Nowy początek (The Walking Dead, S07E01)

Nowy początek (The Walking Dead, S07E01)

Artykuł zawiera duże spoilery!

To była uczta. Moment, na który fani The Walking Dead czekali miesiącami… i doczekali się. Negan zrobił krwawą jatkę, chusteczki poszły w ruch, a rozszarpane nerwy nie pozwalały normalnie funkcjonować przez resztę dnia. Premiera siódmego sezonu kultowego już serialu o apokalipsie zombie potwierdziła zasadę, którą każdy jego fan świetnie zna i odczuwa jej konsekwencje od pierwszej minut – nikt nie jest bezpieczny.

Można się spierać, że serial na podstawie serii komiksów Roberta Kirkmana to nic innego jak grupka ludzi, próbująca uciekać przed grupką potworów, od czasu do czasu walcząc z inną grupką ludzi. I tak przez sześć sezonów. Nie ulega jednak wątpliwości, że przy całej prostocie formatu, jest w nim coś fascynującego i trzymającego w napięciu. Człowiek przywiązuje się do bohaterów, którzy mimo tego, że czasami są płytko skonstruowani, postępują głupio i są oderwani od rzeczywistości, stają się bliscy. Martwimy się o ich los, drżąc przed telewizorem podczas każdego kolejnego odcinka, myśląc, czy to właśnie tym razem padnie na tę osobę.

Fot. AMC

Fot. AMC

Stwierdzenie, że The Walking Dead to wyłącznie serial, gdzie jedyną przyjemnością jest kibicowanie swoim ulubionym bohaterom, żeby jak najdłużej wytrwali, jest jednak ryzykowne. Byłoby to bowiem wtedy dzieło nieodbiegające poziomem od zwykłych survival horrorów, gdzie grupa nastolatków biega po lesie, usłyszawszy dziwne odgłosy, które na pewno nie zwiastują niczego złego. Tu ogromnie ważna jest psychologia, to, w jaki sposób postaci reagują na otoczenie, jak się adaptują, jak próbują się odnaleźć, jaki mają stosunek do swojej przeszłości, jak wpływa to na wzajemne relacje, jak podejmowane są decyzje oraz jak prowadzą one do konkretnych działań. W pewnym momencie zapomina się o „walkersach”, a liczy się tylko sama rzeczywistość, gdzie zombie były tylko czynnikiem, tworzącym nowy świat, ale kształtują go już żywi.

We wspaniały sposób zrobił to Robert Kirkman w swoim komiksie. Połączył element horror zombie z dylematami moralnymi, grami psychologicznymi i próbą odnalezienia samego siebie w nowej rzeczywistości. Gry Talltale rozbudowały motyw, sprawiając, że sam odbiorca (gracz) wciela się pośrednio w walczących o życie ocalałych, nie tylko próbując uciec przed zombie lub zabijając jak największą ich ilość, ale podejmując ważne decyzje, które oddziałują na jego dalsze losy.

Przypomnijmy sobie więc, co stało się w pierwszym odcinku siódmego sezonu The Walking Dead i dlaczego w tak znakomity sposób oddaje to, czym ten serial jest. Negan chce pokazać Rickowi, że nie warto zadzierać z jego grupą, więc dla przykładu morduje Abrahama. Daryl atakuje go, nie wytrzymując jego tortur psychicznych, przez co Negan morduje kolejną postać – Glenna. To jednak mu nie wystarcza. Porywa Ricka i zmusza do posłuszeństwa poprzez kolejne etapy manipulacji. Po powrocie do grupy nakazuje mu odciąć rękę jego syna Carla, lecz w ostatniej chwili go oszczędza. Sprawia to, że Rick staje się ostatecznie posłuszny Neganowi, a zrozpaczona grupa opłakuje zamordowanych.

Epizod ten jest przykładem kombinacji wszystkich najważniejszych cech, za które kocha się świat Kirkmana. Od miesięcy wyczekiwaliśmy, kogo zabije Negan, jednak to nie od zdradzenia tej tajemnicy twórcy zaczęli odcinek. Na pierwszy plan wysunęli trzymającą w napięciu rozmowę Ricka z Neganem, która fantastycznie ułożyła cały odcinek pod względem psychologicznym. Co więcej, o poczynaniach Negana dowiadujemy się z flashbacków Ricka, który próbuje sobie poradzić ze stratą przyjaciół, ale także z byciem zredukowanym z lidera do niewolnika. Sprawia to, że epizod ma niemal taką samą wagę jak pierwszy odcinek serialu, kiedy ranny Rick budzi się w szpitalu i próbuje odnaleźć się w nowej roli.

Fot. AMC

Fot. AMC

Niezwykle istotne były także aluzje do świata komiksowego, fabularnie znacząco różniącego się od telewizyjnej adaptacji. Odwzorowanie niemal kropka w kropkę sekwencji mordowania Glenna, wraz ze słynnym kadrem pękniętej czaszki i wytrzeszczonego oka, było ogromnym ukłonem twórców wobec zarówno fanów, jak i autorów komiksów. Co więcej, wszechobecne aluzje, dotyczące odcięcia ręki Ricka także dawały nadzieję na jeszcze bardziej dramatyczne rozwiązanie. Dzięki temu widz oglądał w większym napięciu, zszokowany wyborem Negana, który chciał pozbawić ramienia Carla. Mimo że cała historia została rozegrana inaczej niż komiksie – brakowało m.in. agresywnej reakcji Maggie, Carla, dodany został wątek podróży Negana z Rickiem – to całość miała charakter przypominający pierwowzór, za co szczególne wyrazy uznania należą się reżyserowi odcinka, Gregowi Nicotero.

Warto także dodać, jaką rolę odegrał Daryl Dixon, którego można de facto uznać winnym śmierci Glenna. Jego postać kreowana jest na dzikiego drapieżnika, który nie może usiedzieć w miejscu, nawet kiedy przed oczami ma śmierć, a po wrzuceniu do ciężarówki podskakuje jak zwierzę w klatce. Daryl od dawna był przewidywalną postacią: szlachetny, wiecznie ubrudzony, zamknięty w sobie brutal, pałający wielką miłością do motocykli. Miejmy nadzieję, że jego wątek zostanie znacząco rozbudowany – nie pod względem czasu antenowego, ale samej konstrukcji bohatera.

Jeśli chodzi o gwiazdę wieczoru, czyli Negana, to jego obecność jest tym, czego The Walking Dead potrzebowało. Poprzedni główny przeciwnik Ricka, Gubernator, nie był na tyle interesującą postacią, aby można było go uznawać za coś, co zrewitalizuje formułę. W tym przypadku Negan został zarysowany jako bestialski morderca, gotowy zmusić ojca do odcięcia ręki synowi (wyraźne nawiązanie do biblijnej historii Abrahama i Izaaka), a na każdy dramat reaguje uśmiechem. Co prawda brakuje mu sugestywnego języka i enigmatyczności, której został pozbawiony przez tak wyraźnie jednoznaczne działania, ale mimo braku subtelności i na pierwszy rzut oka płytkości budowy postaci, można stwierdzić, że będzie można z niecierpliwością wyczekiwać jego dalszych losów.

Dzięki premierze siódmego sezonu The Walking Dead rozpoczął nowy etap swojej historii. Poprzez wprowadzenie zdecydowanie najlepszego czarnego charakteru komiksowego świata, serial postawił wszystko na jedną kartę, odnawiając formułę i tworząc telewizyjne show nie o zombie, ale o okupacji i wojnie w czasach apokalipsy zombie. The Walking Dead można zarzucić mnóstwo rzeczy, z odrealnieniem, irracjonalnymi zachowaniami, bezsensownymi wątkami i zbytnią dosłownością na czele. Jednak zawsze to napięcie, niepewność i psychologiczne rozgrywki były na pierwszym miejscu, co ten odcinek pokazał niezwykle dosadnie. Chociaż twórcy niepotrzebnie igrali z widzami, ukrywając ofiary Negana podczas finału szóstego sezonu, a odcinek był momentami zbytnio skoncentrowany na szokowaniu i dosadności, to nie ulega wątpliwości, że dzięki radykalności tortur psychologicznych, bezwzględności i formatowi, bez wątpienia był to jeden z najlepszych epizodów całego serialu.

Fot. AMC

Fot. AMC

The Walking Dead
drama, horror
AMC, 2010–

Maciek Smółka

Zwykle słucha muzyki. Kiedy nie słucha, to o niej czyta, opowiada, pisze naukowo i nienaukowo, czasami także ją komponuje. Doktorant, kulturoznawca i amerykanista, nieustannie propagujący ideę popular music studies. W wolnych chwilach ogląda filmy, seriale, czyta komiksy i pisze na blogu add some music. Z serialowego świata najbardziej upodobał sobie Twin Peaks, Lost, Mad Men i The Walking Dead.

Latest posts by Maciek Smółka (see all)