oczywiście stosowanie go wymaga szeregu metodologicznych zastrzeżeń. No i właśnie – każdy wskaźnik ma takie zastrzeżenia.

Dlaczego jednak ten test uważam za ważny? Rozwinę tutaj to, o czym mówiły Justyna i Joanna. Chodzi o pytanie, co ten test właściwie bada. I tutaj muszę przyznać, że moim zdaniem koduje on – albo przynajmniej usiłuje kodować – rzecz bardzo ważną: nie samą sprawczość czy tylko „nie-seksizm”, ale podmiotowość. Zajmuję się tym tematem trochę przy okazji teorii polityki i nawet w tym przypadku owa klasycznie zachodnia (owszem, „męska i racjonalistyczna”) podmiotowość opiera się w znacznej mierze na dialogiczności. Samo bycie aktywną „nie-lampą” trochę nie wystarcza. Wiele dzieł kultury przedstawia kobiety jako kompetentne, ale tylko w roli pomocników, nie liderów i decydentów. Kobiety umieszcza się w zespołach jak tokeny, w celu symbolicznego doreprezentowania kobiet, ale w sposób, który raczej sugeruje, że dana osoba jest tylko wyjątkiem w swojej grupie.

Bycie aktywnym i posiadanie mocy sprawczej jest tylko częścią podmiotowości, na którą składa się autonomia moralna i zwyczajnie bycie pełnoprawnym partnerem dialogu. Ten subtelny element silnie widzę w tym teście i bardzo go cenię. Bechdel zresztą tłumaczyła, że na pomysł wpadła przez lekturę Virginii Wolf. Chodziło o spostrzeżenie, że w „wielkiej literaturze” kobiety niemal nigdy nie były „zwyczajnie przyjaciółkami”. Zawsze były rywalkami, kochanicami, swatkami – o kogoś zabiegały, zawsze były „w odniesieniu do kogoś” w realiach „domowego ogniska”: nigdy nie były autonomicznymi podmiotami. Można to odczytywać lesbijsko, ale uważam, że ten motyw jest dużo szerszy i do lesbijskości nie można go redukować.

Dlatego uważam, że ten test coś ważnego mówi, albo przynajmniej stara się mówić. Kluczowe jest to, jak rozumiemy „rozmawiać o czymś innym niż faceci”. Dla mnie rozmowa dwóch doktorek o teorii Kocha albo dwóch historyczek o życiorysie Ludwika XVI spokojnie zdaje test, bo w bechdelowej „rozmowie o facetach” chodziło o rozmowę motywowaną romantyczną lub rodzinną relacją do tych facetów. To, o czym Ginny wspomina, jest istotną luką testu Bechdel (czyli gadanie o kosmetykach), więc ewidentnie wymagałoby to doprecyzowania kryterium o „kwestie stereotypowo kobiece”.

Poważnym argumentem przeciw temu testowi jest jego spore polityczno-ideologiczne nacechowanie. To, że służyć może do zniechęcania do danego dzieła kultury. I jest niezdrowo szufladkujący. Z drugiej strony – znów à propos uwag Joanny i Justyny – zmusza on nas jednak do zastanawiania się nad pewnymi problemami i prowokuje twórców kultury do większego urozmaicania swoich dzieł. Uczula ich na ten aspekt kobiecej podmiotowości, tak często pomijany, szczególnie w tym ciągle maglującym stereotypy Hollywoodzie!

Magdalena: Badanie podmiotowości kobiet w mediach jest straszliwie ważne, ale dlaczego używamy do tego tak mylącego narzędzia? Nie przekonuje mnie zupełnie argument, że istnieją gorzej skonstruowane wskaźniki – nie w tę stronę chcemy równać. Sam test jest całkiem w porządku jako głośne zjawisko, które każe ludziom spojrzeć z nieco innej perspektywy na to, co oglądają. I z tym absolutnie się zgadzam – wszystko, co każe ludziom pomyśleć o czymś dobrze im znanym w inny sposób to rzecz cudowna i warta wszelkich pochwał. Ciągle jednak mam problem z faktycznym użyciem testu Bechdel do badania czegokolwiek, bo jak napisali przedmówcy, trzeba by ten test opatrzyć dodatkowymi kryteriami (np. że nie wystarczy, że kobiety rozmawiają, ważne jeszcze, o czym). Nie liczy się, jeśli rozmawiają, czy twórca jest złym mizoginistycznym potworem. Po co więc robić z tego test? (Nie odpowiadajcie, wiem po co, still…)

Uwiera(łoby) mnie ocenianie, jakie tematy rozmów są akceptowalne, a jakie nie, więc jeśli miałabym kiedyś używać czegoś podobnego do testu Bechdel, to skupiłabym się raczej na procentowym udziale kobiet w fabule (żeby uniknąć nazywania seksistowską np. opowieści o jednej bohaterce…), tym, czy wchodzą ze sobą w dowolne interakcje, czy mają rozbudowane motywacje i osobowości, czy zajmują różnorodne stanowiska w społecznej hierarchii, czy mają autorytet… Co mi przypomina, że istnieją takie badania. Tam też posłużono się bardzo prostym kwestionariuszem, ale o ile sensowniejszym! Sam wspomniany test Mako Mori jest już o wiele lepszym narzędziem do badania. Jeśli chcemy sprawdzić, jak się ma sprawa „definiowania kobiet jako posiadających autonomię i agency„, to odpowiedzi na te pytania będą dla nas o wiele bardziej pomocne.

Nie będę się odnosić do wszystkiego, co napisaliście, bo ogólnie to każdy ma rację. Myślę, że najważniejsze jest – i to test Bechdel w jakiś pokrętny sposób próbuje robić – po prostu pokazywanie kobiet w popkulturze i wiem, że zabrzmi to źle, ale naprawdę nie jest dla mnie najważniejsze, czy coś mówią i co mówią. Mogą wszystkie milczeć jak zaklęte (co mi przypomina ten doskonały odcinek Buffy… ciekawe czy zdałby test), byleby były – kury domowe i superbohaterki, pokojówki i szefowe wielkich korporacji, wcielone anioły i straszliwie złe czarne charaktery. Test Bechdel na pierwszy rzut oka pokazuje, że kobiety rozmawiają tylko o sprawach związanych z mężczyznami, ale tak naprawdę problemem jest to, że czasami znalezienie w filmie dwóch kobiet, które wchodzą ze sobą w jakąkolwiek interakcję, jest niełatwym zadaniem. Chodzi o to, by widz się napatrzył i wbił sobie głęboko w podświadomość, że kobiety są wszędzie i wszędzie są na miejscu.

Swoją drogą, wracając jeszcze do Bechdel, równie dobrze można powiedzieć, że dwie kobiety rozmawiające o czymkolwiek niezwiązanym z mężczyzną to dwie kobiety zamykające się w kobiecej sferze, w kulturze postrzeganej niemal zawsze jako mniej ważna i infantylna. Gdybym miała badać kreowanie postaci kobiecych na podstawie dialogów, w których uczestniczą, sięgnęłabym raczej po rozmowy w gronie mieszanym, bo tam więcej będzie konkretów: dynamiki, sposobu odnoszenia się do siebie postaci, społecznej hierarchii, stereotypów, z którymi warto powalczyć…

Fot. LucasFilm

Fot. LucasFilm

Michał: W kwestii „równie źle skonstruowanych wskaźników” miałem na myśli raczej to, że wady tego rodzaju nie delegitymizują takich wskaźników. Chodzi mi też o to, że w zasadzie każdy wskaźnik ma swoje wady i trzeba się z tym pogodzić. Nie zmajstrujemy uniwersalnego, doskonałego wskaźnika, chyba że jakiś syntetyczny. Mamy za to do dyspozycji kilka. Naszym zadaniem zatem powinno być maksymalnie szczegółowe wskazanie zastrzeżeń metodologicznych i możliwych zastosowań.

Magdalena: …dlatego nie zgadzam się na używanie narzędzia, którego niedoskonałość aż wali po oczach, kiedy stworzenie czegoś lepszego wcale nie byłoby trudne. Bechdel to po prostu pójście na straszną łatwiznę.

Michał: Problem w tym, że na takie niuanse jest miejsce w artykułach naukowych. Często brakuje go w prasie popularnej. Jak sobie z tym problem poradzić? Zaletą testu Bechdel jest wyraźna prostota pomimo wrażenia pewnego wysublimowania. To zapewne jest źródłem jego popularności. To, co go moim zdaniem legitymizuje najbardziej – i to dokładnie w tym kontekście – to sprowokowanie debaty publicznej.

Dalej jednak pozostajemy z problemem tego, jak używać testu Bechdel. Może – skoro niektóre rodzaje filmów z definicji go nie zdają – należałoby zawęzić jego zastosowanie do jakichś gatunków filmowych i serialowych.

Teraz myślałem o tym, by jakiś syntetyczny wskaźnik opracować – taki który łączy wspomniane już testy i pozwala poznać zbiorczy wynik punktowy z możliwością rozłożenia na podwskaźniki. Oto moja ad hoc propozycja:

Syntetyczny Wskaźnik Podmiotowości Kobiet składałby się z komponentu autonomii i społecznej podmiotowości.

Autonomia kobiet (test Mako Mori [zmodyfikowany o test lampy])

  1. 1. przynajmniej jedna postać kobieca, [która nie jest lampą, tj. aktywnie wpływa na fabułę] (1 pkt.);
  2. 2. która ma swój osobny wątek w narracji (1 pkt.);
  3. 3. który to wątek nie polega na wspieraniu wątku męskiego (1 pkt.).

Społeczna podmiotowość kobiet ([zmodyfikowany] test Bechdel-Wallace):

  1. 1. przynajmniej dwie postaci kobiece, które ze sobą rozmawiają (1 pkt.);
  2. 2. które rozmawiają o czymś innym niż mężczyźni (1 pkt.);
  3. 3. [i rozmawiają o czymś innym niż sprawy stereotypowo kobiece] (1 pkt.).

Brak seksualnego uprzedmiotowienia kobiet:

  1. 1. występujące kobiety pełnią role inną niż tylko partnerki postaci męskich (1 pkt.);
  2. 2. nie są roznegliżowane w celu podniecania widowni – lub – jeśli zaś są roznegliżowane w tym celu to pojawia się roznegliżowanie mężczyzn w takim samym celu (1 pkt.).

Z tej perspektywy dzieło może zdobyć maksymalnie 8 punktów: 3 za autonomię, 3 za podmiotowość społeczną i 2 za brak nierównej seksualizacji. Dane dzieło, choć nie będzie zdawać w społecznej podmiotowości, może np. brylować w autonomii i nie-seksualizacji – 5 pkt. to całkiem sporo. Zrezygnowałem z mierzenia czasu mówienia i pojawiania się na ekranie z racji pracochłonnej mierzalności. Chodzi też o to, by test mógł zastosować recenzent po jednym seansie bez siedzenia ze stoperem. Ponadto te dwa ostatnie są w sumie implicite zawarte w dwóch pierwszych wymiarach wskaźnika. Czy sądzicie, że coś można dodać czy zmienić?

Co do zastosowania, zastrzegłbym, że tego typu test ma szczególną rację zastosowania w typowym kontekście hollywoodzkich blockbusterów: filmy akcji, superbohaterskie itp. Filmy z czołówki rankingów kinowej oglądalności mogą mieć szczególny wpływ na potoczną świadomość, w zasadzie tworząc wizerunek kobiet w kulturze.

Ginny: Tak, koniecznie przy takich badaniach musimy wskazywać ograniczenia naszych metod. I też dobrą praktyką jest niekorzystanie z jednego tylko wskaźnika przy badaniu. A jako że test Bechdel wymaga akurat bardzo dużej ilości istotnych zastrzeżeń, przy swojej pozornej prostocie – na co zwraca uwagę Lierre – ja osobiście nigdy nie użyłabym go jako podstawowego narzędzia do zbadania feminizacji danego tekstu kultury. On może być narzędziem pomocniczym dla innych, jednak bardziej złożonych już u podstaw testów (może punktem wyjścia podpartym później badaniami głębszymi), ale sam w sobie za mało mi jednak pokazuje i za łatwo wpaść w pułapkę uznania, że to co pokazuje to obiektywna i jedyna słuszna prawda, bym mogła podchodzić do niego bez zastrzeżeń i z równym entuzjazmem co do innych wskaźników.

Fakt także, że na tak dogłębne spojrzenie nie ma miejsca w prasie popularnonaukowej, ale po pierwsze nawet w artykule podobnym do tego, który dał wyjście naszej dyskusji powinno się znaleźć miejsce na krótki disclaimer tłumaczący, jak bardzo upraszczający jest to test – analogicznie do ostatniego akapitu twojej wypowiedzi, Michale. Po drugie tenże artykuł relacjonuje wyniki badań naukowych opartych o test Bechdel i jeden wskaźnik pomocniczy. A to już jest kwestia problematyczna.

Twój test już chociażby mimo wciąż dużego uproszczenia – bo i tak wielu rzeczy nie uwzględnia, ale też zgodziliśmy się chyba, że idealnego testu tu nie stworzymy – jest o wiele lepszy. Ja osobiście dodałabym też punkt za kobietę jako (jedyną) główną bohaterkę, czy kobiety, które nie umierają, albo nie są „tym złym”*, jakkolwiek rozumianym. Oraz punkt za mniej więcej równy podział między postaci kobiece i męskie na drugim planie. To może wymagałoby uważniejszego seansu (ilu widzów faktycznie liczyło kobiety w tle nowych Gwiezdnych Wojen?), jednak istotny jeśli chodzi o faktyczną reprezentację naszej płci.

Ale też jak słusznie zauważa Justyna, przede wszystkim przy takich testach nie możemy zapominać o tym, że liczby, które nam wyjdą, to powinien być tylko punkt wyjścia do faktycznej interpretacji tego, co na ekranie widzimy i ile to ma z niestereotypizującym obrazem kobiety wspólnego.

Zgadzam się również absolutnie (szczególnie) z dwoma ostatnimi akapitami wypowiedzi Magdy. Kiedy patrzę na świat, w którym funkcjonuję, to po pierwsze widzę tyle kobiet, ile mężczyzn, a po drugie nie oddzielam swoich relacji z mężczyznami od tych z kobietami. Dyskusje i inne relacje dzielę zaś na mniej i bardziej istotne nie pod kryterium płci, a pod kątem tematu, zaangażowania, stopnia zażyłości itd. itd. I taki obraz kobiet chcę widzieć w tekstach kultury. Czy to będzie niszowa powieść, czy kolejny letni blockbuster.

Joanna mówi też o (nie)pokazywaniu związków lesbijek. Ja bym to rozciągnęła w ogóle na brak pokazywania związków kobiet nieheteronormatywych z innymi kobietami nieheteronormatywnymi** (lesbijek, bi, trans itd. itd.) i bez popadania w stereotypy, bez uśmiercania takich postaci, robienia z nich comic relief czy ponownie tych złych. O ile bowiem sam test Bechdel wywodzi się z komiksu o dwóch lesbijkach, to nawet w naszej już dość długiej dyskusji ta kwestia pada póki co tylko w trzech krótkich akapitach. Może więc zatrzymajmy się tutaj na dłuższą chwilę i zastanówmy, czy nasz syntetyczny test nie powinien adresować także tego problemu.

* I tym sposobem jako film dobrze reprezentujący kobiety odpada nam ot taki klasyk jak Seksmisja.

** Pomijam tutaj kwestię mężczyzn niehetero w kinie, ale to też oczywiście jest istotny problem.

Michał: Aha. W tej chwili pomyślałem, że zaczynamy tworzyć coś jednak szerszego niż tylko wskaźnik upodmiotowienia kobiet. Będzie to raczej ogólniejszy detektor stereotypowych motywów (tzw. tropes). Mam nawet pomysł na chwytliwą nazwę:

“SLUT” Indicator – Synthetic Lack-of-Usual-Tropes Indicator

składa się z następujących komponentów:

  1. autonomii kobiet (0–6 pkt.),
  2. społecznej podmiotowości kobiet (0–3 pkt.),
  3. braku seksualnego uprzedmiotowienia kobiet (0–2 pkt.),
  4. reprezentacji osób LGBTQ (0–2 pkt.).

1. (0–6 pkt.) Autonomia kobiet (test Mako Mori zmodyfikowany o test Lampy, test Kobiety w Lodówce i test Smerfetki)

  • a) przynajmniej jedna postać kobieca, która nie jest lampą, tj. aktywnie wpływa na fabułę (1 pkt.);
  • b) która nie ginie lub nie doznaje innego rodzaju krzywdy w celu motywacji głównego bohatera (1 pkt.);
  • c) która nie jest jedynie urozmaiceniem całkowicie męskiej obsady (1 pkt.);
  • d) która ma swój osobny wątek w narracji (1 pkt.);
  • e) który to wątek nie polega na wspieraniu wątku męskiego (1 pkt.);
  • f) postać kobieca jest główną bohaterką (1 pkt.).

2. (0–3 pkt.) Społeczna podmiotowość kobiet (zmodyfikowany test Bechdel-Wallace):

  • c) i rozmawiają o czymś innym niż sprawy stereotypowo kobiece (1 pkt.).
  • b) które rozmawiają o czymś innym niż mężczyźni (1 pkt.);
  • a) przynajmniej dwie postaci kobiece, które ze sobą rozmawiają (1 pkt.);

3. (0–2 pkt.) Brak seksualnego uprzedmiotowienia kobiet:

  • b) nie są roznegliżowane w celu podniecania widowni – lub – jeśli są roznegliżowane w tym celu to pojawia się roznegliżowanie mężczyzn w takim samym celu (1 pkt.).
  • a) występujące kobiety pełnią role inną niż tylko partnerki postaci męskich (1 pkt.);

4. (0–2 pkt.) Reprezentacja osób LGBTQ:

  • a) występują postaci LGBTQ, które nie są komediowe (comic relief) (1 pkt.);
  • b) nie giną (test Pogrzebania Swoich Gejów) (1 pkt.)

Komentarze:

1 f) – choć w sumie „strong independant woman” to też pewnego rodzaju trope

Nie całkiem rozumiem, czemu kobieta nie powinna być „tym złym” – czy to jest jakiś negatywny stereotyp? Wiem, że często u Disneya i w bajkach są „wiedźmy i złe królowe”, ale to jest chyba trope, który nie jest już szczególnym problemem. Zgadzam się, że z Seksmisją to warto się jakoś uporać, ale [SPOILER] tam przecie głównym złym okazuje się być… facet. Swoją droga, Seksmisja to tak unikatowy kontrrewolucyjny szkodnik, że chyba żadnym takim testem się go nie ugryzie…

Ginny: Nie tyle nie powinna, co gdy mamy w tekście jedną silną kobietę, to często będzie ona (głównym) złym, z którym musi zmierzyć się nasz dobry męski protagonista. To nie jest dobre. Ale oczywiście motyw kobiety-villaina można zrobić dobrze – tu np. polecam zobaczyć czwarty sezon Korry, gdzie główna antagonistka jest nawet nie tyle zła, co ma dobre cele i uznaje, że cele te uświęcają wszelkie środki, ale, co istotne, główna protagonistka serialu to także silna kobieta (na koniec okazuje się też, że biseksualna) i w ogóle mamy na pierwszym i drugim planie sporo różnorodnych silnych kobiet.

Fakt, Seksmisja jest specyficzna, ale tak jakoś ostatnio mnie zaczęło uwierać, że przedstawia świat z prawie samymi kobietami jako antyutopię. Tak jakby świat patriarchatu był tym dobrym – to jest tam jednak podskórnie pokazane i o ile dominacja jednej płci jako taka niekoniecznie w ogóle jest dobra, to już ten przekaz o wyższości świata przeszłości, czyli implicite patriarchatu, nie do końca do mnie przemawia.

Magdalena: Ja mam tylko kilka luźnych uwag, bo znowu dobrze mówicie i nie mam z czym się spierać. Z drobnymi wyjątkami:

Nie podoba mi się wymóg roznegliżowanych mężczyzn równoważących roznegliżowane bez powodu kobiety. Brzmi jak „nam może być źle pod warunkiem, że innym też będzie źle”, a przecież nie o to chodzi, żeby wszystkich równo uprzedmiotowić… Nie widzę zupełnie powodu, dlaczego to miałby być argument.

Zdecydowanie za to zgadzam się z postulatem, by ograniczyć użycie testu (tego, czy jakiegokolwiek innego) do określonej sfery popkultury (np. blockbusterów), bo problem staje się mierzalny, no i te nieszczęsne blockbustery najbardziej takich badań i diagnoz potrzebują, bo najwięcej ludzi je ogląda i mogą mieć realny wpływ na rzeczywistość, co nie jest niczym odkrywczym.

I bardzo się zgadzam z propozycją Ginny o dodaniu wskaźnika umieralności kobiet. Mogą być punkty karne. Dodatkowy punkt karny, jeśli umiera kobieta nieheteroseksualna.

A, i dalej nie wiem, czym są tematy stereotypowo kobiece. Widzę tu lukę w tym świetnym zresztą teście.

Ginny: Mnie też roznegliżowanie nie do końca pasuje, ale skoro innym tutaj niekoniecznie to nie spierałam się. Co do stereotypowości to tak najogólniej – i w sposób możliwy do zastosowania do obu płci – gdy taka kobieta (lub mężczyzna) wpada w różne możliwe warianty patriarchalnego obrazu świata? Opisywanie szczegółowe moim zdaniem mogłoby niestety zająć potężną monografię, a więc trochę nie ma sensu w naszej dyskusji wchodzić w szczegóły – bo się z nich do końca świata nie wygrzebiemy.

W następnej części: Z rozmów i konsultacji rodzi się w końcu test na miarę Pulpozaura…

 

Michał Zabdyr-Jamróz
Fan Star TrekaStargate’aFireflyFalloutaStrażników i Battlestar Galactica. Kibic wyścigu kosmicznego. Lubuje się też w kinie noir oraz filmach i serialach historycznych. Sporadycznie oddaje się światu Warhammera 40K. W swojej pracy naukowo-dydaktycznej miał już wielokrotnie okazję, by objaśniać poważne dylematy filozoficzno-polityczne przykładami z Doktora Who i Star Treka.

Magdalena „Lierre” Stonawska
Władczyni Czasu z Gallifrey(.pl) stacjonująca obecnie na Ziemi, gdzie w spowitym smogiem Krakowie przygląda się z fascynacją ludziom, kosmitom i smokom. Acafanka i kulturoznawczyni specjalizującą się w kreatywnej prokrastynacji. Marzy o wyprawie w TARDIS do starożytnego Egiptu, by sprawdzić, jakim zwierzątkiem naprawdę był Set i czy Echnaton był kosmitą.

Ginny358
Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają jej współpracy. Pisze m.in. dla Gallifrey.pl, na blogu ziemniak i Dinozarły i współtworzonych z koleżanką (Ułomnych) recenzjach ziemniaka.

Justyna Figas-Skrzypulec
Religioznawczyni i filozofka, specjalistka w zakresie relacji między religią a nauką. Wiele lat temu wciągnęła ją Czarodziejka z Księżyca i odtąd nie było już ratunku. Obecnie podróżuje z Doktorem i głowi się z Sherlockiem. Członkini Teamu Instinct. Wielka fanka filmów i książek o przyrodzie. Wegetarianka. Współorganizatorka Filozofikonu. Prowadzi na Facebooku stronę Christianity is diverse Chrześcijaństwo jest różnorodne oraz bloga przyrodniczo.wordpress.com.

Joanna Kucharska
Człowiek-katarynka, z opinią na każdy temat. Urodzona w Krakowie, żyje przed ekranem. Uzależniona od kawy, musicali i złych żartów słownych. Czasami pisze, częściej przeklina migający kursor. Porzuciła hatewatchowanie na rzecz hope-watchingu, bo zdrowiej dla psychiki.