Fot. BBC

Brytyjska Buffy (Class, S01E01–02; Crazyhead, S01E01–02)

Artykuł zawiera spoilery z dwóch pierwszych odcinków sezonów seriali.

Pirjo: Gdy usłyszałam o planie nakręcenia Class, bardzo się ucieszyłam. Uwielbiam seriale o nastolatkach, a już szczególnie te z nadnaturalnym twistem. Lubię spin-offy Doctora (Torchwood forever), zawsze podobał mi się motyw Coal Hill Academy, a na dodatek w materiałach promocyjnych wyczytałam, że serial ma być nie tyle dodatkiem do doktorowego uniwersum co… brytyjską Buffy! O kuszącej możliwości stworzenia angielskiej odpowiedzi na serial Jossa Whedona mówił między innymi Steven Moffat. Zresztą postacie w dialogu same podsuwają nam etykietkę „Hellmouth”, czyż nie? A Buffy the Vampire Slayer to mój ulubiony serial wszech czasów. Więc same rozumiecie. Class inspirowane ma być pierwszymi, kampowymi i nieco lżejszymi (a także słabszymi…) sezonami Buffy. Były to sezony pojedynczych odcinków o wyraźnych zakończeniach, przewaga przygody i zabawy nad mrokiem. Class ma więc opowiadać o grupie przyjaciół ze szkolnej ławki, którzy przy pomocy wtajemniczonych dorosłych radzą sobie z siłami zła czyniącymi nieustanne zakusy na przyciągające mroczne zastępy Obcych miejsce, ulokowane oczywiście w samym sercu lokalnej szkoły. A czego Wy się spodziewałyście, czytając o serialu, i czy te oczekiwania się spełniły czy może serial okazał się czymś zupełnie innym niż myślałyście?

Ginny: Ja, jako że zupełnie nie znam Buffy (ot, tyle co kojarzę z różnych opisów tu i tam), miałam z początku raczej skojarzenia z Przygodami Sary Jane – których także nie widziałam, ale jako osadzone w tym samym uniwersum co Doctor Who (a więc także Class) były mi bliższe pojęciowo. Czyli: (nie) czekałam na serial skierowany do dzieciaków, czyli: nie do mnie. Ot, jak Percy Jackson, może i dobry w swojej kategorii, ale ja nie potrafię tego zupełnie ocenić, bo po prostu, kiedy próbowałam go przeczytać od dawna nie miałam już dwunastu lat. Kolejne zapowiedzi jednak zaczęły rysować przede mną o wiele bardziej interesujący obraz – czegoś bliższego kochanemu przeze mnie Torchwood, tyle że z młodzieżą. Potem był narastający hajp, świetny trailer i… średnie odcinki. Tak, nie oceniam ich aż tak negatywnie jak sporo widzów, ale jednak jest to pewne rozczarowanie. Przyrównując do seriali z uniwersum, mam silne wrażenie, że Class to tak jakby to, jak widzę Przygody Sary Jane, z dodaną krwią, flakami, nagością i przekleństwami. Odnosząc się zaś do tego, co ty Pirjo napisałaś o tych słabszych sezonach Buffy, chyba jest w tym ziarno prawdy.

Fot. BBC

Fot. BBC

Lierre: Nie miałam żadnych oczekiwań – liczyłam tylko na w miarę sensowną fabułę i dobrych bohaterów. I o ile w pierwszym odcinku fabuła nie zachwyciła, tak w drugim było już okej, a bohaterowie są super! Nie spodziewałam się tylko – mimo ciągłych zapewnień Patricka Nessa, że to wcale nie będzie łagodny serialik – takiej brutalności i takiej ilości krwi. Przy Doctorze Who, w którym krwi nie ma w ogóle, to niezły szok.

No dobra, w jakimś sensie uczepiłam się od początku tego porównania do Buffy i pierwszy odcinek Class broni się głównie tym, że bardzo Buffy przypomina. Ogólnie uważam Buffy za wzorzec serialu dla młodzieży, w którym absolutnie każdy znajdzie coś dla siebie. Serial o młodzieży i dla młodzieży, ale nie tylko, po prostu uniwersalny.

Marianna: Właściwie do ostatniej chwili ignorowałam wiadomości na temat Class, zakładając, że to nic, co mnie zainteresuje. Dotarła do mnie co prawda wieść, że serial będzie skierowany jednak do młodzieży, nie do dzieci, potem, że pojawi się w nim Peter Capaldi, obejrzałam jednak bardziej z obowiązku i ciekawości, niż jakiegoś autentycznego zainteresowania. Umknęły mi też wszystkie porównania i zachęty, a co za tym idzie oczekiwania. Seans dwóch pierwszych odcinków był więc pełen niespodzianek. Szczególnie jeśli chodzi o ton, żarty, przewidywanego widza. Było szokująco krwawo (biedny Ram, który ciągle dostaje rykoszetem). Co pięć minut coś mnie dziwiło, nie dlatego, że takich rzeczy nie pokazują w telewizji, ale dlatego, że nie pokazują ich w Who… Quill całująca robota i trener pod prysznicem wydały się jakby dodatkowo szokujące.

Pirjo: Właśnie, pierwszy odcinek to także Doctor – i jego obecność w fabule. Sceny, w których Peter Capaldi namaszcza, powołuje drużynę do istnienia, daje im wyraźne instrukcje postępowania – są ważne dla scenariusza i dla całej serii, to pewne, ale również, jak dla mnie, trochę odwracają uwagę od nowej sytuacji, nowych bohaterów, wagi ich losów. Panna Quill była przy nim nagle jakby bledsza, taka oszołomiona fangirl zamiast mocnej, charakterystycznej i tajemniczej postaci w trenczu, z ostrą fryzurką, z nieodłącznymi rekwizytami – pistoletem i filiżanką herbaty. Miałam to dziwne wrażenie, że Doktor ich wszystkich przyćmił i pomniejszył, że dla niego to był epizod w trakcie rozlicznych podróży, i jakoś tak… ucieszyłam się, gdy sobie odfrunął. Oczywiście, malutki tribute dla Clary i Pinka wzruszył mnie, rozpoczęcie sezonu od szkolnej potańcówki – wiadomo, one zwykle kończą sezon – rozbawiło, a pojawienie się TARDIS zawsze wywołuje przyjemne dreszcze. Było to jednak dla mnie trochę pretekstowe, może nawet niepotrzebne na tym etapie opowieści. Ten pierwszy odcinek to ciągłe zmiany tempa, nastroju i nie do końca dobrze rozłożone akcenty. Totalny hot mess. Instrukcja obsługi serialu zamiast pełnokrwistej przygody. A jakie Wy macie odczucia na temat odcinka premierowego oraz obecności i… potrzeby obecności Doktora?

Fot. BBC

Fot. BBC

Ginny: Peter Capaldi był genialny, to jest fakt. Ale ja powiem na odwrót. To nie tyle on przyćmił pozostałą obsadę, co ich postaci nie zostały napisane aż tak dobrze. Doktor jakby wyskoczył na moment z odcinka swojego serialu, „Klasa” choć interesująca – z tymi zmianami tempa, o których piszesz, z pewną wtórnością potwora (Ręka w górę, kto pomyślał o Vashcie Neradzie)  – nie dorasta do poziomu kosmity z budki. Chyba tylko panna Quill od Doktora jako taka nie odstaje. Co do tablicy, to było miłe. I przy okazji miłe było również, że znalazła się na niej także Susan Foreman. Ja bardzo lubię takie mieszanie klasycznego i nowego Doctora Who.

Ogólnie odcinek może nie zachwycił (jak już pisałam to było jednak pewne rozczarowanie), i tak, jest tu trochę chaosu czy to narracyjnego, czy montażowego itd. do wielu rzeczy można by się przyczepić – ale też mogło być gorzej. Mnie akurat kupiły głównie postaci, mam też jednak poczucie, że to taki serial – z takim ambicjami – który na samych nieźle pisanych postaciach nie ujedzie.

Lierre: A mnie się właśnie wielkie wejście Doktora nie podobało. Super był ten wątek z ratowaniem ostatniej dwójki z planety, od tego przecież Doktor jest, nieprawdaż, ale wejście w trakcie imprezy było takim całkowitym deus ex machina – perfekcyjny timing, zabawna przemowa, pomachanie śrubokrętem i zniknięcie, żeby znowu posprzątał ktoś inny. Dziwnie napisana scena, dziwny Dwunasty, ogólnie mocno bez sensu.

Marianna: Z jednej strony dobrze było po takiej przerwie zobaczyć znowu Doktora, który w ciągu swojego krótkiego występu odhaczył jakby wszystkie swoje esencjonalne elementy – monolog, sztuczkę ze śrubokrętem, sprzeciw ludobójstwu, ratowanie ostatnich z rodzaju, żarcik o Ikei… Oglądanie Petera to zawsze przyjemność i cieszy mnie nawet ta jego krótka obecność, ale racją jest, że trudno oprzeć się tu wrażeniu jakiegoś niedopasowania. Może młodzi i panna Quill poradziliby sobie sami i sami doszli do tego, że skoro już raz wtajemniczeni, muszą teraz współpracować (co sami wymyślają też właściwie w odcinku drugim, pojawienie się Doktora nie zrobiło z nich automatycznie dream teamu, jeszcze się docierają). Doktor we własnej osobie wydaje mi się w tym momencie jedynym połączeniem z uniwersum (poza nazwą szkoły i wspomnieniem Clary, powiedzmy jednak, że to rzeczy, których można nie dostrzec) i bez niego trudno by w sumie było mówić, że Class to spin-off.

Pirjo: Porozmawiajmy o postaciach. Ja przekonałam się do nich szybko i podoba mi się niewymuszony, ale trafny sposób, w jaki nakreślono ich związki. To, że Ram i Tanya gadają ze sobą przez internet i przyjaźnią się, choć w szkole być może nikt o tym nie wie, to że dziewczyna o „złotym sercu” zostaje właśnie w serce ugodzona, potem zasygnalizowana bardzo wiarygodnie relacja między królewiczem i jego „opiekunką”, a także między królewiczem a (polskim, o imieniu Matteusz!) nowym chłopakiem. Wreszcie cała historia zagłady ich planety i wątek tajemniczego artefaktu, który może się okazać niebezpieczną i pożądaną bronią. Zmierzam do tego, że choć jest prosto, to motywacje postaci są logiczne, a sposób ich nakreślenia zrozumiały i od razu jest zarysowane gdzie i z czym mogą być problemy lub napięcia we wzajemnych kontaktach. Bohaterowie pochodzą z różnych kultur, różnych rodzin, a nawet z różnych planet! – i ta wielokulturowa Anglia pojawia się tak w obrazku, jak i w dialogach. A wy, polubiłyście bohaterów?

Ginny: Nie będę już powtarzać tego, co napisałam wcześniej. Może za to doprecyzuję. Tak, muszę się z Tobą zgodzić. To wszystko gra (i tylko ten nieszczęsny Matteusz, przez dwa „t” – oby nie został postacią-tokenem), a gra dlatego, że nie jest stereotypowe, a idące stereotypom pod prąd. Że mamy postaci, a obok nich ich rodziny i przyjaźnie i relacje, które nie wpisują się w proste klisze. Zwłaszcza cenne jest to, że dorosłym generalnie dzieciaki mogą tu zaufać, że nie są przez nich zbywane i bagatelizowane. A z drugiej strony mamy tę okropną samotność Charliego i panny Quill – żywiących do siebie sporo resentymentów, gdzie nie podaje nam się łatwej odpowiedzi, po czyjej stronie stała racja w tym nieistotnym już konflikcie, który teraz pozostaje tylko pustą kłótnią, bez żadnego znaczenia. A z trzeciej, przecież, tak jak panna Quill jest bardzo osobna, tak Charlie łatwo się asymiluje – zupełnie nie czuć w tej jego radości, jak ogromny ciężar na barkach nosi, choć przecież i ten ciężar jest prawdziwy, prawdziwie nam pokazany.

Fot. BBC

Fot. BBC

Różnokulturowość – tak, to się chwali, ale nie mogę zignorować tego, co mówiła już Lierre, że jest ona trochę odhaczana po łebkach. Że jak mamy sikha, to nazywać się będzie Singh, że jak mamy Polaka to jego imię będzie pisane z błędem (i zagra go Amerykanin [sic!], ledwie zrozumiale wymawiający jedną kwestię po polsku), a pewnie jakieś zarzuty jeszcze by się tu znalazły. To można było zrobić lepiej. I wcale nie wymagałoby to nieziemskiego wysiłku.

Lierre: Bohaterowie są cudowni! Widać, że Patrick Ness potrafi pisać postacie takich młodych bohaterów. Nie są zbyt dziecinni, nie są głupimi dorosłymi, są tacy, jacy powinni być, bardzo przekonujący. Zgrabnie od razu zarysowuje ich tło i relacje między nimi. Temu elementowi Class nie mam absolutnie nic do zarzucenia. Quill i Charlie są szczególnie ujmujący, ona ze swoim paskudnym charakterem, on będący golden retrieverem z tęczowej planety. Cudowni!

Marianna: Tak, zarzucać można różne rzeczy, ale postaci mają potencjał. Wiadomo, że musimy mieć wszystkie elementy drużyny, ale nikt tu nie jest tylko mięśniakiem albo tylko mózgiem. Wiadomo, że to tylko zalążki, ale właśnie, jest to taka baza, na której można jeszcze wiele niuansów zbudować. Świeże jest też to, że po pięciu minutach przebywania z postaciami nie możemy obstawić, kto z kim będzie (no, może poza tym, z kim NIE będzie Charlie), o dziwo, może nawet nie o te romantyczne uniesienia będzie chodzić w tym serialu! Groundbreaking. Ok, może nie, ale dobrze się na to patrzy.

Moimi faworytami są na razie Charlie i Tanya, mieszane uczucia mam na temat panny Quill, która nie została moją instant fav, a to jest jak widzę dominujący wniosek.

Pirjo: Zaginiony chłopiec, a potem jeszcze dziewczyna, która ginie od miecza demona – pierwszy odcinek bardzo się starał pokazać nam (po)wagę sytuacji, ale jednak dla mnie był, jak już pisałam, statyczny, był takim swoistym wprowadzeniem. Dopiero w drugim odcinku zaczęłam wyczuwać, o co chodzi w tym formacie, jakiego typu to będzie historia. Ile będzie grozy, horroru, makabry i krwi, ile nagości, ile słodyczy i wrażliwości, ile żarcików. Odcinek drugi przypadł mi do gustu, bo naprawdę wyczułam w nim ducha Buffy – odcinki o szkolnej drużynie tego lub owego, gdzie trener albo jego pomocnik okazują się być stworami o niecnych zamiarach i zagrażają zawodnikom – to klasyka z uniwersum BTVS. Nie mówiąc już o sytuacji, gdy ktoś okazuje się być robotem.

I jeśli miałabym sobie wyobrazić skrzyżowanie Cordelii (najpopularniejsza dziewczyna w szkole, niezbyt sympatyczna) i Xandera (nieszczęśnik, który zawsze wpada w tarapaty i znajduje się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie) – byłby to Ram. Tanya jest najmłodsza i zdecydowanie najtwardsza, mogłaby być slayerką, ale mogłaby też być Willow – zna się na komputerach i świetnie się uczy! April jest przesadnie emocjonalna, niby słodka idiotka, ale jednak – niezłomna. Trochę Buffy, trochę Willow, trochę Fred. Królewicz Charlie nie zna się na ziemskiej popkulturze, co prowadzi do zabawnych gagów, ha ha ha. Kojarzy mi się z Anyą. Panna Quill to z kolei skrzyżowanie Gilesa, Spike’a, Miss Calendar i… profesora Snape’a? Dość wspomnieć epickie „Now leave us! We are decorating!”. Doktor wskoczył w bieg fabuły na moment, ale do Gilesa się w tej konwencji niestety nie umywa.

Buffy the Vampire Slayer (fot. digitalspy.co.uk)

Buffy the Vampire Slayer (fot. digitalspy.co.uk)

Oczywiście nikt w szkole niczego niepokojącego nie zauważa – tak samo jak w Buffy, szeregowi uczniowie decydują się wypierać z pamięci zdarzenia każdego kolejnego odcinka. Poza grupą wtajemniczonych nikt nic nie widzi. Na samym początku – tak jak w pierwszych sezonach Buffy – mamy poczciwego dyrektora (ach, Principal Flutie! Te postacie zawsze szybko giną!) i poznajemy kilkoro rodziców. Dorośli są jednak, jak to w teen dramie, głównie nieobecni, bezużyteczni lub opętani przez siły zła – to też klimaty rodem z Buffy lub Teen Wolfa, gdzie kolejni nauczyciele okazywali się złowrogimi demonami czy innymi zwyrodnialcami, zagrażającymi uczniom, a żadna szkolna potańcówka czy żadne zawody nie mogły się obyć bez rzezi. Szkoła w tych serialach to miejsce, w którym więcej czasu spędza się po zmroku niż za dnia, a najczęstszą aktywnością jest bieganie… to znaczy – uciekanie! Co w sumie jest też bardzo Doktorowe. Run!

Niestety muszę tu przejść do krytykowania, i napisać, że sporo – dwadzieścia! – lat temu, gdy startowała Buffy, nawet w pierwszych, najsłabszych sezonach, podobne fabuły monster-of-the-week były o wiele mniej „generyczne”, a bardziej subwersywne, jeśli mnie rozumiecie? Miały w sobie mniej wyświechtanych tropów, a więcej błyskotliwej zabawy pozwalającej na tych tropach nabudować coś świeżego i przewrotnego. Pod tym względem także Doctor Who jako format spisuje się w ostatnich latach lepiej niż Patrick Ness w premierowych odcinkach. No ale zobaczymy co będzie w kolejnych epizodach Class… A Wam, jak się Wam podobał drugi odcinek?

Ginny: Do Buffy nijak mi się odnosić, niemniej tak, Class nie jest tak świeże jak się zapowiadało. I bardzo, ale to bardzo szkoda. Przyjemnie się to ogląda, ale ani pierwszy, ani drugi odcinek nie wywołały we mnie jakichś ogromnych refleksji. Może jest tam ten potencjał na poziomie relacji między postaciami, ale jeśli chodzi o generyczne potwory zabijające co sympatyczniejsze postaci… nie. Podziękuję. I poproszę o to, za czym coraz bardziej tęsknię: nowe odcinki Doctora Who. Bo nawet jeśli najbliższy – odcinek świąteczny – zapowiada się jako radosny kicz, będzie to jednak kicz na poziomie Doctora Who. Tam bowiem o ile mamy dużo uciekania, mamy też dużo działania. A dzieciaki w Class jeśli już zaczynają działać to bardzo na oślep. W pierwszym odcinku rozwiązanie podpowiada im zresztą Doktor. W drugim mamy głupi plan, który kończy się okrutną sceną, a kiedy czytałam napisy do niej i w pełni zrozumiałam co tak właściwie proponuje tam Ram, coś przewróciło mi się w żołądku. Także póki co schemat to uciekanie, po czym na sam koniec pospieszna konkluzja, co nie działa zbyt dobrze.

Lierre: Porównanie Buffy z Class doskonałe – też bym tak połączyła elementy, choć dobrze, że nie da się tego tak wprost przełożyć. (Zdecydowanie brakuje im Gilesa…). Świat Class jest jednak racjonalniejszy, fajnie, że na razie potwory są z zewnątrz, a nie niewiadomoskąd, choć to pewnie kwestia czasu, zresztą już w zajawce trzeciego odcinka mamy demonicznego rodzica… Bardzo mi się też podobają w Class postacie dorosłych, którzy po prostu są… ludźmi – mają oczekiwania, jak przystało na rodziców, ale wspierają i kochają swoje dzieci. Ciekawi mnie bardzo ojciec Rama, który tak łatwo (?) akceptuje wielkie objawienie syna. Czekam na komentarz o kosmicie w niebieskiej budce, którego już kiedyś spotkał, więc chill, son, you know nothing.

Zgadzam się, niestety, że Class mimo wszystko na razie rozczarowuje wtórnością. Ale to dopiero rozpęd, zobaczymy, może jeszcze czymś nas zdoła zaskoczyć.

Fot. BBC

Fot. BBC

Pirjo: Mam jeszcze jedną krytyczną uwagę, która wspiera się na dwóch obserwacjach – po pierwsze myślę o potworach, bo to jest płaszczyzna, na której najbardziej ma się szanse ujawnić przynależność Class do Doktorowego uniwersum. Cienie (Shadow Kin) skojarzyły mi się (chyba słusznie?) z postaciami z odcinka Silence on the Library. Czy takich „bliskich spotkań” będzie więcej? Czy Cybermani zaatakują szkołę? Albo Dalekowie? Czy raczej, czego się niestety spodziewam, będziemy oglądać baśniowe stworzenia, jak smoki z odcinka numer dwa? Smoki, które mają chyba zerowy potencjał, by stać się „kultowym obcym z Doctora”? I kolejna obserwacja – w serialu mającym być „brytyjską odpowiedzią na…” dostajemy strasznie mało brytyjskości! Bez trudu umiem sobie wyobrazić przeniesienie tego scenariusza na grunt amerykańskiego high schoola bez konieczności zmienienia choć jednej sceny, choć jednego dialogu. A w Doctorze zawsze bardzo ceniłam lokalne aspekty, małe detale codziennego, angielskiego życia. Doctor nie mógłby się zdarzyć w innym kraju, nie byłby już wtedy w pełni sobą. A Class…? No cóż…

Ginny: Na Daleków czy Cybermenów nie ma co liczyć. Patrick Ness (twórca Class) wypowiedział się tu jasno: jego serial, choć powiązany z Doctorem Who, ma być czymś osobnym. A więc dostaniemy nowe potwory. Tylko no właśnie. Póki co nie zapowiada się na nic bardzo ciekawego (choć trzeci odcinek, z tym czymś botanicznym, może jednak będzie interesujący pod tym kątem?). Najpierw mamy wspomnianą już bieda-Vashtę-Neradę, potem smoki, które mnie skojarzyły się rozwiązaniem z finałem Hide z siódmej serii Doctora Who. Ale ta końcówka i okropne CGI, tak rażące zwłaszcza przy poziomie jaki niosła z sobą dziewiąta seria Doctora Who. To boli tym bardziej, skoro Class ma nam w tym roku jakoś nową serię DW zastąpić. Początek i smok jako żywy, obdzierający ze skóry innych ludzi, tatuaż – to było fajne i prostymi środkami ładnie wykonane.

Co do niebrytyjskości – także się zgodzę. Choćby ten kadr na nocny Londyn z pierwszego odcinka mógłby być każdym dużym zachodnim miastem, a przeniesienie szkoły do nowego budynku, zdaje mi się w ogólnym rozrachunku bezsensowne i niepotrzebne. Zrobione po to tylko, żeby odrzeć serial z brytyjskości. A ta jest atutem nie tylko Doctora Who. Bo w takim Torchwood przecież to, że to serial rozgrywający się w Cardiff, nadaje mu sporą część klimatu (i odarcie go z tego to jeden z czynników, dla których sezon czwarty tego spin-offu Doctora powinien popaść w niepamięć).

Fot. BBC

Fot. BBC

Marianna: Pewne zamerykanizowanie może wynikać z tego, że serial będzie też mocno promowany na BBC America, a Doctor Who to teraz taki główny towar eksportowy? Albo chodzi może o ogólnoświatową unifikację, a końcu mało kto myśli o high school jako o swoim liceum, a raczej właśnie tym wzorowym, amerykańskim, z podziałem na społeczne kasty. Tak czy inaczej, też mnie ta generyczność raczej odrzuciła. Gdzie szkolne mundurki? Gdzie choćby wspomnienie o przygotowywaniu się do A-levels? A prom z pierwszego odcinka skojarzył mi się raczej z The Vampire Diaries i ich tematycznymi imprezami co odcinek. Który to serial w sumie został wspomniany, zaraz obok Once Upon a Time. Brytyjski był przytyk do Downton Abbey. Oby równowaga się trochę odwróciła.

Pirjo: Na koniec zwrócę uwagę, że równolegle z Class na antenie konkurencyjnej (i świetnie znanej fanom młodzieżowych produkcji choćby z doskonałego Skins!) stacji e4 ruszył miniserial zatytułowany Crazyhead. Jest to supernatural drama o uczennicy odkrywającej, że wcale nie jest chora psychicznie i że to, co widzi, nie jest halucynacjami, a furtką do równoległego świata, niewidzialnego dla zwykłych ludzi, lecz bardzo istotnego – dziewczyna ma w nim zagwarantowaną wiodącą rolę. Razem z koleżanką ze szkolnej ławy będą odtąd tropić i egzorcyzmować demony oraz poznawać mechanizmy nowoodkrytego, mrocznego uniwersum. W serialu jest też demoniczny dyrektor szkoły oraz dark and brooding demon, który jednak stoi po dobrej stronie mocy i zwalcza inne demony – niczym Angel z Buffy. Tak, ten serial też się w prasie, w recenzjach porównuje do Buffy. Jakaś epidemia! Crazyhead (autorstwa twórcy Misfits, Howarda Overmana, w rolach głównych Cara Theobold, czyli pokojówka Ivy z Downton Abbey i Susan Wokoma z Chewing Gum) to serial nie udający niczego innego, premierowy, esencjonalnie brytyjski i oglądało mi się go równie dobrze, a może nawet lepiej niż Class. Postacie są żywe i łatwo się z nimi zakumplować, pomysł na fabułę może nie nowatorski, ale ciekawy, na pewno będę oglądać dalej. I na pewno będę obydwa „szkolne” seriale ze sobą porównywać, z całą surowością! A Class… może dobrze im zrobi taka bezpośrednia konkurencja?

Crazyhead (fot. E4)

Crazyhead (fot. E4)

Ginny: Dla tego Wielogłosu spróbowałam obejrzeć te pierwsze dwa odcinki Crazyhead – i tak jak czołówka i sam prolog tu dadzą się oglądać i słuchać (w przeciwieństwie do okropnej czołówki Class) tak pierwsze pięć minut odcinka pierwszego znudziło mnie tak bardzo, że wyłączyłam go bez zamiaru oglądania dalej. Na przestrzeni tych pięciu minut nagromadzono zbyt dużo kiczowatych klisz z horrorów, okropnych fryzur i dziwnych, ale bezsensownych pomysłów… Tak jak Class nie jest idealnym serialem, tak oglądanie go nie sprawiło, że myślałam co chwilę „borze, jakie to cholernie nudne” – a dokładnie to pomyślałam z dziesięć razy przez te pierwsze pięć minut Crazyhead. I może to się potem robi ciekawsze, ale niestety te pierwsze pięć minut zbyt mnie zniechęciło do dowiadywania się, co będzie dalej.

Marianna: A ja się zgodzę z Pirjo, koniec końców Crazyhead oglądało mi się lepiej. I nie wiem, co dalej, ale mam wrażenie, że jednak nie będzie tu szkolnych problemów, chociaż bohaterki są młode. Może w tym przypadku przywoływanie Buffy to był bardziej chwyt marketingowy, chyba że chodziło o pogromczynię bardziej niż cały serial.

Te pięć pierwszych minut, o których wspomina Ginny, to faktycznie jest sprawdzian. Bardzo skojarzyło mi się z Misfits (robię coś okropnego, żeby ci pomóc! to takie śmieszne!) i chyba dlatego przetrwałam – chciałam im dać szansę, bo te żarty niewysokich lotów mogą się jeszcze jakoś zrównoważyć czymś z sensem. I taki moment w pierwszym odcinku to była dla mnie rozmowa Raquel i jej brata. Głośna, pyskata, niedelikatna na pierwszy rzut oka dziewczyna pokazuje wiele serca. Chowanie trupa w lesie to też taki motyw żywcem z Misfits. I chociaż widzę te podobieństwa, to Crazyhead jest jednak bardziej kolorowe i na tę chwilę mniej absurdalne. Ponownie będę się pewnie musiała przyzwyczaić do sprośnych żartów, ale poza nimi humor przypadł mi do gustu (kupowanie szpadla z drugiego odcinka albo demon, który opętał samotną matkę i jest chętny do morderstwa, jak najbardziej, o ile znajdzie na ten czas opiekunkę do dziecka). No i jest bardzo brytyjsko.

Raquel i Amy, nasze bohaterki, zdają się na razie nie mieć żadnego mentora, co też jest ciekawe – walczymy z demonami, ale same musimy rozpracować system. Internet jest pomocny. Nie zakładają sobie też ratowania świata, ale ewidentnie muszą jakoś spożytkować swoje umiejętności, choćby tylko dlatego, że z ich powodu są teraz celem ataków.

Podobała mi się też muzyka i czołówka. Muzyka z czołówki Class też mi się w sumie podobała, obie piosenki chce się teraz nucić, a to też zawsze taki ważny element teen dramy.

Fot. BBC

Fot. BBC

Pirjo: Podsumowując – czy taki serial, o grupie nastolatków walczących z siłami mroku, wydaje się Wam wystarczająco nowoczesny? Czy jest na te seriale odbiorca i czy Brytyjczycy dobrze robią, inwestując w swoje własne, autorskie wersje amerykańskich formatów? Czy można jeszcze w ogóle coś nowego powiedzieć w tych tematach? I – czy trzeba?

Ginny: Moim zdaniem zawsze jest miejsce na dobre seriale dla młodzieży (czy to starszej, czy to młodszej). I powinno być miejsce dla takich seriali także w fantastyce. Jak jednak powiedział Terry Pratchett, nie można deprecjonować młodych ludzi, nie można umniejszać wagi ich problemów, traktować niepoważnie. Nie można dawać młodszemu widzowi wybrakowanego produktu, bo jest młodzieżą i przecież nie zwróci uwagi, jeśli to, co dostanie, będzie tu czy tam wybrakowane, mniej wymagające, pełne stereotypów czy głupich błędów. A czy taki serial będzie nowoczesny? Class chyba wychodzi tu obronną ręką. Po pięciu minutach Crazyhead widzę nie nowoczesność, a wtórność. Tak więc to akurat zależy od konkretnej produkcji.

Lierre: Nie mogę się wypowiedzieć na temat Crazyhead, ale jeśli chodzi o Class… Mówi się o tym serialu jako o “spin-offie, którego nikt nie chciał” i chyba coś w tym jest. Gdy whovianie fantazjowali o spin-offach, nigdy nie pojawiały się choćby zbliżone do tego pomysły. Mam przede wszystkim wątpliwość, czy potrzebujemy seriali dla młodzieży (młodzież i tak ma co oglądać) i czy Class nie traci mocno na umiejscowieniu akcji w szkole. Może gdyby bohaterowie byli troszeczkę starsi (np. studiowali), to serial nie strzelałby sobie w stopę, bo jednak sporo jest opinii, że sam pomysł ze szkołą jest tak nudny, że nawet nie warto po to sięgać. A co do amerykańskich formatów – jeśli jest nim Buffy, to czemu nie – to w  końcu serial nie bez powodu kultowy. A nie zarzucimy chyba Brytyjczykom braku oryginalności i kreatywności!

Marianna: Może to kolejny element najntisowej nostalgii i pogoń za Buffy naszych czasów? To ciągle taki niedościgniony wzór. Ale może, w przypadku Class, trzeba było porzucić Doktorowy sztandar i stanąć na własnych nogach. Crazyhead trzyma się mocno bez żadnych wspomagaczy, warto jednak wrócić do oceny po zakończeniu obu sezonów. Niech młodzież też ma z czego wybierać.

Fot. BBC

Fot. BBC

Class
teen drama, science fiction
BBC, 2016–

Crazyhead
comedy horror
E4, 2016–

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Ginny358
Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają jej współpracy. Pisze m.in. dla Gallifrey.pl, na blogu ziemniak i Dinozarły i współtworzonych z koleżanką (Ułomnych) recenzjach ziemniaka.

Magdalena „Lierre” Stonawska
Władczyni Czasu z Gallifrey(.pl) stacjonująca obecnie na Ziemi, gdzie w spowitym smogiem Krakowie przygląda się z fascynacją ludziom, kosmitom i smokom. Acafanka i kulturoznawczyni specjalizującą się w kreatywnej prokrastynacji. Marzy o wyprawie w TARDIS do starożytnego Egiptu, by sprawdzić, jakim zwierzątkiem naprawdę był Set i czy Echnaton był kosmitą.

Marianna Rospond
Koneserka krakowskiego powietrza. Żyje przecząc ruchom wskazówek zegara – jest edytorką za dnia, w nocy zamienia się w entuzjastkę popkultury. Wie, co piszczy w fandomowej trawie i posiada pokaźną kolekcję kubków o tematyce okołofilmowej. Pisze do szuflady, wenę podtrzymując paliwem składającym się z herbaty i miłości do bohaterów fikcyjnych.